1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zdrowie
  4. >
  5. Jakie powinno być dzienne spożycie cukru?

Jakie powinno być dzienne spożycie cukru?

Fot. iStock
Fot. iStock
Mamy obecnie modę na niesłodzenie. Powszechne przekonanie, że cukier jest niezdrowy i tuczy spowodowało, że wiele osób całkowicie wyeliminowało go ze swojej diety i zastąpiło nie zawsze zdrowymi zamiennikami. Jak jest naprawdę? Czy cukier szkodzi?

Moda na niesłodzenie trwa. Powszechne przekonanie, że cukier jest niezdrowy i tuczy spowodowało, że wiele osób całkowicie wyeliminowało go ze swojej diety i zastąpiło nie zawsze zdrowymi zamiennikami. Jak jest naprawdę? Czy cukier szkodzi? Ile powinno wynosić dzienne zapotrzebowanie na cukier? Czy powoduje próchnicę? Czy uzależnia? Odpowiada też za zachorowania na cukrzycę, otyłość, grzybicę? – na te pytania odpowiada dietetyczka Agnieszka Piskała, ekspertka programu edukacyjnego

Większość osób rezygnuje z cukru, ponieważ boi się przybrać na wadze…

„Oczernianie” cukru, że jest przyczyną nadwagi i otyłości jest dużym nieporozumieniem. Przyczyną tych schorzeń jest po prostu nadmierne spożycie kalorii w ciągu dnia, większe niż racjonalne potrzeby organizmu. Okazuje się, że w diecie Polaków bardziej winny nadprogramowych kilogramów jest tłuszcz, a nie cukier. W codziennym jadłospisie maksymalne 25% spożytej energii powinno pochodzić z tłuszczów, a okazuje się, że w diecie przeciętnego Polaka ilość energii z tłuszczów wynosi ponad 30 -35% dziennego zapotrzebowania. Osoby, które „rezygnują” z cukru, tak naprawdę z niego… nie rezygnują, ale możliwe, że tylko świadomie rezygnują ze słodyczy czy dosypywania cukru do napojów typu kawa, herbata. Pamiętajmy, że cukry proste występują w wielu produktach spożywczych codziennego użytku np. fruktoza w owocach, glukoza w winogronach, laktoza w mleku i produktach mlecznych, maltoza w piwie…  nie ma więc możliwości, stosując normalną, prawidłowo zbilansowaną dietę, żeby całkowicie wyeliminować cukier, choć oczywiście „przegięcie” w drugą stronę, czyli nadmierne spożycie cukrów będzie mieć zły wpływ na nasze zdrowie i samopoczucie. Nie powinniśmy cukrów prostych traktować jako główne paliwo energetyczne do pracy naszego organizmu, ale pamiętajmy, że nawet Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) mówi, że 10% energii pochodzącej w diecie z węglowodanów, może pochodzić z cukrów prostych, a to oznacza aż 6 łyżeczek cukru.

Jeśli ktoś ma tendencje do tycia, to znaczy, że ma aktywny gen otyłości FTO, a to oznacza, że NIEZALEŻNIE co będzie spożywał (co tylko dostarcza kalorii: białka, tłuszcze lub węglowodany) ponad zapotrzebowanie organizmu będzie przybierał na wadze. Niekoniecznie ten proces musi być związany ze spożywaniem cukrów prostych.

Jak szkodzi nam nadmiar cukru? 

Trzeba jasno określić co oznacza słowo „nadmiar” - nadmiar ponad to, co zaleca WHO, nadmiar ponad ilość kalorii jaką spożywamy w ciągu dnia, nadmiar cukrów czy słodyczy? Jeśli chodzi o częste spożywanie cukrów prostych to nie ma jednoznacznej korelacji z występowaniem chorób dietozależnych. Okazuje się bowiem, że cukier sam w sobie nie jest przyczyną nadwagi i otyłości (a jedynie nadmiar kalorii, który na ogół pochodzi z połączenia w diecie cukrów i tłuszczów). Cukier również nie uzależnia- uzależniać mogą np. słodycze, które są spożywane w określonych sytuacjach emocjonalnych, a nie dlatego, że „organizm się tego domaga”. Cukry nie są też jednoznaczną przyczyną próchnicy zębów, główną jej przyczyną jest oczywiście nieodpowiednia higiena jamy ustnej.

Nie zawsze jest tak, że ludzie, którzy decydują się na dietę eliminacyjną, obawiają się cukrzycy czy otyłości. Dolegliwość, która pojawia się u coraz większej grupy ludzi to grzybica. Dlatego znam wiele przykładów, gdy ludzie rezygnują z cukru (a także bardzo słodkich owoców) ze względu na problemy jelitowe spowodowane candidą. 

Candida, to drożdżaki, które żyją w organizmie każdego człowieka i w odpowiednich koloniach mają nawet korzystny wpływ na funkcjonowanie naszych jelit. Problem zaczyna się w momencie, kiedy kolonia candidy, ze względu na pewne warunki, zaczynaj nagminnie się rozmnażać dominując inne, dobroczynne organizmy mikroflory jelitowej. Jednym z tych „warunków” może być oczywiście zbyt duże spożycie cukrów prostych, którymi wręcz zajadają się drożdże z rodzaju candida. Ale to nie jedyny błąd - do tego przyczyniają się takie sytuacje jak antybiotykoterapia, spożywanie zbyt dużych ilości przetworzonej żywności, a jednocześnie zbyt mała ilość warzyw, owoców i produktów pełnoziarnistych w diecie. Nie można wiec powiedzieć, że to czysty cukier, a właściwie jego nadmiar, jest przyczyną dolegliwości jelitowych.

Tak na marginesie, problemy jelitowe to obecnie zmora wielu osób. Coraz więcej występuje uczuleń i nietolerancji, szczególnie na gluten… I to z czym ja się spotykam to raczej przekonanie, że cukier karmi złe bakterie, grzyby i prowadzi do zaburzeń flory bakteryjnej. 

Cukier nie karmi „złych bakterii”, tylko karmi nasz mózg i mięśnie, a rola mikroflory jelitowej jest zupełnie inna, choć warto odpowiednią dietą dbać o jej homeostazę. Nieprawdą jest też, że coraz więcej osób ma nietoleracje i alergie. Badania pokazują, że zachorowalność na jedne i drugie jest constans i nie zmienia się w czasie. Jeśli chodzi o przeciwwskazania do spożycia glutenu, to nadal nie przekracza ta liczba 5% naszego społeczeństwa i dotyczy to osób z celiakią, nieceliakalną nietolerancją glutenu i uczulonych na pszenicę. Niestety, obecna „moda” na „bezgluten” ogarnęła 30% społeczeństwa, tylko, że my, dietetycy zadajemy sobie pytanie „dlaczego?”. Badania przeprowadzone na tej grupie osób potwierdziły, że ich lepsze samopoczucie, spadek masy ciała, lepsza kondycja, większa ilość sił witalnych… nie jest absolutnie skorelowana z wykluczeniem glutenu, ale… z bardziej świadomym, uważniejszym i zdrowszym stylem bycia, życia i wybierania produktów. Takie osoby nie mogły już jeść na szybko zamówionej pizzy czy ulicznego kebeba, ale musiały w domu przygotować sobie „pudełka” ze zdrowymi kaszami, gotowanymi mięsami i surowymi warzywami. A finalnie… faktycznie zadbali o zdrową dietą, o zdrową mikroflorę jelitową i dlatego czuli się lepiej. Pamiętajmy, że nasze jelita to nasz drugi mózg. Jeśli on prawidłowo funkcjonuje, to i nasz organizm lepiej funkcjonuje (w końcu aż 95% serotoniny wytwarzane jest właśnie w naszych jelitach, a nie mózgu).

Niektórzy nie rezygnują ze słodkiego smaku. Po prostu wybierają miód, syrop z melasy, klonowy, daktylowy itp. zamiast zwykłego cukru. Jak w tym wypadku ustalić dawki? Czy można to jakoś przełożyć na te 6 - 10 dozwolonych łyżeczek?

