1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania

Jak umierała zosia-samosia-gosposia, a w bólach rodziła się zosia-ktosia-poprosia. Joanna Chmura daje lekcję odpuszczania niezależności

Joanna Chmura (Fot. Łukasz Sokół)
Joanna Chmura (Fot. Łukasz Sokół)
Jak w zmianach i różnych nawet ciężkich doświadczeniach widzieć szanse, a nie trudności? Zmiany, czy tego chcemy, czy nie, pozwalają nam wejść na nową drogę, której często się boimy. Jak radzić sobie z lękiem i rozczarowaniem? W jaki sposób uwolnić się od schematów z przeszłości? Jak obdarzać się czułością i wyrozumiałością? Jak budować życie, w którym jest miejsce na radość, odwagę i spokój, mimo wszystko? Pisze o tym Joanna Chmura, psycholożka i trenerka, autorka książki „To nawet lepiej. Jak obracać trudności w szanse”.

Fragment książki „To nawet lepiej. Jak obracać trudności w szanse” Joanna Chmura, wyd. Agora

Psychologia jak mądra bogini wspiera nas na różnych frontach, ale czasem nawet ona staje bezradna i mówi: „Tak mi przykro, nie wiem, co teraz”. Kiedyś powodowało to we mnie frustracje, że zawierzając 5-letnim studiom psychologicznym, w trudnych sytuacjach rozkładam ręce. Ale od jakiegoś czasu wiem, że dla mnie, kiedy kończy się psychologia naukowa, badawcza, mierząca i ważąca, to wkracza sfera, której nie da się zwymiarować czy dotknąć. Jedni nazywają to duchowością, inni religią, a jeszcze inni pseudonauką. Jak zwał, tak zwał. Niemniej jednak jestem zdania, że na świat można patrzeć z różnych perspektyw i kiedy kończy się zakres jednej, warto sięgać po inną. Dokładnie w tych momentach uzupełniam to, co widzi tylko umysł, o to, co czuję, czyli o wiarę i ducha. Ale nie zamkniętego w jakiejś konkretnej religii, tylko pojmowanego szerzej.

To właśnie ta sfera pomaga mi zrozumieć, poczuć i zobaczyć to, co się dzieje, w szerszym kontekście. Pokazuje i uczy, że nic nie jest przypadkowe, że wszystko ma swój sens. Jak mówi Gabby Bernstein, autorka bestsellerowej książki „Wszechświat cię wspiera”: „przeszkody to objazdy we właściwym kierunku” (ang. obstacles are detours in the right direction). Tyle tylko, że my nie lubimy przeszkód, za to bardzo lubimy wyznaczone przez siebie drogi, i to takie raczej proste oraz prowadzące ku szczęściu. Wszelkie zakręty, objazdy, zamknięcia dróg czy remonty nie są tym, co witamy z rozkoszą. No bo jeśli miałam rozpocząć studia MBA, a orientuję się, że jestem w ciąży, to to trochę albo całkowicie zmienia mi zaplanowaną trasę. Jeśli miałem plan przejąć firmę rodzinną i na tym osadzić swoją przyszłość, a w międzyczasie ona plajtuje, to zmienia to zaplanowaną wcześniej trasę. Jeśli planowałam przeprowadzkę za granicę, ale poznaję miłość swojego życia w kraju, to zmienia to zaplanowaną trasę.

Akceptacja tej zmiany jest jednym z dwóch kluczy do dobrego życia, w którym jest mniej oczekiwań, a więcej ciekawości tego, co się dzieje. A drugim kluczem jest wiara, że cokolwiek się wydarza, to staram się znaleźć w tym jakiś większy sens. I może nie od razu będzie go widać, ale właśnie dojrzałość polega na tym, że nie oporuję, tylko szukam, co mi ta sytuacja daje. Mamy dużą łatwość znajdowania odpowiedzi na pytanie: co mi ta sytuacja zabiera? Ale już z pytaniem: co mi daje?, jest dużo trudniej. Tymczasem jest ono dużo cenniejsze niż świadomość straty.

Początkowo złamanie nogi – bo tak brzmiała diagnoza – odpaliło we mnie tryb zadaniowy. Harriet Lerner, amerykańska psychoterapeutka z 50-letnim doświadczeniem zawodowym, mówi w swojej książce The Dance of Fear (Taniec strachu), że ludzi w obliczu wyzwania możemy podzielić na dwie kategorie: under-functioning (nieaktywni, niefunkcjonujący) i over-functioning (nadaktywni, nadfunkcjonujący). Ci pierwsi, doświadczając strachu, niepokoju czy lęku, stają się w jakimś sensie sparaliżowani, tracą swoją „normalną” skuteczność i sprawczość. Zamraża się w nich umiejętność szukania rozwiązań, działania czy też organizowania rzeczywistości. Stają się osowiali, wycofani, bezsilni. Nagle z kogoś, kto wiedział, robił, szukał, zmieniają się w kogoś, kto nie wie, nie pamięta, nie może się odnaleźć. To grupa osób, które przytłacza otępienie, otchłań, niemoc.

