1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zdrowie

Otyłość to choroba, również w dobie body positivity. Rozmowa z psycholożką i dietetyczką Agatą Ziemnicką

Agata Ziemnicka, dietetyczka i psycholożka, prezeska fundacji Kobiety bez Diety (Fot. archiwum prywatne)
Agata Ziemnicka, dietetyczka i psycholożka, prezeska fundacji Kobiety bez Diety (Fot. archiwum prywatne)
„Nurt body positivity nie polega na tym, żeby kochać swoje ciało takim, jakim jest, i tak je bezrefleksyjnie zostawić. Uczy tego, żeby nie krytykować się za to, że mamy rozstępy, blizny, rany czy za dużo kilogramów, tylko przyjąć siebie całą, żeby się sobą adekwatnie zaopiekować” – mówi Agata Ziemnicka, psycholożka, dietetyczka i prezeska Fundacji Kobiety bez diety.

24 października obchodzimy Światowy Dzień Walki z Otyłością.

Jakie znaczenie dla Pani – jako psycholożki i dietetyczki – ma Światowy Dzień Walki z Otyłością?
Bardzo się cieszę, że jest taki dzień i rośnie zainteresowanie tematem otyłości. Jeszcze trzy lata temu ja sama, jako ekspertka od dietetyki i absolwentka Akademii Medycznej w Warszawie, nie byłam wystarczająco uważna na mówienie, jak poważną chorobą, zaklasyfikowaną w ICD, jest otyłość. Ma swój, niestety bardzo zasłużony, numer E-66, wykluczający powszechne myślenie, że jest to tylko stan nadmiarowej tkanki tłuszczowej potencjalnie zagrażający estetyce. Moim zdaniem to jest jakiś „żart”, że my sobie dopiero teraz to uświadamiamy społecznie, że otyłość jest chorobą, na którą mnóstwo osób na świecie umiera. Dlatego o otyłości powinno się mówić nie tylko z okazji jej dnia raz do roku. O tym, że tak mało o niej wiemy, świadczy na przykład fakt, że osoby na nią chorujące są długo podejrzewane o cukrzycę czy hipercholesterolemię – czyli i sami lekarze bywają zagubieni. Ciekawe jest to, że otyłość jest jedną z chorób, która niby nie wymaga diagnostyki, bo od razu ją widać, a jest tak szalenie niedodiagnozowana. To się wydaje absurdalne, że w czasach, kiedy sztuczna inteligencja może w 20 sekund napisać pracę doktorską, nie jesteśmy w stanie zdiagnozować i wyleczyć tak poważnej choroby.

Myślę, że mówiąc o otyłości, z jednej strony ważne jest odbarczenie z osobistej winy osób z tym schorzeniem, a z drugiej – uświadamianie społeczeństwa, że otyłość powoduje dyskryminację, podczas gdy jest to po prostu choroba taka jak schorzenia zębów czy kolan. Chorzy na otyłość są osamotnieni, dyskryminowani, narażeni na inne choroby – metaboliczne czy nowotworowe – a także obniżenie nastroju czy nawet depresję. Są też często wykluczani, co nasila ich cierpienie – szczególnie w okresie dziecięcym.

Jest Pani również prezeską Fundacji Kobiety bez diety, która kojarzy się z nurtem body positivity. Jakie miejsce w Waszej działalności zajmuje temat otyłość?
Temat otyłości jest powiązany z pracą naszej fundacji, ponieważ staramy się uświadamiać, że jest różnica między tym, że ktoś narzeka na to, że nie może zrzucić pięciu kilogramów, a tym, że ktoś jest chory na otyłość. To jest przepaść. Otyłość to wielopoziomowa i trudna do leczenia choroba. Nie jest tym samym, co marzenie o utrzymaniu idealnej masy ciała z okresu liceum albo wczesnej młodości.

