1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zwierciadło poleca
  4. >
  5. Tomasz Stańko nie żyje.

Tomasz Stańko nie żyje.

Zobacz galerię 3 Zdjęcia
29 lipca zmarł Tomasz Stańko. Odszedł kolejny wielki artysta, wizjoner, mistrz. Był najwybitniejszym polskim trębaczem jazzowym, znanym i cenionym na całym świecie.

29 lipca zmarł Tomasz Stańko. Odszedł kolejny wielki artysta, wizjoner, mistrz. Był najwybitniejszym polskim trębaczem jazzowym, znanym i cenionym na całym świecie. Nagrał około czterdziestu albumów i skomponował muzykę do kilkudziesięciu filmów. Zmarł w wieku 76 lat.

Wywiad ukazał się w "zwierciadle" w lipcu 2017 roku.

Nie czuję się Polakiem ani Żydem, tylko sobą z imienia i nazwiska. Nie dlatego, że jest znane. Cenię odrębność. Istnienie poszczególne, jak mówił Witkacy.

Tomasz Stańko, laureat Nagrody Specjalnej Kryształowych Zwierciadeł 2017, przyznawanej ludziom dialogu, którzy swoją działalnością i twórczością łączą, a nie dzielą. Jego muzyka przyciąga pokolenia, a on sam grupuje wirtuozów z różnych stron świata, wpływy ich kultur, różne światy dźwięków. A przede wszystkim gra oparty na improwizowaniu free jazz, który jest nieustannym dialogiem.

Lubi pan dialog?

Lubię porozmawiać, jak na przykład teraz. Od operacji kręgosłupa siedzę tu w domu i już mam dość, nudzę się.

Jest pan człowiekiem dialogu?

Oj, nie bardzo. Wolę stawiać na swoim. Dlatego znów jestem samotnym wilkiem. Ostatnia narzeczona rzuciła mnie i miała rację. Tak! Bo ja jestem nie do wytrzymania. Nie chciałem mieszkać razem ani się ożenić.

W domu rodzinnym jak się rozmawiało? W domu inteligenckim – ojciec był prawnikiem, mama – pedagogiem.

To była inteligencja w pierwszym pokoleniu. Rodzice zarówno matki, jak i ojca należeli do ludzi prostych. Moi rodzice kształcili się przed wojną, ale ojciec aplikację zrobił dopiero po wojnie. To był typowy dom komunistycznej inteligencji. Żyło się biednie, każdy pracował, nie zwracało się wielkiej uwagi na rozmowy. Ojciec nie był towarzyski, co zresztą mam po nim. Rzadko zdarzały się przyjęcia. Byliśmy zamknięci w sobie. I taki jestem ja, i moja siostra. Tylko wujek nadrabiał, ten to był kobieciarz! Czego nie mogę powiedzieć o sobie.

Pan jest wierny muzyce.

I to jest ciekawa kobieta.

Ojciec kupił panu pierwszą trąbkę, nie jakąś tam ze sklepu.

Należała wcześniej do Humphreya Lytteltona, wspaniałego muzyka soulowego. Ojciec był niespełnionym muzykiem, jednym z wybitniejszych, jeśli chodzi o talent. Skończył przed wojną średnią szkołę muzyczną i był w Krakowie jednym z lepszych skrzypków. Miał znakomitą reputację wśród dziennikarzy, którzy po koncertach wręcz podsłuchiwali, jaka jest jego opinia. I drukowali w swoich recenzjach. A z czasem Kazimierz Kord zaangażował ojca do opery krakowskiej.

W dzieciństwie zapowiadał się pan już na outsidera?

Zawsze byłem na uboczu, kocham stado, ale od dziecka trzymałem się obok. Chociaż miałem w grupie niezłą pozycję. Jeszcze w wieku przedszkolnym należałem do ulicznej bandy. I zajmowałem tam miejsce tuż przy szefie. Ale musiałem na to zasłużyć – walnąłem cegłą w samochód. Od tamtej pory miałem poważanie. Nie musiałem się bić. Swoją drogą często się zastanawiam, czy dałbym sobie radę w więzieniu? Mogłoby być kiepsko.

W młodości się pan rozkręcił, rozgadał?

Tak, trochę… Ja w sumie lubię towarzystwo. Widzi pani, składam się ze sprzeczności. Od drugiej klasy miałem już dobrych kolegów. Wacek Kisielewski, Roman Kowal – z nimi tworzyliśmy team. Nadal cieszyłem się poważaniem – ukradłem dziennik klasowy i wrzuciłem do kanału. Miałem wiele osiągnięć tego typu, paliłem papierosy, oczywiście.

A potem współtworzył pan krakowską bohemę. Ujęło mnie, że po śmierci Piotra Skrzyneckiego zagrał pan hejnał ku jego czci z tarasów PKiN. Przyjaźniliście się.

Z Piotrem Skrzyneckim i Piwnicą pod Baranami byłem bardzo blisko. W Krakowie moje szlaki prowadziły między dwoma punktami: jazzklubem krakowskim na Markach i Piwnicą po przekątnej Rynku. Rano szło się kawałek dalej do Kolorowej. Zawsze się kogoś znajomego spotkało, tam bywał i Wiesiu Dymny, i Jaś Byrczek, który stworzył Krakowski Jazz-Klub „Helikon”, w którym to pierwszy raz zobaczyłem Komedę tuż przed jego wyjazdem do Warszawy. Tam też bywali Kurylewicz i Karolak. Za Karolakiem, który szedł z Byrczkiem przez Kraków, wędrowałem kiedyś kawał drogi, bo oczu nie mogłem oderwać. Byrczek miał kontrabas na pasie, wtedy w tej komunie to była rzecz niespotykana. Wojtek – ubrany w sposób niesłychanie wyrafinowany. Zawróciłem na ich widok i z godzinę szedłem, napawając się widokiem.

W tamtych czasach ten jazz intelektualno-elitarny stanowił mentalną przepustkę do innego świata.

Jazzem interesowały się wtedy elity wszędzie, tak samo we Francji Juliette Gréco czy Jean-Paul Sartre admirowali czarnoskórych muzyków. A dla nas to była przepustka w każdym sensie, bo myśmy mogli wyjeżdżać za granicę. Jazzmani, aktorzy, wybitni pisarze, jak Dygat, byli w porównaniu z resztą społeczeństwa królami życia. W moich czasach już mniej. Ale Kuryl, Komeda, Karolak, Namysłowski to byli crème de la crème. Jazzmani zawsze świetnie wyglądali, ubierali się awangardowo, a to były jeszcze przedhipisowskie czasy. Pamiętam, przyjechał do Polski na koncerty murzyński New York Quartet. Po drodze gdzieś się zagubiły ich walizki, więc potrzebowali kupić ubrania, przybory. A gdzie wtedy można było coś kupić? Nigdzie prawie. Poszli do PDT-u czy GS-u i, proszę sobie wyobrazić, pokupowali jakieś seryjne PRL-owskie garnitury. Ale wybrali tu trochę za obszerne, tam przyciasne i prezentowali się na scenie rewelacyjnie.

Pan też zawsze prezentował się rewelacyjnie, miał pan kolekcję butów.

Tak, chodziłem kiedyś do takiego szewca Kamińskiego, który robił buty na zamówienie. Znał moje awangardowe upodobania, więc jak tylko stawałem w drzwiach, zaraz wołał: „O, panie Stańko, mam dla pana nowe gady!”. Dzisiaj już takich skór nie da się sprowadzić. Ale nadal lubię buty. Tyle tylko, że Kamiński nie żyje, a inni knocą. Zamiast robić repliki konkretnych modeli, jak tych tutaj, a to jest model z 1911 roku, to powstaje coś ledwie podobnego, bo zamiast sznurowadeł ktoś wstawia zameczek. Więc wolę zamawiać w Wiedniu albo Budapeszcie. Mam wybór.

Wybór buduje w życiu free style?