Takie rozwiązania to dla mnie trochę hipokryzja i żywieniowa pół-transparentność. Niektórym się wydaje, że wybierając inne źródła słodkiego smaku jesteśmy w stanie oszukać nasz organizm. Oczywiście nie mam nic przeciwko zamiennikom cukru, natomiast pamiętajmy, że wspomniany wyżej miód w 98% składa się z sacharozy, a jedynie te 2% stanowią inne składniki aktywne, takie jak witaminy, składniki mineralne, enzymy czy substancje bioaktywne. Jeśli więc słodząc herbatę zamieniamy łyżeczkę cukru na łyżeczkę miodu, to ja na to mówię wielkie TAK, ale jeżeli ktoś uważa, że słodząc herbatę miodem, zamiast cukrem, może w tych okolicznościach dodać dwie łyżeczki, to tak naprawdę sam siebie oszukuje. Oczywiście dodawanie do różnych dań syropów np. klonowego, z agawy, melasy, może nadać potrawom charakterystyczne cechy sensoryczne, ale na pewno nie można powiedzieć, że to zdecydowanie zdrowsza opcja. Szczególnie, że co jakiś czas pojawiają się nowości i doniesienia naukowe na temat różnych substancji słodzących i niestety, nie zawsze są one optymistyczne. Weźmy pod uwagę np. stewię, która była wychwalana jako „cudowny zamiennik cukru” niedostarczający kalorii. Teraz jednak wiemy, że ten krystaliczny proszek pozyskiwany z rośliny stewii faktycznie nie podnosi indeksu glikemicznego potrawy, nie dostarcza kalorii, ale… nie wiadomo dlaczego podnosi poziom triglicerydów we krwi. A biały cukier taki rzeczy nie robi ?

Kolejny temat, z którym często się spotykam to kwestia rafinacji cukru i powszechne przekonanie, że jest ona szkodliwa (z tego nawet powodu mówi się o zwykłym cukrze „biała śmierć”). Znam bardzo dużo osób, które po prostu rezygnują z białego cukru, który nie ma żadnych dodatkowych wartości i decydują się na zakup cukrów nierafinowanych (które np. zawierają melasę). Jaka jest naprawdę różnica dla naszego zdrowia? Czym jest proces rafinacji i czy rzeczywiście jest on niezbędny przy produkcji cukru?

Proces produkcji cukru z buraków cukrowych to jeden z prostszych procesów technologicznych i nie wymaga żadnych skomplikowanych procedur, które w jakiś sposób mogłyby finalnie wpływać na jakość lub walory odżywcze (zdrowotne) finalnego produktu. Rafinacja cukru również jest procesem mało skomplikowanym i nie powinniśmy się go bać. Finalnie w tym procesie powstaje biały cukier kryształ, który charakteryzuje się jedynie słodkim smakiem, co ma wiele zalet technologicznych w zastosowaniu w różnych obszarach przemysłu spożywczego, ale również w naszym codziennym życiu (poczynając od słodzenia herbaty, dodawania do przygotowywania domowych słodkości, czy stosując jako składnik przetworów typu dżemy, konfitury, powidła). Oczywiście na rynku można znaleźć też cukier brązowy, zawierający melasę. Wartość odżywcza tego cukru jest DOKŁADNIE TAKA SAMA jak białego, więc absolutnie nie można mu przypisywać żadnych dodatkowych właściwości prozdrowotnych. Cukier ciemny/brązowy, w odróżnieniu od białego, ma inne właściwości organoleptyczne, dlatego ma inne zastosowanie w obszarach kulinarnych, ale nie żywieniowych.

Jednak większość źródeł podaje, że po procesie rafinacji cukier pozbawiony jest wszelkich składników mineralnych, które normalnie zawarte są w trzcinie czy burakach (jak żelazo, magnez czy potas). Rozumiem, że ta zawartość i tak jest śladowa i przy dozwolonych 10 łyżeczkach nie ma większego znaczenia, jednak podobnie jest z solą czy mąką (białą, a taką, która zawiera otręby). Z takich „drobnych” rzeczy też składa się nasz jadłospis.

Rafinacja cukru faktycznie pozbawia go składników odżywczych, które nadają mu charakterystyczny kolor i smak, natomiast ich zawartość jest wręcz homeopatyczna i nie ma ŻADNEGO znaczenia żywieniowego, co jednoznacznie nie daje dyspensy do spożywania większej ilości cukru brązowego. Cukier brązowy to nadal w 99% czysta sacharoza a jedynie ten 1% stanowią składniki mineralne. Podobnie jest z solą. Cześć osób stosuje np. sól himalajską przypisując jej wręcz właściwości zdrowotne ze względu na tę znikomą ilość żelaza czy miedzi, która nadaje charakterystyczny kolor soli. Jednak nadal jest to czysty chlorek sodu zabarwiony nic nie znaczącą ilością składnika mineralnego, którego o wiele lepszym źródłem są np. płatki owsiane czy morele. Na równi z odmianami cukru i soli nie kładłabym jednak mąki razowej i białej. Ta pierwsza zawiera w swoim składzie znaczny udział (do kilku %) tzw. popiołu, czyli składników mineralnych w czystej postaci, dodatkowo nierozpuszczalny błonnik pokarmowy, który usprawnia pracę jelit i NIE MA lepsze jego źródła niż właśnie mąka z nieoczyszczonego ziarna.

W spożywaniu zarówno różnych rodzajów cukrów jak i soli powinniśmy zachować umiar i rozsadek, wybierając dane opcje „smakowe” jako bonus sensoryczny do danej potrawy, a nie jako zdrowsze lub mniej zdrowsze opcje.

Ostatnie pytanie dotyczy syropu glukozowo-fruktozowego. Coraz częściej mówi się o jego szkodliwości i o tym, że dużo lepiej zastąpić go zwykłym cukrem. Tymczasem stanowi on składnik większości słodyczy, napojów czy przekąsek.

Syrop glukozowo-fruktozowy to faktycznie w ostatnim czasie owiany „czarnym PR-em” składnik wielu produktów. Syrop ten, oprócz słodkiego smaku, ma bardzo dużo pozytywnych cech technologicznych (nadaje strukturę, zapobiega rozwarstwianiu się produktu, ma działanie teksturotwórcze, nie zamarza w niskich temperaturach, nie zmienia smaku wyrobu), a w związku z tym syrop ten jest powszechnie używany w wielu branżach przemysłu spożywczego. Możemy go znaleźć właśnie w napojach (w tym również dla dzieci), produktach przetworzonych np. keczupie czy wyrobach mięsnych (!!!). Biorąc pod uwagę fakt, że syrop jest wszędzie spożywamy go zdecydowanie za duże ilości w ciągu dnia. Dodatkowo syrop glukozowo-fruktozowy, ze względu na dużą zawartość wolnej fruktozy, może również mieć wpływ na zaburzenia gospodarki cukrowej oraz, jak się okazało, na podniesienie stężenia cholesterolu i triglicerydów we krwi, co może sprzyjać rozwojowi chorób układu krążenia i miażdżycy. W tej sytuacji konieczne jest świadome wybieranie produktów ze sklepowej półki, czytanie etykiet, sprawdzanie, czy dany produkt zawiera dodatek syropu, a jeśli tak, to na którym miejscu listy składników się on znajduje. Im bliżej początku, tym gorzej, ponieważ lista składników wypisywana jest w kolejności malejącej.

Agnieszka Piskała: autorka raportu . Absolwentka Wydziału Nauk o Żywieniu Człowieka i Konsumpcji SGGW. Należy do wąskiego grona diet coach’ów certyfikowanych w Polsce przez Instytut Psychoimmunologii Wojciecha Eichelbergera. Właścicielka Instytutu NUTRITION LAB, którego celem jest budowanie świadomości prawidłowego odżywiania wśród Polaków.

