1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zwierciadło
  4. >
  5. Dzieci z chmur

Dzieci z chmur

Na pytanie, czy nie ma żalu, że jej adoptowany synek okazał się chory, jedna z matek odpowiedziała: „jak mogę mieć żal, skoro to moje dziecko”. Mimo że adopcja wciąż jest u nas trudnym tematem, wielu rodziców chce o niej głośno i otwarcie mówić. Dla dobra samej adopcji i swoich dzieci.

Na świecie, pewnie za sprawą takich gwiazd jak Angelina Jolie, adopcja wzbudza ciekawość, by nie powiedzieć, że jest modna. W Polsce to ciągle temat tabu. Jeżeli już się o niej mówi, to w patetyczno-heroicznym tonie. W potocznej opinii dominują sensacyjne przykłady z tragicznym finałem. A jak jest naprawdę? Oto pięć matek dzieli się swoimi doświadczeniami. Mówią zgodnie: trzeba wreszcie odczarować adopcję.

Jestem mamą od dzisiaj

Justyna Bigos (32 lata, pedagożka) ten pierwszy dzień ze swoim adoptowanym synkiem Krzysiem (wtedy trzymiesięcznym, dziś pięcioletnim) spędziła w szpitalu. Pojechali tam z mężem prosto z sali sądowej. Wcześniej przejmowała się, co to będzie, jak Krzyś w domu nie zechce jeść, spać. A w szpitalu musiała poradzić sobie z plątaniną podpiętych kroplówek, uspokajaniem Krzysia, bo bał się nowego otoczenia. Podczas prześwietlenia dostał takiej histerii, że Justyna nie mogła go utulić. Pielęgniarka oburzyła się: – Co z pani za matka, skoro nie potrafi uspokoić własnego dziecka! Justyna wzięła głęboki oddech i spokojnie odpowiedziała: – Jestem mamą od dzisiaj. Pielęgniarka zamilkła. Gdy po chwili wróciła, nachyliła się nad Krzysiem i powiedziała: – Masz najukochańszą mamusię na świecie. Wszyscy mówili Justynie: „on na was czekał, choroba ujawniła się tak mocno dopiero, kiedy go zaadoptowaliście”.

W rodzinie Beaty Mozer (32 lata, pracownik biurowy) wszyscy wyczekiwali tego pierwszego dnia, kiedy Pawełek (miał wtedy trzy i pół miesiąca, dziś czterolatek) zawita do ich domu. Beata była przygotowana na nieprzespane noce. Tuliła synka i nosiła go na rękach. Chciała, by czuł jej obecność. Ale on popłakiwał. W pewnym momencie zdezorientowana położyła go do łóżeczka. Dopiero wtedy uspokoił się i zasnął.

– Po prostu nie był przyzwyczajony do tego, że na nim skupiona jest cała uwaga otoczenia – mówi Beata. – Pierwszego dnia miałam pełno obaw, czy się nie zakrztusi, nie dostanie gorączki. Ale przede wszystkim rozpierała mnie radość. Marta Sędek (50 lat, trenerka rozwoju osobistego) pierwszy dzień z córeczką Kingą (dziesięć lat, wtedy dwuipółletnią) spędziła u rodziców w Krakowie, gdzie przechodziła adopcyjną procedurę. Marta pamięta, że kupiła córeczce za duże kapcie, więc przyjaciółka zawiozła ją i Kingę do sklepu, a potem do siebie. A tam czekały pozostałe przyjaciółki. Z prezentami. – Zostałyśmy ugoszczone i ukochane. Nie mogłam sobie wymarzyć dla Kingi lepszego przyjęcia – mówi ze łzami.

Bożena Zadara (58 lat, emerytowana nauczycielka) przywiozła z ośrodka adopcyjnego Andrzeja (28 lat, wtedy trzyletniego) w przeddzień Wigilii. W domu czekał na niego pluszowy miś. Andrzej od razu włożył go pod pachę i się z nim nie rozstawał. Na początku zwiedzał mieszkanie, bo nigdy wcześniej nie był w czymś takim jak dom. Wszystko dla niego było obce, nowe, niesamowite. Dla Bożeny też. – Nie wybiegałam myślą w przyszłość, wiedziałam, że trzeba będzie dużo pracować, i nad stroną emocjonalną, i intelektualną, ale nie myślałam, że aż tak.

Krok po kroku

Andrzej musiał nauczyć się wszystkiego. Jak korzystać z łazienki, bo w domu dziecka było siadanie na nocnik na rozkaz. Jak zachowywać się przy stole, jak dbać o swoje zabawki. Nie znał pojęcia „moje”, wszystko było wspólne. Nie rozumiał, kto to jest mama. Sądził, że to imię.

Na początku o zmierzchu regularnie zaczynał płakać. Bożena kładła go wtedy sobie na piersiach i w takiej pozycji spał parę godzin. I tak przez kilka miesięcy. Potem stopniowo jego buzia coraz bardziej się rozjaśniała. W przedszkolu i szkole radził sobie jak większość dzieci.

Choroba pojawiła się nagle. Pewnej nocy zerwał się z łóżka, bo niby ktoś go wołał. Nikogo nie było. Tak objawiła się schizofrenia. Miał wtedy 15 lat, chodził do pierwszej klasy technikum. Po pół roku przyszedł drugi ostry atak. Teraz nie ma już nawrotów, wraca racjonalność, refleksyjność, ale choroba jest podstępna. W przerwach próbował chodzić do szkoły, zaliczył jednak tylko trzy semestry. Bożena robi wszystko, aby przyuczyć go do jakiejś pracy.

– Z jednej strony jest bardzo do mnie przywiązany, a z drugiej miewał takie myślenie, że przyczyna wszystkiego, co złe, leży we mnie. W kim mógł jej szukać, jak nikogo nie miał? Starałam się reagować na to, co mówił, a nie na formę, która czasami przybierała dramatyczną postać. Bywał agresywny, w ruch szły krzesła i inne przedmioty. Tak wyrzucał z siebie jedną wielką rozpacz. Potrzeba było bardzo dużo cierpliwości. Wspierała mnie jego lekarka, wspaniała osoba. Kryzysy? Największy, gdy po raz pierwszy trafił do szpitala. Byłam wtedy załamana, skulona. Bałam się, co dalej będzie. Ale gdy rodzi się biologiczne dziecko, to też wszystkiego nie da się przewidzieć.

 

Starsza córka Magdy Modlibowskiej (37 lat, socjolożka i menedżerka) – Lena (osiem lat, w chwili adopcji dwa miesiące) urodziła się z ciężką wadą – zarośniętym ujściem jelita grubego. Przechodziła operację za operacją. Udało się, ale tych kilka lat okupili godzinami spędzonymi w szpitalach i na ćwiczeniach. Młodsza Mira (nieco ponad trzy lata, adoptowali ją w wieku dwa i pół roku) nie miała problemów zdrowotnych, ale do dziś borykają się z jej chorobą sierocą, z autoagresją. Magda wie, że miłość do dziecka nie rodzi się automatycznie, nawet gdy poród jest naturalny. Rodzi się w kontakcie. Lena wymagała całodobowego czuwania, opieki, więc wzajemna miłość narodziła się jakby samoczynnie. O Miry uczucia trzeba było się starać.

– Musiałam niejako urodzić tę relację. Od kilku tygodni czuję, że nasza córka stała się naprawdę naszą córką. Nagle zaczęła emanować takim prawdziwym, niewymuszonym ciepłem. Rączki, które mnie obejmują, wprost się do mnie przyklejają. Jak mówi: „mamuniu, przytul mnie”, to jest to takie z głębi serca, a nie jak na początku wyuczone.

Synek Justyny Krzyś urodził się z ciężkiej patologicznej ciąży, w stanie upojenia alkoholowego. W trzecim miesiącu życia ujawniło się wiele chorób (potem zdiagnozowano u niego FAS – tzw. zespół alkoholowy płodu). Nie chciał jeść, reagował płaczem na każde wyjście na spacer, nie znosił przytulania, jeżdżenia w samochodowym foteliku. Na pytanie, czy Justyna nie ma żalu, że jej synek okazał się chory, odpowiedziała: – Jak mogę mieć żal, skoro to moje dziecko. Kto da gwarancję, że gdy rodzi się biologiczne, to będzie zdrowe?

Z drugim adoptowanym dzieckiem, córeczką Klaudią (ma pół roku ), nie było większych problemów.

– Teraz Krzyś jest normalnym chłopcem. Wesołym, otwartym, pięknie mówiącym. Ma nawet do nas pretensje, dlaczego wszystkie dzieci w przedszkolu chodzą do logopedy, a on nie. Lubi się przytulać, na okrągło mówi, że nas kocha. Na własne oczy zobaczyłam to, co mi kiedyś powiedziała pani w ośrodku adopcyjnym – że dzieci pod wpływem miłości rodzicielskiej po prostu kwitną. Kocham je za to, jakie są i nie są.

Beata odpukuje w niemalowane drewno: – Nie mieliśmy z Pawełkiem żadnych kłopotów zdrowotnych. Łapiemy się na tym, że mówimy: „trzeba go przebadać, bo w mojej rodzinie panuje cukrzyca, a w twojej choroby krążenia”. Zapominamy, że nie mamy wspólnych genów.

Marta przerabiała ze swoją Kingą wszystkie fazy niemowlęctwa. Było gaworzenie, leżenie na brzuszku, raczkowanie, spanie na piersiach mamy. Było uczenie, do czego służy pralka i lodówka.

– Teraz jesteśmy na etapie trudnych pytań na temat miłości, seksu. Czasem coś mi wytyka. Raz w kłótni powiedziała: – Po co mnie zaadoptowałaś, jak wiedziałaś, że taka jestem? Odpowiedziałam bardzo przejęta: – O niektórych twoich cechach wiedziałam, o innych nie. Ale właśnie taką chciałam cię zaadoptować. Moja odpowiedź zrobiła na niej wrażenie.

Po co im nie swoje dzieci

Bożenie życie tak się ułożyło, że nie związała się z mężczyzną. Pochodziła z licznej rodziny i nie wyobrażała sobie życia bez dzieci. Pewnego razu wybrała się ze swoimi uczniami do domu małego dziecka.
– Pewien chłopczyk przybiegł do mnie, schował się pod płaszcz i tak trwaliśmy. „Widocznie jest w tym palec boży”, pomyślałam. I zakręciłam się koło formalności.

Dla Justyny i jej męża dzieci zawsze były w centrum zainteresowania. Znają się od 18 lat. Ona pracowała w domu dziecka, on bywał u niej na dyżurach, a po pracy przywoził ją razem z gromadką maluchów i się nimi zajmował. – Mieliśmy bardzo silną potrzebę opiekowania się dziećmi. Więc gdy pojawiła się diagnoza, że nie mogę mieć dzieci, dla męża adopcja była czymś naturalnym. Powtarzał: „tyle dzieciaków na świecie czeka na rodziców”. 

Po roku w ich mieszkaniu pojawił się Krzyś, a po czterech – Klaudia.

Beata nie zgadza się z zasłyszaną gdzieś opinią, że pragnienie posiadania dziecka, gdy nie jest dane w sposób naturalny, to czysty egoizm. – To nie egoizm. I nie chodzi o to, że inni mają, więc ja też muszę, albo że taka jest kolej rzeczy. Mną kierowała wielka potrzeba dawania miłości, pokazywania świata.

Marta miała 12 lat, gdy sobie wymyśliła, że adoptuje kilkoro dzieci. W tych dziewczęcych planach było także biologiczne dziecko i mąż. Ale w dorosłym życiu wszystko potoczyło się inaczej. Kiedy dochodziła do czterdziestki, zdała sobie sprawę z tego, że jej kolejne związki były na chwilę, że nie trafiła na partnera, z którym świadomie chciałaby mieć dziecko.

Pamięta: lato, ona czyta w „Alchemiku”: „podążaj za głosem swojej legendy”. A jej legendy były dwie: pomagać ludziom i adoptować dziecko. Pracowała wtedy – jako absolwentka anglistyki – w centrali handlu zagranicznego, dobrze zarabiała, wyjeżdżała za granicę, co było w tamtych czasach wielkim przywilejem. Z dnia na dzień rzuciła pracę, wyjechała do Londynu, do szkoły rozwoju osobistego. Od tego momentu życie ją niosło. Ktoś załatwił pracę, ktoś inny mieszkanie. Los sprzyjał jej też w podążaniu za drugą legendą – dzieckiem. Zaczęło się – paradoksalnie – od potężnej kłody rzuconej pod nogi: wymówienia wynajmowanego mieszkania. Ale gdyby jej nie wymówiono, nie kupiłaby własnego, a bez mieszkania nie byłaby możliwa adopcja.

Magda i jej mąż są dla medycyny zagadką. Z medycznego punktu widzenia nic nie stoi na przeszkodzie, by mieli biologiczne dzieci. Ale mieć nie mogą. Z góry odrzucili in vitro. Ta metoda nie daje gwarancji powodzenia, oznacza lata walki, burze hormonalne i czekanie, czekanie.

– Byłam wystarczająco umęczona badaniami diagnostycznymi. Nie chcieliśmy dalej w to brnąć. Już wcześniej myśleliśmy o adopcji – że jak będziemy mieć swoje dzieci, to potem adoptujemy. Teraz, kiedy już adoptowaliśmy, kołacze nam się w głowie idea rodzinnego domu dziecka. Ale to dopiero, gdy nasze córki podrosną.

Adoptować po ludzku

Magda ma sporo przemyśleń na temat procedury adopcyjnej. Pierwszą przeszli w Krakowie, za darmo, w państwowym ośrodku adopcyjnym, który mieścił się w starym budynku. Drugą usiłowali przejść w Warszawie w niepublicznym ośrodku usytuowanym w nowoczesnych wnętrzach, za spore pieniądze. Pierwsza okazała się dobrą przygodą, zwieńczoną dość szybką adopcją, druga niemiłym doświadczeniem, z którego nic nie wynikło. Postuluje: – Trzeba stworzyć ranking ośrodków adopcyjnych, wzorem szpitali w akcji „Rodzić po ludzku”. Wypełniając dwa lata temu ankietę adopcyjną w warszawskim ośrodku, w rubryce: „oczekiwania” wpisała: „żadnych”. Mimo to do dziś nie doczekała się finału. Pyta: czy ośrodki adopcyjne i domy dziecka są naprawdę zainteresowane przygotowywaniem dzieci do adopcji?

 

– W ośrodku w Krakowie pracowali z nami wspaniali ludzie. Bardzo dobrze przeprowadzili nas przez cały proces. Docierano do naszej głębokiej motywacji. Nagle uświadomiliśmy sobie, że pragnienie dziecka to nie żaden altruizm, żadne myślenie Bóg wie o czym, tylko o tym, żeby być mamą i tatą. Po prostu.

W trakcie tych spotkań okazało się, że na wiele spraw Magda ma inne poglądy niż mąż. Na przykład uważała, że macierzyństwo adopcyjne niczym się nie różni od naturalnego, mąż – że się różni. Zostawili sobie ten temat jako nierozstrzygnięty.

Teraz jedno wiedzą na pewno – kocha się tak samo. Inne są tylko życiowe sytuacje rodzin, inne problemy. Magdzie czasami było łatwiej. Nie przechodziła przez trudy ciąży i porodu. Ale bez doświadczenia tych dziewięciu miesięcy ciężko było jej od razu stać się matką. Cały czas szukała książek dla matek adopcyjnych. Dopiero po jakimś czasie zrozumiała, że powinna czytać zwykłe książki dla zwykłych matek, bo tak samo karmi, przewija.

– Bardzo pomogła mi koleżanka, która ma pięcioro biologicznych dzieci. Kiedy urodziła trzecie, zadzwoniła: „mam wielki problem, tylko ty możesz mi pomóc”. Myślę sobie, matko, taki wzór macierzyństwa dzwoni po radę właśnie do mnie? Okazało się, że zawsze karmiła piersią, a teraz dziecko jest uczulone i musi karmić sztucznie. No, a kto lepiej zna się na mieszankach i butelkach jak nie ja? I wtedy zrozumiałam, że nie powinnam się porównywać, bo nie ma znaczenia, czy urodziłam, czy nie. Ważne, że kocham, że czuję się matką.

Z serduszka, a nie z brzuszka

Otwarcie rozmawiają z dziećmi o adopcji. Ale uważają, że trzeba dostosować informację do wieku dziecka.

Córeczka Marty Kinga jako kilkulatka, bawiąc się lalką, zapytała: – Ja też wyszłam z brzuszka? Marta odpowiedziała: – Tak, ale z brzuszka innej mamy. I tyle. Potem co jakiś czas pojawiały się kolejne pytania. Marta mówiła tylko to, co Kinga chciała wiedzieć.

Pewnego razu w pociągu Kinga wymyśliła przedziwną zabawę, która polegała na tym, że mamy zadaniem było mocno ją trzymać, a jej – wydostać się z uścisku.  – Miałam wrażenie, że w tej zabawie ona potrzebowała urodzić się ze mnie – mówi Marta. – Kiedy Kinga poszła do szkoły, na jakimś spotkaniu matki miały opowiedzieć o narodzinach swoich dzieci. Byłam tak tym zaskoczona, że się rozpłakałam. Ale otarłam łzy i powiedziałam prawdę. I to było oczyszczające. Kiedy potem dzieci miały opowiedzieć na lekcji o swoim rodzeństwie, Kinga bez problemu mówiła o swoich biologicznych braciach i siostrach, a ma ich ośmioro. Z trzema siostrami utrzymujemy kontakt.

Wszystkie mamy mają podobną zasadę: gdy ktoś pyta na przykład, jak czuły się w ciąży, one odpowiadają nawet obcej osobie, że ich dzieci są adoptowane. Nie wymyślają niestworzonych historii i niczego nie udają. Ale niepytane, nie opowiadają wszystkiego na lewo i prawo.

Justyna: – Mówię Krzysiowi i Klaudii, że są adoptowani, że długo ich szukaliśmy w niebiosach i w chmurkach. Że mamusia nie nosiła ich w brzuszku, ale w serduszku. Kiedy idę do lekarza, mówię tak, jak jest, że nie wiem, jakie choroby panowały w ich rodzinach. Nazywamy ich adoptusiami. Chcemy, żeby słowo „adopcja” miało dla nich pozytywny wydźwięk.

Beata podobnie. Chce, żeby to słowo kojarzyło się Pawełkowi jak najlepiej. Dlatego zwraca się do niego: „ty mój adoptku”. Mówi: „jesteś dzieckiem z chmur, szukaliśmy cię po całym świecie i na szczęście znaleźliśmy”.

– Liczę się z tym, że kiedyś będzie chciał wiedzieć więcej. Jesteśmy na to gotowi, chcemy mu pomóc dotrzeć do rodziców biologicznych, kiedy zapragnie ich odnaleźć. Nie oceniam jego matki. Nie mogła go wychować, ale dała mu szansę – świadomie zrzekła się praw już w szpitalu. Będę jej wdzięczna do końca życia.

Justyna i Beata (koleżanki ze studiów) podzieliły się swoimi doświadczeniami w książce pt. „Dziecko z chmur” (wydawnictwo Nasza Księgarnia). To słodko-gorzka opowieść o potrzebie macierzyństwa, walce o dziecko, o radościach i trudach adopcji. A także o potędze małżeńskiej miłości – cichymi bohaterami książki są ich mężowie.

Bożena zaprowadziła kiedyś syna do szkoły i mówi: – Przyjdę po ciebie o dwunastej. A on pyta z wyrzutem: – A kiedyś?

– Zrozumiałam, że ktoś kiedyś po niego nie przyszedł i on to pamiętał. Powiedziałam: – To nie ja, to chyba jakaś inna pani. Ja zawsze po ciebie przychodzę. I na tym się skończyło. Potem wracał do pytań o swoje pochodzenie. Powiedziałam mu, że jeżeli będzie chciał, to spróbujemy odnaleźć jego biologicznych rodziców.

Co dało im macierzyństwo?

Beata: – Bogatsze życie. Nie twierdzę, że wszyscy muszą mieć dzieci. A ponieważ myśmy bardzo chcieli, to dzięki Pawełkowi mam poczucie wielkiego życiowego spełnienia. Otworzyły się dla mnie kolejne drzwi. Do tej pory patrzyłam tylko na wschód i zachód, a tu się okazało, że jest jeszcze północ i południe. Przeżywam emocje, których wcześniej nie doświadczałam. Wreszcie rozumiem, co to znaczy kochać bezwarunkowo.

Bożena: – Dzięki Andrzejowi zyskałam dużo życiowych doświadczeń. A te doświadczenia dały mi dużo siły psychicznej. Z całą pewnością jestem teraz o wiele silniejsza niż kiedyś.

Marta: – Moje życie zatoczyło krąg. Niby wszystko się zmieniło, a tak naprawdę pozostało takie samo. Mogę nadal robić to, co robiłam, tyle że z dzieckiem. Ludzie czasami mówią: „jakie to humanitarne, co zrobiłaś”. A ja nie adoptowałam Kingi z pobudek humanitarnych, tylko z powodu nadmiaru uczuć.

Już po zaadoptowaniu Kingi Marta dowiedziała się, że znany psychoterapeuta Bert Hellinger jest przeciwny adopcji. Poszła na tak zwane ustawienia, czyli terapię jego metodą. I co się okazało? Że dla Kingi adopcja nie jest problemem, tylko dobrodziejstwem. Wygląda na to, że jej biologiczni rodzice „wyrzucili ją z systemu”, więc żadna energia z tamtej strony już jej nie ciągnie.

Justyna: – Ktoś kiedyś pięknie powiedział, że nie zawsze dostajemy to, czego chcemy, ale zawsze to, co jest nam potrzebne. Moje dzieci są mi na pewno potrzebne. Dzięki nim stałam się silniejsza i bardziej zadowolona z życia, bo problemy, które sobie stwarzałam, teraz są malutkimi przeciwnościami losu. Najważniejsze jest szczęście i zdrowie moich dzieci. Za nie oddałabym życie. Nauczyły mnie optymizmu i radości. Cieszyć się z tego, co się ma, a w trudnościach szukać głębszego sensu. Ciocia z rodziny zastępczej, która wcześniej opiekowała się Krzysiem, powiedziała mi, że połączą nas nie tylko więzi, ale porządne marynarskie węzły. Miała rację.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Rak – najbardziej uczuciowy znak zodiaku

Opiekuńczy domator o bogatym wnęrzu i silnych, lecz zmiennych uczuciach. (fot. iStock)
Opiekuńczy domator o bogatym wnęrzu i silnych, lecz zmiennych uczuciach. (fot. iStock)
Uczucia, które wzruszają do głębi. O odcieniu matczynym, pełnym poświęcenia, troski, czułości. Od 21 czerwca Słońce jest już w znaku Raka. Zasada Raka to domowe ognisko, przytulny kąt, poczucie bezpieczeństwa. Ale też zmienność uczuć, które związane są z wodą i Księżycem. Kobieca strona z jej biernością i bezradnością.

Rak w zodiaku reprezentuje psychiczne energie, wewnętrzne przeżycia, przypływ uczuć, zalanie obrazami podświadomości. Ten archetyp istnieje po to, żeby poruszyć, wzruszyć, obezwładnić tym, co czujemy. Uczy być jak woda, poddawać się uczuciom i płynąć z nimi. Woda też skrywa tajemnice, uczucia są intymne, tylko nasze. Kto wie, co się kryje w ludzkiej duszy? Duszę usłyszymy dopiero wtedy, gdy wstrząsną nami uczucia, wytrącając z kolein racjonalnego umysłu. Kiedy niemożliwe staje się możliwe za sprawą serca.

Rak, razem z Rybami i Skorpionem, należy do żywiołu wody. A włada nim planeta Księżyc. Esencjonalnie żeńskie jakości, symbole receptywności, przyjmowania. W wodę wszystko może wtargnąć, woda wiele przeniknie. Jej przypływami i odpływami rządzi Księżyc. Zmienny jak uczucia, kapryśny jak emocje, codziennie różny jak kobieta. Płynnie przechodzi z nowiu do pełni, a jednocześnie jest bierny, bo potrzebuje światła Słońca, by być widoczny. A jednak to on ma władzę na światem uczuć. Od niego zależą kobiece nastroje i cykle miesięczne, roślinne soki, ruch fal na oceanach. Potężna jest to energia. Księżyc łączy się z wielkim archetypem matki. Źródłem życia kojarzącym się wodami płodowymi, bezpiecznymi i ciepłymi. Chroniącymi przed złem świata, otulającymi. Zasada Raka bliska jest płodności. Zapłodnienie z perspektywy kobiecej to przyjęcie, znowu poddanie się. Rak to opieka, troszczenie się, pomaganie, najwyższe poświęcenie. Nieodzowne na linii matka - dziecko. Archetyp Raka wnosi do zbiorowej nieświadomości matczyne uczucia, macierzyństwo, bezinteresowną bezwarunkową miłość. Czułość pozbawioną erotyzmu, wibrującą najgłębszym wzruszeniem.

Drugą stroną medalu opiekuńczości jest bezradność i ona też bliska jest temu archetypowi. Silnie zaznaczony Rak w horoskopie urodzeniowym, może wskazywać na tendencje do szukania oparcia w cudzej sile, może naznaczać infantylizmem, pozostaniem na etapie dziecka. Dzieje się tak, gdy Rak w dzieciństwie doświadczy nieutulenia. Jego skrzywdzone wewnętrzne dziecko będzie domagało się ciepła innych osób, do których przylgnie i wobec których będzie zaborczy. Może też mieć słabość do słodyczy, śmietankowych budyni, naleśników i innych mlecznych produktów - ekwiwalentów emocjonalnych braków. Niezależnie od wieku będzie dziecinny. Rak jak nikt inny potrafi kaprysić i mieć dąsy, drażnić zmiennymi nastrojami i tupać nóżką. On wie co to łzy złości, emocjonalne manipulacje i szantaże, obwinianie bezradnością ofiary, atakowanie złośliwościami. Potrafi też zadać cios w plecy.

Rak i poczucie bezpieczeństwa

Rak to temat bojaźliwości, nadwrażliwości, nieufności, zdolności do cierpienia, dużej podatności na zranienia. Nieprzystosowania do tego, że życie wymaga aktywności, inicjatywy, konfrontacji. Rak woli wycofywać się do swojej skorupy niż walczyć. Postępuje tak z lęku przed brutalnością życia, ze strachu przed brakiem szacunku dla jego uczuć, boi się, że ktoś je podepcze. Z tego powodu wznosi mury obronne w postaci domu, swojej twierdzy. Za nieruchomości w kosmogramie odpowiada dom czwarty, przypisywany właśnie Rakowi. Ten delikatny znak, gdy ktoś zagrozi jego rodzinie, szczypie i to mocno. Zostaje znak. Bo dom dla Raka ma być bezpieczny, ma być oazą ciepła, czułości, ma być przytulny jak macica, do której nie wtargnie żadne zło. Dom, tak ważny w archetypie Raka, rozumiany jest też jako ojczyzna, Matka Ziemia. Raki są patriotyczne, sentymentalnie zbierające pamiątki, czujące swoje korzenie, do bólu rodzinne, zaplątane w swoje genealogiczne drzewo i często wcale niepragnące wyjrzeć poza jego listowie. Zasada Raka może oznaczać zaściankowość, zawziętość, fanatyzm, osobiste uprzedzenia, stronniczość. Rak to ochrona. Jego bierna agresja wybucha w obronnych zachowaniach, gdy zagrożona zostaje integralność, gdy ucierpieć mogą uczucia i bezpieczeństwo. Rak odznacza się silnym instynktem samozachowawczym, plemiennymi instynktami. I romantyzmem rozkochanym w polnych kwiatach, Mickiewiczu i Słowackim. Archetyp Raka to swojskość, bezpieczna, bo dobrze znana.

Fale uczuć i emocji

Bliskość, dotyk, przytulanie, to lubi Rak. Ciepły koc i ciepłą herbatę podaną przez ukochaną osobę obdarzoną miłością oraz zaufaniem. Rak kocha rodzinną atmosferę, uwielbia, gdy przy stole gromadzi się cała rodzina i je rosół. Co niedziela i w każde imieniny. Rak oznacza zawsze silne poczucie przynależności, przywiązanie do miejsc i ludzi. Jest zazdrosny, potrafi ściśle przylgnąć do drugiego człowieka. Tak broni się przed bólem emocjonalnym i utratą poczucia bezpieczeństwa. Wpada w histerie bez wyraźnego powodu, urządza sceny zazdrości aż wreszcie zamyka swoje uczucia na cztery spusty. Najgorszym koszmarem dla Raka jest samotność i odcięcie się od przeszłości. Gdy Rak się boi, zaczyna się zamartwiać, głównie o bliskich, nie o siebie. Jest w tym mistrzem. Swoją żywą wyobraźnię wykorzystuje wtedy do tworzenia najczarniejszych katastroficznych scenariuszy, które podsycają jego niepokój. Przestraszony będzie domagał się wsparcia emocjonalnego, a jak go nie otrzyma, ciężko rozchoruje się na żołądek.