Mam dużą potrzebę swobody i wolności. Nie czuję się Polakiem ani Żydem, tylko sobą z imienia i nazwiska. Nie dlatego, że jest znane. Cenię odrębność. Istnienie poszczególne, jak mówił Witkacy. Jestem Tomaszem Stańką. Kropka. Cała kula ziemska zapełniona jest człowieczymi odrębnościami. Kiedy dojrzejemy do takiego myślenia, może wreszcie nie będzie wojen.

Kiedy zaczniemy uznawać czyjąś inność?

To się już dzieje, skoro coraz częściej dostrzegamy i szanujemy dziwaków. Kloszardów też ludzie przeważnie lubią. Ciekawią nas odmieńcy – mamy w sobie taki genetyczny zapis. Nawet słowo „świr” przestało być pejoratywne.

Nie obrazi się pan zatem, jak dam tytuł: Tomasz Stańko – freak?

Zdecydowanie jestem freak.

Free jazz to bardziej wolność czy dialog?

Moja sztuka opiera się na współpracy, porozumieniu, wymianie. Powstaje coś, co w muzyce klasycznej bliskie jest orkiestracji. Daję muzykom szkielet, a dalej zostawiam wolność. Dlatego muszę wybrać takich, którzy będą zdolni mnie zaskakiwać w interpretowaniu, inspirować, umiejętnie puentować. Tylko najlepsi potrafią w czasie koncertu zmienić się w jeden organizm. Do tego trzeba wielkiego kunsztu i zgrania. Bo tu nie ma partytury ani dyrygowania, musimy na sobie polegać.

Skoro liczy się porozumienie między muzykami i wymiana, czy w ramach wymiany dźwięków muzycy mogą się sprzeczać, zachować się złośliwie?

Złośliwości są wykluczone. Nie robimy sobie świadomie wbrew.

A nieświadomie? Na muzyce może się odbić jakieś napięcie?

Czasem przypadkiem daje o sobie znać coś takiego. Miałem zespół, w którym bębniarz nie znosił basisty, bo ten grał tak gęsto, że trudno było trzymać rytm. Niechęć była obopólna. Ale oni absolutnie sobie nie przeszkadzali, ponieważ to jest niedopuszczalne. Miałem natomiast wtedy za plecami na koncercie fenomenalną ekscytację, energię, bo coś się tam między nimi kotłowało.

Co jest dla pana najważniejsze podczas koncertu: dialog z instrumentem, publicznością czy pozostałymi muzykami?

Publiczność jest ważna, dla niej gramy, ale istota zawodowstwa tkwi między nami, muzykami. I to jest dialog dźwięków, gdzie nie potrzeba słów. Komeda nic do mnie nie mówił, tylko siedział przy fortepianie z tym swoim leciutkim półuśmiechem, ale dawał mi bardzo silną informację co do swoich intencji. Tak, w jazzie może nie być słów. Zresztą mamy coraz więcej dziedzin, w których słowa okazują się rozpaczliwie ubogie. Lepiej więc ich nie używać, żeby uniknąć błędu. Język jest fantastyczny, ale nie da się lepiej emocji opisać, niż zrobili to Proust czy Joyce. Na nich się coś zatrzymało, zakończyło. Zresztą dziś język przestał być jedynym systemem komunikacji.

Są emotikony, MMS-y…

A ci, co tym gardzą, są nierozsądni. Nowe technologie nas z niczego nie okradają. Przeciwnie – udostępniają. W tym jednym urządzeniu w dłoni mam „Ulissesa” czy „Sklepy cynamonowe” i jak tylko czuję chęć przeczytania fragmentu albo mam potrzebę wprowadzić się w jakiś stan, który pomoże mi w tworzeniu, klikam i jest. W dodatku ja czytam literaturę tak, jak ją pisali – strzępami. Czasem wystarczy mi fragment budujący atmosferę. Proust, Joyce to potrafili zbudować klimat… Albo Faulkner – ta jego narracja w „Światłości w sierpniu”, ten początek i te kiwające się zdania. W nich jest dużo jazzu…

Jak u Doctorowa – jego „Ragtime” pisany jest rytmem ragtime’u.

Tak, tego jest więcej. Zresztą tak jak przyspiesza komunikacja, tak przyspiesza sztuka.

I pana muzyka również nabrała tempa.

Wszystko gna coraz bardziej, a miejsce artystów zajmują wielcy naukowcy, fizycy, którzy ogarniają wielorakość przestrzeni czy wszechświatów albo takie na przykład kwanty. To są dziś prawdziwi twórcy i prekursorzy!

A jazz?

Jest najbardziej globalny, ale też indywidualny, wielowątkowy. Jednak dziś już nie da się go rozbierać na kategorie. Wiadomo tylko, że wywodzi się z angielskich pieśni religijnych i z Afryki, skąd pochodzą bębny oraz kunszt czucia czasu. Można powiedzieć, że swingowanie płynie z precyzji matematycznej w odczuwaniu czasu, rytmu. O ile klasyczna muzyka jest więc jak fizyka newtonowska, to jazz można przyrównać do fizyki kwantowej. Tylko w muzyce kunszt osiągany jest dzięki intuicji. Afrykańskie taneczne kołysanie w transie nabiera większej precyzji niż kurs wahadła. A trans powoduje inny stan ducha, flash, czyli rodzaj olśnienia, w którym mózg pracuje na innych falach i ma inny tryb percepcji. To dlatego transowość jest używana w religiach i szamanizmie. Dlatego wielu artystów wprawiało się i wprawia w trans. Wszystko się wiąże, splata. Z biegiem lat będziemy potrafili powiązać i zrozumieć coraz więcej. A łączenie faktów jak wielkiej układanki puzzli jest fascynujące.

Rozmawia pan często ze sobą?

Werbalizacja myśli, jak choćby przy wywiadach, porządkuje mi wiedzę.

A dialogi o życiu prowadził pan ze sobą jako nałogowiec? A potem, będąc już trzeźwym?

Coraz bardziej widzę, że haj jest dosyć brudny. Natomiast nadal mam słabość do pijaków, bo lubię, po prostu lubię takich ludzi. Więc jak miałem w zespole pianistę pijaczka, który solidnie mi dawał w kość, to i tak jakoś lubiłem go najbardziej. Lubię tych straceńców. Natomiast sam stan upicia czy przyćpania nic nie daje, jest bez sensu. Liczy się czysty umysł i praca od 6 do 12. Zresztą młodsi artyści już stronią od nałogów albo rzucają używki. Ja się bałem rzucić wszystko, bałem się, że bez tego będę nikim. A martwili mnie szczególnie ci pisarze, bo tak: Hemingway się zabił, Faulkner nie przerwał, a O’Neill zaczął pisać komedie. „Rany boskie, co będzie ze mną” – myślałem.

Wodewil?

No strach było myśleć. A okazało się to w moim przypadku bez znaczenia. Uratowała mnie rutyna grania. Z wściekłością musiałem przyznać, że gra mi się nawet lepiej, bo samo wejście na scenę daje haj. To jest automat, błyskawiczny przeskok. Coś jak depresja i mania. Ja jestem dwubiegunowy, ale to kontroluję. Jak potrzebuję wywołać u siebie stan manii, to to robię, a depresję ignoruję. Czytałem esej słynnej lekarki, która jest dwubiegunowa i wyznała, że nigdy nie zamieniłaby tego na normalność.

Normalność, czyli uśrednienie tych dwóch stanów?

W życiu! Dlatego nie biorę żadnych prozaców. Miałbym się wyciszać?

Pan ma dwubiegunowe życie. Raz pan grał w Tadż Mahal i palił najwyższej klasy haszysz. A kiedy indziej sięgał po rodzimy kompot.

No cóż… Po nim miałem zapaść. Mój fan z Bielska-Białej dał mi towar, wprawdzie uprzedził, że to mocny materiał, ale ja tylko machnąłem ręką. A jak się osunąłem, wtedy natychmiast okradł mnie z kapitalnego skórzanego płaszcza. A jednak nie wszyscy nałogowcy mają zanik uczuć wyższych. Pamiętam, jak się jeździło na melinę na Brzeskiej, był tam taki gość z bardzo piwnym nosem. Zawsze miał na rękach takiego małego ratlerka. Jak on kochał tego psa! Więc człowiek jest naturą nieodgadnioną.

Pan kochał swoje papugi?

Ja wiem?! Kupowałem je przecież na haju. Nazbierałem ze 30. Oddałem im jeden pokój, a na środku postawiłem im nawet drzewo.

Prowadził pan dialog z ptakami? Trąbka kontra trele?

Podsłuchiwałem ich dialogi, podglądałem. Uchylałem drzwi do ich pokoju, siadałem w wannie i patrzyłem, jak sobie rozmawiają.

Co się z nimi stało?

Porozdawałem znajomym. Ale zwierzęta mnie fascynują, kocham psy, uwielbiam oglądać filmy przyrodnicze na Discovery. Pani wie, że młoda lwica potrafi zdjąć skórę i odsunąć kości upolowanej ofiary po to, by stara bezzębna lwica mogła zjeść miękkie wnętrzności?! Żeby mogła się pożywić. A my mówimy: „Okrutne drapieżniki”. Przypisujemy sobie wyłączne prawo do odruchów altruistycznych. Nic nie wiemy o zwierzętach, nic! Jesteśmy bardzo blisko nich.

Prowadzi pan lub prowadził dialog z absolutem, Bogiem?

Jestem bardzo mistycznym, ale niewierzącym człowiekiem. Bezgranicznie wierzę w ewolucję, w proces. Wszystko się samo stworzyło, oczywiście, w czasie.

A kto stworzył czas?

Tego jeszcze nie wiemy. Nikt nie wie, co to jest czas, dopiero ostatnio fizycy o nim myślą: Czy ma początek, koniec? Czy może biec do tyłu? Czy był czas przed wielkim wybuchem? A przecież już wiadomo, że wielki wybuch nie był początkiem. To jest trudne. Ale jeśli czegoś zazdroszczę, to tego, że nie mam abstrakcyjnego myślenia jak ci wielcy naukowcy i talentu do spekulacji myślowych. A druga rzecz – żałuję, że nie mam siły fizycznej do sportów ekstremalnych jak alpinizm. Wtedy mógłbym wejść na szczyty i zjechać na nartach z Mount Everestu.

A kto stworzył góry?

Wierzę niewiarygodnie w wiarę, w proces wiary rozumianej jako myśli, których nas nauczają. I chytrze, powtarzam chytrze, korzystam z nich, z dziesięciu przykazań. Ale w życiu nie zgodzę się, że wszechświaty są dziełem jednego bytu.

Nie wierzy pan w rodzaj wszechmózgu? Nawet w sytuacjach szczególnie trudnych nie zwracał się pan: „Boże”?

Tak, ale to jest przenośnia poetycka, technika. Kiedy walczyłem z trunkami, wyobrażałem sobie je w postaci diabłów. Taka wizualizacja. Wyobrażałem sobie, że im odcinam kopyta, żeby mój mózg napełnił się do nich niechęcią. I udało się. Do tego stopnia, że po latach potrafię wypić łyczek.

Dla smaku?

Nawet nie, przede wszystkim dlatego, żeby czuć się wolnym. Mieć poczucie, że mogę pić, jak i nie pić. Nie toleruję sztywnego zakazu. Dla kolegów jest nie do pomyślenia, że ja mam barek trunków. Oni by się bali. A ja bałbym się mieć w domu haszysz. Zmierzam do tego, że nie w zakazach jest wartość, a w znajomości siebie, swoich możliwości, jak też ograniczeń. Wiem, że mam skłonności do nałogów, bo teraz, po operacji kręgosłupa, dostawałem lek opioidalny tramal. I co tu dużo gadać: lubię go.

Ale się pan nie boi?

Dawniej taki hasz dawał kopa, wiele ułatwiał, jak np. szedłem coś załatwiać w Pagarcie na plac Defilad (dziś na placu Piłsudskiego), to jeszcze w Europejskim dopalałem i ruszałem. Załatwiałem wszystko jak burza. Potem musiałem wypalać znacznie więcej, a to dawało efekt apatii. Nic mi się nie chciało. Bez sensu. A poza tym w tych nałogach człowiek jest desperado.

Czy pan, rozmawiając ze sobą, jest wobec siebie łaskawy, czy krytyczny?

Nie okłamuję się, jestem surowy, jak to się mówi – nie smyram. I dla wszystkich innych też jestem surowy. Dlatego mówią, że bywam okrutny.

Czyli chropowata trąbka i taka szorstkość w obyciu?

Tak.

Boi się pan czasem? Bał się pan operacji?

Nie mogę powiedzieć, że się nie bałem. Myślałem – jak to nakazują – pozytywnie. Ale dopuszczałem też myśl, że może mi na resztę życia zostać tylko krzesło. Tak bym nie chciał. Jednak wie pani, nie chcę się też przyłączyć do tych żółtków, co ich widziałem w szpitalu.

Jakich żółtków?

Tych, co żyją, ale już są woskowi ze strachu, ile im zostało.

Pan przy tej swojej niewierze nie ma z tym problemu? Nie przeraża pana nicość?

Nie. Jak sama nazwa wskazuje, nie będę jej czuł.

TOMASZ STAŃKO: rocznik 1942; wirtuoz jazzowej trąbki, kompozytor. W 1969 roku ukończył Akademię Muzyczną w Krakowie, wcześniej z Adamem Makowiczem i Jackiem Ostaszewskim tworzył Jazz Darings, jedną z pierwszych formacji freejazzowych w Europie. W 1963 r. znalazł się w kwintecie Krzysztofa Komedy. Po wyjeździe kompozytora do USA stanął na czele zespołu. Dziś sam żyje i działa częściowo w Nowym Jorku. Od lat 70. był obecny na scenach świata, a grał z takimi sławami, jak Cecil Taylor i Gary Peacock.

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zwierciadło poleca

Wierzę w siłę kobiet

Jolanta Karny, wiceprezes firmy ubezpieczeniowej Aviva (Zdjęcie: Piotr Furman/ www.pfurman.com)
Jolanta Karny, wiceprezes firmy ubezpieczeniowej Aviva (Zdjęcie: Piotr Furman/ www.pfurman.com)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
O tym, jak być dobrą liderką w trudnych czasach, ale też jak nie bać się spełniać swoich marzeń i iść przez życie z podniesioną głową – rozmawiamy z dr Jolantą Karny, wiceprezes firmy ubezpieczeniowej Aviva.

Końcówka mrocznego 2020 roku jest odrobinę jasna pod jednym względem – bardziej słyszalny jest teraz głos kobiet. W Polsce nawet ten wkurzony i niezbyt uprzejmy. W Stanach Zjednoczonych – głos nowej wiceprezydent Kamali Harris. Nadchodzi czas kobiet? Tak, i ja się z tego ogromnie cieszę. Całym sercem wspieram kobiety, a moim marzeniem i misją jest, żeby były obecne w wielu branżach i dziedzinach. Żeby były pewne siebie, osiągały swoje cele. I by same widziały tam swoje miejsce.

Skończyłam fizykę, studiowałam więc w bardzo męskim środowisku. Tam najważniejszy był kapitał intelektualny, wszyscy skupiali się raczej na tym, co mamy w środku, a nie co na zewnątrz. A jednak i tam na pierwszym z egzaminów usłyszałam żartobiliwe pytanie, czy przyszłam na serio studiować, czy znaleźć męża. Notabene zrobiłam i to, i to. Mój mąż obecnie wykłada na Wydziale Fizyki. Potem zderzałam się z różnymi środowiskami, w których okazywało się, że płeć ma jednak znaczenie. Dlatego bardzo się cieszę z nowej pani wiceprezydent i z jej przemówienia, w którym powiedziała między innymi, że szklany sufit został przełamany i że jako kobiety możemy osiągać to, o czym marzymy. I niekoniecznie musi się to wpisywać w jakikolwiek kanon zawodów czy aktywności przypisanych kobietom.

Jeśli zaś chodzi o ostatnie wydarzenia w Polsce, to rzeczywiście mam wrażenie, że głos kobiet jest coraz mocniejszy. I choć jest to często głos niejednorodny – bo przecież wszystkie mamy swoje poglądy i często są one od siebie odmienne – to łączy nas to, że chcemy prawdziwej zmiany na lepsze. A jak kobiety się do czegoś biorą, to na poważnie. My nie odpuszczamy. Dlatego mocno wierzę w pozytywną rewolucję kobiet.

W wielu analizach na temat przedsiębiorstw podkreśla się, że mężczyźni są lepszymi liderami na spokojne czasy, natomiast kobiety – na niespokojne, bo one zgrabnie dotykają wielu płaszczyzn i potrafią łączyć pozornie niemające ze sobą związku obszary. To tym się charakteryzują przywódcy idealni na zmienne czasy, a my żyjemy przecież w bardzo zmiennych czasach. Spójrzmy na Nową Zelandię kierowaną przez Jacintę Ardern – jaki wspaniały styl i ogromna skuteczność.

Może zamiast szukać nowych liderów, trzeba zacząć szukać nowych liderek? Czy w przywództwie płeć ma znaczenie? Myślę, że przywództwo kobiet jest inne niż przywództwo mężczyzn, co nie znaczy, że jest lepsze, ale z pewnością inne. Ja bardzo lubię różnorodość – w pracy, życiu rodzinnym i społecznym. Uważam, że bardzo przydaliby nam się zarówno nowe liderki, jak i nowi liderzy. Z własnego doświadczenia wiem, że jako kobiety jesteśmy wyczulone na znaczniej więcej sygnałów, kładziemy duży nacisk na mówienie „my”, na myślenie grupą i na dążenie do rozwoju jednostek. Potrzebujemy nowej jakości zarządzania i przywództwa zarówno w wykonaniu mężczyzn, jak i kobiet. Ale po czasach męskich rządów przydałaby się nam pewna odmiana, inny punkt widzenia. Kobieca ręka?

Aviva, którą pani zarządza, wyróżnia się sporą liczbą kobiet w zarządzie. Mamy chyba idealny parytet – 50 na 50. Oczywiście Aviva ma kilka spółek i w każdej z nich jest odrobinę inaczej, ale my, panie z Avivy, lubimy mówić, że Aviva jest kobietą. W naszym zarządzie kobiety piastują stanowiska nietypowe. Przywykliśmy już do tego na rynku, że kobiety ze względu na swoje miękkie kompetencje są zwykle szefowymi HR, i u nas też tak jest, ale też szefem produktu majątkowego jest kobieta, szefem ryzyka i audytu również, jak i działu prawnego, a ja zarządzam sprzedażą i marketingiem. Mamy otwarte środowisko pracy. Panowie w firmie od początku nas wspierali w rozwoju, nigdy nie było podziału na męskie i kobiece działy. I ogromnie mnie to cieszy. Bo sama wiem, że kobiety potrzebują mieć wsparcie i motywację do tego, by szły dalej, by osiągały więcej. Szczególnie doceniam wsparcie ze strony mądrych mężczyzn, którzy stawiają na równoprawność, cieszą się z sukcesów kobiet. Nie bez przyczyny wciąż jest jednak mniej kobiet na stanowiskach zarządzających – bardzo często to one same dalej nie chcą iść. Oczywiście to o wiele bardziej złożona kwestia, bo tę rezygnację często wymusza na nas sytuacja rodzinna – nadal, kiedy dziecko jest chore, to w domu zostaje z nim jednak mama, a nie tata. Ale prawdą jest też to, że nie potarfimy zawalczyć o siebie i swoją pozycję.

Do dziś pamiętam zebranie na temat wyników sprzedażowych w naszej firmie. Najpierw głos zabrał mężczyzna. Opowiadał, że były bardzo trudne warunki, ale i tak osiągnęliśmy 75 proc. planowanej sprzedaży, przedstawiając to jako wielki sukces. Potem mówiła kobieta: „Osiągnęliśmy 85 proc., ale mogliśmy więcej”, pozostawiając niedosyt. My musimy nauczyć się mówić o swoich sukcesach, nie być nadmiernie skromnymi. Dzisiejszy świat biznesu to świat, któremu przyświeca hasło: „Fake it till you make it”, czyli: „Udawaj, póki tego nie osiągniesz”. Steve Jobs potrafił to fantastycznie robić. My, kobiety, najpierw wykonujemy tytaniczną pracę, a potem oczekujemy, że inni nas za to docenią, bo sami to zobaczą. Nie, nie zobaczą, chyba że to my zwrócimy im na to uwagę. Kobiety, które spotykam na swojej drodze jako coach czy mentorka, są naprawdę niezwykłe – zawsze jednak proszę, żeby tak jak silnie walczą o innych, potrafiły zawalczyć o siebie.

Tak nas się wychowuje – żeby się nie przechwalać, nie popisywać. Na szczęście coraz częściej kobiety mówią: „Jestem z siebie duma”. Ale jakim wysiłkiem, wręcz konfliktem wewnętrznym jest to okupione! Jaką wielką pracą nad sobą! Kiedyś w towarzystwie prezesek różnych firm doszłyśmy do wniosku, że choć różnią nas i kierunki studiów, jakie ukończyłyśmy, i ścieżki kariery, i modele rodziny, jakie tworzymy – to jedno mamy wspólne: każda z nas miała rodziców lub przynajmniej jedną osobę w rodzinie, która mocno w nią wierzyła. I bardziej niż słowa: „To nie wypada, przecież jesteś dziewczynką”, słyszałyśmy: „Okay, rób, co chcesz, tylko uważaj na siebie”. Dostawałyśmy przyzwolenie na próbowanie różnych możliwości. Ja nigdy nie słyszałam, że nie mogę czegoś zrobić, bo jestem dziewczyną. Moje koleżanki też nie. I to nam pozwalało eksplorować świat.

Są ciekawe badania ukazujące wiarę w siebie dziewcząt i chłopców. Okazuje się, że do 13. roku życia nie ma w tej sprawie większych różnic miedzy płciami, natomiast po tym wieku dramatycznie spada wiara dziewczyn w swoje możliwości. Bo jesteśmy bardziej niż wcześniej otoczone stereotypami na temat tego, jak powinnyśmy wyglądać i jak się zachowywać. Stajemy się podatne na ocenę i skrzywdzenie. I dlatego my tę wiarę musimy potem odzyskiwać. I robimy to! Te same badania pokazują, że po czterdziestce kobiety są silniejsze psychicznie i mają większą wiarę w siebie niż mężczyźni.

Kobiety wtłacza się w rolę opiekunek, co nie jest wcale takim złym pomysłem biznesowym. Firmy ubezpieczeniowe, jak Aviva, często odwołują się do kobiecej postaci. Bycie opiekuńczą to sedno pani pracy? Moim zdaniem to właśnie sedno kobiecego przywództwa – zapewnianie poczucia bezpieczeństwa, myślenie o wszystkich. Jeśli chodzi o firmy ubezpieczeniowe, to one na początku swojego istnienia miały głównie finansowy charakter. A tym, jak wiadomo, zajmowali się panowie. Z czasem nastąpiła jednak duża zmiana. Do aktywów i finansów doszedł nowy proflil – opieki nad zdrowiem, nad domem, nad życiem. I tu kobiety mają ogromne pole do popisu. Wierzę, że zapewnianie ludziom poczucia bezpieczeństwa to nie tylko misja, ale i fajna przestrzeń biznesowa. Kiedy dziecko robi coś po raz pierwszy, na przykład uczy się jeździć na rowerze, to rodzic go przecież ubezpiecza, krzyczy: „Jestem za tobą, złapię cię, jak upadniesz”. Potrzebujemy tego w życiu.

Moją pasją są ekstremalne, dzikie podróże. Zawsze przed wyjazdem dzwonię do mojego działu i pytam pracowników: „Sprawdźcie, czy ja w moim ubezpieczeniu mam… poszukiwanie, na wypadek gdybym zgubiła się w buszu”. Oni się tym zwykle bardzo stresują, bo to dość niestandardowe pytania, natomiast dzięki takiemu ubezpieczeniu ja czuję się bezpieczniej. I tym bardziej troszczę się o moich klientów – kiedy komuś dzieje się coś złego z dala od domu, wiem, jak bardzo potrzebuje wtedy kogoś, kto co prawda siedzi przy biurku w Warszawie, ale jest w stanie zorganizować pomoc lekarską w Polsce, która dotrze do każdego miejsca na świecie.

Podstawą są właściwe priorytety. Kryzys powoduje, że odrzucamy rzeczy, które są blichtrem i szumem, a skupiamy się na tym, co jest naprawdę ważne, tak w biznesie, jak i w życiu.

Ten rok zachwiał naszym poczuciem bezpieczeństwa. Jak teraz być dobrą liderką? Podstawą są właściwie priorytety. Kryzys powoduje, że odrzucamy rzeczy, które są blichtrem i szumem, a skupiamy się na tym, co jest naprawdę ważne, tak w biznesie, jak i w życiu. Zawsze powtarzam moim pracownikom: „Statek nie tonie, bo nie wpuszcza wody do środka”. Dlatego szalenie ważne jest, by mieć w samej sobie oparcie. By nie wpuszczać tej wody złych informacji do naszego środka. Nasza siła musi być oparta na sile wewnętrznej. Tym bardziej że pracownicy oczekują dziś od liderów dużo więcej. Nie chodzi tylko o rozdzielanie obowiązków, ale o pewność, że wiemy, dokąd płyniemy. A żebyśmy to wiedzieli jako liderzy, musimy skupić się i wyciszyć i dobrze prowadzić zarówno ludzi, jak i firmę.

Jak tę wewnętrzną siłę budować? Budując silne zaplecze. Jesteśmy pokoleniem, któremu zostały dane ogromne możliwości, w związku z czym przedkładaliśmy często sukces zawodowy nad dobre relacje. A to, co daje nam siłę do pracy, to są nasze pasje i więzi międzyludzkie. Te w pracy, i te w domu.

Pamiętam pierwsze rozmowy z moimi pracownikami po marcowym lockdownie – to w większości były prośby o to, by włączyć na chwilę kamery podczas zdalnej konferencji, żebyśmy mogli chociaż się zobaczyć, lub by jakoś się spotkać. To pokazuje, jak bardzo potrzebujemy drugiego człowieka, by poczuć się dobrze. Moim zdaniem to trudny, ale i wartościowy czas. Mamy rodziców, o których się boimy, martwimy się też o pracę, o pieniądze. Jest w nas dużo obaw i lęku. Ale też dostaliśmy niepowtarzalną okazję, by złapać nową życiową równowagę, zobaczyć, co naprawdę ma znaczenie, a bez czego możemy się obyć. My w Avivie oferujemy naszym pracownikom wiele aktywności typu wellbeing oraz porady psychologa, uważam, że to bardzo cenne i potrzebne wsparcie. Bo jak mamy prowadzić innych dalej, opiekować się nimi, jeśli sami się sobą nie zaopiekujemy?

Jaką radę na przyszły rok dałaby pani kobietom? Wspierajmy się – dobrym słowem, uśmiechem, gestem. Dbajmy o relacje, o nasze przyjaźnie. I przede wszystkim, Drogie Kobiety, zadbajmy o czas dla siebie. Życzę nam wszystkim, aby 2021 był naszym rokiem.

Jolanta Karny, doktor nauk ekonomicznych, wiceprezes Avivy odpowiedzialna za sprzedaż, marketing, strategię i cyfryzację, absolwentka Wydziału Fizyki Uniwersytetu Warszawskiego. Ukończyła studia podyplomowe z zakresu Business Management na Uniwersytecie Tennessee (USA), z doradztwa inwestycyjnego w Akademii im. Leona Koźmińskiego w Warszawie oraz z rozwoju organizacji w Saïd Oxford Business School. Coach i mentorka. Mama trzech synów, globtroterka. Jolanta Karny, doktor nauk ekonomicznych, wiceprezes Avivy odpowiedzialna za sprzedaż, marketing, strategię i cyfryzację, absolwentka Wydziału Fizyki Uniwersytetu Warszawskiego. Ukończyła studia podyplomowe z zakresu Business Management na Uniwersytecie Tennessee (USA), z doradztwa inwestycyjnego w Akademii im. Leona Koźmińskiego w Warszawie oraz z rozwoju organizacji w Saïd Oxford Business School. Coach i mentorka. Mama trzech synów, globtroterka.

  1. Zwierciadło poleca

Przemoc słowna wobec kobiet – rusza kampania społeczna „#NiePrzesadzam”

O przemocy werbalnej mówimy wtedy, gdy świadomie używamy języka do obrażania, poniżania, nękania lub marginalizowania. Wulgarne wyrażenia, seksistowskie uwagi, mobbing w pracy – to elementy przemocy słownej i języka nienawiści, który w dużym stopniu przeniósł się do Internetu. (ilustr. iStock)
O przemocy werbalnej mówimy wtedy, gdy świadomie używamy języka do obrażania, poniżania, nękania lub marginalizowania. Wulgarne wyrażenia, seksistowskie uwagi, mobbing w pracy – to elementy przemocy słownej i języka nienawiści, który w dużym stopniu przeniósł się do Internetu. (ilustr. iStock)
Język nienawiści? – To zwykle od słowna wszystko się zaczyna. Dlatego nowa kampania ma na celu uświadomienie, że przemoc wobec kobiet to nie tylko przemoc fizyczna. To również zwroty, do których przywykliśmy na co dzień, będące początkiem fizycznej agresji. Twarzą kampanii „#NiePrzesadzam” oraz główną ambasadorką została aktorka, dziennikarka i modelka – Anna Wendzikowska.  

Zgromadzenie Ogólne Narodów Zjednoczonych wyznaczyło 25 listopada Międzynarodowym Dniem Eliminacji Przemocy wobec Kobiet. Zdaniem ONZ przemoc wobec kobiet ma charakter prawdziwej epidemii, która nie objawia się jedynie w czynach. Każdego roku miliony kobiet i dziewcząt na całym świecie jest obrażanych czy poniżanych. W Polsce, według badań przeprowadzonych na zlecenie Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej, przemocy psychicznej w rodzinie doświadczyło 27% badanych: 33% kobiet i 21% mężczyzn. Przemoc najczęściej jest stosowana w obrębie jednego gospodarstwa domowego. Warto też zauważyć, że  przemocy  psychicznej  ze  strony  aktualnego lub byłego partnera doświadcza niemal co druga kobieta (43%).

Kiedy możemy mówić o przemocy słownej i psychicznej?

Polacy w swoim otoczeniu najczęściej zauważają przemoc psychiczną - aż 54% respondentów przyznało, że zna przynajmniej jedną rodzinę, w której doszło do takiego aktu wobec kobiet. Według powszechnej definicji, przemocą psychiczną nazywamy takie zachowanie, które prowadzi do umniejszania poczucia własnej wartości ofiary, wzbudzania w niej strachu, pozbawiania poczucia bezpieczeństwa i kontroli nad własnym życiem.

- Przemoc na poziomie języka to niestety bardzo częste zjawisko, które możemy obserwować tak w życiu publicznym, w mediach czy na portalach społecznościowych, ale bywa stosowana także w związku czy rodzinie. Znamy przypadki klientek naszej fundacji, które przychodząc do nas wyrażają powątpiewanie, czy już należy im się pomoc – „on mnie nie bije, ale mnie wyzywa, obraża, szantażuje, grozi mi”… Tłumaczymy wtedy, że takie zachowania to także forma przemocy czy znęcania się, mimo że dzieją się „tylko” na poziomie języka. Tego typu sytuacje są nie tylko bardzo bolesne, ale stanowią również poważne zagrożenie dla zdrowia psychicznego – mówi Urszula Nowakowska, prezeska Centrum Praw Kobiet. - W każdej formie przemocy chodzi o sprawowanie władzy i kontroli, także na poziomie psychicznym. Aktualnie obowiązujące obostrzenia związane z pandemią sprzyjają stosowaniu przemocy, bo rodzą złość, frustrację, niepewność jutra, destabilizują sytuację finansową rodziny. To idealne warunki do gróźb i zastraszania, by wymóc na drugiej osobie posłuszeństwo. Nasze doświadczenia potwierdzają, że takich sytuacji jest w dobie pandemii niestety znacznie więcej.

Do wielu obraźliwych określeń, niestety, przywykliśmy

Słowna przemoc bywa też zawoalowana. Na niektóre określenia, przypisywane tradycyjnie kobietom, większość z nas po prostu nie zwraca już uwagi. Tak bardzo do nich przywykliśmy, że nie zastanawiamy się nad ich znaczeniem. Począwszy od histeryzowania, przez rozdrażnienie spowodowane PMSem, aż po brak zdolności kobiet do podejmowania męskich decyzji (taki język stosują zresztą same kobiety). Wśród społeczeństwa ciągle panuje powszechne przyzwolenie na pewnego rodzaju negatywne frazy, które mogą ranić potencjalnego odbiorcę i przyzwalać na rozwój przemocy. Nie bądź baba! Masz okres, czy co? Dziewczynce nie przystoi. Słaba płeć - to tylko przykłady.

- Nawet jeśli mizoginistyczne i nienawistne teksty czy komentarze są rozpowszechniane pośrednio w tekstach piosenek lub na forach internetowych, wpływają one na samoocenę milionów dziewcząt i kobiet - wyjaśnia Cornelia Lahmann, lingwistka z językowej aplikacji Babbel - Akt mowy, taki, jak np. obraźliwy post w social mediach to na pierwszy rzut oka ciąg słów. Dopiero to jego znaczenie może prowadzić do poważnych szkód emocjonalnych odbiorcy. Język kształtuje percepcję każdego człowieka i prowadzi od uprzedzeń i stygmatyzacji, aż do braku szacunku i agresywnego zachowania. Uznanie, że słowa mogą być źródłem przemocy jest zatem ważnym krokiem w dążeniu do stworzenia miejsca wolnego od przemocy - zarówno w codziennym świecie, jak i wirtualnej rzeczywistości.

Organizatorem tegorocznej kampanii #NiePrzesadzam jest firma Babbel – twórca jednej z najpopularniejszych aplikacji do nauki języków obcych. Partnerem wydarzenia została Fundacja Centrum Praw Kobiet. Organizacja, jak co roku przeprowadza głośną kampanię społeczną, której celem jest szerzenie świadomości poruszanego problemu związanego z przemocą wobec kobiet. W tym roku skupia się na kwestii kobietobójstwa i wszelkich aspektach, które mogą prowadzić do tej tragedii. Organizacja nieustannie wspiera wszystkie kobiety, które potrzebują pomocy. Obecnie, poza doradztwem prawnym obejmuje ona pomoc psychologiczną, asystowanie kobietom w sądach, zapewnienie bezpiecznego schronienia, prowadzenie grup wsparcia i telefonu zaufania, a także pomoc socjalną i doradztwo zawodowe.

  1. Zwierciadło poleca

Co dziedziczymy po rodzicach?

Zależności pomiędzy środowiskiem a genami są wciąż dość niejasne i niezwykle złożone. (fot. iStock)
Zależności pomiędzy środowiskiem a genami są wciąż dość niejasne i niezwykle złożone. (fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
„Wykapany synek tatusia i nieodrodna córeczka mamusi” – często, słysząc takie komentarze, zastanawiamy się na ile nasze cechy i zdolności uwarunkowane są genetycznie. Co na ten temat mówi nauka? Jakie są najnowsze odkrycia genetyków? – wyjaśnia prof. Ewa Bartnik, autorka książki „Co kryje się w naszych genach? Największa łamigłówka ludzkości.”

Ród Kossaków to ewenement na skalę światową. Zdarza się bowiem, że ojciec czy matka przekazują swój talent dziecku, jednak u Kossaków były aż trzy pokolenia twórców. Poczynając od dziada Juliusza, którego ulubionym motywem malarskim były konie, przez ojca Wojciecha, autora Bitwy pod Racławicami, po wnuków Juliusza – Karola i Jerzego, którzy również zostali uznanymi malarzami. Czterech członków najbliższej rodziny, obdarzonych tym samym talentem. To nie może być przypadek. Podobnie jak nie jest zapewne przypadkiem, że kilka kobiet z tej rodziny miało talent literacki – to z rodziny Kossaków pochodzi przecież Magdalena Samozwaniec, znakomita pisarka i satyryczka, jej siostrą była poetka Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, a siostrą stryjeczną – powieściopisarka Zofia Kossak-Szczucka.

Takich przykładów mamy w życiu mnóstwo. Syn jest równie zdolnym muzykiem jak ojciec, córka dziedziczy talent malarski po mamie, rodzeństwo ściga się w tym samym sporcie. Są też pewne sytuacje, o których mówimy – o, tu zadziałały złe geny. Być może one doszły do głosu na przykład w przypadku Bobbi Kristiny Brown, córki Whitney Houston? To była dramatyczna historia, która wstrząsnęła światem przed kilku laty. Najpierw słynna piosenkarka zmagała się z uzależnieniem od narkotyków, aż w końcu ją zabiły. Utonęła w wannie w pokoju hotelowym, będąc pod wpływem kokainy. Kilka lat po śmierci matki dwudziestodwuletnia Bobbi została znaleziona w swoim mieszkaniu martwa – również w wannie, a w jej krwi śledczy wykryli mnóstwo narkotyków i alkoholu. Czy zadziałały tu geny, czy raczej środowisko, pełne stresów i załamań życie artystycznego światka, które popchnęło obie kobiety ku autodestrukcji?

Do dzisiaj nie potrafimy dać na to pytanie jednoznacznej odpowiedzi. Czynniki genetyczne i środowiskowe stanowią skomplikowaną mieszankę, zwłaszcza w przypadku cech charakterologicznych, talentów, inteligencji, nawet skłonności do różnych chorób. Zacznijmy od tego, że dziedziczymy od obojga rodziców po 23 chromosomy, w tym dwa chromosomy odpowiadające za naszą płeć – dziewczynki mają dwa chromosomy X, po jednym od mamy i taty, a chłopcy jeden chromosom X od mamy oraz jeden chromosom Y od taty. Warto wiedzieć, że nie wszystkie plemniki przenoszą chromosom Y, ale połowa z nich niesie chromosom X – czyli żeński. Z połączenia tych plemników z komórką jajową narodzą się dziewczynki, a więc płeć dziecka zależy tak naprawdę wyłącznie od ojca.

Kiedy plemnik i komórka jajowa połączą się, w jednej zapłodnionej komórce spotykają się po 23 pary chromosomów oraz geny, które są na nich ulokowane. Czy to oznacza, że przyszły człowiek został już dokładnie zaprogramowany? Oczywiście nie. Jeżeli chodzi o cechy wyglądu, takie jak: kształt twarzy, kolor oczu, włosów, skóry, to rzeczywiście, są one przekazywane w naszych genach. Ale nie zależy to od jednego czy dwóch genów. Za niemal każdą cechę naszego wyglądu odpowiada kilka lub kilkadziesiąt genów. Można powiedzieć, że dzisiaj znamy ich wiele i potrafimy dość sprawnie na ich podstawie określić wygląd danej osoby. Ten postęp dokonał się dzięki medycynie sądowej i kryminalistyce. To w tych dziedzinach bardzo potrzebne były metody identyfikacji zmarłych osób na podstawie ich materiału genetycznego. Kiedyś nie było to możliwe. Można było odtworzyć rysy twarzy na podstawie kształtu czaszki, ale kolor włosów, oczu, skóry? Tego stwierdzić się nie da na podstawie badań szkieletu czy jego fragmentów. Dzięki postępom w genetyce udało się jednak zidentyfikować całe grupy genów, które odpowiadają za to, że jedni ludzie mają zielone oczy i rude włosy, a inni są niebieskookimi blondynami o chłodnej karnacji. Dzisiaj genetycy pracujący w laboratoriach kryminalistycznych mają do dyspozycji specjalne zestawy do badania cech wyglądu na podstawie DNA.