Jeśli chcesz wiedzieć, ile wynoszą dzienne zapotrzebowanie na cukier i maksymalne dzienne spożycie cukru oraz jak należy rozsądnie spożywać ten słodki dodatek bez obaw o zdrowie i szczupłą sylwetkę, odwiedź stronę kampanii . W dostępnym na stronie raporcie znajdziesz pełne informacje na temat cukrów, ich występowania, czy wpływu na zdrowie, a także na temat indeksu glikemicznego. Wyliczysz też zalecaną przez WHO dzienną normę  cukru w zależności od wieku i płci.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zdrowie

Oczyszczanie? Naturalnie!

Trzeba pić wodę, aby błonnik mógł pęcznieć i wędrować przez przewód pokarmowy. Każdy dzień powinniśmy zaczynać od napoczęcia półtoralitrowej butelki wody, którą późnym popołudniem napełnimy ponownie. (Fot. iStock)
Trzeba pić wodę, aby błonnik mógł pęcznieć i wędrować przez przewód pokarmowy. Każdy dzień powinniśmy zaczynać od napoczęcia półtoralitrowej butelki wody, którą późnym popołudniem napełnimy ponownie. (Fot. iStock)
Wiosną wszyscy chcemy się oczyszczać. Detoksykować. Rozważamy głodówki, niekiedy kuriozalne diety. Chcemy łyknąć pigułkę, ewentualnie wypić jakiś napar i mieć to oczyszczenie za sobą.

W duchu miłości do naszego ciała i wiary w moc organizmu oraz jedzenia zaproponuję jednak oczyszczanie spokojniejsze. Warto sobie przypomnieć, że nasze ciała są teoretycznie samowystarczalne. Wiadomo – czasem sami im szkodzimy aż nadto, pijąc alkohol, paląc, zjadając za dużo leków lub suplementów diety. Generalnie jednak ludzki organizm jest w stanie oczyścić się z większości szkodliwych substancji (chyba że przesadzimy z dawką). Ale ja dziś zajmę się normalnym życiem przeciętnego człowieka. Tych, którzy zjedli muchomora, odsyłam w trybie pilnym do lekarza.

Za oczyszczanie odpowiadają nerki oraz wątroba – choć i poprzez jelita pozbywamy się części niechcianych składników. Wątroba pełni w naszym organizmie kilka funkcji – tu zajmę się jedynie tematem filtrowania. 80 proc. krwi, która trafia do wątroby, dopływa żyłą wrotną (pozostałe 20 proc. pochodzi z tętnicy wątrobowej). To właśnie w żyle wrotnej są i składniki wchłonięte w przewodzie pokarmowym, i te „zebrane” z narządów. Co można, zostanie zneutralizowane, rozłożone i unieszkodliwione, po czym trafi ponownie do krwi, a z nią z kolei do nerek. One między innymi tworzą mocz. To nie tylko sposób na pozbycie się nadmiaru wody, tak również usuwane są z organizmu metabolity. Osocze krwi przepływającej przez naczynia włosowate kłębuszków nerkowych jest filtrowane, a co w organizmie niepotrzebne, trafia do ich środka (światła, jak to się fachowo nazywa) w związku z różnicą ciśnień. Część substancji transportowana jest jeszcze w mechanizmie pinocytozy (przenoszenie pojedynczych substancji). Dlatego tak zachęcam do picia wody oraz do radości wynikającej z siusiania. Im częściej, tym lepiej!

Ale to nie koniec. Błonnik w jelitach wiąże różne niepotrzebne nam substancje – załatwiając się, wydalamy je z organizmu. Dlatego należy pić wodę (tak, wiem, znowu to samo), aby błonnik mógł pęcznieć i wędrować przez przewód pokarmowy. Pamiętajmy o tym, że każdy dzień powinniśmy zaczynać od napoczęcia półtoralitrowej butelki wody, którą późnym popołudniem napełnimy ponownie! I jedzmy warzywa, pełnoziarniste produkty zbożowe i rośliny strączkowe. To powtarzane kolejny raz zalecenie, ale jakże ważne. One dostarczają nam antyoksydantów, które także chronią organizm przed szkodliwymi substancjami!

Dodam jeszcze do listy ruch. Dla detoksu, a i owszem! Jeżeli pobudzimy limfę w organizmie (uprawiając aktywność fizyczną, masując ciało czy chociażby szczotkując je), to również przyspieszy pozbycie się tego, co szkodliwe. Ruch pomaga w oczyszczaniu organizmu także poprzez zwiększenie wydzielania potu, wraz z którym wydalane będą niepożądane substancje.

A na koniec zasugeruję, że może warto zrobić sobie rachunek sumienia. I zastanowić się, z czego chcemy się oczyścić. Dobrze przeprowadzić analizę własnych poczynań i przyzwyczajeń. Ile z rzeczy, które jadamy, to produkty wysokoprzetworzone, w których składzie znajdują się barwniki, aromaty, konserwanty? To ich właśnie powinniśmy unikać – szczególnie w okresie detoksykacji.
Proszę, sprzątajmy nasze ciała, ale delikatnie, powoli, bez brutalnych działań. 

Katarzyna Błażejewska-Stuhr, dietetyczka kliniczna, psychodietetyczka. Autorka bloga kachblazejewska.pl, współautorka książki „Kobiety bez diety. Rozmowy bez retuszu”, Burda Media Polska.

  1. Zdrowie

Migrena – trzeba ją leczyć. Są na to sposoby

Ktoś ma jeden napad migreny w miesiącu. Mało. A co, jeśli ten ktoś jest aktorem i musi wyjść na scenę? Migrenę trzeba leczyć. (Fot. iStock)
Ktoś ma jeden napad migreny w miesiącu. Mało. A co, jeśli ten ktoś jest aktorem i musi wyjść na scenę? Migrenę trzeba leczyć. (Fot. iStock)
Tak wygląda mózg migrenika. Jedna sucha gałązka może wywołać wybuch płomieni. Trzeba dojść, co dla ciebie jest tą gałązką – mówi dr Anna Błażucka, neurolog zajmująca się leczeniem migren.

Czym właściwie jest migrena?
Migrena to cierpienie. Ciężka choroba. Jeden z częstszych i najsilniejszych bólów głowy, słabszy tylko od bólów klasterowych. Nasila się podczas zwykłych codziennych czynności. Chory w trakcie napadu myśli tylko o tym, by położyć się w cichym, ciemnym pomieszczeniu i żeby wszyscy dali mu spokój. Nie sposób otworzyć oczu, bo ból się nasila. Towarzyszą mu nudności, czasami wymioty, światłowstręt, nadwrażliwość na dźwięki i zapachy. Ból ma charakter pulsujący, rozdzierający, jakby ktoś walił nas po głowie 50-kilogramowym młotem. Najczęściej obejmuje połowę głowy, choć wraz z rozwojem napadu może się rozszerzać na całą. Napad może trwać kilka dni, nawet jeśli ból po lekach ustępuje; migrena ma cztery fazy, ból to tylko jedna z nich. Problemem jest to, że migrena nie jest postrzegana jako ciężka choroba przez osoby, które same nie chorują albo nie mają chorych w otoczeniu. Dużo złego zrobiły tu naleciałości kulturowe.

Choroba „histeryczek”...
Pamiętamy z „Nad Niemnem” Emilię Korczyńską z jej „globusem”. Każdego normalnego człowieka boli głowa, a migreny mają arystokraci – taka jest utrwalona kulturowo opinia. Migrena bywa traktowana jako ucieczka przed pracą, przed życiem. Każdego kiedyś bolała głowa i jeśli był to ból typu napięciowego, czyli o niewielkim natężeniu, na cudzy ból patrzymy przez pryzmat swojego. Myślimy: „Przesada, to się przecież da wytrzymać”.

A w rzeczywistości to choroba, która wyłącza z życia. Nie można nic zaplanować, urlop kończy się tym, że wszyscy chodzą na palcach, bo mama leży z migreną. Nie zawsze da się pojechać tam, gdzie chcemy, bo na przykład w górach osoby z migreną gorzej się czują. Zmiana stref czasowych to także ryzyko napadu. No i praca. Nie każdy pracodawca zrozumie, chory często bierze urlopy, bo trudno przy każdym napadzie migreny iść do lekarza. A nawet jeśli do pracy przyjdziemy, a czasem po prostu inaczej nie można, niewiele jesteśmy w stanie zrobić. Osoby chore częściej też zapadają na depresję. W dodatku rujnują sobie zdrowie, bo bez przerwy biorą leki przeciwbólowe. Błędne koło.

I życie w stresie…
Tak, w oczekiwaniu na kolejny napad.

Czy każdą migrenę poprzedza tak zwana aura?
Migrena przebiega w czterech fazach, ból głowy to trzecia z nich. Faza druga, poprzedzająca ból głowy, to aura, występuje u 30 proc. pacjentów. Najczęściej jest aura wzrokowa – migoczące mroczki, zniekształcenia obrazu, zmniejszenie albo powiększenie otaczających przedmiotów. Może być aura czuciowa – drętwienie zaczynające się od palców, obejmujące całą kończynę, twarz i język. Zdarzają się też niedowłady, zaburzenia mowy, co jest dla pacjentów przerażające – boją się, czy to nie udar. Aura trwa od pół godziny do godziny, potem zaczyna się ból. Czasami aura i ból dobę czy dwie wcześniej poprzedzone są objawami zwiastującymi. To pierwsza faza migreny: niepokój, rozdrażnienie, coś, co przypomina zespół napięcia przedmiesiączkowego. Natomiast po bólu głowy jest faza ponapadowa – pacjenci często wiążą ją z lekami i może tak być, ale to czwarta faza migreny: uczucie zmęczenia, słabości, senności.

Znamy przyczyny migreny?
Bóle głowy dzielimy na pierwotne i wtórne. Pierwotne to takie, których przyczyny nie znamy. Wtórne powstają w przebiegu innych chorób, internistycznych czy neurologicznych. Migrena i napięciowe bóle głowy zaliczamy do pierwotnych. Przyczyna oczywiście jest, ale my dostępnymi narzędziami nie potrafimy jej zbadać. Na dziś wiemy, że migrena to wielogenowa choroba genetyczna.

Przyczyn migreny nie znamy. Ale wiemy, co może ją wywołać?
Tak, są czynniki prowokujące. U osoby chorej na migrenę wywołają napad, u zdrowej nie spowodują żadnych zmian samopoczucia. Tych czynników znamy wiele i od razu podkreślę: chory nie jest podatny na wszystkie. Są czynniki niezależne od nas – takie jak pogoda. Migrena jest chorobą sezonową, nasila się wiosną i jesienią. Mówi się, że wywołuje ją halny w górach – ale tu nie o wiatr chodzi, lecz o gwałtowne zmiany ciśnienia. Są też czynniki, które zależą od nas, w tym od tego, co jemy. Do sztandarowych pokarmów wysokiego ryzyka należą: żółte sery, czerwone mięso, glutaminian sodu, orzechy, czekolada, alkohole – najczęściej czerwone wino. Ale u każdego może być co innego, także cokolwiek spoza tej grupy. A bywa i tak, że żaden pokarm napadu nie wywołuje. Są osoby chore na migrenę, które mogą pić czerwone wino, są i takie, które powąchają alkohol i mają napad. Problemem może być odwodnienie. Głodzenie – migrena go nie lubi. Stres, ale i odpoczynek po stresie. Zmiany rytmu dobowego, stref czasowych, zbyt krótki albo zbyt długi sen. Jest tak zwana migrena weekendowa związana ze zbyt długim spaniem właśnie. Nieodpowiedni, zbyt intensywny wysiłek fizyczny albo odpoczynek po wysiłku. U kobiet może też być cykl hormonalny, okres okołoowulacyjny albo okołomiesiączkowy.

Migrena to choroba nieuleczalna. Jednak możemy sobie pomóc. Jak?
Migreny nie zlikwidujemy, ale możemy skutecznie ją kontrolować. Leczenie ma na celu doprowadzić do tego, że napady ustąpią albo będzie ich mniej, albo będą słabsze, albo będą dobrze reagowały na leki przerywające ból.

Od czego pani zaczyna, kiedy przychodzi pacjent i mówi, że ma napady migreny?
Przede wszystkim muszę się dowiedzieć, czy to rzeczywiście migrena. Czyli: charakterystyka samego bólu głowy, jego lokalizacja i charakter, objawy towarzyszące. Czy migrena występuje coraz częściej, czy jest stabilna. Czyli czy napad jest jeden, czy dwa w ciągu miesiąca i od kilku lat tak samo, czy, powiedzmy, od pół roku więcej. A może zaczęła się gorsza reakcja na leki? Może napady coraz dłużej trwają?

Migreny dzielimy na epizodyczne i przewlekłe. Ważne, ile jest napadów w ciągu miesiąca, jak długo trwają, ile dni z bólem w ciągu miesiąca, czy występuje tylko jeden rodzaj bólów głowy. W jaki sposób napady bólu głowy są leczone, w jakich dawkach, czy leki przerywają napad, czy tylko zmniejszają natężenie bólu na kilka godzin. Jakie było leczenie w przeszłości. Często pacjent mówi: „Ja już byłem leczony wszystkim”. Ale kiedy się dopytuję, to okazuje się, że nie były to leki właściwe dla leczenia migreny. Albo stosowane w zbyt małych dawkach, takich, które nie mają prawa pomóc. W zależności od tych wszystkich danych zaczynamy rozmawiać o leczeniu.

Czy zaleca pani na przykład tomografię, żeby wyeliminować inne ewentualne przyczyny bólu, jak torbiele czy guzy?
W zaleceniach nie ma konieczności wykonywania tomografii ani rezonansu, migrena jest pierwotnym bólem głowy, więc my nic w tej głowie nie znajdziemy. Czasami w rezonansie opisane są drobne zmiany naczyniowe – ale u osób zdrowych też się takie zdarzają. Przyznam się jednak, że ja, jeśli pacjent badań obrazowych nie miał, na ogół je zlecam. Bo jeśli kogoś często i mocno boli głowa, to po prostu boi się, czy nie ma guza. I wynik badania go uspokoi.

Wywiad – i co dalej?
Wyjaśniam, jakie są możliwości i zasady leczenia. To ważne, bo inaczej leczymy, kiedy są jeden, dwa czy trzy napady w ciągu miesiąca, inaczej, jeśli jest ich więcej, a w dodatku takich, które nie ustępują pod wpływem leków. Dysponujemy leczeniem przerywającym napad migreny i leczeniem profilaktycznym. Przy małej liczbie napadów możemy zastosować tylko leczenie przerywające napad bólu – poszukać leków, pod których wpływem ból ustępuje w ciągu godziny, a najdalej trzech. Ważne też, by przyjąć leki od razu, kiedy tylko pojawia się ból. I w odpowiedniej dawce. Zazwyczaj w dolegliwościach bólowych zalecane jest dawkowanie dwa czy trzy razy dziennie po tabletce. W migrenie jest inaczej – na samym początku dwie, trzy tabletki, w zależności od preparatu. No i kwestia, jaki to powinien być lek. Ludzie często biorą leki z kodeiną. A ona nie jest wskazana – choć w danej chwili zadziała, prowokuje następne bóle głowy. Ułatwia też przejście migreny w przewlekłą oraz w powstanie polekowych bólów głowy.

