1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zdrowie
  4. >
  5. Menopauza bez stresu - naturalne sposoby

Menopauza bez stresu - naturalne sposoby

Ajurweda mówi, że możemy przejść czas menopauzy, zachowując zdrowie, radość i witalność. Jak? Dbając o prawidłową dietę, ruch, stosując sprawdzone naturalne sposoby. (Fot. iStock)
Ajurweda mówi, że możemy przejść czas menopauzy, zachowując zdrowie, radość i witalność. Jak? Dbając o prawidłową dietę, ruch, stosując sprawdzone naturalne sposoby. (Fot. iStock)
Menopauza to naturalny etap w życiu kobiety, który nie powinien budzić obaw. Aby przebiegał łagodnie i bez komplikacji, warto się do niego odpowiednio przygotować.

Dr Marek Bardadyn, naturoterapeuta

Kobietom w okresie przekwitania polecam leki homeopatyczne i zioła, które skutecznie przeciwdziałają pojawiającym się dolegliwościom. Dzięki nim organizm łatwiej dostosowuje się do efektów zmian w układzie hormonalnym. Np. Cimicifuga niweluje zaburzenia miesiączkowania i towarzyszące im stany depresyjne i lękowe, nadpobudliwość emocjonalną, a ponadto hamuje schorzenia reumatyczne i zwyrodnieniowe typowe dla tego okresu. Z kolei Sanguinaria likwiduje uderzenia gorąca, napadowe czerwienienie skóry oraz migreny. W przypadku większej drażliwości nerwowej i problemów związanych z obniżeniem się narządów w obrębie miednicy najlepsze będzie przyjmowanie Sepii. Belladonna zaś pomoże w przypadku obfitych krwawień, a także złagodzi nadmierną potliwość.

Warto wiedzieć, że niektóre leki homeopatyczne zastosowane odpowiednio wcześnie powodują wzmocnienie gruczołów i opóźniają wystąpienie menopauzy.

Samopoczucie poprawią także regularnie stosowane zioła. Polecam kombinację z ziela serdecznika, liścia szałwii, korzeni łopianu i kozłka (po 50 g). Łyżkę stołową mieszanki zalewamy szklanką wrzątku i parzymy 20 minut. Napar najlepiej wypijać zaraz po śniadaniu i po kolacji przez trzy tygodnie. Po tygodniu przerwy kurację można powtarzać.

Dr Partap S. Chauhan, specjalista medycyny ajurwedyjskiej

To, że w okresie menopauzy możemy odczuwać nieprzyjemne dolegliwości, nie znaczy, że mamy ją utożsamiać z samymi tylko przykrościami. Ajurweda mówi, że możemy przejść ten czas, zachowując zdrowie, radość i witalność. Jakim cudem? Dbając o prawidłową dietę, ruch, stosując sprawdzone naturalne sposoby. Podczas menopauzy konieczna jest dieta równoważąca doszę vata, czyli zawierająca w 50 proc. pełne ziarna (pieczywo z pełnego przemiału, płatki z ziaren itp.), w 20 proc. białko (jajka, nabiał, ryby, owoce morza, drób, tofu, czarna i czerwona soczewica), w ok. 20 proc. świeże warzywa, do 10 proc. surowych owoców. Do codziennego menu warto włączyć sok z aloesu, który należy pić trzy razy dziennie po łyżeczce, bo to złagodzi wiele nieprzyjemnych objawów, jak np. uderzenia gorąca. Podobnie działa sok z granatów, do którego dodajemy ekologiczny cukier (łyżeczka na filiżankę) i sok z limetki (5–10 kropli). Pijemy trzy filiżanki dziennie.

Dodatkowo warto sięgać po suplementy diety zawierające wapń, magnez, cynk oraz wspomagać organizm ziołami. Godny polecenia jest zwłaszcza ziołowy specyfik Female Kesary sporządzony według starych ajurwedyjskich receptur. Preparat minimalizuje uderzenia gorąca, zaburzenia snu, poprawia samopoczucie i podnosi libido. Zachowaniu dobrej formy sprzyjają ćwiczenia jogi – są w stanie uregulować poziom hormonów i wpłynąć korzystnie na ciało i umysł.

Dr n. med. Ocz Batyn, specjalista chorób wewnętrznych i medycyny orientalnej

Według medycyny orientalnej przekwitanie to czas fizycznego i duchowego oczyszczania organizmu w celu zapewnienia mu dobrej kondycji w jesieni życia. Im jest on lepiej przygotowany do tej przemiany, tym będzie krócej i łagodniej przebiegała. Kobiety na ogół boją się przekwitania, uważając, że to pożegnanie z młodością, tymczasem trzeba nauczyć się myśleć o menopauzie jako o wejściu w fazę wolności (życie rodzinne i zawodowe jest już ustabilizowane) i osobistego rozwoju (wreszcie jest czas na twórcze zajęcia i hobby).

Kobieta powinna traktować siebie jak najbliższą przyjaciółkę − dbać o siebie i sprawiać sobie drobne radości. Trzeba otaczać się życzliwymi osobami, nie myśleć negatywnie, znaleźć dla siebie czas w ciągu dnia. Zaczynamy od półgodzinnej gimnastyki tuż po przebudzeniu (wstajemy między godziną 5 a 8) i 10-minutowej medytacji „Powitanie słońca”. Siadamy po turecku, zamykamy oczy, wyciągamy ręce przed siebie i wyobrażamy sobie, że poprzez dłonie absorbujemy promienie słońca, że przenikają one wzdłuż rąk i spotykają się w okolicy splotu słonecznego. Tam „zamykamy” je jak w magazynie, z którego będziemy czerpać przez cały dzień.

Kolejna chwila wytchnienia w postaci krótkiej drzemki powinna przypaść między godziną 12 a 14. Wieczorem zaś między 19 a 21 należy wybrać się na spacer. Aby miał on lecznicze działanie (obniżenie poziomu cholesterolu i ciśnienia krwi oraz oczyszczenie wątroby z toksyn), musimy maszerować szybkim krokiem, machając rękami i co jakiś czas powtarzając „hu-ha-pe” (co zapewni głęboki wydech podzielony na trzy etapy). Przed snem bierzemy dziesięciominutową ciepłą kąpiel z dodatkiem soli i wykonujemy automasaż stóp. To wszystko powinno zapewnić zdrowy i spokojny sen, a także ograniczyć dolegliwości związane z menopauzą. Jeśli jednak będą się pojawiać, poddajmy się akupunkturze. Odblokowanie kanałów energetycznych złagodzi przykre objawy.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zdrowie

Jak spożywać pestki i nasiona, żeby przyswoić z nich to, co najcenniejsze?

Terapia pestkowa może pomóc uregulować gospodarkę hormonalną i poprawić regularność cyklu menstruacyjnego. (fot. iStock)
Terapia pestkowa może pomóc uregulować gospodarkę hormonalną i poprawić regularność cyklu menstruacyjnego. (fot. iStock)
Pestki dyni są znane ze swojego działania przeciwpasożytniczego oraz pozytywnego wpływu na gospodarkę hormonalną kobiet. Wszystkie pestki są źródłem antyoksydantów oraz witamin, które mogą być cennym wsparciem zdrowia. Warto jednak pamiętać, że małe pestki, takie jak chia czy siemię lniane, nie są trawione przez nasz układ pokarmowy i po prostu przez niego przelatują, a ich rolą jest po prostu oczyszczenie jelit. Można je również zmielić, by cieszyć się większą ilością składników odżywczych, natomiast nie do końca jest to zgodne z naturą człowieka – pisze Iwona Wierzbicka, autorka książki „Jak wzmocnić odporność”.

Moczenie pestek

Moczenie nasion i pestek zaleca się ze względu na zawartość w nich kwasu fitynowego. Jest to antyodżywcza substancja, która odpowiada za chelatację, czyli wiązanie minerałów, takich jak: żelazo, magnez, wapń i cynk, co znacznie utrudnia ich wchłanianie przez organizm. Ta informacja może okazać się cenna dla osób, których dieta obfituje w nasiona oraz pestki. Przed zjedzeniem należy je namoczyć przez minimum 12 godzin. Rekomenduje się moczenie nasion w samej wodzie, lecz można także dodać do niej sok z cytryny, ocet jabłkowy lub sól, by przyśpieszyć neutralizację kwasu fitynowego. Nie musimy moczyć nasion, jeżeli dziennie spożywamy ich niewiele (20–30 gramów), ponieważ taka ilość kwasu fitynowego nie będzie negatywnie wpływała na nasz organizm. Wręcz przeciwnie, kwas fitynowy spożywany w umiarkowanych ilościach wiąże metale ciężkie, które zatruwają organizm.

Stosunek omega-3 do omega-6

Przy spożywaniu nasion i pestek powinniśmy pamiętać o dążeniu do prawidłowego stosunku kwasów tłuszczowych omega-3 do omega-6, który powinien wynosić 1:2 (maksymalnie 1:4, przykład wspomnianego już orzecha włoskiego). Jeśli sięgasz po pestki dyni, nasiona słonecznika oraz sezamu, a także wybierasz mąkę dyniową i inne tego typu alternatywne produkty, to zwiększasz spożycie wielonienasyconych kwasów tłuszczowych omega-6 o działaniu prozapalnym, co z czasem staje się niebezpieczne, bo może nasilić stany zapalne. Jedz pestki z umiarem!

Jak piszą Małgorzata Białek i Jarosława Rutkowska (Znaczenie kwasu γ-linolenowego w profilaktyce i terapii, „Postępy Higieny i Medycyny Doświadczalnej” 2015):

„Wyniki badań epidemiologicznych wskazują na wzrost zachorowań na nowotwory w populacjach, w których zwiększyło się spożycie kwasów z rodziny omega-6, co spowodowało podwyższenie stosunku kwasów omega-6 do omega-3. Zbyt duży udział kwasów z grupy omega-6 w diecie sprzyja powstawaniu głównie nowotworów jelita grubego, piersi i stercza. Wyjątkiem w tej grupie związków jest GLA (kwas gamma-linolenowy, frakcja antyzapalna kwasu omega-6), który działa hamująco na proces karcinogenezy (nowotworzenia). Kwas GLA znajdziemy na przykład w oleju wiesiołka czy ogórecznika”.

Nie praż pestek!

Prażenie, na przykład pestek dyni lub nasion słonecznika, lub smażenie na oleju lnianym, a także wykorzystywanie mąki dyniowej do pieczenia prowadzi do stanów zapalnych, choroby miażdżycowej, chorób nowotworowych oraz autoimmunologicznych. Tego typu produkty spożywcze nie nadają się do obróbki termicznej i należy korzystać z nich na surowo. Warto także pamiętać o przechowywaniu olejów roślinnych obfitujących w kwasy tłuszczowe omega-3 (na przykład olej lniany) w ciemnej butelce oraz w lodówce, co zapobiega ich utlenianiu.

Najzdrowszymi tłuszczami roślinnymi są tłuszcze nierafinowane. Należy je zawsze przechowywać w lodówce (wyjątek oliwa i olej kokosowy, mogą stać poza lodówką) i zużyć przed upływem terminu ważności.

Terapia pestkowa dla kobiet

Terapia pestkowa może pomóc uregulować gospodarkę hormonalną i poprawić regularność cyklu menstruacyjnego. Warto jednak pamiętać, że zdrowa gospodarka hormonalna jest zależna od wielu różnych czynników…

Terapia pestkowa

  • Od 1. do 15. dnia cyklu spożywaj pestki dyni i siemię lniane (po dwie łyżki, możesz zmielić).
  • Od 16. do 28. dnia cyklu jedz sezam i pestki słonecznika (po dwie łyżki, możesz zmielić).

Tę terapię stosuje się również w chorobach autoimmunologicznych, aby wyrównać estrogen i progesteron. Jeśli cykl jest nieregularny lub brak miesiączki, można zacząć przyjmować w dowolnym momencie, zaczynając od etapu pierwszego. Po etapie pierwszym następuje drugi i tak regularnie od 3 do 6 miesięcy.

Pestki dyni przeciw pasożytom

Dzięki zawartej w nich kukurbitacynie stają się naturalnym sprzymierzeńcem w walce z niechcianymi mieszkańcami naszego organizmu. Kukurbitacyna ponadto wykazuje działanie przeciwbakteryjne oraz przeciwnowotworowe. W pestce dyni znajduje się tuż pod łupiną, to ta zielona otoczka pestki. Najwięcej tej dobroczynnej substancji jest w pestkach świeżo łuskanych.

Jak przeprowadzić kurację u dzieci i dorosłych?

  • Przez dwa tygodnie zjada się garść świeżo łuskanych pestek dyni (u dzieci około 10–15 pestek lub wielkość ich garści).
  • Do tego powinno być kilka suszonych fig lub śliwek (chodzi o przyśpieszenie perystaltyki jelit).
  • Zamiennikiem pestek może być olej z pestek dyni tłoczony na zimno, dodaje się go do sałatek (nie wolno podgrzewać).

Badania naukowe dowodzą ponadto, że kukurbitacyna ma działanie redukujące stany zapalne w organizmie, wspomaga leczenie nowotworów, bóli stawów i cukrzycy. Ponadto blokuje działanie enzymu 5-alfa reduktazy, dzięki czemu ma oddziaływanie antyandrogenne. Pestki dyni i olej z nich może mieć zatem spektakularne zastosowanie w łysieniu androgennym kobiet i mężczyzn, jak również w PCOS i insulinooporności.

Fragment książki Iwony Wierzbickiej „Jak wzmocnić odporność”.

  1. Styl Życia

Jak odnaleźć w sobie właściwą motywację do diety?

Odnalezienie własnej motywacji i wewnętrznej siły do odchudzania to przełomowy moment całego etapu. (Fot. iStock)
Odnalezienie własnej motywacji i wewnętrznej siły do odchudzania to przełomowy moment całego etapu. (Fot. iStock)
Jeśli ostatnio kupiłeś kolejny poradnik na temat odchudzania, właśnie zaczynasz stosować kolejną superdietę albo wierzysz, że ktoś podaruje ci magiczną tabletkę na schudnięcie – nie jesteś jeszcze gotowy, by schudnąć. Jeśli jednak chcesz odnaleźć w sobie właściwą motywację – czytaj dalej.

Kiedy w moim gabinecie pojawia się pacjentka, która już od progu mówi: „Jest pani moją ostatnią deską ratunku”, wiem, że powinnam odmówić jej pomocy, bo szkoda mojego czasu i jej pieniędzy. Zwykle jednak proponuję kilka sesji, na których wspólnie pracujemy nad jej motywacją. Efekty są różne. Czasami okazuje się, że pacjentka potrzebuje jeszcze kilkunastu kolejnych nadprogramowych kilogramów, by podjąć decyzję o świadomym odchudzaniu. Bywa, że w trakcie próby podjęcia terapii tyje, zamiast chudnąć – po to, by proces dojrzewania do decyzji: „Chcę zeszczupleć raz na zawsze” przyspieszył.

Wiara w terapeutkę cudotwórczynię, która odchudzi najbardziej opornego pacjenta, to kolejne rozpaczliwe wołanie o pomoc: „Uratuj mnie!”. Jeśli kiedyś jakiś „cudotwórca” sam obieca ci, że dzięki jego metodzie pozbędziesz się nadwagi – wiej, gdzie pieprz rośnie.

Z pełną świadomością

Stwórz listę strat wynikających z nadwagi. To są właśnie konsekwencje twojej choroby. Jeśli lista jest krótka albo wręcz masz poczucie, że chcesz schudnąć wyłącznie ze względów estetycznych – dostajesz dwóję, zrób pracę domową jeszcze raz. Mnie możesz oszukać, ale jak długo zamierzasz oszukiwać siebie?!

Przypomnij sobie ostatnią sytuację, kiedy nie zmieściłeś się w spodnie (te o dwa numery większe od poprzednich)… To jest jedna ze strat wynikających z twojej choroby. Albo zadyszka, która cię dopadła, kiedy podbiegałeś do autobusu, czy wstyd w sypialni, gdy nie chciałaś się kochać przy zapalonym świetle.

Gdy sumiennie wykonasz pracę domową, poczujesz silne emocje. Przede wszystkim uświadomisz sobie swoją bezsilność (ale nie bezradność) wobec choroby. Następnie zdasz sobie sprawę z bolesnej prawdy, że przestałeś kontrolować swoje życie. To bardzo trudny proces, ale w konsekwencji niezwykle ważny. Utrata złudzeń na temat tego, że w procesie odchudzania chodzi jedynie o superdietę, zestaw najlepszych ćwiczeń czy najbardziej skuteczną terapię – przyczyni się do odzyskania kontroli nad całym życiem. I o to właśnie chodzi w procesie świadomego odchudzania! Dieta jest ważna, ale ta dobrana indywidualnie do twoich potrzeb, podobnie jak ćwiczenia fizyczne – choć są tylko dopełnieniem terapii. Ma ona za zadanie przywrócić ci dobrostan psychiczny i pomóc w osiągnięciu dojrzałości emocjonalnej, aby nie powrócić do zgubnego objadania się. Proces świadomego odchudzania to odzyskanie woli wyboru, zdefiniowanie uczucia głodu i dostrzeżenie zysków z utrzymania prawidłowej wagi ciała. W dalszym etapie rozwój osobisty pozwoli ci odzyskać kontrolę nad własnym życiem. Ciągła walka z tuszą, bez zmiany dotychczasowych przyzwyczajeń i przekonań, to niebezpieczna gra, w której stawką jest twoje zdrowie, a nawet życie.

Nie sztuka zgubić wagę

Odnalezienie własnej motywacji i wewnętrznej siły do odchudzania to przełomowy moment terapii. Z pewnością nie raz przekonałeś się o tym, że zgubić parę kilogramów jest bardzo łatwo, udawało ci się to nawet wielokrotnie, ale prawdziwą sztuką jest dopiero utrzymanie właściwej wagi. Staje się jasne, dlaczego diety są tak nieskuteczne. Żadna z nich nie da ci gwarancji, że nie wrócisz do poprzedniego stanu. Oczywiście, w trakcie odchudzania zdarzają się wpadki, one są niejako wpisane w proces zdrowienia. Jednak jeśli twoja motywacja do podjęcia terapii jest silna i wynika ze zrozumienia sytuacji, w jakiej się znajdujesz – po każdej wpadce będzie ci łatwiej wrócić do świadomego odchudzania. Niestety, ani ja, ani nikt inny nie może dać ci recepty na obudzenie wewnętrznej motywacji. Ale ona jest w tobie.

Budzenie motywacji jest procesem, który wymaga czasu. Najlepiej rokujący pacjenci to ci, którzy pojawiają się w gabinecie terapeuty czy dietetyka z decyzją: „Wiem, że chcę przestać jeść tak jak do tej pory, ale nie wiem, jak to zrobić”, a ci, co do których wiem na pewno, że im się uda, mówią: „Znam wiele metod, dzięki którym mogę przestać jeść, ale nie wiem, co zrobić, żeby na nowo nie zacząć się objadać”.

Zanim więc znów udasz się do instruktora fitnessu, dietetyka czy terapeuty, zbadaj swoją motywację:

Zastanów się, dlaczego zdecydowałeś się odchudzać właśnie teraz

Co dzieje się w twoim życiu? Czy jesteś zadowolony z: pracy, związku, przyjaciół, dzieci? Czy ostatnio w twoim życiu wydarzyło się coś ważnego? Czy coś się zmieniło (na lepsze bądź na gorsze)? Decyzja o odchudzaniu nigdy nie pojawia się przypadkowo. Zdarza się, że jest podświadomym sposobem ukrycia jakiegoś poważniejszego problemu. Na przykład jedna z moich pacjentek pojawiła się w gabinecie, kiedy podczas indywidualnej terapii dojrzała do podjęcia trudnej decyzji o rozstaniu się z wieloletnim partnerem. Inna postanowiła się odchudzać po stracie pracy. Jeszcze inna – będąc w żałobie po śmierci matki. To nie są dobre momenty do zmierzenia się z nadwagą, bo bolesne tematy wymagają pierwszeństwa.

Czasami decyzja o odchudzaniu pojawia się w momencie, w którym powtarza się scenariusz z przeszłości. Na przykład jedna z pacjentek pojawiła się u mnie, kiedy w trakcie okresowych badań lekarskich wykryto u niej problemy zdrowotne. W trakcie terapii okazało się, że zaczęła się objadać 15 lat temu, kiedy jej ojciec umierał na raka. Po kilku miesiącach dotarłyśmy do przyczyny jej problemu – nowotwór wyniszczał organizm jej ojca, więc w głowie kilkunastoletniej wówczas dziewczynki pojawiła się myśl: „Objadanie się chroni przed chorobą i śmiercią”. Kiedy zgłosiła się na terapię, paradoksalnie, z lęku przed chorobą, wcale nie chciała schudnąć – tylko przytyć. Odkrycie tego skryptu było przełomowym momentem w naszej pracy.

Spisz historię swojego odchudzania

Wypisz na kartce wszystkie: diety, które do tej pory stosowałeś, nazwiska dietetyków i terapeutów, z pomocy których korzystałeś, wczasy odchudzające, na których dotychczas byłeś, itp. Podkreśl, które metody ci pomogły, choćby na krótko, a które były kolejnym sposobem na usprawiedliwienie samego siebie, że jednak czegoś próbowałeś. To nie metody były złe. Błąd polegał na tym, że sposobu na poradzenie sobie z kompulsywnym objadaniem szukałeś w zewnętrznym świecie, wewnętrznie nie będąc gotowym, by realnie spojrzeć na siebie, swoje zachowania i sposób życia.

Jeśli wszystkie nieudane inwestycje, jakie do tej pory poczyniłeś w sprawie odchudzania, nie przekonują cię, zadaj sobie pytanie: „Co musiałoby się wydarzyć, żeby udało mi się schudnąć?”. Jeśli oczekujesz, że ustawa sejmowa zakaże sprzedaży słodyczy, ktoś wymyśli wreszcie magiczną pigułkę na zrzucenie kilogramów albo cała twoja rodzina zacznie się odchudzać, żeby cię wesprzeć – przejrzyj wreszcie na oczy. Skoncentruj się na tym, z czego jesteś w stanie zrezygnować, by zacząć wreszcie kontrolować swoją wagę, a co za tym idzie – także swoje życie. Odchudzanie jest procesem trudnym, ale nie niemożliwym. To praca z ciałem i emocjami. Wymaga odłożenia, na przynajmniej osiem tygodni, wszystkich innych spraw i skoncentrowania się na jednym.

Spytaj siebie, po co chcesz schudnąć i dla kogo

Jak będzie wyglądało twoje życie, kiedy schudniesz raz na zawsze? Jeśli chcesz nosić mniejszy rozmiar ubrań dla: męża, żony, córki, szefa, przyjaciółek czy kochanka lub kochanki… – daj sobie spokój – to się nie uda. Gdy masz wizje, jakim rajem na ziemi będzie twoje życie, kiedy już schudniesz – odpuść sobie. Tak naprawdę czeka cię przejście przez prawdziwe piekło, spotkanie z najczarniejszymi demonami, które czają się w twojej podświadomości, skonfrontowanie się ze wszystkimi problemami, które do tej pory upychałeś pod dywan, zajadając z apetytem kolejne ciacho. Jesteś na to gotowy?

Zadanie domowe

Jeśli jesteś typowym jedzenioholikiem, na pewno masz swoją wysokokaloryczną słabostkę – ulubioną markę czekoladek, bez których nie wyobrażasz sobie życia, fast food, o którym myśl budzi cię w środku nocy, czy cokolwiek innego, bez jedzenia czego twoje życie traci smak. To teraz uważaj, będzie bolało: napisz swój list pożegnalny do: czekoladek, fast fooda czy pizzy z podwójnym serem. Podziękuj im jak najlepszemu przyjacielowi za wszystkie wspólne lata. List zakończ zdaniem: „Nadal mogę cię jeść, ale już nie muszę”.

I jeszcze jedno – na liście strat dopisz swoje postanowienie, np. napisałeś: „Z powodu nadwagi nie mogę uprawiać sportu” – dopisz: „Schudnę, żeby wrócić do mojej ulubionej dyscypliny”.

  1. Psychologia

Biohacking – na czym to polega?

Biohacking zakłada, że człowiek funkcjonuje jak maszyna, której działania można usprawniać. (Fot iStock)
Biohacking zakłada, że człowiek funkcjonuje jak maszyna, której działania można usprawniać. (Fot iStock)
Biohacking polega na hakowaniu, czyli modyfikowaniu biologii ludzkiego organizmu. Tak jak hakerzy hakują komputery, czyli modyfikują ich oprogramowanie, biohakerzy hakują biologię swoich organizmów.

Sposób pojmowania biohakera biologii swojego ciała cechuje myślenie systemowe, wywodzące się z cybernetyki, które polega na analizie i obserwacji wzajemnego oddziaływania na siebie różnych systemów. Biohakerzy przyglądają się między innymi temu, jak działają poszczególne części organizmu jako współdziałające minisystemy. Analizują i obserwują organizm jako system naczyń połączonych, a następnie wprowadzają odpowiednie modyfikacje, aby uzyskać pożądany efekt.

Człowiek funkcjonuje najlepiej, gdy pozostaje w harmonijnym związku ze swoim otoczeniem. Przez myślenie systemowe możemy zrozumieć, w jaki sposób ludzie są zależni od różnych czynników środowiskowych. Biohakerzy z założenia traktują swoje organizmy, jak by były maszynami. A jak wiadomo, maszyny można modyfikować i ulepszać. Gdy odkryjesz, jak coś działa, z łatwością możesz to zmienić. Tak naprawdę w pewien sposób działamy podobnie do maszyn – jesteśmy istotami programowalnymi. Co ważniejsze, jesteśmy jedynymi istotami, które potrafią programować się same. Co oznacza, że każde zachowanie regularnie praktykowane po pewnym czasie staje się automatycznym programem.

Potrafimy ustawiać celowo wymyślone, zautomatyzowane programy, które odpowiadają za wykonywanie nudnych czynności, uwalniając nasz umysł dla innych, bardziej interesujących i kreatywnych zajęć.

Śmieci na wejściu, śmieci na wyjściu

Osoby obcujące na co dzień z technologią doskonale znają tę regułę. Oznacza ona, że jeśli do poprawnie działającego programu komputerowego wprowadzimy dane niskiej jakości, to w konsekwencji ich przetworzenia program zwróci nam bezwartościowe wnioski lub w ogóle nie będzie w stanie przetworzyć danych i się zawiesi. I dokładnie tak samo jest z naszym organizmem. To, na jakie bodźce go wystawiamy (czynniki środowiskowe), oraz to, co do niego wkładamy, powoduje szereg reakcji biochemicznych, które odpowiadają za to, jak się czujemy, wyglądamy i funkcjonujemy.

Od tego, co wkładasz do swojego organizmu, zależy to:

  • jak się czujesz,
  • ile masz energii,
  • jak zdrowy jesteś,
  • jak wyglądasz,
  • jakie uzyskujesz efekty we wszystkich obszarach życia.

Jeśli jeszcze nie wierzysz mi do końca, to wyobraź sobie, że budzisz się nad ranem półprzytomny po całonocnej imprezie i w takim stanie masz iść na trening, a potem do pracy. Stan biochemiczny twojego organizmu nie pozwoli ci optymalnie myśleć, nie mówiąc już o działaniu i rezultatach.

Chcesz czuć się lepiej? Chcesz mieć więcej energii? Chcesz wyglądać lepiej? Chcesz być szybszy, silniejszy i bardziej wytrzymały? Chcesz regenerować się szybciej? Chcesz zwiększyć swoją odporność na stres? Chcesz nauczyć się zarządzać emocjami? Chcesz mieć szybszy umysł? Lepszą pamięć i koncentrację? Chcesz lepszego seksu? Chcesz stać się efektywniejszym człowiekiem? Zacznij więc optymalizować swoje życie na podstawie skutecznej, potwierdzonej badaniami naukowymi filozofii optymalizacji zdrowia i zwiększania efektywności psychofizycznej.

Jednak zanim to zrobisz, potrzebujesz odpowiedniej wiedzy: w jaki sposób najpierw naprawić, a następne podkręcić wszystkie podzespoły organizmu, aby twoje ciało mogło zacząć pracować na maksymalnych obrotach, umożliwiając ci wykorzystanie pełnego potencjału. Nie mając takiej wiedzy, możesz coś zepsuć i twój organizm przestanie prawidłowo działać. Pamiętaj, wszystkie działania powinny być wykonywane delikatnie i rozważnie, żeby niczego nie uszkodzić.

  1. Zdrowie

Żyjemy coraz dłużej, ale coraz krócej w zdrowiu

Coraz więcej ludzi Zachodu dostrzega sprzeczność, że pomimo iż dzięki osiągnięciom medycyny żyjemy coraz dłużej, to jednak coraz krócej w zdrowiu. (Fot. iStock)
Coraz więcej ludzi Zachodu dostrzega sprzeczność, że pomimo iż dzięki osiągnięciom medycyny żyjemy coraz dłużej, to jednak coraz krócej w zdrowiu. (Fot. iStock)
Ciało to mądry doradca. Gdy robisz coś wbrew sobie lub pozwalasz na przekraczanie swoich granic, zazwyczaj wysyła sygnały ostrzegawcze. Jak właściwie je odczytywać?

Nauki Wschodu

Mniej więcej od 40 lat coraz większą popularnością cieszą się zaczerpnięte ze Wschodu praktyki cielesno-duchowe, takie jak: wschodnie sztuki walki, joga, zen, chi-gong i thai-chi. Coraz więcej ludzi Zachodu dostrzega sprzeczność, że pomimo iż dzięki osiągnięciom medycyny żyjemy coraz dłużej, to jednak coraz krócej w zdrowiu. Nasze ciała chorują na otyłość, cukrzycę, nadciśnienie, niewydolność krążenia, alergie, zaburzenia funkcji rozrodczych, uzależnienia, wady kręgosłupa, raka i inne choroby autoagresywne – a nasze dusze na depresję. Coraz więcej wskazuje na to, że nie wolno dłużej traktować ciał, jakby były maszynami.

Choroba to wołanie ciała

Również w takich sytuacjach ciało może wskazywać na wypieraną prawdę. Ciało często choruje po to, by zwrócić nam uwagę na to, że żyjemy w toksycznym środowisku, w toksycznym związku, że hołubimy niemądre, groźne dla życia przekonania. Dlatego większość psychoterapeutycznych procedur pomaga uświadamiać sobie, nazywać i właściwie rozumieć to, co mówi do nas ciało. Ciało jest siedliskiem tego wszystkiego, czego o sobie nie wiemy lub nie chcemy wiedzieć. Wprawny obserwator dostrzega odzwierciedlone w ciele przekonania, doświadczenia, traumy, a także podstawowe wymiary stosunku do świata i do samego siebie.

Starość to stan umysłu

W ostatnim czasie rozwija się interesujący nurt badań nad psychogennymi aspektami starzenia się, czyli tymi, które odnoszą się do relacji umysł–ciało. Inspirująca konkluzja z tych badań i rozważań zawiera się w zadaniu: „starzenie się jest przekonaniem” (aging is believe). Okazało się bowiem, że osoby, które oddzielają się od ciała, traktują je przedmiotowo – są przekonane, że ono się nieuchronnie i szybko zestarzeje, że będą za chwilę chorować, będzie z nimi coraz gorzej – rzeczywiście starzeją się szybciej i więcej chorują. Ich przekonanie potwierdza się na zasadzie samospełniającej się przepowiedni. Takie osoby często – acz na ogół nieświadomie i żyjąc w iluzji dbania o ciało – zachowują się wobec ciała agresywnie, co przyspiesza proces starzenia. Te same badania pokazują, że ludzie przekonani, że ciało w miarę upływu czasu jest bardziej sprawne i wydolne, a oni stają się lepszymi i mądrzejszymi ludźmi – są często sprawniejsi od ludzi znacznie młodszych i umierają we śnie w okolicach setki, nie mając żadnych istotnych objawów fizjologicznego starzenia się. To jeszcze jedna lekcja o tym, że ciało podąża za umysłem, słucha umysłu – tak długo, jak może.

Doświadczyłem ciała, gdy dotknąłem granicy śmierci

Wojciech Eichelberger – psycholog, psychoterapeuta i trener, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ips.pl), autor i współautor wielu książek.

Gdy byłem w bardzo wysokich górach, tam, gdzie już prawie nie ma czym oddychać, doświadczyłem ciała, które całkowicie odmawiało mi posłuszeństwa. To było jak rozciągnięte w czasie omdlewanie, graniczące z umieraniem. Będąc całkowicie przytomnym, nie byłem w stanie skłonić ciała do zrobienia kolejnego kroku. Mogłem jedynie biernie i bezradnie doświadczać sytuacji niemocy. Panowałem tylko nad oddechem. Więc co kilka kroków, z trudem utrzymując się na nogach, oddychałem gwałtownie i głęboko. Dopiero po wielu takich oddechach ciało podejmowało współpracę i mogłem zrobić kilka następnych kroków. Doświadczyłem wtedy definitywnej granicy mojej władzy nad ciałem, a jednocześnie ogromnej satysfakcji, że tę granicę przesunąłem. W istocie satysfakcja jest jednak fałszywa, bo wprawdzie szedłem na tę górę po ostrej, wąskiej granicy – po grani – między życiem i śmiercią, ale doszedłem tylko dlatego, że pozwoliło mi na to moje ciało. Tak więc radość i poczucie wyzwolenia wiązały się tylko (i aż) z tym, że przekroczyłem swój lęk przed znalezieniem się na tej granicy. W sumie było to wielkie doświadczenie pokory wobec ciała, wobec życia, wobec śmierci.

Życie smakuje najlepiej, gdy pozostając w pełni sił, dotkniemy granicy śmierci. Tego szukamy w wysokich górach i w głębokiej medytacji. Podobnie czujemy się, gdy wracamy do życia po ciężkiej chorobie. Ale najtrudniejsza próba dla naszej odwagi i pokory nadchodzi wraz z definitywną utratą sił związaną z terminalną chorobą ciała i z jego przemijaniem. Na tamtej górze moje ciało nie miało nic przeciwko temu, by umrzeć, by się poddać – zapraszało, a nawet nakłaniało mnie do tego. Jakby mówiło: „Nie walcz, poddaj się i idź za mną – tu jest prawdziwe życie”. Decyzja „żyć i iść dalej” była w tamtej sytuacji – wbrew pozorowi heroizmu – łatwiejszym, mniej odważnym wyborem.

  1. Kultura

Śpiewające siostry Szydłowskie spełniają marzenia

Siostry Szydłowskie: (od lewej) Jolanta, Elżbieta i Krystyna. (Fot. Nat Kontraktewicz)
Siostry Szydłowskie: (od lewej) Jolanta, Elżbieta i Krystyna. (Fot. Nat Kontraktewicz)
Jolanta, Elżbieta i Krystyna – trzy siostry, jak u Czechowa. Ale w przeciwieństwie do bohaterek dramatu swoje marzenie o wspólnym śpiewaniu zrealizowały bez oglądania się na innych. Co poza satysfakcją dało im zwycięstwo w programie „The Voice Senior”?

Wygrały panie pierwszą edycję „The Voice Senior”. Czym dla was był występ w tym talent show?
Ela:
Dla mnie to wyjątkowy czas. Podczas przygotowań i prób czułam się tak, jakbym wróciła do okresu dzieciństwa, kiedy razem śpiewałyśmy w domu. To był nasz pierwszy wspólny występ po latach nieśpiewania razem, ale też wyzwanie – musiałyśmy włożyć dużo pracy, żeby nasze głosy zabrzmiały tak jak kiedyś. Co nie zmienia faktu, że było to niezwykle wzruszające i przyjemne przeżycie.

Kiedy ostatni raz panie razem śpiewały?
Jola: Od zawsze śpiewałyśmy na imieninach, podczas wszystkich świątecznych uroczystości, ale to były występy towarzyskie, a nie estradowe. Wspólnie zaśpiewałyśmy też w 1973 roku podczas eliminacji do Festiwalu Piosenki Radzieckiej. To było wtedy rzeczywiście duże wydarzenie, ale jednocześnie ostatni nasz poważny występ. Dla mnie rok 1973 i 2019 dzieli ogromna przepaść.

Nie chciała pani występować przed publicznością?
Jola: Na początku upierałam się, żeby sobie odpuścić, ale gdy się zdecydowałam, rzeczywiście było to wzruszające. W pewnym momencie uświadomiłyśmy sobie, że spełniłyśmy marzenia naszej mamy, żeby śpiewać w tercecie. Kto mógł przewidzieć, że coś takiego wydarzy się po tylu latach nieśpiewania?

Ela: To, że się zdecydowałyśmy wystąpić w trójkę, było spontaniczne i nieoczekiwane. Pojechałyśmy z Krysią i każda wystąpiła jako solistka, ale po drodze dogadałyśmy się, żeby zrobić duet, a potem może tercet.

Był stres?
Ela: Ogromny. To było wielkie wyzwanie i przygoda, bo szybko zdałyśmy sobie sprawę z tego, że znalazłyśmy się w programie, który będzie oglądany przez miliony widzów. Miałyśmy momenty paraliżu, który u mnie powodował niepokój, czy w ogóle wydobędę z siebie głos. Ale to przede wszystkim były silne emocje, bo zdarzały się nieporozumienia między nami, nerwy, płacz, no i włożyłyśmy naprawdę ogromny wysiłek we wspólną pracę.

Jola: Właśnie z tego powodu nie chciałam występować, bo pamiętałam, ile to wymaga pracy, pomijając potrzebną do tego odwagę. Zdawałyśmy sobie sprawę, że to nie będzie poziom występów na imieninach, tylko musimy spełnić warunki śpiewu estradowego, zwłaszcza w telewizji, gdzie oczekiwania są ogromne. Poza tym umówmy się, jest jakiś poziom ambicji, który chce się zrealizować. Nie po to decydujemy się na taki stres, żeby śpiewać na pół gwizdka, tylko po to, żeby dać z siebie sto procent, a przy tym wszystkim śpiewanie w grupie nie jest łatwe. Trzeba zgrać głosy, które były w tzw. uśpieniu przez tyle lat, a czasu nie było zbyt wiele.

Ela: Dla mnie stres był podwójny, bo bałam się o siostry, żeby się nie pomyliły podczas występu, ale jeszcze bardziej bałam się, że sama mogę się pomylić, a w końcu siostry na mnie liczyły. Czułam ogromną odpowiedzialność, więc musiałyśmy tak się przygotować, żeby być z siebie zadowolone. Zwłaszcza że nie chciałyśmy zawieść oczekiwań publiczności. Nawet Krysia, artystka z ponad 40-letnim doświadczeniem, która już nie powinna mieć tremy, też się denerwowała.

Jola: Ale z każdym kolejnym występem stawałyśmy się pewniejsze, uwierzyłyśmy też w siebie i to nas utwierdziło w przekonaniu, że warto było zaryzykować.

Jak się pracowało paniom razem? Fakt, że jesteście siostrami ułatwiał czy utrudniał pracę?
Jola: Ułatwiał, bo miałyśmy wspólny cel, świadomość, że spełniłyśmy swoje marzenia, ale przed wszystkim marzenia naszej mamy, która chciała, żebyśmy śpiewały razem, i zawsze nas w tym wspierała. Ale też wiele ułatwiał fakt, że się dobrze znamy, mamy podobne barwy głosu. Pewnie, że każda miała swoją wizję występów i tego, co i jak zaśpiewamy, ale udało nam się porozumieć.

Ela: Jola ma największy staż, jeśli chodzi o umiejętność śpiewania w grupie, więc ona przejęła nad nami pieczę. Wiedziała, jak ustawić wszystkie głosy, jak je zaplanować i stworzyć, bo musiałyśmy dla każdej z nas stworzyć odpowiedni głos. I bardzo dobrze sobie poradziła.

Pani Krysiu, czy czuła się pani – jako profesjonalistka – mentorką dla sióstr podczas przygotowań?
Krysia:
W teatrze reżyser zawsze obsadza aktorów w konkretnej roli, ma wobec nich wymagania i jest dla nich jak lustro. Oczywiście aktor ma swoją wizję, ale to reżyser ma głos decydujący. A w naszym tercecie najważniejsza jest wspólna decyzja. Nawet jeśli jedna z nas ma pomysł, to wspólnie go rozważamy. Razem pracujemy, ćwiczymy i eksperymentujemy, ale musimy wszystkie być przekonane, że jest dobrze..

Jakie były reakcje rodziny na to, że panie postanowiły wystąpić w talent show?
Ela:
Zaczęło się od mojej córki, Justyny. To ona namawiała nas do wzięcia udziału w programie. Dzieci i wnuki wspierały nas bardzo, powtarzając, że mamy się zgłosić, bo to jest w zasięgu naszych umiejętności, a potem oglądały nasze zmagania w telewizji, słuchały nagrań z prób, dodawały otuchy.

Jola: To właśnie młodsi uwierzyli w nas, jak moi dwaj synowie. Z kolei mój mąż, który jest muzykiem i ma duże doświadczenie zawodowe, powiedział, żebym dała sobie spokój, bo co to za pomysł. I wtedy uznałam, że skoro on we mnie nie wierzy, to tym bardziej pójdę i zrobię mu na złość. Ale też kierowała mną zazdrość, że siostry mogą dać sobie radę, a ja to będę z kanapy oglądać. A gdy przyszły pierwsze sukcesy, to mężowi też się spodobało (śmiech).

To było marzenie waszej mamy czy także wasza potrzeba, żeby razem występować?
Jola:
I jej, i nasze, chciałyśmy razem występować, ale kiedyś nie było tak wielu możliwości jak teraz.

Ela: Mama pragnęła, żebyśmy zawsze wspierały się, pomagały sobie, i to nas zbliżało do siebie. Uważam też i mogę powiedzieć to z czystym sumieniem, że to ona, prosto z nieba, załatwiła nam występ i sukces w „The Voice Senior”. Nasza mama była bardzo ciepłym człowiekiem. Zawsze nas wspierała, obdzielała wielką miłością. Dlatego naszą debiutancką (jak to cudownie brzmi!) płytę zatytułowaną po prostu „Siostry Szydłowskie” zadedykowałyśmy mamie.

Krysia: Mama byłaby przeszczęśliwa, trzymając ją w rękach – bo te osiem swingujących piosenek w naszej interpretacji, z kobiecymi tekstami od Alibabek, przez Siostry Andrews po Joli ukochaną „Jolene” z repertuaru Dolly Parton, to dowód spełnienia marzeń jej i naszych.

Mama uczyła panie śpiewu?
Jola: W jakimś sensie tak było, sama występowała w tercecie, z koleżankami, pięknie śpiewała, miała sopran koloraturowy. A gdy śpiewała w domu, to zawsze razem z nami, nauczyła nas wielu piosenek. Wspólne śpiewanie było dla nas naturalne. Z czasem przejęłyśmy po niej pałeczkę i stałyśmy się rozrywkowym punktem programu imienin, komunii, uroczystości rodzinnych. Potem zaczęłyśmy uczęszczać na zajęcia do ognisk muzycznych w domach kultury, na naukę śpiewu i gry na instrumentach. Ale tata także nas wspierał, zwłaszcza finansowo, bo kupił nam pianino i mandolinę.

Mama była waszą mentorką?
Ela:
Zdecydowanie tak. Ale przede wszystkim była sercem naszej rodziny, towarzyszyła nam i w trudnych, i dobrych chwilach. Szczerze mówiąc, brakuje mi tego, żeby ktoś powiedział do mnie tak jak mama: „Ela, wszystko będzie dobrze, zobaczysz, dziecko”. Bardzo mi brakuje, że nie mogę tego od niej usłyszeć.

Jola: Rodzice lubili się nami pochwalić, zwłaszcza że tata nie był zadowolony, że ma trzy córki, bo zawsze marzył o synu, ale nasze sukcesy mu to rekompensowały.

Ela: Nie chodziłyśmy z nim na piłkę, ale mu śpiewałyśmy.

Jola: Ale nauczył nas miłości do sportu, trenował w klubie jako siatkarz, ćwiczył ze mną i Krysią siatkówkę. Można śmiało powiedzieć, że on też przekazał nam swoje pasje.

Jakie są wasze marzenia muzyczne?
Ela:
Przede wszystkim, żebyśmy mogły znowu koncertować, żeby pandemia skończyła się jak najszybciej, no i żebyśmy wszyscy wrócili do normalności, bo bardzo brakuje prostych codziennych rzeczy, do których wcześniej nie przywiązywaliśmy wagi. Choćby pójścia do kawiarni na kawę.

Jola: I marzymy o własnym hicie. Nigdy nie chciałyśmy nagrywać płyt, ale teraz chcemy – najpierw singla z nowym materiałem, a potem płytę. Fajnie, że możemy tego doświadczać w wieku, w jakim jesteśmy, i przyjmiemy z radością to, czym nas wszechświat obdarzy.