Rak wygląda na słabego, miękkiego, ma opinię najbardziej uczuciowego znaku zodiaku. Przypisuje się mu nieśmiałość, empatię, kierowanie się intuicją i siódmym zmysłem. Jak każda księżycowa osoba bezbłędnie potrafi wyczuwać emocje innych, nie muszą paść słowa, żeby Rak wiedział. Przy tej wrażliwości jest jednak wytrwały. Jest niczym Księżyc, pełen tęsknot i nostalgii, ale tak jak on potrafi się odnowić. Swoją siłę czerpie z korzeni, patrzy w przeszłość na pożółkłe rodzinne fotografie. Historia jest dla niego fundamentem, na którym niestrudzenie, bez zbytniego wysilania się i często z pomocą silniejszych, buduje swój ciepły dom na pewnym gruncie.

Nie musisz być solarnym Rakiem, żeby nosić w sobie ten archetyp. Możesz się w nim odnaleźć przy silnej pozycji Księżyca w swoim horoskopie oraz zapełnionym planetami czwartym domem astrologicznym. W tym znaku możesz mieć Marsa, Wenus lub inne planety.

  1. Moda i uroda

Jakość, styl i wygoda – prezenty na Dzień Ojca z CCC

Szeroka gama marek w sklepie CCC pozwoli dobrać rzeczy do gustu, potrzeb i stylu życia każdego taty. (Fot. materiały prasowe)
Szeroka gama marek w sklepie CCC pozwoli dobrać rzeczy do gustu, potrzeb i stylu życia każdego taty. (Fot. materiały prasowe)
23 czerwca świętujemy Dzień Ojca. Każdy tata ucieszy się z praktycznego prezentu. Wysoko na liście życzeń są dodatki: buty, torby, paski, okulary przeciwsłoneczne i portfele. Znajdziecie je w ofercie sklepu CCC.

W kolekcjach Gino Rossi, Lanetti, Lasocki for Men i Sprandi znajdziemy buty, torby i akcesoria dla taty eleganta, fana sportu i piewcy klasyki. Niektóre z nich już teraz kupimy taniej na wyprzedaży.

Szeroka gama marek w sklepie CCC pozwoli dobrać rzeczy do gustu, potrzeb i stylu życia każdego taty. Tacie elegantowi spodobają się skórzane buty Gino Rossi – minimalistyczne sandały, sneakersy w stylu retro albo mokasyny jak z Lazurowego Wybrzeża. Do pracy przyda się nowoczesna aktówka, na wakacje torba podróżna ze skóry, a na wycieczkę prostokątna saszetka. Tata, który lubi sportowe wyzwania, to z pewnością fan marki Sprandi. Dla niego idealnym rozwiązaniem będą sneakersy – monochromatyczne, białe, czarne lub kremowe, albo utrzymane w stonowanych odcieniach z wyrazistymi detalami. Na urlop ojcowie spakują się do pojemnego plecaka, na siłownię do sportowej torby, a na wyjście na miasto do niewielkiej nerki. Styl casual, łączący formalne i sportowe akcenty, to domena marek Gino Rossi i Lasocki. Do letnich zestawów chinosów i lnianych koszul pasować będą klapki ze skóry, mokasyny we włoskim stylu albo żeglarskie sneakersy.

Kolekcję dodatków modnego taty uzupełniają okulary przeciwsłoneczne o kształcie awiatorek, paski, w tym najmodniejsze w sezonie plecione albo z prostą klamrą, oraz portfele. Wiele modeli już teraz można znaleźć na wyprzedaży, taniej nawet o kilkadziesiąt procent.

Prezenty na Dzień Ojca dostępne w sklepach stacjonarnych CCC, na ccc.eu oraz w aplikacji.

  1. Kultura

Nicole Kidman – filmy, w których zagrała aktorka. Najlepsze i najnowsze produkcje

Nicole Kidman, kadr z filmu
Nicole Kidman, kadr z filmu "Gorący temat" (fot. materiały prasowe Monolith Films)
Z pewnością można ją zaliczyć do grona najbardziej znanych Australijczyków. Słynna aktorka urodziła się co prawda w Honolulu na Hawajach, jednak szybko wróciła z rodziną do Sydney, gdzie odebrała aktorskie wykształcenie i zaczęła też swoją karierę. Hollywood dość wcześnie stanęło przed nią otworem. Po filmach „Martwa cisza”, „Szybki jak błyskawica”, czy „Billy Bathgate” zagościła na dobre w hollywoodzkich produkcjach. Filmy z Nicole Kidman często odnoszą kasowy sukces. Serial, thriller, musical, film grozy – żaden gatunek nie jest jej obcy. Bogata filmografia Nicole Kidman i liczne nagrody oraz nominacje pokazują jej wszechstronne umiejętności aktorskie.

Najnowszy film z Nicole Kidman (a także z Willemem Dafoe i Björk) „The Northman” będzie miał premierę dopiero w kwietniu 2022 r. Akcja filmu rozgrywa się w X w. na Islandii.

Aktorkę możemy też coraz częściej oglądać z serialach. Jednym z nich jest „Od nowa” („The Undoing”), gdzie występuje u boku Hugh Granta i gra znaną terapeutkę, której życie zupełnie się rozsypuje. Serial z Nicole Kidman (warto zaznaczyć, że aktorka śpiewa w czołówce) zebrał wiele sprzecznych recenzji, był jednak jednym z najczęściej oglądanych na HBO GO.

Z kolei najnowszy serial z Nicole Kidman „Nine Perfect Strangers” będzie miał premierę pod koniec sierpnia. Aktorka gra w nim niekonwencjonalną uzdrowicielkę, która w odosobnionym centrum odnowy biologicznej przyjmuje na „leczenie” dziewięć zagubionych w życiu osób.

Poniżej 10 tytułów wytypowanych przez redakcję – najlepsze i najnowsze filmy z Nicole Kidman:

Wielkie Kłamstewka - serial z Nicole Kidman

Ta produkcja HBO odniosła wielki sukces. Serial, na podstawie powieści Liane Moriarty, opowiada o społeczności zamieszkującej kalifornijskie miasteczko Monterey. Główne bohaterki to bardzo zamożne, ale nieszczęśliwe i sfrustrowane kobiety. Wygraną pozycję w kapitalizmie już dawno osiągnęły, ale to nie pozwala im odetchnąć i cieszyć się życiem. One ciągle coś „muszą”. Ich codzienność nie do końca wygląda różowo. Celest np. (grana przez Nicole Kidman) doświadcza ze strony męża przemocy. Prawie każdy taki epizod kończy się ostrym seksem, ale Celeste twierdzi, że ją to pociąga… Doskonale zarysowane postaci od strony psychologicznej, ciekawe rozwiązania opowiadanych historii i estetyka podbiły serca widzów. Serial z Nicole Kidman zebrał same dobre recenzje. Doczekał się, choć to nie było w planach, drugiego sezonu. Oba dostępne są na HBO.

Filmy z Nicole Kidman

Gorący temat (2019 r.)

Seksistowskie podejście do kobiet, świat wielkich mediów i polityczne układy. Czy można w „takim” świecie oskarżyć szefa wielkiej stacji telewizyjnej o molestowanie? Okazuje się, że przy dostatecznym poziomie irytacji – jak najbardziej. Gretchen Carlson (grana przez Nicole Kidman) robi to po wielu latach pracy, gdy Fox News nie przedłuża jej kontraktu. I choć na początku nic na to nie wskazuje, z czasem dołączają do niej inne kobiety. Film powstał na faktach i dotyczył głośnej sprawy sprzed kilku lat, gdy Roger Ailes, szef stacji The Fox News został oskarżony o molestowanie seksualne dziennikarek. To zdarzenie wpłynęło na los milionów kobiet na świecie zapoczątkowując ruch #MeToo. Kobiety pracujące dla Fox News przez lata godziły się na przedmiotowe traktowanie, aż w końcu powiedziały „dość”. Choćby z tego względu film (z Nicole Kidman, Charlize Theron i Margot Robbie) warty jest obejrzenia.

Na pokuszenie (2017 r.)

Kostiumowa sceneria, w której Nicole Kidman świetnie się odnajduje. Szczególnie jeśli patronują jej tacy aktorzy jak Kirsten Dunst czy Collin Farrell (jedyny mężczyzna w filmie). Ranny żołnierz McBurney, który trafił do żeńskiej szkoły z internatem w czasie wojny secesyjnej mógł liczyć na czułą opiekę i wsparcie. Jednak zamiast docenić gest swoich wybawicielek, zaczął „pogrywać” na ich pragnieniach i uczuciach. Gdy mężczyzna pokazuje w końcu swoje prawdziwe oblicze, dyrektorka szkoły Marthy Fansworth (Nicole Kidman) zmuszona jest wziąć sprawy w swoje ręce… Sofia Coppola zrobiła film z iście kobiecej perspektywy i męski „urok” ma tutaj swoje granice. „Na pokuszenie” (The Beguiled) to jednocześnie adaptacja powieści "Malowany diabeł" Thomasa P. Cullinana, a także remake produkcji Dona Siegela z Clintem Eastwoodem w roli głównej z 1971 roku.

Droga do zapomnienia (2013 r.)

Film (oryginalny tytuł „The Railway”) powstał na podstawie prawdziwych, dramatycznych wydarzeń. Film jest ekranizacją wspomnień brytyjskiego oficera z czasów II wojny światowej. Głównym bohaterem jest Eric Lomax (Colin Firth), który ma za sobą wojenną traumę. Nie może sobie z nią jednak poradzić i wciąż ma napady stresu pourazowego. Prześladują go czasy wojny, gdy był młodym więźniem w obozie japońskim. Przemoc i tortury jakich doświadczył (szczególnie ze strony jednego oficera) nie pozwalają mu, nawet po latach, wieść normalnego życia. Zrujnowany psychicznie Eric dostaje jednak dar od losu – wspaniałą, kochającą żonę, która wspiera go w najtrudniejszych chwilach. Bez jej pomocy wyjście na prostą byłoby prawie niemożliwe. Miłość, którą Patti (Nicole Kidman) wnosi w życie męża pomaga mu wyzbyć się nienawiści i wybaczyć. Najpierw jednak Eric musi, po kilkudziesięciu latach, odnaleźć swojego oprawcę i stanąć z nim twarzą w twarz.

Między światami (2010 r.)

Kino niezależne. Chociaż nie jest to produkcja hollywoodzka Nicole Kidman dostała za główną rolę nominację do Oscara. Film opowiada historię małżeństwa, które traci jedyne dziecko w wypadku. Czteroletni chłopiec potrącony przez samochód ginie na miejscu. Rodzice muszą zmierzyć się z bólem i traumą po stracie dziecka. Każde z nich próbuje to zrobić na swój sposób. Becca Corbett, matka chłopca, nawiązuje przyjacielską relację z młodocianym sprawcą wypadku, licząc, że w jakimś stopniu zniweluje to jej rozpacz i tęsknotę. Jednak trudne pytania i uczucie pustki pozostają, mimo chwilowej ulgi. Poza tym Corbettowie, będący wcześniej bardzo dobrym małżeństwie, po tragedii coraz bardziej oddalają się od siebie… Kanwą dla tej historii była sztuka teatralna Davida Lindsay-Abbaire „Rabbit hole”, która zdobyła Nagrodę Pulitzera.

Dogville (2003 r.)

Psychologiczny thriller z Nicole Kidman jest filmowym eksperymentem Larsa von Triera. Imponujący i oryginalny. Reżyser serwuje widzom istne „pranie mózgu”. Główna bohaterka Grace, grana przez Nicole Kidman (Lars specjalnie dla niej napisał tę rolę), trafia do miasteczka Dogville uciekając przed gangsterami. Mieszkańcy zgadzają się ją ukryć w zamian za pracę. Okazuje się jednak, że moralność można rozumieć na różne sposoby… Atmosfera stopniowo się zagęszcza, a relacje i sytuacja, doznającej przemocy Grace, stają się coraz bardziej toksyczne i wypaczone. Rozgrywający się w małej „teatralnej” przestrzeni film, niezwykle oszczędny w środkach, budzi wiele silnych emocji. Powoli zmierza do kulminacyjnego „oczyszczenia”, pozostawiając widza z wieloma sprzecznymi odczuciami i wątpliwościami. Trzeba przyznać, że Lars von Trier i grający w filmie aktorzy wykazali się prawdziwym mistrzostwem. Film był głośnym wydarzeniem w Cannes.

Godziny (2002 r.)

Virginia Woolf to oscarowa rola Nicole Kidman. Filmografia aktorki wiele by straciła bez tej charakterystycznej postaci. Powieść Michaela Cunningham’a o tym samym tytule („Godziny”), na podstawie której powstał film, okrzyknięta została wydarzeniem literackim 1998 r. i otrzymała m.in. Nagrodę Pulitzera w kategorii Fiction. Ze względu na charakteryzację trudno jest w tym filmie rozpoznać Nicole Kidman. Doskonale jednak radzi sobie ona z rolą depresyjnej angielskiej pisarki i feministki, autorki „Pani Dalloway”. Książka popadającej w obłęd Virginii Woolf jest zresztą „spoiwem” całego filmu (a także powieści Cunningham’a) i łączy losy trzech różnych kobiet, które usiłują uporać się z trudnymi dla nich emocjami.

Moulin Rouge! (2001 r.)

Słynny musical z Nicole Kidman. Warto zaznaczyć, że prace nad nim trwały aż osiem lat. Film przyniósł aktorce nominację do Oscara. Widzom przypomniał z kolei, że Nicole Kidman jest nie tylko aktorką, ale też piosenkarką. Właśnie od tego filmu rozpoczęła na dobre swoją piosenkarską karierę, pracując wraz z Ewanem McGregorem nad utworem Come What May z soundtracku Moulin Rouge!. Piosenka dotarła do 27. miejsca na brytyjskiej liście przebojów. Dramat muzyczny jest opowieścią o silnej, nieszczęśliwej miłości pomiędzy Christianem, brytyjskim pisarzem (którego gra Ewan MsGregor), a Satine, artystką kabaretową, gwiazdą Moulin Rouge i kurtyzaną (Nicole Kidman). Cała historia rozgrywa się w czasach bohemy i rewolucji społecznej. Film otrzymał Oscara za najlepszą scenografię i dekorację wnętrz oraz za najlepsze kostiumy.

Inni (2001 r.)

Film w ciężkiej i przygnębiającej aurze. Nie jest to jednak typowy horror, który ogląda się ze „ściśniętym żołądkiem”. Cała historia przedstawiona jest z perspektywy głównych bohaterów (matki, granej przez Nicole Kidman, i dwójki jej dzieci), którzy mieszkają w ponurej posiadłości w czasach II wojny światowej i wydają się dość specyficznymi lokatorami. Co ciekawe, nie mieszkają w tej posiadłości zupełnie sami, są też „inni”… Rzeczywistość, w której żyją matka i dzieci, a także ich sposób patrzenia na świat są jak z mrocznego snu. Czy naprawdę jest to tylko koszmarny sen? – warto się przekonać. Atmosfera tajemniczości nie opuszcza widza przez cały czas trwania tego „kostiumowego horroru”, a zakończenie, gdy wreszcie poznajemy całą „prawdę” – jest z pewnością nieprzewidywalne. Nie bez przyczyny ten osobliwy film grozy z Nicole Kidman zdobył aż osiem nagród Goi.

Oczy szeroko zamknięte (1999 r.)

Ostatni film nakręcony przez Stanleya Kubricka, na podstawie powieści Arthura Schnitzlera. Ten erotyczny thriller z Nicole Kidman i Tomem Cruisem wpłynął na prywatne życie słynnej pary. Oboje grają małżeństwo w kryzysie, spragnione nowych fascynacji. Film jest pewnego rodzaju analizą psychologiczną. Szuka odpowiedzi na pytanie: czego tak naprawdę ludzie chcą w związku? Czy wszyscy, nawet jeśli układa im się dobrze, mają w podświadomości pragnienie, żeby nadal poszukiwać zmysłowych przygód? Dużo mówiło się o tym, że grane przez znaną parę postaci były bardzo zbliżone do ich realnego życia i, w związku z tym, thriller przyspieszył rozpad małżeństwa Toma Cruise’a i Nicole Kidman. Aktorzy rozstali się po kilkunastu latach związku.

  1. Zdrowie

Brak snu wpływa na przemianę materii i stan zdrowia – jakich zmian warto dokonać?

Bez względu na wszystko, niech się wali, niech się pali – muszę spać 8 godzin! – zapewnia Iwona Wierzbicka. (fot. iStock)
Bez względu na wszystko, niech się wali, niech się pali – muszę spać 8 godzin! – zapewnia Iwona Wierzbicka. (fot. iStock)
Jeżeli przyjąć, że średnia życia to 78 lat, 25 z nich spędzimy, śpiąc. Nowoczesny styl życia, przewlekły stres, siedzący tryb życia i brak snu przyczyniają się do wydzielania się kortyzolu i zwiększają gromadzenie się tkanki tłuszczowej - pisze Iwona Wierzbicka, dietetyczka kliniczna w książce „Jak wzmocnić odporność”.

Konsekwencją niedosypiania jest zespół metaboliczny, insulinooporność i cukrzyca typu 2. W ostatnich latach wzrosła liczba osób z depresją i popełniających samobójstwa, co psychologowie wiążą również z przewlekłym stresem oraz brakiem snu. Deregulacji ulega również gospodarka hormonalna.

Jak brak snu wpływa na zdrowie?

  • Badania pokazują, że osoby sypiające mniej niż 7 godzin są bardziej otyłe.
  • Niedobór snu ma kluczowe znaczenie w leczeniu chorób metabolicznych (braku efektów leczenia).
  • Zmniejszenie liczby godzin snu zaburza gospodarkę hormonalną odpowiedzialną za sytość, wpływając na: insulinę, leptynę, grelinę (czujemy się głodni – nadmiar greliny i insuliny, nie czujemy sytości – niedobór leptyny lub leptynooporność).
  • Niedobór snu może prowadzić do: depresji, nasilenia objawów choroby psychicznej, uszkodzenia mózgu i całego układu nerwowego (neurodegeneracji), jak również chorób kardiologicznych.
  • Ludzie niewyspani są o 60 procent bardziej podatni na negatywne przekazy (łatwiej wierzą w złe rzeczy i bardziej się nimi przejmują), są bardziej podatni na stres, na problemy z pamięcią, złość, impulsywność, zmiany nastrojów.
  • Naukowcy znaleźli zależność między zaburzeniami psychicznymi, na przykład takimi jak schizofrenia i choroba dwubiegunowa, a brakiem snu. Połączenia nerwowe w mózgu odpowiadające za zdrowy sen i za zdrowie psychiczne częściowo się pokrywają.
  • Zaburzenia snu prowadzą do zaburzenia pracy tarczycy, może się podnosić TSH, obniżać T4 i T3 oraz pogorszyć konwersja hormonów tarczycy.
  • Zaburzenia snu mogą prowadzić do zaostrzenia się objawów choroby autoagresywnej (autoimmunizacyjnej).
  • Za mała liczba godzin snu negatywnie wpływa na stan cery, która wyraźnie postarza się i szarzeje.
  • Niedobór snu zaburza pracę jelit i wpływa negatywnie na mikroflorę jelitową.

Sen i stres

Żyjemy w przewlekłym stresie, dokładając sobie jeszcze do tego aktywność w godzinach wieczornych, która również jest dla organizmu stresem. Twój relaks jest tylko pozorny, tylko ci się wydaje, że odpoczywasz. Podczas ćwiczeń wydziela się kortyzol, który jest hormonem poranka, a zarazem hormonem stresu. Kortyzol ma nas wybudzić i to między innymi dzięki niemu budzimy się o świcie. Następuje „efekt brzasku”, który polega na wyrzucie kortyzolu i wzroście poziomu glukozy we krwi. Wzrost poziomu kortyzolu wieczorem zatem nie jest pożądany. Jeśli jednak po wieczornej aktywności fizycznej chce ci się spać, jest to być może efekt zmęczenia układu nerwowego – taki sam jak po nadmiarze kawy, stresów czy różnych bodźców.

Co zaburza sen i jak to zmienić?

  • Zmęczenie. Znasz to? Im bardziej jesteś zmęczony, tym trudniej ci zasnąć. Dlatego warto kłaść się do łóżka około godziny 21:00, a zasypiać około 22:00. Gdy chodzimy wcześnie spać i rano wcześnie wstajemy, jesteśmy hormonalnie zsynchronizowani ze światłem słonecznym. Teoria sów i skowronków to mit i racjonalizowanie na potrzeby współczesnego świata. Tłumaczymy sobie, że jesteśmy typem sowy, siedząc do późna przy komputerze, a przecież nie musimy już w nocy polować i pilnować ogniska, jak to robiły ludy pierwotne. Za pobudzenie odpowiada niebieskie światło, które mamy w ciągu dnia, a za senność – światło czerwone, które pojawia się, gdy zachodzi słońce. Rano mamy kortyzol, który nas pobudza. Wieczorem kortyzol musi się obniżyć, by mogła zacząć wydzielać się melatonina. Jeśli zatem wieczorem wciąż się pobudzamy: treningiem, niebieskim światłem telefonu czy telewizora, trudną rozmową, stresującym czytaniem e-maili, siedzeniem do późna, to zaśnięcie może być utrudnione. Warto też zadbać o to, by na dwie godziny przed snem „wrzucić na luz” i zrelaksować się: spacerem, zapaloną świecą, miłą muzyką.
  • Praca do późna. Działa to tak: praca = stres = kortyzol = brak snu.
  • Niebieskie światło. Przy nim twój mózg myśli, że jest dzień – bo właśnie w dzień dużo jest takiego światła (ze słońca). Kiedyś wieczorami siedziało się przy świecy, teraz mamy komputery, telefony, telewizory i światła LED. Istnieją filtry elektroniczne montowane na urządzeniach elektronicznych, ale działają tylko częściowo. Pobudza nas przecież również to, co czytamy na ekranie. Kolejnym panaceum na niebieskie światło są okulary je blokujące. Zwykle są koloru pomarańczowego. Warto zaznaczyć, że takie okulary należy nosić tylko po zachodzie słońca, kiedy zaglądamy w urządzenia elektroniczne. Badania pokazały, że noszenie pomarańczowych okularów blokujących niebieskie światło przez dwie godziny przed snem przez tydzień (tyle trwało badanie) poprawiło sen u osób z objawami bezsenności.
  • Trening w godzinach wieczornych. Jeśli jest to joga, stretching czy masaż – to świetny pomysł. Ale gdy idziesz na siłownię, fitness czy pobiegać, twój organizm, jak już wspomniałam wcześniej, produkuje kortyzol – hormon stresu – i ma on silniejsze działanie niż hormon szczęścia, który rzekomo wytwarza się pod wpływem wieczornej aktywności fizycznej. Wieczorny trening zwykle napędza również apetyt. Wycisz się, zamiast pobudzać.
  • Stres. Bardzo ważna jest umiejętność relaksacji i rozładowywania stresu: spacer, świece, medytacja, muzyka, uziemianie, masaż.
  • Pasożyty. Często ich oznaką jest wybudzanie się około 2:00–4:00 nad ranem oraz w okolicy pełni Księżyca. Oznaką pasożytów mogą być: wybudzenia, zgrzytanie zębami, swędzenie odbytu, pogorszenie się stanu skóry, przelewanie się w jelitach (jeśli inne przyczyny zostały wykluczone), astma, nasilenie alergii, katar, zaburzenia depresyjne. W celu wykonania diagnostyki warto skontaktować się z lekarzem parazytologiem.
  • Hipoglikemia nocna (spadek glukozy poniżej normy). Jest spowodowana zaburzeniami gospodarki glukozowo-insulinowej. Jej przyczyny mogą być różne: jedzenie przed snem posiłku bogatego w węglowodany, ograniczenia kaloryczne w ciągu dnia, zaburzenia mitochondrialne, nadmierny stres w ciągu dnia, pasożyty. Hipoglikemia zwykle objawia się zimnymi potami i zawrotami głowy. Pomocne może być niejedzenie przed snem lub przeciwnie – wręcz zjedzenie przed snem, ale czegoś bardzo treściwego (sprawa jest bardzo indywidualna i warto skonsultować się z dietetykiem).
  • Posiłek białkowy. Trawienie białka trwa około czterech godzin – nawet do sześciu. Zatem po zjedzeniu na kolację białka organizm – zamiast odpoczywać i regenerować się – trawi! Dlatego najlepszą opcją na kolację są węglowodany (produkty węglowodanowe), które się trawią szybciej i po których lepiej zasypiamy. Niestety niektóre osoby mogą mieć po nich nocną hipoglikemię, ale zdarza się to rzadko. Na kolację można więc zjeść warzywa korzeniowe, kasze, owoce – co kto toleruje. Nie są wskazane mięsa, ryby, wędliny, jaja.
  • Zapach pożywienia. Nie nastawiaj wolnowaru ani żadnych potraw na noc. Zapach, smak, widok – pobudzają nasze zmysły, tak jak wtedy, kiedy zbliża się pora obiadu. Czujesz gotujący się obiad i zaraz włącza się ślinotok, pojawia się ruch w jelitach i zwiększa się odczucie głodu, które wybudza i kieruje cię do kuchni.
  • Alkohol. Sen po alkoholu jest płytszy i trudno uzyskać pełną regenerację. Ponadto wiele osób wybudza się w nocy po jego wypiciu, nawet jeśli jest to jedna lampka wina. Winna jest temu histamina i toczący się w organizmie stan zapalny.

Fragment z książki „Jak wzmocnić odporność. Dieta, styl życia, umysł, suplementy.”

  1. Styl Życia

Butelka z filtrem – dlaczego warto zdecydować się na taki gadżet?

Fot. materiały prasowe
Fot. materiały prasowe
W mediach społecznościowych wiele znanych osobistości promuje butelki z filtrem. O ile nie zawsze internetowi celebryci promują pozytywne trendy, o tyle w tym przypadku zachęcają do zmian na lepsze. Niepozorny gadżet ma bowiem naprawdę mnóstwo zalet i niebagatelny wpływ na wiele aspektów życia. Dowiedz się, dlaczego zakup butelki filtrującej wodę z kranu to zdecydowanie dobry pomysł.

Inwestycja w zdrowie i urodę

Dzięki regularnemu korzystaniu z butelki z filtrem można znacząco poprawić stan zdrowia. Działanie takiego gadżetu jest naprawdę proste. Specjalny wkład znajdujący się wewnątrz butelki oczyszcza wodę z zanieczyszczeń i szkodliwych substancji. W ten sposób można mieć pewność, że dostarczona do organizmu woda będzie miała na niego dobry wpływ. Dodatkowo możliwe jest zachowanie cennych minerałów np. magnezu i wapnia.

Dobrej marki butelka może znacząco poprawić smak wody. Takie produkty oferuje renomowany sklep Aquamelior – ekspert w dziedzinie filtracji. Pozbycie się nieprzyjemnego smaku i zapachu chloru może zachęcić do picia wody, co z kolei może pozytywnie wpłynąć na stan zdrowia i urody. Butelka filtrująca może również przydać się podczas podróży, gdy jakość wody z kranu nie zachęca do umycia nią twarzy lub zębów.

Redukcja plastiku w otoczeniu

Jedną z najważniejszych zalet butelek z filtrem jest również ich wpływ na stan środowiska. Są to produkty wielokrotnego użytku, które mogą posłużyć naprawdę długo. W ten prosty sposób można znacząco zmniejszyć liczbę kupowanych butelek z plastiku, który rozkłada się przez setki lat. Taka zmiana może być ważna zwłaszcza w przypadku osób, które praktycznie codziennie kupują butelkowaną wodę.

Warto również zwrócić uwagę na fakt, że butelki filtrujące są wykonane z wysokiej jakości tworzywa sztucznego. Produkty marki Dafi z oferty sklepu Aquamelior są poddawane licznym testom i badaniom, dlatego można być pewnym braku szkodliwych substancji w składzie. Stosowane filtry z naturalnego węgla również nie są zagrożeniem dla środowiska. Ponadto butelki po zużyciu lub w przypadku zniszczenia mogą być poddawane recyklingowi.

Oszczędność czasu i pieniędzy

Na pierwszy rzut oka butelki z filtrem mogą wydawać się zbędnym wydatkiem, ponieważ są znacznie droższe niż butelkowana woda. Warto jednak pamiętać, że produkt nadaje się do wielokrotnego użytku. Jednorazowy zakup może zatem zwrócić się nawet już po miesiącu w przypadku osób, które na co dzień sięgają po plastikowe butelki z wodą z supermarketu. Z kolei po kilku miesiącach można zauważyć w domowym budżecie znaczne oszczędności.

Butelka filtrująca może również pomóc w zyskaniu dodatkowego czasu. Brak konieczności zaopatrywania się w wodę butelkowaną oznacza mniej wizyt w sklepach lub nieco krótsze zakupy. Bardzo często do supermarketu lub osiedlowego spożywczaka zagląda się właśnie tylko ze względu na wodę. Ograniczenie wizyt w sklepach może ponadto wiązać się z dodatkowymi oszczędnościami w portfelu – każde zakupy to zazwyczaj kilka zbędnych produktów w koszyku.