Ci drudzy, nadfunkcjonujący, mają odwrotnie. W obliczu strachu, lęku czy niepokoju dostają dodatkowego napędu. Budzi się w nich gotowość do działania, robienia, rozwiązywania. Mają energii aż w nadmiarze. Załatwiają, telefonują, konsultują. Niby wspaniale, ale wikłają się w inną pułapkę, bo kompletnie nie sięgają po pomoc, będąc przekonanymi, że nikt tego nie zrobi lepiej niż oni. A to oznacza, że w konsekwencji z wszystkim zostają całkowicie sami lub same. Nie dosyć, że samo zdarzenie waży dużo, to jeszcze biorą na swoje barki skuteczność w poradzeniu sobie z nim.

Ja należę do tej drugiej kategorii, więc w sytuacji napięciowej działam, organizuję, sprawdzam, załatwiam. Robić, robić, robić – bo jak mówi stare polskie nieistniejące przysłowie: najgorzej jest nie robić nic. No a poza tym świat uwielbia tych działających. Kocha robiących, zaradnych i efektywnych, a tych pierwszych nazywa słabymi nieogarami, którzy się poddają i stają bezużyteczni. Dzieje się tak dlatego, że żyjemy w świecie, w którym kładziemy nacisk na efekt, na wynik, na ruch. Ukochaliśmy sobie działanie, bo sprawia wrażenie cennego, dającego poczucie bezpieczeństwa i kontroli.

Ani jeden, ani drugi sposób działania na dłuższą metę nikomu nie służy. Nadfunkcjonujący, żeby móc działać, wyłączają czucie, emocje i autorefleksję, a ci niefunkcjonujący odcinają zdolność myślenia i, co za tym idzie – działania. Działanie bez czucia i czucie bez działania prowadzi do swego rodzaju dysfunkcji, do zachwiania równowagi, a to w konsekwencji, prędzej czy później, do jakiejś choroby. A cała przyroda uczy nas, że potrzebny jest balans, że jesteśmy jednocześnie w ruchu i bezruchu. Działaniu i zatrzymaniu. Otwieraniu i zamykaniu. Nawet nasze serce pracuje w rytmie zaciskania i puszczania. To właśnie jest naturalne, normalne, zdrowe.

Dlatego człowiek potrzebuje w swoim życiu mieć dostęp do jednego i drugiego – w odpowiednich proporcjach. Bo czasem trzeba podziałać, ale potem dać sobie poczuć emocje albo najpierw przeżyć, co jest do przeżycia, a potem ruszyć tyłek do działania. I oczywiście część z nas ściąga bardziej w którąś ze stron, więc dla równowagi trzeba w swojej pracy wewnętrznej rozwijać tę przeciwną. Jeśli nas zamraża, to mobilizować się do nawet najmniejszych działań. Kiedy umiera nam ktoś bliski i żałoba spowija całe nasze życie, musi przyjść taki moment, w którym – choć cierpimy bardzo – potrzebujemy się umyć, zjeść, a może nawet pójść do pracy. Musimy „wprawić się w ruch”. Albo jeśli ktoś nas zdradził i runął nasz ustabilizowany świat, to po czasie rozgoryczenia i złości może przyjść chęć wycofania się z budowania relacji romantycznych. Przez jakiś czas jest to zrozumiałe, a nawet pewnie potrzebne – ale potem można już poranione serce, zamiast uzbrajać powolutku, z powrotem otwierać. W przeciwnym razie zamkniemy sobie drogę nie tylko do miłości innych osób, ale też do miłości do siebie.

Jeśli natomiast ciągnie nas do nadaktywności, biegania, załatwiania, to praca wewnętrzna będzie polegać na zatrzymywaniu się i zadawaniu sobie pytań: jak ja się mam?, jak się czuję?, czego potrzebuję? To są te momenty, kiedy na przykład przychodzi choroba i ktoś z naszych bliskich staje w obliczu druzgoczącej diagnozy. Wtedy, oczywiście, cenne jest być tym, który pomoże załatwić, zdobyć wiedzę, a może nawet miejsce w klinice specjalistycznej. Jednak po pewnym czasie ten pomocowy ktoś też potrzebuje się zatrzymać i przestać uciekać od emocji w działanie.