Badania genetyczne pozwalają dziś wyjaśnić wiele przestępstw. (fot. iStock) Badania genetyczne pozwalają dziś wyjaśnić wiele przestępstw. (fot. iStock)

 

Dla genetyków szczególnie ważne są badania prowadzone z udziałem bliźniąt jednojajowych. Przychodzą one na świat z identycznymi zestawami genów (czasami z bardzo drobnymi wyjątkami). Te bliźnięta są dla nas „żywymi laboratoriami”, które pozwalają nam przypisać różne geny do różnych cech i dowiedzieć się, w jakim stopniu informacje zawarte w DNA mają wpływ na to, jacy jesteśmy. Kiedy na przykład chcemy zbadać, w jakim stopniu inteligencja, zdolności czy skłonności do różnych chorób, takich jak: depresja, schizofrenia czy cukrzyca, są zależne od genów, sprawdzamy to, właśnie porównując bliźnięta jednojajowe. Ale oczywiście nie jedną parę – do badań zapraszane są duże grupy bliźniąt, naukowcy mają specjalne bazy z ich adresami i kontaktami do nich.

Z tymi badaniami jest kilka problemów. Kiedyś sporo badań było robionych na bliźniętach rozdzielanych po urodzeniu, na przykład oddawanych do adopcji. I w tym procederze naukowcy brali udział! We współpracy z domami dziecka (tak było na przykład po drugiej wojnie światowej) określali, do jakich domów powinny iść rozdzielone bliźnięta, żeby badanie przyniosło jak najwięcej informacji. To było nie tylko nieetyczne, ale też nie dawało miarodajnych rezultatów, bo bliźnięta czasem miały ze sobą kontakt, nie wszystkie pary rodzeństwa z próby trafiały do rodzin zastępczych w tym samym wieku. Metodologia tych badań pozostawiała więc sporo do życzenia. A jeszcze dodatkowo niekiedy okazywało się, że bliźnięta, na których prowadzono obserwacje, wcale nie są jednojajowe, a tylko bardzo do siebie podobne – niemniej w zapłodnieniu brały udział dwie różne komórki jajowe, co wyklucza identyczność materiału genetycznego.

Dzisiaj, kiedy te obserwacje są prowadzone dużo staranniej i na lepiej wybranych grupach bliźniąt, stwierdzamy, że w przypadku cech charakteru, inteligencji czy też predyspozycji do różnych dolegliwości zazwyczaj geny mają wpływ w 50 procentach, a pozostałe 50 procent to czynniki środowiskowe – wychowanie, doświadczenia życiowe, styl życia. Te 50 procent to jednak wcale nie tak mało, dlatego wciąż prowadzone są badania sprawdzające, które warianty genów mają wpływ na różne nasze cechy, na przykład skłonność do strachu albo odkrywania i poszukiwania nowości. Niestety, wyniki są na razie dość, powiedziałabym, irytujące. Owszem, wiemy na przykład, który wariant jakiego genu odpowiada za skłonność do poszukiwania nowości, ale okazuje się, że posiadanie tego wariantu nie jest ani warunkiem koniecznym, ani wystarczającym, aby dana osoba lubiła odkrywać nowe rzeczy i doświadczać przygód. I tak jest z większością genów wpływających na nasze zachowanie, to, kim jesteśmy i jakie mamy podejście do życia.

Być może dowiemy się więcej dzięki nowej inicjatywie naukowej, która narodziła się w USA. To Social Science Genetic Consortium – zespół badawczy, który analizuje gigantyczną ilość danych zarówno genetycznych, jak i dotyczących cech oraz doświadczeń, takich jak: poczucie zadowolenia z życia, skłonność do depresji, długość edukacji, sukcesy w szkole i tak dalej. I ci naukowcy znajdują na przykład warianty genów, których posiadacze, jak się okazuje, są statystycznie o rok dłużej w szkole niż ci, którzy ich nie posiadają. Ale czy to oznacza, że osoby z tym wariantem są lepiej wykształcone? Nie. Zależności pomiędzy środowiskiem a genami są bardzo niejasne i niezwykle złożone, dlatego moim zdaniem nigdy nie uda nam się tylko na podstawie sekwencji DNA danego człowieka, na przykład niemowlęcia, stwierdzić, czy będzie on w dorosłym życiu psychopatą, czy wrażliwym altruistą. Może będziemy jedynie w stanie określać jakiś procent zwiększonego ryzyka pojawienia się danej cechy czy zaburzenia osobowości – na przykład że dana osoba ma 5 procent większe niż ogół populacji ryzyko psychopatii albo o 10 procent większą skłonność do empatii. Ale nigdy nie będzie wiadomo, czy coś z tych prognoz wyniknie, bo środowisko w każdym z tych przypadków może odegrać decydującą rolę.

Jest w tym wszystkim sporo zagadek, czasami też zabawnych. Weźmy na przykład taki fenomen, jak studiowanie w Akademii Medycznej. Wydaje się na pierwszy rzut oka, że to musi być wybór ścieżki zawodowej bardzo silnie uwarunkowany genetycznie, bo właśnie wśród lekarzy jest mnóstwo przykładów na wielopokoleniowe uprawianie tego zawodu. A oczywiście genu studiowania medycyny nie ma. Kiedyś nawet badano te lekarskie rodziny i pytano studentów medycyny o przesłanki, które kierowały ich wyborami. Okazało się, że są dwie główne – tradycja rodzinna oraz doświadczenie w dzieciństwie choroby, która się szczęśliwie zakończyła. Osoby, które nie mają „rodzinnego obciążenia” medycyną, mogą „zarazić się” nią przez dziecięcą fascynację podczas pobytu w szpitalu, pod warunkiem że nie jest to we wspomnieniach doświadczenie traumatyczne.

Traumatyczne doświadczenia z dzieciństwa nie chronią za to przed uzależnieniem. W tym przypadku też obserwujemy, że skłonność przechodzi często z pokolenia na pokolenie. Jeśli pił nałogowo ojciec, statystycznie bardziej prawdopodobne jest, że jego syn zostanie alkoholikiem, niż to, że alkoholikiem zostanie człowiek z domu, gdzie nikt nie nadużywał alkoholu. Ostatnio dużo się w nauce mówi o genach predysponujących do uzależnień, ale te badania są bardzo trudne. Musimy też w dużej mierze opierać się w nich na wywiadach, a ludzie często nie mówią w nich prawdy, zwłaszcza jeżeli chodzi o zachowania związane z uzależnieniami. Z pewnością jakiś wpływ genetyczny też w tym przypadku jest, ale znowu jest to moim zdaniem pół na pół z tym, jak kształtuje nas środowisko i wychowanie. Nie ma wątpliwości, że jedni z nas są bardziej podatni na toksyczny wpływ alkoholu, a inni mniej. Odpowiadają za to geny pozwalające na rozłożenie etanolu do aldehydu octowego i sprawne pozbycie się go z organizmu. Ten gen występuje w nieco innej formie u niektórych Azjatów, dlatego łatwiej się upijają. Ale nie oznacza to automatycznie, że są bardziej skłonni do uzależnienia od alkoholu.

Ważne pytania

Czy istnieje coś takiego, jak geny narodowe? Zdecydowanie nie. Różnorodność genetyczna w ramach jednej grupy etnicznej może być większa niż różnorodność pomiędzy mieszkańcami różnych kontynentów czy przedstawicielami różnych grup. Takie stawianie sprawy – że jedne narody mają lepsze geny od innych – doprowadziło nas już do wielkich tragedii. Oczywiście, na Północy jest więcej osób o jasnej cerze i jasnych włosach, a Azjaci mają skośne oczy, ale nic z tego nie wynika dla inteligencji, potencjału czy innych cech.

Skąd w takim razie w niektórych narodach nadreprezentacja naukowców czy wybitnych muzyków? To kwestia nie genów, ale organizacji państwa oraz dobrobytu. Muzycy, malarze, naukowcy mogli od wieków rozwijać swoje talenty w społeczeństwach o silnych tradycjach mieszczańskich, wysoko rozwiniętych gospodarczo. Tam po prostu był czas na to, żeby zająć się innymi rzeczami niż tylko walka o byt. Ale talenty i inteligencja w narodach i grupach etnicznych rozdzielone są statystycznie po równo.