Czy ruch ciałopozytywności może uśpić czujność osób chorych na otyłość, zwolnić z konieczności podjęcia leczenia w imię akceptacji swoich krągłości?
Z dziewczynami z fundacji przeszłyśmy etap ciałopozytywności, żeby dojść do ciałoneutralności. Neutralność, którą promujemy, jest o tym, żeby traktować ciało jak dom, który daje energię, sprawność, intelekt, przyjemność, miłość, bliskość. Z takim podejściem mniej zwracamy uwagę na aspekty estetyczne, a bardziej traktujemy ciało jako nas samych, wtedy łatwiej jest o siebie dbać, uszanować siebie, swoje zdrowie i swoją specyfikę anatomiczną. Chodzi o urealnienie siebie, dzięki czemu łatwiej jest na przykład iść do lekarza, jeśli jest się chorym na otyłość. A wracając do body positivity – ten nurt nie polega na tym, żeby kochać swoje ciało takim, jakim jest, i tak je bezrefleksyjnie zostawić. Uczy tego, żeby nie krytykować się za to, że mamy rozstępy, blizny, rany czy za dużo kilogramów, tylko przyjąć siebie całą, żeby się sobą adekwatnie zaopiekować. Im bardziej siebie człowiek zobaczy – ale w samowspółczuciu i z ciekawością, a nie z samokrytyką – tym bardziej wie, jakie ma podjąć kroki, żeby się sobą zająć. Może wtedy dowiedzieć się o sobie czegoś takiego: „Mam 40 lat i choruję na otyłość, bo przekarmili mnie rodzice. Mogę udawać, że tego nie ma, ubierając się w seksowne worki”, a zamiast tego mówię sobie: „Jestem chora i gotowa się z tym skonfrontować. Będę chodzić do lekarzy i pomogę swojemu ciału, jak tylko będę w stanie finansowo czy emocjonalnie, i do tego będę swoje ciało smarować dobrym balsamem, bo na to wszystko zasługuję”. O tym chcemy mówić, nie o tym, żeby się nie odchudzać. Jeśli jest to potrzebne, trzeba to robić, żeby być zdrowym.

Spotkała się Pani z tym, że ktoś zaczął żyć w duchu ciałopozytywnym i spowodowało to, że nie podjął leczenia nadwagi czy otyłości?
Nie, za to spotykam osoby z nadwagą i otyłością, które mają najgorsze mniemanie o sobie. Kiedy ktoś przytyje, często mówi sobie: „Jesteś głupia. Jesteś słaby. Jesteś durna”. A można też wybrać życzliwość dla siebie i dbanie o siebie, bo bycie osobą z nadwagą albo otyłością nie jest powodem do wstydu. To objaw czegoś. Wyglądamy tak, jak nam pozwolono wyglądać. Mamy takie ciało, na jakie nam pozwolono. Cierpliwa praca nad sobą może dać wyzwolenie z tego transgenetycznego przekazu.

Ciałopozytywność może nauczyć kobiety samoakceptacji, żeby przestały się krytykować, tylko zaczęły dbać o swoje ciało?
Bardziej chodzi o urealnienie – to jest dla mnie najważniejsze słowo moich ostatnich dwóch lat pracy. Polega na tym, że mówię sobie: „Tak, przytyłam, bo moi rodzice się rozwiedli albo zostałam samotną matką i zajadałam stres, albo byłam mobbingowana w pracy. Mam zaburzenia hormonalne, dużo chorowałam i antybiotykoterapia zmieniła moją biotę w jelitach. Ten mechanizm obronny, jakim jest zajadanie stresu, spowodował, że choruję teraz na otyłość, ale przeżyłam, w ten sposób radząc sobie z napięciem i lękiem. Owszem, był niekonstruktywny, ale przecież mogłam brać narkotyki albo pić, albo kompulsywnie uprawiać seks. Pochylam się nad tym, paradoksalnie z wdzięcznością do siebie, ale od teraz będę starać już sobie radzić inaczej, żeby wyleczyć się z otyłości na tyle, ile mam w sobie siły”. Warto uświadomić sobie, że na otyłość może zachorować każdy z różnych przyczyn.

Nie ma takiej możliwości, żeby ciałopozytywnością promować otyłość. My jedynie mówimy, żeby nie stawiać szczupłości ciała jako jedynego aspektu, który o nas świadczy. Ten ruch powstał po to, żeby zrobiło się miejsce na bycie nieidealną – i nie chodzi tu tylko o nadmiarowe kilogramy, ale różne niesymetryczności, plamy, pieprzyki czy naturalne krągłości wynikające z budowy ciała. I o to, żeby nie katować się dietami, jeśli jesteśmy zdrowe i ważymy 55, a nie 50 kg.

Skoro nie ma jasnej diagnostyki otyłości, jak ją rozpoznać?
Świadczy o niej BMI powyżej 30. Wskaźnik ten pomiędzy 25 a 30 mówi o nadwadze, która nie jest chorobą, ale stanem fizjologicznym nadmiernej tkanki tłuszczowej (albo czasem u atletów dużej ilości mięśni). Tyle że często osoba z BMI powyżej 30 nie myśli o sobie, że jest chora, tylko gruba, obleśna, leniwa, bo się obżera. Mówi o sobie, że jest wstrętna i się siebie wstydzi. Otyłość tymczasem ma nieoczywistą genezę. Wcale nie wynika z nadmiernego jedzenia, ale z bardzo wielu czynników, na przykład z genów. Jeśli przez kolejne pokolenia przekazywana jest informacja genetyczna o tym, że trzeba dużo jeść, bo się nie przetrwa – bo w przeszłości były wojny czy klęski głodu – tendencję do otyłości dziedziczymy. Badania jasno mówią, że dzieje się to do trzech pokoleń wstecz i wtedy tkanka tłuszczowa nastawiona jest bardziej na branie, a nie oddawanie, co może zwiększać ryzyko zachorowania.

Tymczasem osoby chore na otyłość zarzucają sobie, że nie mają silnej woli, konsekwencji i dyscypliny – i w tym tkwi problem ich nadmiarowych kilogramów.
To jest niesprawiedliwe i niesłusznie oczerniające. A najczęściej osoby chorujące na otyłość są tymi, które zazwyczaj wbrew pozorom się starają – próbują przeróżnych diet czy ćwiczeń – i czasem nawet przynosi to efekty, ale jest to zawsze katorżnicza praca. Poza tym około 95 proc. wraca do swojej poprzedniej masy ciała albo wręcz do wyższej. Dlatego chorzy na otyłość zarzucają sobie nieudolność, nieskuteczność i czują się bezsilne, bo próbowały już niemal wszystkiego i nic. A to jest jak leczenie chorego zęba goździkami albo złamanej kości okładem z octu.

I w tym momencie może warto iść do lekarza – tylko jakiego?
W Polsce z leczeniem otyłości jest duży problem, ponieważ specjalistów obesitologów – czyli lekarzy, którzy leczą otyłość – jest naprawdę niewielu. Żeby się do kogoś takiego i w dodatku kompetentnego dostać, trzeba wiele samozaparcia i szczęścia.

A dietetyk może pomóc?
Nie pomoże, działając tylko dietą. Ani sama dieta, ani sama aktywność fizyczna nie pomagają przy leczeniu otyłości; może w przypadku 50 osób na tysiąc. Jeśli mówimy o delikatnej nadwadze – jak najbardziej, ale przy otyłości to mało prawdopodobne. Szczególnie kiedy otyłość ma swoje korzenie w przekarmianiu w dzieciństwie, bo wtedy jest chorobą na poziomie hormonalnym, kiedy zaburzeniu ulega wydzielanie hormonów głodu i sytości na poziomie adipocytów, czyli dotyczy zwiększonej ilości i objętości komórek tłuszczowych, na poziomie wydzielania enzymów i hormonów układu pokarmowego oraz neuroprzekaźników. Sama dieta okaże się bezskuteczna i dietetyk wiele tu nie zdziała. Tutaj potrzebna jest rzesza lekarzy: specjalista, który zajmuje się metabolizmem, następnie endokrynolog, być może specjalista od bariatrii, czyli chirurg od leczenia otyłości, dietetyk, a najlepiej psychodietetyk czy psychoterapeuta z wiedzą o żywieniu.

Od niedawna na rynku światowym pojawiła się nowa farmakologia dla osób chorych na otyłość i podobno jest skuteczna. To prawda?
Te leki – w przeciwieństwie do swoich poprzedników – nie mają skutków ubocznych tak bardzo obciążających organizm i faktycznie działają skutecznie. Są to leki w zastrzykach, które obniżają łaknienie i na które jest teraz wielki boom. Ludzie biorą je na potęgę i muszę powiedzieć, że część moich pacjentów fenomenalnie na nich chudnie – w dobrym czasie i efektywnie, ale – trzeba mieć świadomość – dzisiaj nie wiemy o nich wszystkiego. Leczenie otyłości jest wielopoziomowe jak sama choroba, dlatego wymaga wielu konsultacji i działań, które powinny być zsynchronizowane. U nas nie ma jeszcze ośrodków, w których można byłoby się tym kompleksowo zająć. Może teraz – wraz z pojawieniem się leków, na których ktoś może zarobić – pojawią się wreszcie takie miejsca.

Dlaczego osoby leczące otyłość potrzebują wsparcia psychologicznego?
Często zmiany wynikające z leczenia otyłości, kiedy zrzucane są nadmiarowe kilogramy, są trudne do przyjęcia i urealnienia przez osobę chorą. Zdarza się, że taka osoba w swojej percepcji nadal jest w rozmiarze XL czy XXL. Kiedy kobiety zaczynają się odchudzać, mówią sobie, że jak tylko będą mogły włożyć na siebie ubrania w mniejszym rozmiarze, wszystko już się ułoży w ich małżeństwie, zmienią pracę, zaczną się realizować, będę mieć więcej siły, żeby być dobrymi matkami; a tu ze stratą kilogramów nic takiego się dzieje. Życie się nie zmienia – nadal trzeba wkładać naczynia do zmywarki i płacić rachunki za gaz, a problemy same się nie rozwiązują.

Z drugiej strony ze zmianą ciała może pojawić się zagrożenie nadmiernej atrakcyjności, co przekłada się na kryzysy w związkach. Ktoś po schudnięciu może już nie chcieć być z dotychczasowym partnerem, bo okazuje się, że był z nim z powodu swojego zaniżonego poczucia wartości. Jakaś inna kobieta może zacząć obawiać się, że jej Rysiek, któremu mówiła od lat: „Rysiek, schudnij!”, rzeczywiście schudł i – zdaje się – zaczyna oglądać się za innymi. System, w którym to ona była tą szczupłą i atrakcyjną, a Rysiek grubym, się zmienił i trzeba znaleźć w nim nową rolę. Psychoterapeuta specjalizujący się w pracy z ciałem urealnia takie sytuacje i pomaga przejść przez zmianę.

Poza tym leki na otyłość, które obniżają łaknienie, nie pomagają przy zaburzeniach odżywiania, na przykład kompulsywnym jedzeniu, kiedy nie je się z powodu głodu, tylko emocji – wtedy też potrzebny jest specjalista od psychiki. Są przecież psychoonkolodzy czy psychokardiolodzy – powinien też być psychoobesitolog. Przychodzą do mnie czasami pacjenci chorujący na otyłość, którzy bardzo potrzebują psychoterapii; czasem przez pół roku w ogóle nie rozmawiamy o jedzeniu, tylko o tych wszystkich przekazach rodzinnych, które kryją się pod kilogramami.

Leczenie otyłości przedstawia się jako bardzo złożone.
Bo to złożona choroba na poziomie fizjologicznym, a do tego towarzyszy jej gigantyczna presja bycia szczupłą. Życie poza tą normą kradnie kobietom życie. Fundację założyłam dlatego, żeby jednym kobietom przekazać, że mogą na przykład mówić: „To jest OK, że noszę rozmiar 40 i ważę 70 kilogramów, bo jestem wysoka i jest mi z tym dobrze”. Dla mnie to przejaw wolności wobec norm. Ale innym kobietom chcemy mówić, że jeśli chorują na otyłość, to zasługują na to, żeby się leczyć i mieć zdrowe ciało, w którym będą żyć długo, bez obciążenia i wstydu.

Agata Ziemnicka, dietetyczka i psycholożka, prezeska fundacji Kobiety Bez Diety. Zaangażowana w promocję ciałoneutralności, pracuje z młodzieżą i dorosłymi chorującymi na zaburzenia odżywiania, prowadzi warsztaty dla kobiet „Historia Twojego Ciała”. Autorka książek o jedzeniu, mama Niny i Gai.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze