Dziecko może być smakoszem

Nie wierzymy, że dzieci mogą być smakoszami. A mogą. (Fot. iStock)

Uwielbiam zajmować się żywieniem kobiet w ciąży. Wiecie dlaczego? Bo to, moim zdaniem, oprócz ciężko chorych, najbardziej zmotywowana grupa. Badania pokazują, że ciąża jest jednym z najsilniejszych motywatorów do zmiany żywienia w domu.
A ja z radością wykorzystuję te ich motywacje, rozpalam je jeszcze bardziej – bo wiem, że to płomień na życie.

Niestety, grupa, o której piszę, jest jeszcze zbyt mała. Polskie dzieci tyją w zastraszającym tempie.

Dobrobyt, który nas zaskoczył 30 lat temu, trwa i ma się coraz lepiej. Słodycze, które były rarytasem, są teraz na wyciągnięcie ręki. I to w kolorowych papierkach. Lub z ukochanym dziecięcym bohaterem. I latarką dodaną do serka owocowego, świecącą kwadrans gratis. Kto kocha swoje dziecko, da mu to, co najlepsze. Kto marzył o pomarańczach, zasypie swoje dziecko czekoladą z nadzieniem cytrusowym i zaleje butelką napoju o tymże smaku i aromacie. A gdy jeszcze przeczyta, że to specjalnie dla dzieci i z witaminami… głupio zrobiłby, nie kupując! Gdy rozmawiam z pacjentami, często okazuje się, że nie mają pojęcia, jak są manipulowani przez firmy, nie wiedzą, co wybrać, bo zewsząd docierają sprzeczne informacje. Gubią się w gąszczu wiadomości i produktów, przegrywają z dziećmi podczas robienia zakupów, nie mają czasu, pomysłu i siły, żeby przygotowywać zdrowe posiłki, których pewnie nikt nie zje…

Zrobiło się smutno i depresyjnie. Ale jako mama dwóch synów (lat osiem i trzy) i jako dietetyczka prowadząca warsztaty kulinarne, praktykująca od kilkunastu lat, stwierdzę odważnie, że jest nadzieja. Tylko wiecie, co jest najgorsze? Dorośli…

Zeszłego lata uczestniczyłam w konferencji „Culinary Innovators”, współprowadziłam panel o dziecięcym menu w restauracjach. Rozmawialiśmy o tym, że królują tam kurczaczki, rosołek, pomidorowa i kluseczki. Dwa, trzy dania. Nie wierzymy, że dzieci mogą być smakoszami. A mogą. Potwierdzili to wszyscy szefowie kuchni, którzy karmią je świetnym jedzeniem. Trzeba tylko wyłączyć z procesu decyzyjnego rodziców. Gdy kelner rozmawia bezpośrednio z dzieckiem, przedstawi mu ofertę i zaproponuje danie, to dziecko je zamówi i zje.

Gdy przychodzę do grupy dzieci na zajęcia z torbami warzyw i owoców, od połowy słyszę: „Bleeee”; „Nie cierpię!”; „Fuj”. Wtedy spokojnie mówię, że jeść nie muszą. Proszę jedynie o pomoc przy umyciu, obraniu, krojeniu, wyciskaniu soku, robieniu sałatki. I tu już pierwsze osoby pytają, czy mogą trochę zjeść. Wtedy z groźną miną odpowiadam, że tyyyylko maleńki gryz. I jedzą niemal wszyscy. A gdy z wyciskarki wylatuje sok ze szpinaku, cukinii i jabłka, dzieci biją się o dolewkę. Rodzi to problemy. Nie tak dawno słyszałam, jak w szatni jeden z ojców skarżył się (nie wiedząc, że mówi o mnie), że odkąd jakaś dietetyczka przyszła do dzieci, to teraz jego pociechy ciągle chcą soki warzywne, a gdy on odmawia, słyszy argumenty, że to zdrowe. Przykro mi, proszę pana. Moja praca została wykonana! Ziarno wykiełkowało!

Już kilka lat temu apelowałam – pora się obudzić! Na naszych oczach odbywa się masowa produkcja kalek i inwalidów! Wierzę jednak, że można to cofnąć. Dawajmy dzieciom (i sobie) to, co najlepsze. A jak – o tym w mojej najnowszej książce.