Fragmenty z książki „Co kryje się w naszych genach?”

Ewa Bartnik: genetyk, profesor biologii, popularyzatorka nauki. Specjalizuje się w chorobach, które są powodowane przez zmiany DNA. W 2008 r. od Polskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy Naukowych otrzymała honorowa nagrodę dla naukowca przyjaznego mediom. Odznaczona Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski za zasługi na rzecz nauki w Polsce i na świecie oraz wspieranie międzynarodowej współpracy naukowej. Jest członkiem specjalnej komisji Światowej Organizacji Zdrowia zajmującej się problemem modyfikacji ludzkiego DNA, była uczestnikiem Międzynarodowej Komisji Bioetycznej UNESCO.

 

  1. Zwierciadło poleca

Bądź w pełni zdrowia. Trzeci Kongres Medycyny Integralnej

Odporność organizmu to nasz najważniejszy zasób, bezpośredni strażnik zarówno na etapie prewencji jak i leczenia. Każdy z aspektów codziennego życia wpływa na kondycję i funkcjonowanie naszego układu odpornościowego. Im bardziej zadbamy o odporność, tym większa szansa na pełne zdrowie.

Odporność jest tematem przewodnim trzeciej edycji Kongresu Medycyny Integralnej, który organizuje Fundacja Małgosi Braunek „Bądź”. Wydarzenie odbędzie się 19 listopada w wersji online.

Nadrzędnym celem Kongresu jest zainspirowanie uczestników do wzmocnienia własnej odporności, najważniejszego zasobu organizmu poprzez zadbanie o różne obszary życia. W tym roku prelegentami kongresu będą goście z Norwegii, Indii oraz Polski: dr Fahri Saatcioglu, dr Partap Chauhan, lek.med. dr n.med. Elżbieta Dudzińska, dr Anna Wójcicka, Wojciech Eichelberger, dr n. med. Agata Skrzat-Klapaczyńska oraz prof. dr hab. n. med. Paweł Krawczyk. Do odtworzenia są również wykłady i warsztaty Karoliny i Macieja Szaciłło, Doroty Gudaniec, Eli Wierkowskiej oraz Marcina Petrusa. Eksperci przybliżą zagadnienia związane ze stanem układu odpornościowego (m.in. jaki wpływ na nasze zdrowie mają DNA, oddech, umiejętne radzenie ze stresem) oraz przedstawią perspektywę ajurvedyjską w teorii i praktyce. W materiałach dodatkowych znajdą się również wykłady z Edycji Kongresu 2019 w formie nagrań audio oraz merytoryczne mini wykłady partnerów Kongresu.

Wykłady prelegentów

Dr Partap Chauhan, „Zdrowy umysł podstawą silnej odporności – perspektywa ajurvedyjska” Dr Fahri Saatcioglu, „Od DNA, do odporności i mózgu – zmiana paradygmatu w nauce o zdrowiu” Lek. med. Elżbieta Dudzińska, „Prawidłowe oddychanie – czynnik przeoczony w prewencji, diagnostyce i terapii” Dr hab. med. Anna Wójcicka, „Moc, zdrowie i odporność w genach” Dr n. med. Agata Skrzat-Klapaczyńska, „Choroby wirusowe – diagnostyka i profilaktyka” Prof. dr hab. n. med. Paweł Krawczyk, „Rak płuca – profilaktyka, nowoczesna diagnostyka i spersonalizowane leczenie” Wojciech Eichelberger, „Psyche w zdrowiu i chorobie” Karolina i Maciej Szaciłło, „Ajurweda w praktyce” Dorota Gudaniec, „Jak kannabinoidy wspierają odporność?” Eli Wierkowska, „Joga na odporność” Marcin Petrus, „Równowaga oddechu”

Mini-wykłady prelegentów

Dr n. med. Beata Dethloff, „Dieta uniwersalna dla wszystkich, czy dieta spersonalizowana wg Genodiet i Genesis?“ Lek. med. Dariusz Szymański, „Poprawiamy odporność naturalnie”, Instytut Medycyny Holistycznej, Vega Medica Dr n. biol. Anna Basińska, Instytut Mikroekologii, „Zdrowie z jelit. Jak wesprzeć nasze bakterie jelitowe?”

Bilety dostępne tutaj.

  1. Zwierciadło poleca

XVII Aukcja Charytatywna „ziarno SZTUKI – ogród NADZIEI”

Tegoroczna Aukcja Charytatywna „ziarno SZTUKI – ogród NADZIEI” odbędzie się 25 listopada. (Ilustracja: Andrzej Pągowski)
Tegoroczna Aukcja Charytatywna „ziarno SZTUKI – ogród NADZIEI” odbędzie się 25 listopada. (Ilustracja: Andrzej Pągowski)
Przed nami wyjątkowe, coroczne spotkanie ze sztuką. Ponad 50 twórców nieodpłatnie przekazało swoje dzieła na XVII Aukcję Charytatywną „ziarno SZTUKI – ogród NADZIEI”.

Zebrane prace są darem serca i aktem wielkiej szczodrości wspaniałych i cenionych artystów mieszkających w Polsce i za granicą. Przeznaczone na charytatywną licytację prace – obrazy, rzeźby oraz grafiki – będzie można oglądać na wirtualnej wystawie na portalu Kunstmatrix, w katalogu aukcyjnym na stronie Fundacji oraz na stronie onebid.pl. Aukcja odbędzie się 25 listopada o godz. 19.00 (bez udziału publiczności z uwagi na obecną sytuację), a dochód z licytacji zostanie przeznaczony na terapię osób zmagających się z chorobami nowotworowymi. W aukcji można wziąć udział telefonicznie (zlecenia przyjmuje Oksana Bagriy, tel. 500 777 240) lub online, wysyłając wiadomość na adres zgloszenia.aukcja@wp.pl lub za pomocą serwisu onebid.pl.

To niezwykłe wydarzenie od lat łączy ludzi dobrej woli z wielu różnych środowisk, w tym także znamienite instytucje kultury. Środowisko twórcze jest niezwykle hojne, za co jesteśmy niezmiernie wdzięczni. Żyjemy w czasie głębokiej systemowej transformacji, która jak nigdy dotąd dotyczy całej Ziemi i dotyka każdego z nas. Wszyscy jesteśmy częścią większej całości i każdy z nas ma swój wkład w to, w jakim społeczeństwie żyjemy i jakie wartości nie tylko głosimy, ale realizujemy w codziennym życiu. To jest miarą naszego człowieczeństwa, co właśnie teraz możemy odczuć bardzo wyraźnie. To my współtworzymy naszą rzeczywistość. Jestem niezwykle poruszona widząc, jak przez wszystkie te lata tak wiele osób z różnych środowisk otwiera swoje serca, by wspólnie kreować dobro. Głęboko wierzę, że obecny czas, jak każdy kryzys, kryje w sobie szansę, ma ogromną moc, a wybory, jakich teraz dokonujemy są znaczące. ” – podkreśla Monika Anna Popowicz, prezes organizującej aukcję Fundacji Psychoonkologii i Promocji Zdrowia „Ogród Nadziei”.

Aukcje charytatywne „ziarno SZTUKI – ogród NADZIEI” organizowane są od 2007 roku. Projekt ten wsparło dotąd około trzystu znanych, jak również początkujących artystów, w gronie wspierających: Stanisław Baj, Wojciech Ćwiertniewicz, Jan Dobkowski, Ryszard Grzyb, Rafał Olbiński, Urszula Wilk, Olga Wolniak oraz wielu innych.

Plakat aukcji został zaprojektowany przez Andrzeja Pągowskiego, Przyjaciela Fundacji, który od lat wspiera Aukcje „ziarno SZTUKI – ogród NADZIEI” i Fundację. Plakat aukcji został zaprojektowany przez Andrzeja Pągowskiego, Przyjaciela Fundacji, który od lat wspiera Aukcje „ziarno SZTUKI – ogród NADZIEI” i Fundację.