fbpx

W powiatowym szpitalu

Spotkałam lekarza, który przekonał mnie, że jestem ważna i że mogę liczyć na pomoc. Że mogę pytać i wiedzieć, że mam do tego prawo. Szkoda tylko, że to lekarz wyjątkowy.

Kilka dni temu w liście do jednej z bliskich mi osób napisałam: „Blizny po skrzydłach (czasem jednym, ale to chyba gorzej, bo trudniej zachować równowagę), po matce, po dziecku… od końca do początku i tak w kółko. Niby to proste, a takie nie do pojęcia. Czasem dni wydają się niepotrzebne, a noce tylko do przespania”. To chyba zimno sprawia, że budzi się w środku niepewność, luty wydaje się niespokojny i tak daleki od wiosny. Zamykam się w czterech ścianach, spędzam więcej czasu w łóżku. Tyle z tego dobrego, że mogę więcej czytać, obejrzeć kilka filmów, które czekają już od dawna w mojej skromnej wciąż filmotece.
 
Być może jestem jeszcze przygnębiona kilkoma dniami, które musiałam spędzić w szpitalu. W powiatowym szpitalu. Miałam to szczęście, że choć mieszkam w tak schowanym i małym mieście, udało mi się trafić na dobrego i ciepłego ginekologa. I to w państwowej przychodni! Chociaż tutejsza służba zdrowia, szczególnie szpital, nie cieszą się dobrą opinią wśród pacjentów, to mój lekarz okazał się wyjątkowy. I ta wyjątkowość martwi mnie i boli, bo nie powinno dziwić „ludzkie” podejście do kobiety i „szacunek w głosie” lekarza. To były słowa, które usłyszałam od czekających na korytarzu. Faktycznie, po wejściu do gabinetu i pierwszych wymienionych zdaniach poczułam się bezpieczna i daleka od dręczącego czasem poczucia bycia mięsem. Mój lekarz nie wiedział wówczas, że chcę leczyć się w jego prywatnym gabinecie, a przekonał mnie, że jestem ważna i że mogę liczyć na pomoc. Że mogę pytać i wiedzieć, że mam do tego prawo.

Szpital powiatowy to rewia naburmuszonych gwiazd, czerwonych, spoconych i napompowanych lekarskich twarzy oraz klatki skulonych i przestraszonych pacjentów. Rzadko podczas porannych obchodów ktoś z personelu zdobędzie się na „dzień dobry”, wchodząc do sali. Ale i tutaj są wyjątki. Są kompetentni i godni zaufania lekarze, może jest ich więcej, niż mi się wydaje. Życzyłabym sobie i innym, aby tak było. Na pewno jest nim zastępca ordynatora oddziału ginekologicznego. I chylę przed nim czoło, że z szacunkiem, pośród gromadki gwiazd w białych fartuchach, potrafi otworzyć ciepłym „dzień dobry” przestraszonym o maleństwa i o siebie kobietom kolejną nędzną dobę.

Martwiąc się o bezpieczeństwo Maleństwa, spędziłam w tym oddalonym od normalnego rytmu miejscu kilka dni. Patrzyłam na żółte, obdrapane ściany, które zdawały się znudzone moimi przygnębiającymi godzinami. Siedziałam na zmęczonym ludzkimi nieszczęściami szpitalnym łóżku i starałam się myśleć o tym, że mogę mieć tutaj kwiaty, płaszcz, że sama chodzę do toalety i że jeśli pielęgniarka zapomni po raz kolejny odłączyć mi kroplówkę, to jestem w stanie iść do jej pokoju i upomnieć się o to. Żebra doświadczonego osobistymi wojnami łóżka wbijały mi się uparcie w uda. Ono samo, skrzypiąc przejmująco, zdawało się mamrotać jakieś historie o pomyłkach i złośliwościach losu. Nie słuchałam go, sprytnie przekraczałam obolałe miejsca i zanurzałam się w wyobraźni. Próbowałam odtwarzać świat, który widziałam, będąc sześcioletnią dziewczynką, i notować jego dźwięki oraz zapachy. Leżałam sama na sali, mogłam pracować, gasić światło o odpowiedniej dla siebie godzinie i uznałam ten fakt za tegoroczne błogosławieństwo.

Miałam widok na las. W pobliżu jest prosektorium „czynne całą dobę”, jak straszy wielka tablica przy bramie prowadzącej do izby przyjęć. Nie przeraża mnie to, już dawno przestałam bać się śmierci. Oswoiłam ją, zajrzałam jej kilka razy głęboko w oczy i już wiem, że tam, w symbolicznym dole, nie ma nic. Niegroźna pustka. Nie wierzę także w piekło, wierzę w oddziały intensywnej terapii. Zanurzałam się w takich płomieniach kilka razy i jestem pewna, że straszne jest tylko to, co spotkać nas może tutaj. Po drugiej stronie nie ma nic, przed czym można by drżeć nocami.

Zastanawiałam się, ile tu bywa kobiet z bliznami po skrzydłach, miłościach czy życiowych potknięciach. Ile historii zaczyna się, a ile kończy. Ile pytań pozostaje bez odpowiedzi, a ile rodzi kolejne, złowrogie albo obiecujące.