Trzeba zintegrować jedną i drugą stronę, bo w przeciwnym razie ciało samo się upomni. Jak mówi dr Brené Brown, chroniczne tłumienie emocji nie sprawia, że emocje znikają. One po prostu się kumulują i czekają na swój czas do „przeżycia”. Tyle tylko, że kiedy my tej przestrzeni nie tworzymy, to one same się o nią upomną i na przykład zatrzyma nas choroba tej czy innej części naszego ciała. W książce Strach ucieleśniony. Mózg, umysł i ciało w terapii traumy psychiatra Bessel van del Kolk bardzo dokładnie wyjaśnia, w jaki sposób nasze ciało prowadzi rejestr nieprzepracowanych emocji. Z kolei dr Gabor Maté, wspaniały lekarz i terapeuta, w Kiedy ciało mówi nie opisuje sprawę podobnie, wskazując, że nieprzepracowane sytuacje, zdarzenia samoistnie nie znikają – znajdują mniej zdrową ścieżkę ujścia. Dlatego tak ważne jest świadome czucie i przeżywanie, bo daje nam szansę na zdrowe przeżycie życia.

Wracając do nogi – ponieważ, jak już wiecie, jestem z rodziny rolniczo-ogrodniczej, to z tą pulsującą nogą ruszyłam do działania, bo działanie się liczy. Przede mną stała logistyczna łamigłówka, co trzeba tutaj na miejscu ogarnąć, żeby wrócić do kraju, a potem, po powrocie do Polski, co w związku z moją pracą przeorganizować, zmienić, uaktualnić, odwołać. Włączył mi się tryb: robić-robić-robić. Zaczęła się w mojej głowie wręcz automatycznie tworzyć lista zadań do wykonania. Widząc w kalendarzu to, co miałam zaplanowane na po powrocie z wakacji, wiedziałam, że zrealizowanie tego, kiedy będę się poruszać o kulach, będzie wymagać nie lada wysiłku i, co najgorsze (dla mnie), zaangażowania oraz pomocy innych (o zgrozo!). Kiedy zdałam sobie sprawę, że bez proszenia o pomoc się nie obejdzie, zmroziło mnie, zatrzymało, oświeciło i… wtedy zrozumiałam. Zrozumiałam, że to mi się pewnie między innymi przydarzyło dlatego, żebym wreszcie z przytupem (choć nie mogłam ruszać nogą) odrobiła lekcję proszenia o wsparcie. Ta cała historia z nogą to jedna wielka lekcja puszczania niezależności, przyznawania się do własnych potrzeb, a potem ich wyrażania i odsłaniania się przed drugim człowiekiem.

Dotarło do mnie, że to wszystko to być może naprawdę „nawet lepiej”, bo od jakichś 40 lat odkładałam tę lekcję na później, albo raczej na nigdy. Całe życie ćwiczyłam samodzielność, samowystarczalność. Wiecznie pisałam doktorat z niezależności oraz wolności. Przez wiele lat myślałam, że proszenie o pomoc i konieczność polegania na kimś jest dla nieogarów i oznacza, że nie radzisz sobie z życiem. Tym bardziej że wychowałam się właśnie w kulcie zaradności: że po pierwsze, samo się nie zrobi, a po drugie, nikt nie zrobi za ciebie tego, co masz do zrobienia, więc działaj. Ale to chodziło nie o to, że ci czegoś brakuje, tylko wręcz przeciwnie – zrób, co masz robić, bo jesteś taka świetna i samodzielna, że przecież nikogo nie potrzebujesz. Jeśli jednak zwrócisz się o pomoc, to będzie to potwierdzeniem, że jednak czegoś ci brak. Przez wiele lat samodzielność była potwierdzeniem mojej wspaniałości.

Muszę przyznać, że ta myśl działała jak narkotyk: jestem taka świetna, bo nie potrzebuję wsparcia. Kto by nie chciał myśleć o sobie, że jest super? To znaczy teraz, kiedy to piszę, to już trochę radzę sobie z tą pomocą, ale wciąż jest to dla mnie lekcja życia.

Wstręt do proszenia odkryłam kilka lat temu na terapii. Zobaczyłam, że z domu wyniosłam w plecaczku zacną zasadę życiową: bądź grzeczna, nie bądź problemem, nie sprawiaj kłopotu. Więc teraz, kiedy przez najbliższe tygodnie prawdopodobnie miałam być „kulawo-gipsowym kłopotem”, życie napawało mnie lękiem, złością, żalem. Pękały i tak już trzeszczące w swej konstrukcji przekonania, które prowadziły mnie dotychczas, ale wiedziałam, że będą musiały się ostatecznie rozsypać, żeby nie powiedzieć… złamać.