Trudność zwiększa to, że pacjent poza migreną może mieć „zwykłe” bóle głowy, takie, które, jak mówi, „same przechodzą”. I wtedy na początku bólu nie wie, czy to migrena, czy nie. A czekanie, w jaki sposób ból się rozwinie, to już opóźnienie leczenia. To jedna pułapka. A druga – nadużywanie leków przeciwbólowych, które powoduje powstanie polekowych bólów głowy oraz transformację migreny w przewlekłą, czyli występującą przez co najmniej 15 dni w miesiącu, z czego osiem to migrena. Uważa się, że przy bólach głowy można przyjmować osiem do dziesięciu tabletek miesięcznie. Jeśli bierzemy leki z powodu bólu kolana, to nie wyindukujemy sobie polekowych bólów kolana. A u osób z migreną leki przeciwbólowe wywołują polekowe bóle głowy. Po jakimś czasie przychodzi pacjent i mówi, że głowa boli go codziennie i codziennie bierze kilka tabletek, a i tak jest coraz gorzej. Bierze, bo musi, inaczej nie jest w stanie funkcjonować. I koło się zamyka.

Chorzy na forach migrenowych piszą, że biorą dziennie opakowanie leków...
Kiedy człowiek jest młody, nie myśli, że w dłuższej perspektywie jest to niebezpieczne dla wątroby, nerek, serca, układu krwiotwórczego. Oczywiście organizm ma zdolności do regeneracji. Jednak gdy bierzemy leki miesiącami czy latami, to prędzej czy później doprowadzimy do jego uszkodzenia.

Leczenie migreny epizodycznej polega, jak pani powiedziała, na przerywaniu napadu. Ale jest i leczenie mające na celu niedopuszczanie do napadów. Co to takiego?
To leczenie profilaktyczne, które polega na codziennym przyjmowaniu leków. Pacjenci często się tego boją, bo to między innymi leki przeciwpadaczkowe i przeciwdepresyjne. W powszechnej opinii „ogłupiają, otępiają, uzależniają”. Oczywiście, każdy lek może wywołać objawy uboczne, ale to nie chemioterapia choroby nowotworowej, szukamy więc odpowiednich leków dla konkretnego pacjenta, skutecznych i dobrze tolerowanych. Mamy w czym wybierać, jeśli odpowiednio je dobierzemy, będą pozwalały normalnie żyć.

Trudność polega na tym, że efektów nie widać od razu. Trzeba dojść do odpowiedniej dawki, co trwa kilka tygodni, następnie odczekać co najmniej miesiąc, by ocenić, czy leczenie działa, czy trzeba szukać innych środków.
Leczenie profilaktyczne jest obowiązkowe w przypadku dużej liczby napadów i w migrenie przewlekłej. Najlepiej zaczynać je wcześnie, gdy w ciągu miesiąca występują trzy, cztery, pięć napadów migreny. Później – to kiepska wiadomość – będzie ono mniej skuteczne, bo już mamy migrenę rozwiniętą, oporną na leczenie.

Czasem decyzja o leczeniu profilaktycznym to indywidualna kwestia. Powiedzmy, że ktoś ma jeden napad migreny w miesiącu. Można z tym żyć. Ale ten ktoś jest, dajmy na to, sędzią albo aktorem teatralnym. I musi przyjść na rozprawę albo wyjść na scenę, czy boli, czy nie. To, moim zdaniem, może być wskazaniem do włączenia terapii.

A jeśli działa, to jak długo trwa kuracja?
Co najmniej rok. Później możemy próbować odstawiać albo zmniejszać dawkę. To leczenie jest bezpieczne. Z kolei lekami, które z definicji przeznaczone są do stosowania przewlekłego, jak padaczka czy depresja – tu często terapia trwa do końca życia. Nie zawsze jest tak, że napady ustaną, ale będą zdecydowanie rzadsze albo krótsze, albo leki przeciwbólowe będą skuteczniejsze. Bo jedno drugiego nie wyklucza – jeśli w trakcie leczenia profilaktycznego mamy napad, możemy stosować leki przeciwbólowe.

Ale poza tabletkami mamy też inne możliwości?
Tak. Leczenie botoksem. Toksyna botulinowa jest skuteczna nawet u 50 proc. osób po pierwszym podaniu. Pierwsze efekty obserwujemy po dwóch tygodniach do miesiąca. Szybciej niż przy farmakoterapii. Pierwsze trzy dawki podajemy co 12 tygodni, potem w zależności od potrzeb raz na rok, pół roku lub co trzy miesiące.

Toksyna jest stosowana w medycynie estetycznej. Jaki jest jej mechanizm działania w leczeniu migreny?
Nie ma to nic wspólnego ze zmniejszaniem napięcia mięśniowego, co wykorzystuje się w medycynie estetycznej i w neurologii, w leczeniu dystonii. Tam rozłącza się nerw od mięśnia, tu wykorzystuje się przeciwbólowe działanie toksyny. Znamy kaskadę zdarzeń napadu migreny: z ośrodka bólu w głębi mózgu propagacja na obwód, na opony mózgowe i naczynia. Rozszerzenie naczyń i tak zwane neurogenne zapalenie naczyń powoduje ból. Tak jakby w środku mózgu rozpalało się nam powoli ognisko. Napad migreny wynika z pobudzenia nerwu trójdzielnego unerwiającego całą głowę, to główny nerw czuciowy, jego zakończenia wychodzą na skórę. Toksynę podajemy w okolice zakończeń nerwu trójdzielnego, żeby transportem wstecznym wzdłuż nerwu wyłączyć „generatorek bólu” w środku mózgu.

Dla kogo jest taka kuracja?
Toksyna jest zarejestrowana do leczenia migreny przewlekłej, uważa się też, że może być skuteczna w migrenie epizodycznej z dużą częstotliwością napadów. Leczenie botoksem jest bezpieczne, ma mało ograniczeń. Substancja działa miejscowo, nie wchłania się, a po 12 godzinach od podania jest rozkładana. Problem to niewłaściwe leczenie toksyną stosowane w wielu gabinetach. Na rynku istnieją co najmniej trzy toksyny i to są trzy różne leki. Tylko jedna – toksyna botulinowa typu A – zarejestrowana jest w leczeniu migreny. Podawać ją trzeba w określony sposób. To schemat PREEMP, od 155 do 195 jednostek – od 1,5 do 2 ampułek. Niestety, lekarze robią to według uznania, na przykład podają według schematu stosowanego w medycynie estetycznej, w złej, czyli zbyt małej, dawce. Albo stosują inny preparat. To rzadko bywa skuteczne, ale chory nie jest w stanie tego zweryfikować. Efekt: nie pomogło. I w świat idzie informacja, że botoks nie działa. Warto pytać lekarza o rodzaj preparatu i dawkę oraz o certyfikat umiejętności podawania toksyny, każdy z nas taki otrzymał.

Są jeszcze jakieś metody leczenia?
Przeciwciała monoklonalne. I jest to na dziś najskuteczniejsze. U osób z migreną stwierdzono w mózgu wysokie stężenie białka CGRP, a w momencie napadu migreny następuje jeszcze wyrzut tego białka. Przeciwciała monoklonalne blokują ten nadmiar. Zastrzyk podaje się raz w miesiącu. Pierwsze efekty są po dwóch tygodniach do miesiąca. Problemem jest cena.

Leczenie nie jest refundowane?
Żadne leczenie migreny nie jest refundowane. Ministerstwo Zdrowia odrzuciło właśnie wnioski. Argument: nie wiemy, ilu jest chorych, bo nie ma spójnych badań epidemiologicznych, migrena to choroba, „której nie da się zmierzyć”, trudno też ocenić skuteczność leczenia. A koszty są wysokie. Toksyna to 2–2,5 tysiąca złotych co 12 tygodni, przeciwciała – 2–3,5 tysiąca złotych co miesiąc. To za dużo dla przeciętnego pacjenta. Tymczasem w migrenie przewlekłej, „uzłośliwionej”, tak naprawdę nie ma innej terapii, bo leki są mało skuteczne.

Jak możemy sobie pomóc trybem życia?
Mózg migrenika to mózg uporządkowany. Lubi regularny sen, pobudki o jednej porze, regularne posiłki, unikanie pokarmów prowokujących napady, pilnowanie nawadniania organizmu. To pomaga, ale nie gwarantuje, że napadów unikniemy. Na początku leczenia wskazane jest prowadzenie dzienniczka. Zapisywanie, co się zjadło, co się wypiło, czy bolała głowa, ile czasu, jakie braliśmy leki, co się wydarzyło poprzedniego dnia. Są specjalne aplikacje, nie musimy notować w zeszycie. Możemy w ten sposób znaleźć prawidłowość, z której nie zdawaliśmy sobie sprawy.

Mózg migrenika możemy porównać do żarzącego się ogniska. Napad migreny to wybuch płomieni. W leczeniu chodzi o to, żeby jak najsłabiej się żarzyło. Bo jeśli żar jest duży, to nawet jedna gałązka może sprawić, że płomienie skaczą do góry. Każdy musi sam dojść do tego, co u niego jest tą gałązką.

Czy każdy lek przeciwbólowy jest w migrenie skuteczny?
Na jednych działa paracetamol, na innych ketoprofen, kwas acetylosalicylowy, ibuprofen czy naproksen. U niektórych skuteczny będzie paracetamol z kofeiną, u innych kofeina nasili ból. Kodeina przerywa napad, ale na dłuższą metę nie jest wskazana. No i są tryptany – mamy ich pięć. I nie jest tak, że jeśli dla kogoś jeden lek z tej grupy będzie nieskuteczny, to żaden nie zadziała. Trzeba wypróbować wszystkie.

Migreników przybywa?
Na pewno zaczyna się coraz więcej mówić o migrenie, więc nie wiadomo, czy przybywa chorych, czy precyzyjniej ich diagnozujemy. Nowe sposoby leczenia znane są od niedawna. I ciągle jeszcze funkcjonuje przekonanie: „Taka już pani/pana uroda”. To błędne myślenie. Migrenę trzeba leczyć.

Dr n. med. Anna Błażucka, specjalista neurolog, kierownik Instytutu Diagnostyki i Leczenia Bólu w Warszawie, zajmuje się między innymi leczeniem bólów głowy, polineuropatii, fibromialgii, bólów kręgosłupa.

  1. Zdrowie

Jak spożywać pestki i nasiona, żeby przyswoić z nich to, co najcenniejsze?

Terapia pestkowa może pomóc uregulować gospodarkę hormonalną i poprawić regularność cyklu menstruacyjnego. (fot. iStock)
Terapia pestkowa może pomóc uregulować gospodarkę hormonalną i poprawić regularność cyklu menstruacyjnego. (fot. iStock)
Pestki dyni są znane ze swojego działania przeciwpasożytniczego oraz pozytywnego wpływu na gospodarkę hormonalną kobiet. Wszystkie pestki są źródłem antyoksydantów oraz witamin, które mogą być cennym wsparciem zdrowia. Warto jednak pamiętać, że małe pestki, takie jak chia czy siemię lniane, nie są trawione przez nasz układ pokarmowy i po prostu przez niego przelatują, a ich rolą jest po prostu oczyszczenie jelit. Można je również zmielić, by cieszyć się większą ilością składników odżywczych, natomiast nie do końca jest to zgodne z naturą człowieka – pisze Iwona Wierzbicka, autorka książki „Jak wzmocnić odporność”.

Moczenie pestek

Moczenie nasion i pestek zaleca się ze względu na zawartość w nich kwasu fitynowego. Jest to antyodżywcza substancja, która odpowiada za chelatację, czyli wiązanie minerałów, takich jak: żelazo, magnez, wapń i cynk, co znacznie utrudnia ich wchłanianie przez organizm. Ta informacja może okazać się cenna dla osób, których dieta obfituje w nasiona oraz pestki. Przed zjedzeniem należy je namoczyć przez minimum 12 godzin. Rekomenduje się moczenie nasion w samej wodzie, lecz można także dodać do niej sok z cytryny, ocet jabłkowy lub sól, by przyśpieszyć neutralizację kwasu fitynowego. Nie musimy moczyć nasion, jeżeli dziennie spożywamy ich niewiele (20–30 gramów), ponieważ taka ilość kwasu fitynowego nie będzie negatywnie wpływała na nasz organizm. Wręcz przeciwnie, kwas fitynowy spożywany w umiarkowanych ilościach wiąże metale ciężkie, które zatruwają organizm.

Stosunek omega-3 do omega-6

Przy spożywaniu nasion i pestek powinniśmy pamiętać o dążeniu do prawidłowego stosunku kwasów tłuszczowych omega-3 do omega-6, który powinien wynosić 1:2 (maksymalnie 1:4, przykład wspomnianego już orzecha włoskiego). Jeśli sięgasz po pestki dyni, nasiona słonecznika oraz sezamu, a także wybierasz mąkę dyniową i inne tego typu alternatywne produkty, to zwiększasz spożycie wielonienasyconych kwasów tłuszczowych omega-6 o działaniu prozapalnym, co z czasem staje się niebezpieczne, bo może nasilić stany zapalne. Jedz pestki z umiarem!

Jak piszą Małgorzata Białek i Jarosława Rutkowska (Znaczenie kwasu γ-linolenowego w profilaktyce i terapii, „Postępy Higieny i Medycyny Doświadczalnej” 2015):

„Wyniki badań epidemiologicznych wskazują na wzrost zachorowań na nowotwory w populacjach, w których zwiększyło się spożycie kwasów z rodziny omega-6, co spowodowało podwyższenie stosunku kwasów omega-6 do omega-3. Zbyt duży udział kwasów z grupy omega-6 w diecie sprzyja powstawaniu głównie nowotworów jelita grubego, piersi i stercza. Wyjątkiem w tej grupie związków jest GLA (kwas gamma-linolenowy, frakcja antyzapalna kwasu omega-6), który działa hamująco na proces karcinogenezy (nowotworzenia). Kwas GLA znajdziemy na przykład w oleju wiesiołka czy ogórecznika”.

Nie praż pestek!

Prażenie, na przykład pestek dyni lub nasion słonecznika, lub smażenie na oleju lnianym, a także wykorzystywanie mąki dyniowej do pieczenia prowadzi do stanów zapalnych, choroby miażdżycowej, chorób nowotworowych oraz autoimmunologicznych. Tego typu produkty spożywcze nie nadają się do obróbki termicznej i należy korzystać z nich na surowo. Warto także pamiętać o przechowywaniu olejów roślinnych obfitujących w kwasy tłuszczowe omega-3 (na przykład olej lniany) w ciemnej butelce oraz w lodówce, co zapobiega ich utlenianiu.

Najzdrowszymi tłuszczami roślinnymi są tłuszcze nierafinowane. Należy je zawsze przechowywać w lodówce (wyjątek oliwa i olej kokosowy, mogą stać poza lodówką) i zużyć przed upływem terminu ważności.

Terapia pestkowa dla kobiet

Terapia pestkowa może pomóc uregulować gospodarkę hormonalną i poprawić regularność cyklu menstruacyjnego. Warto jednak pamiętać, że zdrowa gospodarka hormonalna jest zależna od wielu różnych czynników…

Terapia pestkowa

  • Od 1. do 15. dnia cyklu spożywaj pestki dyni i siemię lniane (po dwie łyżki, możesz zmielić).
  • Od 16. do 28. dnia cyklu jedz sezam i pestki słonecznika (po dwie łyżki, możesz zmielić).

Tę terapię stosuje się również w chorobach autoimmunologicznych, aby wyrównać estrogen i progesteron. Jeśli cykl jest nieregularny lub brak miesiączki, można zacząć przyjmować w dowolnym momencie, zaczynając od etapu pierwszego. Po etapie pierwszym następuje drugi i tak regularnie od 3 do 6 miesięcy.

Pestki dyni przeciw pasożytom

Dzięki zawartej w nich kukurbitacynie stają się naturalnym sprzymierzeńcem w walce z niechcianymi mieszkańcami naszego organizmu. Kukurbitacyna ponadto wykazuje działanie przeciwbakteryjne oraz przeciwnowotworowe. W pestce dyni znajduje się tuż pod łupiną, to ta zielona otoczka pestki. Najwięcej tej dobroczynnej substancji jest w pestkach świeżo łuskanych.

Jak przeprowadzić kurację u dzieci i dorosłych?

  • Przez dwa tygodnie zjada się garść świeżo łuskanych pestek dyni (u dzieci około 10–15 pestek lub wielkość ich garści).
  • Do tego powinno być kilka suszonych fig lub śliwek (chodzi o przyśpieszenie perystaltyki jelit).
  • Zamiennikiem pestek może być olej z pestek dyni tłoczony na zimno, dodaje się go do sałatek (nie wolno podgrzewać).

Badania naukowe dowodzą ponadto, że kukurbitacyna ma działanie redukujące stany zapalne w organizmie, wspomaga leczenie nowotworów, bóli stawów i cukrzycy. Ponadto blokuje działanie enzymu 5-alfa reduktazy, dzięki czemu ma oddziaływanie antyandrogenne. Pestki dyni i olej z nich może mieć zatem spektakularne zastosowanie w łysieniu androgennym kobiet i mężczyzn, jak również w PCOS i insulinooporności.

Fragment książki Iwony Wierzbickiej „Jak wzmocnić odporność”.

  1. Zdrowie

Jak dobrać soczewki kontaktowe?

Fot. materiał partnera
Fot. materiał partnera
Niezależnie od tego, czy korzystasz już z soczewek kontaktowych, czy dopiero rozpoczynasz z nimi swoją przygodę, wybierając je musisz wziąć pod uwagę różne czynniki. Należy dokonać wyboru w oparciu o wygodę, koszty, styl życia i korzyści zdrowotne. To najważniejsze czynniki, które należy uwzględnić podczas wyboru takich soczewek kontaktowych, które idealnie skorygują konkretną wadę wzroku, a jednocześnie umożliwią komfortowe i bezpieczne użytkowanie.

Wybór soczewek kontaktowych - na co musisz zwrócić uwagę?

Oczywistą kwestia, którą należy uwzględnić podczas wyboru soczewek kontaktowych jest wada wzroku - jej rodzaj oraz stopień zaawansowania. Dzięki soczewkom kontaktowym sferycznym możliwe jest korygowanie krótkowzroczności i dalekowzroczności, także tej bardzo zaawansowanej. Soczewki toryczne pozwalają na skorygowanie astygmatyzmu, a soczewki multifokalne przywracają ostrość wzroku osobom mającym prezbiopię.

Duże znaczenie podczas wyboru soczewek kontaktowych ma styl życia i częstotliwość wymiany soczewek. Te jednorazowego użytku wymagają używania świeżej pary soczewek kontaktowych za każdym razem, gdy je zakładamy i wyrzucania ich za każdym razem, gdy je zdejmujemy. Codzienne jednorazowe soczewki kontaktowe są naprawdę wygodne, ponieważ nie muszą być czyszczone ani przechowywane przez noc. Są pakowane w poręczny blister, pozwalający na przechowywanie poszczególnych soczewek w roztworze soli fizjologicznej. Codzienne soczewki kontaktowe nigdy nie powinny być ponownie stosowane. Po otwarciu blistra soczewkę należy natychmiast nałożyć na oko. Większość ludzi nosi swoje codzienne soczewki kontaktowe bezpiecznie i wygodnie przez 10 - 12 godzin dziennie. Noszenie soczewek kontaktowych dłużej niż jest to zalecane może spowodować zaczerwienienie, dyskomfort i zwiększone ryzyko infekcji. Ważne jest również, aby pamiętać, że codzienne jednorazowe nie są przeznaczone do noszenia podczas snu, chociaż nie wyklucza się ucięcia w nich krótkiej drzemki.

Po soczewki jednodniowe sięgają osoby noszące soczewki sporadycznie oraz te osoby, które nie mają możliwości ich czyszczenia i przechowywania. Z kolei soczewki wielokrotnego użytku, z których najpopularniejsze są miesięczne, są idealne dla osób noszących soczewki stale oraz pracujących w systemie zmianowym. Soczewki wielokrotnego użytku należy czyścić codziennie po ich usunięciu. Należy je delikatnie przepłukać preparatem do soczewek i przechowywać w świeżym roztworze przez noc. Roztworu dezynfekującego nigdy nie należy ponownie używać ani uzupełniać wodą lub świeżym roztworem. Pojemniczek do przechowywania soczewek powinien być wymieniany co miesiąc.

Czy samodzielny zakup soczewek to dobry pomysł?

Fot. materiały prasowe partneraFot. materiały prasowe partnera

Przed zakupem soczewek kontaktowych zawsze warto skonsultować się ze specjalistą, np. okulistą czy optometrystą. Oczywiste jest, że osoba zauważająca u siebie problemy ze wzrokiem musi być poddana diagnostyce - konieczne jest określenie rodzaju wady wzroku oraz jej wielkości. Także osoby już noszące okulary korekcyjne powinny przed zakupem soczewek skorzystać z pomocy specjalisty - nie zawsze moc optyczna okularów odpowiada mocy optycznej soczewek kontaktowych – mówi nam optometrysta Kyciak, współpracujące ze sklepem BezOkularow.pl. Oferuje on szeroki wybór profesjonalnych soczewek kontaktowych najwyższej jakości, w tym soczewek próbnych. Ponadto każdy klient może liczyć na fachowe poradnictwo, rozwianie wszelkich wątpliwości dotyczących wyboru soczewek oraz praktyczne wskazówki dotyczące użytkowania soczewek.

Zawsze należy mieć na uwadze, że kwestia dopasowania odpowiednich soczewek dotyczy nie tylko trybu użytkowania soczewki. Ogromne znaczenie ma materiał, z jakiego wykonana jest soczewka, jej kształt, parametry optyczne, indywidualny stan zdrowia. Wszystkie te czynniki uwzględnić może jedynie specjalista. Konsultacja z fachowcem może odbyć się bezpośrednio w salonie optycznym, ale także za pośrednictwem Wirtualnego Gabinetu, opcji opisanej na stronie https://www.bezokularow.pl/wirtualny-gabinet . Bez wychodzenia z domu można uczestniczyć w konsultacji z optometrystą. Dzięki temu możliwe jest dokonanie trafnego, w pełni udanego zakupu soczewek kontaktowych, dopasowanych do indywidualnych predyspozycji każdego klienta.

  1. Zdrowie

Smutek i lęk, czyli alergie według Tradycyjnej Medycyny Chińskiej

Coraz więcej osób skarży się na alergie. Dr Ruediger Dahlke, niemiecki lekarz i autor książek, uważa, że odzwierciedlają one prowadzący do wojny konflikt pomiędzy agresją i wrażliwością. (Fot. iStock)
Coraz więcej osób skarży się na alergie. Dr Ruediger Dahlke, niemiecki lekarz i autor książek, uważa, że odzwierciedlają one prowadzący do wojny konflikt pomiędzy agresją i wrażliwością. (Fot. iStock)
Jak wskazują statystyki, coraz więcej osób skarży się na alergie. Powodów tego szukamy zwykle w nadmiarze chemii w otoczeniu oraz zanieczyszczonym powietrzu. Tymczasem Tradycyjna Medycyna Chińska widzi ich przyczynę w zablokowanych emocjach.

Doktor Ruediger Dahlke, niemiecki lekarz i autor książek, który łączy kwestie fizyczne z duchowymi, uważa, że alergie odzwierciedlają prowadzący do wojny konflikt pomiędzy agresją i wrażliwością. Żyjemy zestresowani, w ciągłej gotowości bojowej i nadmiernie reagujemy na domniemanych wrogów, chociażby pyłki olchy czy składnik kremu do rąk. Alergicy, według Dahlkego, nie potrafią wyrażać złości, projektując ją na otoczenie. Dlatego żyją w niepewności, w lęku, na przykład przed witalnością wiosny z jej rozwijającymi się pączkami roślin i pyłkami wypełniającymi powietrze. Zgadzają się z tym również specjaliści Tradycyjnej Medycyny Chińskiej, którzy poszczególnym organom przypisują określone emocje.

Jeśli z dolegliwościami alergicznymi zwrócimy się po pomoc do jednego z nich, jej fizycznej przyczyny będzie dopatrywał się m.in. w osłabieniu energii Qi nerek oraz płuc, zablokowanym Qi wątroby i atakującym wietrze. Qi jest podstawą chińskiego rozumienia medycyny. Mówi się, że jest to energia witalna, energia wewnętrzna, strumień energii. Qi nas porusza, ogrzewa, chroni przed chorobami. Zapewnia sprawne funkcjonowanie organów ciała, rozbudza też świadomość i intelekt. Zaburzenia jej przepływu prowadzą do niedomagań somatycznych (i może być to spowodowane zarówno niedoborem Qi, jak i nadmiarem). Od jej przepływu przez płuca, nerki, a także wątrobę oraz od powiązanych z nimi emocji zależy nasza podatność na alergie.

Specjalistka i praktyk Tradycyjnej Medycyny Chińskiej Alicja Kowalska-Dorscheid w swojej książce „Najskuteczniejsze Terapie Tradycyjnej Medycyny Chińskiej” pisze, że płuca słabną od długotrwałego smutku i żalu, ponieważ uczucia te powodują szybkie i gwałtowne nabieranie powietrza po krótkim wydechu. W efekcie zasoby naszej energii maleją. Smutek wywołuje zmęczenie, a w końcu obojętność. Brakuje nam wtedy zdrowej ekscytacji i zaangażowania w życie, a na poziomie ciała może dojść do reakcji alergicznych. Lęk nerek z kolei, który może przełożyć się na alergie, często wiąże się z życiem w ciągłym poczuciu zagrożenia, np. w niepewności finansowej, w obawie, że zabraknie jedzenia. Na reakcje alergiczne mogą mieć wpływ lęki egzystencjalne, przed śmiercią, a także przeżycie nagłego szoku czy traumy.

– Osłabienie nerek wręcz uniemożliwia spotkanie z życiem – dodaje autorka w rozmowie. – Lęk przed domniemanym obcym (alergeny) hamuje działanie. Słaba wola, brak motywacji uniemożliwiają doświadczanie sukcesu. To wszystko prowadzi do frustracji i bezsilności i może być przyczyną przewlekłych alergii.

Zgodnie z naukami TMC, Qi bywa uszkodzone przez wiatr – jedną z pięciu przyczyn chorobotwórczych, które mogą stać za alergiami. Chińczycy przypisują mu duży wpływ na człowieka. Alicja Kowalska-Dorscheid wyjaśnia, że wiatr wkrada się do organizmu najczęściej przez głowę i kark, osłabiając układ immunologiczny. – Nadmiar emocji, zwłaszcza niewyrażonej złości i gniewu, nie służy wątrobie, Chińczycy nazywają go wiatrem wewnętrznym. Często stoi on za wysypkami i swędzeniem skóry, również na tle alergicznym – mówi dalej.

Koło się zamyka

Alergie, które dokuczają wiosną i wczesnym latem, najbardziej związane są z przepływem Qi płuc. Jej zadaniem jest rozprowadzenie energii ochronnej Wei Qi. Zdrowe Wei Qi błyskawicznie reaguje, chroniąc przed zewnętrznym niebezpieczeństwem, a gdy jest osłabione – wiatrowi czy niskiej temperaturze bez problemu udaje się dotrzeć do naszego wnętrza.

– Słabe płuca nieadekwatnie reagują na czynniki docierające do nas z zewnątrz, na przykład na alergeny. Przyjmują je, co objawia się katarem siennym albo kaszlem, dusznością, lękiem, a nawet paniką towarzyszącą atakom astmy, czyli emocjom nerek – mówi Alicja Kowalska-Dorscheid. – Słaba energia obronna objawia się nadwrażliwością, która charakteryzuje często ludzi cierpiących na choroby atopowe. Skóra jest granicą, a jej dolegliwości pokazują, że coś z nią jest nie tak.

TMC uczy, że poszczególne organy silnie na siebie oddziałują, zasilając się energią. Niedobór Qi płuc uniemożliwia doprowadzenie Wei Qi na powierzchnię ciała i zajęcie się jego ochroną. A najczęściej jest to spowodowane niedoborem Qi nerek. Słabe Qi nerek nie ma czego wysyłać płucom, a słabe płuca nie są w stanie przyjąć energii wysyłanej im przez nerki. Koło się zamyka. Odporność słabnie, organizm atakują coraz częstsze infekcje oraz alergie. Energia Yang nerek rozprowadzana meridianem (kanałem energetycznym), który w pewnym fragmencie przechodzi dokładnie przez środek twarzy i nosa, związany jest z katarem siennym. Towarzyszy mu kichanie, a często zaczerwienione piekące oczy i skóra. Według medycyny chińskiej to efekt tego, że zablokowane z powodu wiatru, wilgoci i gorąca Qi płuc nie może się rozproszyć po całym ciele, więc próbuje się wydostać przez kichanie, niedające żadnego zresztą efektu.

Ekspertka tłumaczy, że bardzo często sami sobie szkodzimy, bo jemy zbyt dużo produktów oziębiających organizm. Słabe nerki nie tylko nie wysyłają organom ciepła koniecznego do ich prawidłowego funkcjonowania, ale mają także ogromny wpływ na psychikę: stajemy się przewrażliwieni i zalęknieni. Nie bierzemy odpowiedzialności za nasze życie, brakuje nam wytrwałości pozwalającej na dotarcie do celu.

Alicja Kowalska-Dorscheid, specjalistka i praktyk Tradycyjnej Medycyny Chińskiej. Ukończyła Instytut für Phytotherapie oraz Heilpraktikerschule w Berlinie, gdzie zdobyła kompleksową wiedzę m.in. na temat ziołolecznictwa, diagnozy z tęczówki oka i homeopatii. Mieszka w Berlinie, prowadzi prywatną praktykę.

Katar sienny – objawy i sposoby na wiosenną alergię

Jeśli przyczyną jest atak wiatru i zimna na płuca (tak zdarza się w chłodniejszych miesiącach czy dniach) zalecenia są takie same, jak przy osłabionym Qi płuc. Najczęściej jednak katar sienny wywołany jest osłabieniem płuc przez wiatr i gorąco. Wówczas w nasileniu choroby powinno się unikać jedzenia produktów z grilla; peklowanego, ostro smażonego, wędzonego; dziczyzny, jagnięciny i baraniny; bazylii i ostrych przypraw: chili, curry, imbiru, czosnku, kurkumy, pieprzu, owoców jałowca; oregano, rozmarynu, tymianku, cebuli, chrzanu, pora; tłustych wędlin; kawy, też zbożowej, kakao i alkoholu; produktów mlecznych i produktów z soi; cukru oraz zbyt obfitych i dostarczających dużo białka dań.

W czasie wzmożonego gorąca zalecane są lekko ochładzające produkty: brokuły, cukinia, marchew, ogórek i pomidor, ale lekko uduszone; szpinak, rzodkiewka; świeże zioła, takie jak mięta, pietruszka, rzeżucha; kasza jaglana, jęczmienna, gryczana, ryż; algi; gruszki lekko duszone; herbata miętowa, herbata zielona, woda mineralna.

Polecamy książkę: 'Najskuteczniejsze terapie Tradycyjnej Medycyny Chińskiej. Sposoby na współczesne dolegliwości, z którymi nie radzi sobie medycyna akademicka', Alicja Kowalska-Dorcheid, wyd. Vital, 2019.Polecamy książkę: "Najskuteczniejsze terapie Tradycyjnej Medycyny Chińskiej. Sposoby na współczesne dolegliwości, z którymi nie radzi sobie medycyna akademicka", Alicja Kowalska-Dorcheid, wyd. Vital, 2019.