Kazimierz Dąbrowski, wspaniały psychiatra, psycholog kliniczny, pedagog, przedstawiciel polskiej psychiatrii humanistycznej, opisuje zjawisko rozpadu części lub całości osobowości jako niezbędny etap rozwoju i wzrastania, czyli integracji: Proces osiągania tożsamości i osobowości nie jest automatyczny, nie jest prostym przyrostem lub różnicowaniem się struktur i funkcji, postępującym według jakiegoś ogólnie obowiązującego programu. Uformowanie tożsamości i osobowości wymaga od człowieka przekroczenia biologicznego, genetycznie warunkowanego cyklu rozwojowego oraz kulturowo-społecznych schematów doświadczania i postępowania. Wymaga decyzji, zaangażowania i determinacji w obliczu przeszkód. Wymaga czasowej rezygnacji z równowagi, zgody na dysharmonię, niestabilność i niepewność. Wymaga podjęcia trudu i wytrwałości.

I, niestety, muszę się z panem profesorem zgodzić. Momenty rozwoju, które polegają na podważaniu tego, kim jesteśmy, na rzecz tego, kim mamy szansę się stać, nie są łatwe. Z duchowego punktu widzenia są tak naprawdę o śmierci i narodzinach, bo jakaś część nas musi umrzeć, odejść, zniknąć, żeby jej miejsce zajęła nowa. W moim wypadku musiała umrzeć zosia-samosia-gosposia, a w bólach się narodzić zosia-ktosia-poprosia.

Może to przebiegać mniej więcej w taki sposób:

  • Momenty lekcji, zaproszeń do rozwoju przychodzą do nas najpierw cichutko. To taki głos, który mówi: „Hej, może poprosimy o pomoc?”. Ale my go w ogóle nie słyszymy.
  • Po paru miesiącach ten sam głos przychodzi jeszcze raz i odrobinę głośniej powtarza to samo pytanie. Wtedy słyszymy, ale udajemy, że jednak nie słyszymy.
  • Mija kolejnych kilka miesięcy i ten głos znów wraca. My słyszymy i nawet próbujemy go słuchać, ale po pierwszej nieudanej próbie sięgnięcia po pomoc odpuszczamy.
  • Aż wreszcie los, bóg, bogini, siła wyższa (nie wiem, w co tam wierzycie) mówi: „Okej, to sięgamy po kolejny kaliber, złamana noga, choroba, zwolnienie, rozstanie, wypadek...”. Na tym etapie już nie ma dyskusji. Musimy poprosić o pomoc, bo inaczej nic nie zjemy, nie wykąpiemy się, nie przeniesiemy herbaty bez rozlewania.

To są te momenty, w których ciało nam mówi, że tempo pracy i deficyt snu są już trudne do wytrzymania. Najpierw to drobna myśl: „Hej, może wyśpimy się godzinę dłużej, bo mam mało siły”. A my ją spychamy i mówimy, że trzeba jeszcze ten jeden projekt wypchnąć i wtedy się wyśpimy. A potem przychodzi kolejne zadanie i nasze ciało znów idzie w odstawkę. Niewyspane, niedokarmione, wycieńczone znowu prosi o uwagę drobnym przeziębieniem, a my zakatarzeni, z bolącą głową siedzimy przed kompem, dopóki nie skończymy tego ważnego czegoś. I ciśniemy, aż wyczerpani wylądujemy na kroplówce w szpitalu, próbując nadrobić trzy lata deficytu snu, kiepskiego jedzenia i braku jakiegokolwiek sportu.

Albo to te chwile, kiedy w relacji nie widzimy potrzeb drugiej strony, bo tak nas pochłania pasja, że myślimy sobie, że jeszcze tylko ten wyjazd i wtedy zajmiemy się relacją. Unikamy trudnych rozmów, bo nie chcemy się w nie zagłębiać, jeśli alternatywą jest wyjazd w góry. Nasza relacja prosi o uwagę, o zatrzymanie się i zaopiekowanie, ale my te myśli odganiamy. Miesiąc, dwa, trzy – aż po dwóch latach okazuje się, że w życiu naszego partnera czy partnerki pojawił się ktoś, kto tę uważność, czas i opiekę dał. Wówczas hucznie kończymy relację, myśląc, że to on lub ona nas zdradzili, ale nie da się uciszyć myśli, że w sumie to my zdradziliśmy wcześniej, zabijając najpierw te ciche, a potem coraz głośniejsze prośby o uwagę.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze