1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zwierciadło
  4. >
  5. Jude Law: Flirtując z papieżem

Jude Law: Flirtując z papieżem

</a> 2016, MŁODY PAPIEŻ, REŻ. PAOLO SORRENTINO. WYK. JUDE LAW, DIANE KEATON, SILVIO ORLANDO, CÉCILE DE FRANCE I INNI.<br /> SERIAL HBO DO OBEJRZENIA NA PLATFORMIE HBO GO.<br /> 10/23/2015 sc. 108 ep. 1 In the picture Jude Law. Photo by Gianni Fiorito
2016, MŁODY PAPIEŻ, REŻ. PAOLO SORRENTINO. WYK. JUDE LAW, DIANE KEATON, SILVIO ORLANDO, CÉCILE DE FRANCE I INNI.
SERIAL HBO DO OBEJRZENIA NA PLATFORMIE HBO GO.
10/23/2015 sc. 108 ep. 1 In the picture Jude Law. Photo by Gianni Fiorito
Łamie serca. Kiedy gra w teatrze i w kinie, w kasowych i niezależnych produkcjach, w komediach romantycznych oraz melodramatach. Jude Law bawi się wizerunkiem przystojniaka.

2016, MŁODY PAPIEŻ, REŻ. PAOLO SORRENTINO. WYK. JUDE LAW, DIANE KEATON, SILVIO ORLANDO, CÉCILE DE FRANCE I INNI. SERIAL HBO DO OBEJRZENIA NA PLATFORMIE HBO GO. 10/23/2015 sc. 108 ep. 1 In the picture Jude Law. Photo by Gianni Fiorito 2016, MŁODY PAPIEŻ, REŻ. PAOLO SORRENTINO. WYK. JUDE LAW, DIANE KEATON, SILVIO ORLANDO, CÉCILE DE FRANCE I INNI.
SERIAL HBO DO OBEJRZENIA NA PLATFORMIE HBO GO.
10/23/2015 sc. 108 ep. 1 In the picture Jude Law. Photo by Gianni Fiorito

(...)Czujesz, że już pewien typ ról jest poza tobą ze względu na wiek?

Na pewno. I dobrze. Wiek, ale też aspiracje sprawiają, że zaczynam dostawać inne niż dotychczas role. Sporo propozycji musiałem odrzucić, bo otrzymałem je wyłącznie po tzw. warunkach. Liczyła się aparycja. Już czytając scenariusz, czułem się jak girlanda albo jakaś inna okolicznościowa ozdoba [śmiech]. Reżyserzy często widzieli we mnie amantów, romantycznych kochanków, bawidamków, niewiernych podrywaczy, mężczyzn łamiących serca... I tak chcieli mnie obsadzać. Do pewnego momentu było mi z tym nawet wygodnie, ale ile razy można grać taką rolę?

Przypomniałaś mi dzisiaj, ile mam lat i od ilu jestem w tej branży. Przez ten czas zmieniło się kino, przyszli – na szczęście – nowi amanci, nowi przystojniacy. Ja dojrzałem, dorosłem, potrzebuję odmiennych wyzwań, kwestii do wypowiedzenia. Szukam czegoś innego w kinie niż osiem, 12 lat temu. To kwestia ambicji, ale też rozwoju, potrzeb, marzeń. Staram się nie oszukiwać siebie – w pewnym momencie trzeba odbić się od tego, co bliskie, sprawdzone, bezpiecznie – i zmierzyć się z rolą ryzykowną, kontrowersyjną, inną niż wcześniejsze.

Więcej w wydaniu 6/ 2017, dostępnym także w wersji elektronicznej

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Spotkania

Jodie Foster: "Kiedyś bałam się dojrzałego wieku, teraz nie mogę się doczekać, co będzie dalej"

Jodie Foster ma 58 lat, urodziła się i dorastała w Los Angeles jako najmłodsza z czwórki rodzeństwa. Grała w reklamach od trzeciego roku życia, później w telewizyjnych programach dla dzieci i filmach dla nastolatków. Za rolę nieletniej prostytutki w „Taksówkarzu”, którą zagrała w wieku 13 lat, dostała pierwszą nominację do Oscara. (Fot. Monica Almeida/Forum)
Jodie Foster ma 58 lat, urodziła się i dorastała w Los Angeles jako najmłodsza z czwórki rodzeństwa. Grała w reklamach od trzeciego roku życia, później w telewizyjnych programach dla dzieci i filmach dla nastolatków. Za rolę nieletniej prostytutki w „Taksówkarzu”, którą zagrała w wieku 13 lat, dostała pierwszą nominację do Oscara. (Fot. Monica Almeida/Forum)
Pierwszy raz stanęła przed kamerą, gdy miała trzy lata. Kiedy skończyła 50, była gotowa pożegnać się z planem filmowym. Dziś Jodie Foster z kolejnym Złotym Globem na półce, tym razem za rolę w „Mauretańczyku”, nie może się doczekać nowych wyzwań. Twierdzi, że dojrzały wiek to dla pracującej aktorki najlepsze lata: role są ciekawe, praca nie jest centrum życia. A plotkarskiej prasy nie obchodzi już, z kim jesz kolację i śniadanie.

Złoty Glob za najlepszą żeńską rolę drugoplanową wędruje do... sypialni Jodie Foster! Widzowie gali rozdania tych prestiżowych nagród nie mieli w tym roku okazji podziwiać parady gwiazd po czerwonym dywanie, bo większość nominowanych siedziała we własnych domach przed laptopami. Dzięki temu, że wszyscy połączyli się na czas imprezy na Zoomie, fani mieli jednak szansę zobaczyć, jak jedna z największych gwiazd światowego kina, ubrana w jedwabną piżamę, podskakuje na swoim łóżku jak mała dziewczynka. – Ale numer! Nigdy się nie spodziewałam, że jeszcze kiedykolwiek wezmę udział w tej imprezie, a to najlepsza gala ze wszystkich dotychczasowych! – śmiała się Foster. Towarzyszyli jej żona, również w piżamie, i zaspany pies Ziggy, który po tym wieczorze stał się gwiazdą Internetu. – Nie ma nic lepszego niż odebrać światowej rangi nagrodę za pracę, nie ruszając się z domu i nie zakładając butów na obcasach – żartowała Jodie w wywiadach po ceremonii. – Może po pandemii powinniśmy zostać przy tym zwyczaju?

Dziewczynka pracująca

Ta mała na szczęście nie sprawiała kłopotów. Nauczyła się czytać, mając trzy lata, więc matka wciskała jej książki przy każdej okazji. Dzięki temu Evelyn „Brandy” Foster mogła zabierać ze sobą Jodie na castingi do reklam, w których występował starszy brat dziewczynki, Buddy.

Brandy, z zawodu agentka prasowa producenta filmowego, zarabiała nieźle, ale jako rozwódka z czwórką dzieci liczyła każdego dolara. Z ojcem Jodie rozstała się, zanim ta przyszła na świat. Lucius Fisher Foster III zniknął z życia jej i ich dzieci, jakby go nigdy nie było, ale zostawił po sobie rachunki do płacenia i cztery buzie do wyżywienia. To, co Buddy zarobił w reklamach, szło głównie na utrzymanie rodziny.

– A ten maluch już umie mówić? – dyrektor castingu reklamy kremu do opalania Coppertone, do której startował Buddy, zainteresował się bladą, zaczytaną dziewuszką w ogrodniczkach po bracie, czekającą z matką na korytarzu. „Maluch” nie tylko umiał mówić, ale na planie zachował się zupełnie bezproblemowo. Zanim Jodie na dobre zorientowała się, co się dzieje, zarobiła na kilka domowych rachunków. Resztę jej matka odłożyła na specjalne konto. Pewnego dnia jej córka będzie miała przynajmniej trochę pieniędzy na start w życiu.

Konto pęczniało, rodzeństwo zarabiało coraz lepiej, a ich matka zrezygnowała z pracy, żeby zająć się ich karierą. Warunki były dwa: oboje muszą się dobrze uczyć i praca nie może ich męczyć. Dopóki ich to bawi – mogą grać. Evelyn wystarczająco długo pracowała w Hollywood, żeby napatrzeć się na eksploatowane dzieci, których rodzice zrobili z nich maszynki do zarabiania pieniędzy. Tragedia zaczynała się wtedy, kiedy maluchy traciły dziecięcy urok, dorastały, role w reklamach i programach dziecięcych znikały, a na polu bitwy zostawały zniszczone psychicznie nastolatki, ledwo z podstawowym wykształceniem.

Jodie nie była typowym słodkim cherubinkiem. Nie cierpiała sukienek, wolała mieć krótkie włosy, najchętniej ubierała się jak jej starszy brat. Umiała za to słuchać i zadawać inteligentne pytania. Nie było roli, której nie była w stanie w mig nauczyć się na pamięć. W ciągu kilku lat wyrobiła sobie markę w branży jako aktorka dziecięca, na której można zawsze polegać i z którą świetnie się pracuje. Miła, uprzejma, zabawna iskierka. W ciągu następnych dziesięciu lat wystąpiła w prawie 50 programach telewizyjnych, kilku sitcomach i pełnometrażowych filmach, głównie Disneya. W międzyczasie skończyła z najlepszymi wynikami prywatną francuskojęzyczną szkołę.

– Szlag mnie trafia, kiedy słyszę, jak niektórzy aktorzy narzekają na pracę w reklamach. Biją się w piersi, że nigdy się już nie zniżą do tej roboty – mówiła w wywiadzie dla „Sun Sentinela”. – Serio? Bardzo mnie cieszy, że ktoś miał ładną buzię i nie musiał reklamować szczotek. Ja nie miałam, grałam w reklamach przez 20 lat i nigdzie indziej się tak dużo nie nauczyłam.

Pomna pułapki, która nieuchronnie czeka na dziecięcych aktorów, jej matka zaczęła ubiegać się o role dla córki w filmach dla dorosłej publiczności. Udany występ Jodie w filmie Martina Scorsesego „Alicja już tu nie mieszka” zwrócił na nią uwagę reżyserów obsady z pierwszej hollywoodzkiej ligi. – Zdaje sobie pani sprawę, jaki wpływ rola małoletniej prostytutki może mieć na psychikę 13-letniej dziewczynki? – pytał ją pracownik opieki społecznej, gdy Jodie wygrała casting do „Taksówkarza”. – Oczywiście, panna Foster musi przejść testy psychologiczne, a do niektórych scen potrzebna będzie dublerka. – Nie zna pan mojej córki – odpaliła Evelyn Foster. – A dublerkę mamy w pogotowiu – będzie nią jej starsza siostra.

– Choć całe dzieciństwo spędziłam przed kamerami, dopiero podczas pracy przy „Taksówkarzu” zdałam sobie sprawę, że aktorstwo to coś więcej niż zabawa i bycie sobą. Że to praca, która wymaga zmierzenia się z wyzwaniami, że potrzeba do niej arsenału instrumentów pomagających przedstawić postać, która jest zupełnie różna ode mnie – mówiła wiele lat później w wywiadzie dla „New York Timesa”. – Ten film zmienił moje życie, ale czułam się jak ryba wyjęta z wody. Na szczęście był z nami Bob.

Bob to Robert De Niro, który wziął Jodie pod swoje skrzydła. Spędzał z nią mnóstwo czasu na planie, otoczył opieką, cierpliwie tłumaczył stawiane przed nią wyzwania, podsuwał rozwiązania. „Taksówkarz” został nagrodzony Złotą Palmą w Cannes, gdzie mówiąca płynnie po francusku Jodie z entuzjazmem objęła funkcję tłumaczki na konferencji prasowej. Francuska prasa oszalała na jej punkcie. Fakt, że „la jolie Jodie” – śliczna Jodie – wystąpiła w tym samym roku w musicalu „Bugsy Malone”, również nominowanym wtedy do Złotej Palmy, zrobił z niej gwiazdę festiwalu. Krytycy po obu stronach oceanu rozpływali się w zachwytach, a BAFTA i nominacja do Oscara sprawiły, że panna Foster stała się najbardziej rozchwytywaną nastolatką w Hollywood.

Co cię nie zabije

– Kiedy ludzie rozpoznają cię na ulicy, zanim straciłaś mleczne zęby, prasa chce wiedzieć, jakie masz zabawki, jakie masz stopnie w szkole i czy masz kontakt z ojcem... Nie jest chyba szczególnie dziwne, że wcześnie uczysz się doceniać coś takiego jak prywatność? – pytała retorycznie Foster w wywiadzie dla brytyjskiego „Guardiana”.

Po medialnym szaleństwie, które wybuchło po „Taksówkarzu”, Los Angeles nagle stało się za ciasne. Jodie nie chciała narażać ani siebie, ani swojego rodzeństwa na opędzanie się od dziennikarzy, więc ustaliły z matką, że następne dziewięć miesięcy spędzi w szkole we Francji. Między zajęciami z literatury i matematyki w języku Moliera zdążyła jednak zagrać w trzech filmach: francuskim, włoskim i brytyjskim „Candleshoe”, do którego zdjęcia kręcono w Londynie. Gdy przyszła pora na powrót do Kalifornii, medialna histeria już dawno przycichła. Jodie wróciła do liceum, zwolniła tempo pracy i dostała się na studia na Yale. Aktorstwo – doszła do wniosku – to zajęcie mało intelektualne. Pora na serio zainwestować we własny mózg.

'Taksówkarz' (1976), w którym zagrała, nie mając jeszcze 14 lat, przyniósł jej pierwszą oscarową
nominację. (Fot. FilmStills.net/Film Stills/Forum)"Taksówkarz" (1976), w którym zagrała, nie mając jeszcze 14 lat, przyniósł jej pierwszą oscarową nominację. (Fot. FilmStills.net/Film Stills/Forum)

Studenckie życie wyrwało ją z showbiznesowego bąbla i pochłonęło bez reszty. Szkoda tylko, że przez pierwsze miesiące jej telefon dzwonił bez przerwy. W dzień. W środku nocy. Przed zajęciami i po nich. Nie były to telefony od agentów ani z prasy. W słuchawce najczęściej była cisza, czasem Jodie słyszała ciężki oddech. Potem zaczęły przychodzić listy. Ich nadawca, John W. Hinckley Jr., zawsze prosił o spotkanie. Fan, który miał na jej punkcie obsesję od czasu „Taksówkarza”, przeprowadził się nawet w okolice Yale, żeby móc się z nią spotkać. Albo ją śledzić i podglądać. Foster twardo go ignorowała. Aby jej zaimponować i wreszcie zwrócić na siebie uwagę, kilka miesięcy później Hinckley postanowił zabić ówczesnego prezydenta USA Ronalda Reagana. Reagan i trzy inne osoby zostali ranni.

– Szczerze mówiąc, nie wiem, jak to przetrwałam – wspominała po latach Foster. – Jestem po prostu silna psychicznie. Zawsze byłam twarda i mam dużą odporność na stres. Gdyby było inaczej, tamte wydarzenia złamałyby mnie na wiele lat.

Przez pozostałe cztery lata studiów w kampusie towarzyszyli jej ochroniarze, bo Hinckley nie był jej jedynym stalkerem. Inny mężczyzna, w porę ujęty przez policję, przyznał, że chciał zabić Foster, ale zmienił zdanie po tym, jak zobaczył ją w studenckiej sztuce. Ochrona jeździła też z nią latem na plany filmowe, bo do Jodie szybko dotarło, że jej opinia o aktorstwie miała swoje źródło w niedojrzałości i arogancji. Przy okazji roli w romansie „Stealing Home”, który był spektakularną klapą, wyciągnęła też lekcję na wszystkie następne lata kariery: jej ekranowa siła to nie umieranie z miłości. Jodie Foster powinna grać bohaterki, które mają coś do powiedzenia albo chcą zmienić świat. Takie, jak walcząca o sprawiedliwość ofiara gwałtu w „Oskarżonych”. I jak agentka Clarice Starling w „Milczeniu owiec”. Sukces tych dwóch filmów i dwa przyznane za nie Oscary zrobiły z Foster jedną z największych gwiazd lat 90. Nie byłaby więc sobą, gdyby zaraz po odebraniu drugiej złotej statuetki nie zrobiła sobie urlopu od aktorstwa.

Po drugiej stronie

Reżyserki i producentki w Hollywood początku lat 90. były okazami rzadkimi, ale w przeciwieństwie do rajskich ptaków – niechronionymi. Wręcz przeciwnie, męski świat szefów studiów traktował je jak wybryk natury i finansowe ryzyko. Chyba że same umiały zdobyć fundusze albo – o zgrozo – zainwestować własne. Dlatego powierzenie Foster jako debiutu reżyserowania filmu „Little Man Tate” o dziecięcym geniuszu, którego talent oddziela go murem od jego rówieśników, było ogromnym kredytem zaufania. Film cieszył się umiarkowanym powodzeniem i nawet coś zarobił, więc Jodie założyła własną firmę producencką Egg Pictures. W jej znajomość branży nie wątpił nikt. – Ta mała zadaje tak wnikliwe pytania na temat tego, jak powstaje film, że gdybym dziś wpadł pod autobus, byłaby chyba jedyną osobą, która mogłaby zastąpić mnie na planie – mówił o niej reżyser Alan Parker, gdy miała zaledwie 13 lat. Przez dziesięć lat trwania Egg Pictures Foster wyreżyserowała i wyprodukowała kilka filmów, ale żaden nie był kasowym hitem. – Produkcja filmowa to okropna praca, za którą nikt ci nigdy nie dziękuje – mówiła, zamykając ją. Gra w cudzych filmach była o wiele łatwiejsza, miała też już przecież wyrobioną markę reżyserki. – Dobrze było dojść do punktu, w którym udowodniłam sobie, że potrafię to robić. Że jestem w tym niezła – wspominała. – I że już nie muszę popisywać się sama przed sobą.

Stała się twarzą thrillerów, dramatów kryminalnych i psychologicznych. Grała naukowczynie, pisarki, kobiety z misją zemsty. „Kiedy na ekranie pojawia się jej szczupła, trójkątna twarz z zaciśniętymi ustami, a kino wypełnia jej intensywna energia, wiadomo, że widzów czekają dwie godziny napięcia i siedzenia na krawędzi fotela” – pisał o jej roli w „Azylu” krytyk „Timesa”. – No cóż, chyba pora przyznać, że nigdy nie byłam dobra w rolach potulnych narzeczonych, dziewczyn i żon – przyznała niedawno w jednym z wywiadów. Przez całą dorosłą, aktorską karierę nie wystąpiła też na ekranie w bikini ani w skąpym, seksownym stroju. Nie musiała. I wytrwale chroniła przed mediami swoje życie prywatne. Z jednym wyjątkiem.

– Mam nagłą potrzebę powiedzenia czegoś, czego nigdy nie mówiłam publicznie – powiedziała, odbierając osiem lat temu Złoty Glob za całokształt twórczości. – I trochę się denerwuję, ale pewnie nie tak, jak moja agentka. Nazwijmy to swego rodzaju deklaracją. Otóż... jestem singielką.

Zebrane gwiazdy, wiedzące, że Foster pije do plotek dotyczących jej orientacji seksualnej, wybuchnęły śmiechem. Jej dwaj synowie również, choć młodszy schował się na chwilę pod stół. – Mam nadzieję, że nie będziecie rozczarowani, że nie usłyszycie teraz długiego przemówienia na temat mojego coming outu. Ja „wyszłam z szafy” tysiąc lat temu, w epoce kamienia łupanego, przed rodziną, przyjaciółmi i ludźmi, z którymi pracowałam. Ale teraz słyszę, że każda osoba publiczna powinna urządzić konferencję prasową na temat swojego życia prywatnego – powiedziała. I znów przypomniała, że życie nauczyło ją otaczać tę sferę wyjątkową ochroną.

Foster podziękowała publicznie swojej ówczesnej partnerce Cydney Bernard za wsparcie i miłość i zeszła ze sceny przy aplauzie, który niemal zerwał dach z sali. Jej przyjaciel Mel Gibson miał łzy w oczach. Kilka aktorek poprawiało rozmazany wzruszeniem makijaż. A następnego dnia w prasie rozpętała się burza.

Nie brakło komentatorów wytykających Foster uprzywilejowaną pozycję, pieniądze i sławę, które ich zdaniem nakładają na nią obowiązek mówienia o jej homoseksualizmie – jeśli tak się definiuje – przy każdej okazji. Tak jakby ktoś jej tę pozycję i majątek podał na talerzu. Dowodzili, że każda osoba publiczna ma misję normalizowania tego po to, aby innym, którzy zmagają się z ostracyzmem w swoim środowisku, było łatwiej. Aktorka nigdy więcej nie odniosła się do tych opinii, ale swoje życie prywatne nadal trzyma za zamkniętymi drzwiami.

– Co jest najlepszego w tym, że jesteśmy coraz starsi? To, że po czterdziestce przestajemy się tak strasznie przejmować. Nie ścigamy się już sami z sobą – mówiła niedawno w wywiadzie dla portalu dla seniorów AARP. – Potem jest tylko lepiej! Wiek 50+ to dla aktorki nie najlepszy czas, ale kino się zmienia i dziś jest za to pełno świetnych ról dla kobiet po sześćdziesiątce. Nie mogę się doczekać, aż tam dotrę. A po osiemdziesiątce będę tą energiczną staruszką zgarniającą najlepsze epizody. Kiedyś bałam się dojrzałego wieku, bo była to nieznana przyszłość. Teraz już jestem w tej przyszłości i nie mogę się doczekać, co będzie dalej.

Jodie Foster ma 58 lat, urodziła się i dorastała w Los Angeles jako najmłodsza z czwórki rodzeństwa. Grała w reklamach od trzeciego roku życia, później w telewizyjnych programach dla dzieci i filmach dla nastolatków. Za rolę nieletniej prostytutki w „Taksówkarzu”, którą zagrała w wieku 13 lat, dostała pierwszą nominację do Oscara. W tym samym roku wystąpiła w musicalu „Bugsy Malone” i hitowej komedii „Zakręcony piątek”. Skończyła studia z literatury amerykańskiej na Yale z tytułem magistra, po czym wróciła do aktorstwa. Najsłynniejsze filmy z jej udziałem to: „Milczenie owiec”, „Oskarżeni”, „Kontakt”, „Nell”, „Azyl” czy „Elysium”. Jest uznaną reżyserką, także odcinków seriali, takich jak „Black Mirror” i „Orange Is the New Black”. Od 2014 roku jest żoną fotografki Alexandry Hedison. Z poprzedniego małżeństwa, z producentką Cydney Bernard, ma dwóch synów. Mieszka w rodzinnym Los Angeles.

  1. Moda i uroda

W stylu retro. Nowa kolekcja Gino Rossi

Gino Rossi (Fot. materiały prasowe)
Gino Rossi (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 15 Zdjęć
Moda lubi powroty, zapożyczenia i reinterpretacje, dlatego trend na retro inspiracje trwa w najlepsze. Najnowsza kapsułowa kolekcja Gino Rossi to właśnie taki zwrot ku przeszłości, ale w nowym wydaniu.

Gino Rossi (Fot. materiały prasowe)Gino Rossi (Fot. materiały prasowe)

Retro Your Own Way

Limitowana edycja Retro Your Own Way Gino Rossi zachęca do zabawy stylem i swoją interpretacją elementów w niej zawartych. Znajdziemy w niej sportowe buty oraz torebki w dwóch rozmiarach. Wszystko utrzymane w stonowanej kolorystyce (biel, czerń, brąz, ciemna zieleń), dzięki której rzeczy będą pasowały do tego co już mamy w szafie.

Gino Rossi (Fot. materiały prasowe)Gino Rossi (Fot. materiały prasowe)

Szalone lata 70.

Kolekcja nawiązuje do estetyki modnych dziś lat 70., ale czerpie inspiracje także ze świata sportu. Klasyczny fason sneakersów z zaokrąglonym noskiem kojarzy się z butami golfowymi lub tymi do tenisa. Taki sportowy dodatek doda miejskiej stylizacji nonszalancji, a przede wszystkim wygody. W takich butach możemy dojść wszędzie! Są miękkie i komfortowe w noszeniu. Większa podłużna torba typu „jamnik” kojarzy się ze sportowcami, ale znakomicie sprawdzi się także jako element biurowego stylu (no i zmieści wszystko co trzeba). Mniejszy model to ukłon w stronę fashionistek i trendów. W mikro torebce zmieścisz niewiele (okulary, telefon i kartę), ale zwieńczy modowym sznytem każdy look.

Gino Rossi (Fot. materiały prasowe)Gino Rossi (Fot. materiały prasowe)

Gino Rossi (Fot. materiały prasowe)Gino Rossi (Fot. materiały prasowe)

Styl w wielkim mieście

Kampanię promują zdjęcia wykonane w Warszawie przez duet fotografów Tatianę i Karola. Jej bohaterkami są cztery ikony stylu. Supermodelki: Kasia Struss i Ewa Witkowska, stylistka Joanna Horodyńska oraz influencerka Olivia Kijo. Każda z nich ma inny styl i każda te uniwersalne dodatki z najnowszej kolekcji Gino Rossi nosi po swojemu. Dziewczyny udowadniają, że te modowe akcesoria naprawdę pasują do wszystkiego. Do klasycznych ubrań, tych minimalistycznych, ale też tych odważniejszych i bardziej szalonych zestawów.

Gino Rossi (Fot. materiały prasowe)Gino Rossi (Fot. materiały prasowe)

Kolekcja kapsułowa jest dostępna w sklepach stacjonarnych CCC, na https://ccc.eu/pl/gr-retro-your-own-way oraz w aplikacji CCC.

  1. Psychologia

„Wiem, co ukrywasz” – jak rozpoznać socjopatę i pozbyć się go z życia?

Dlaczego słowa „Wiem, co ukrywasz” sprawiają, że socjopata podaje tyły? (fot. iStock)
Dlaczego słowa „Wiem, co ukrywasz” sprawiają, że socjopata podaje tyły? (fot. iStock)
Socjopaci są bezwzględni, samolubni, płytcy, brak im empatii i są mistrzami manipulacji. Jednym słowem – są źli. Skuteczni socjopaci nie są jednak irracjonalni – wręcz przeciwnie, są bezwzględnie racjonalni, a niestety dla nas wszystkich, czasem odnoszą spore sukcesy jako prezesi firm lub politycy (przynajmniej na krótką metę). Wielu socjopatów intensyfikuje jednak swoje zachowania, ponieważ czują się coraz bardziej bezkarni, i to właśnie wtedy stają się zarówno irracjonalni, jak i bardzo niebezpieczni – przekonuje dr Mark Goulston, psychiatra i coach, autor książki „Jak rozmawiać z furiatami”.

Jeżeli zetkniesz się w życiu z socjopatą, najlepszym sposobem, by się z nim uporać, jest nie mieć z nim do czynienia. Jeżeli wszedłeś w jakieś relacje z socjopatą, ale masz jeszcze możliwość uciec, zrób, co tylko się da, by wywinąć się z tej sytuacji, nawet jeżeli oznacza to uszczerbek finansowy. Co więcej, zrób to jak najszybciej, bo socjopaci z biegiem czasu coraz mocniej zaciskają szpony na swoich ofiarach.

Czasem jednak bardzo trudno jest uwolnić się od socjopaty. Jeżeli znajdujesz się w takiej sytuacji, istnieje jedna bardzo dobra technika, która może ci pozwolić wyrwać się spod władzy, jaką ma on nad tobą. Nazywam ją wiem, co ukrywasz. W tym jednym przypadku nie musisz przekonywać rozmówcy, że jesteś jego sojusznikiem – tym razem musisz mu pokazać, że jesteś zagrożeniem.

Oto, jak z sukcesem zastosował to podejście mój znajomy.

– Doktorze, czy jest jakiś dobry sposób na poradzenie sobie z psychopatą? – zapytał mnie Jerry, doradca inwestycyjny, a prywatnie mój znajomy.
– Co konkretnie masz na myśli? – odpowiedziałem pytaniem.
– Mój asystent chyba jest psychopatą – odparł Jerry. – Półtora roku temu lawina błotna po ulewie zniszczyła mi biuro. Czułem się w potrzasku. Poznałem wtedy gościa imieniem Glenn. Bardzo mu współczułem, bo powiedział mi, że ma chłoniaka i musiał złożyć wniosek o upadłość. Pewnego dnia zapytał, czy mógłby dla mnie pracować, na przykład znaleźć mi nowe biuro, a także zorganizować kilka publicznych seminariów, żebym mógł pozyskać nowych klientów. Po kilku miesiącach znalazł mi nie jeden gabinet, ale całe wielkie biuro. Wyjaśnił, że będę mógł podnajmować poszczególne gabinety, a cała nieruchomość będzie na siebie zarabiać. Uzgodnił też z popularną stacją radiową, że zorganizuję dla niej kilka publicznych seminariów – każde przyciągnęło ponad czterystu uczestników. – Jak na razie wydaje się, że ci pomaga – zauważyłem… ale przedwcześnie.
– No i tu właśnie sprawy się komplikują – zripostował Jerry. – Naprawdę komplikują. Przede wszystkim okazało się, że Glenn w ogóle nie jest na nic chory. Po drugie, nie wynajęliśmy tych pozostałych gabinetów. A po trzecie, podejrzewam, że wyprowadza na zewnątrz pieniądze za te publiczne seminaria, które powinny zostać przelane stacji radiowej. Ale za każdym razem, kiedy poruszam temat moich podejrzeń, patrzy na mnie oskarżycielsko i mówi: „Stawiasz moją uczciwość pod znakiem zapytania?”, no i za każdym razem się wycofuję. A sprawę komplikuje dodatkowo to, że Glenn potrafi czasem odnieść spektakularny sukces, więc nie byłem pewny, czy sobie wszystkiego nie wyobrażam. Wtedy jednak odkryłem, że sytuacja jest znacznie gorsza, niż mogłem się spodziewać.

Do Jerry’ego dotarły (ku jego przerażeniu) pogłoski, że Glenn naciągał ludzi na spore kwoty, obiecując im, że Jerry je zainwestuje. Tydzień przed naszym spotkaniem ktoś paskudnie porysował kluczami nowy samochód Jerry’ego, a z drzwi jego gabinetu zerwano tabliczkę z jego nazwiskiem.
– Początkowo myślałem, że to jakiś wandal – zakończył Jerry. – Ale wszystko wskazuje na Glenna.
– Masz jakieś dowody? – zapytałem.
– Nic niepodważalnego, po prostu wszystko wskazuje na niego. A ja wiem, że to on – odparł Jerry.
– Zgłosiłeś to na policję? Albo wystąpiłeś o wydanie zakazu zbliżania się?
– Bez dowodów to na nic – oświadczył Jerry. – Ponadto mam wrażenie, że Glenn po prostu by je obszedł. Jest dość sprytny.
– Czego więc konkretnie chcesz? – zapytałem.
– Chcę, żeby zniknął z mojego życia.
– Dobrze, chyba mam dla ciebie rozwiązanie – powiedziałem. – Z tego, co mi opowiadasz, wydaje się, że jeżeli Glenn ukrywa coś drobnego, to ukrywa i coś większego, bo nie da się być tylko trochę złym. Prawdopodobnie ma sporo niewygodnych tajemnic. Po drugie, ma nad tobą władzę, bo jest socjopatą. Ale jako socjopata ma też jeden istotny słaby punkt, który możesz wykorzystać.

Wytłumaczyłem Jerry’emu, że większość socjopatów ma bardzo żywą wyobraźnię. Aby ich wyprowadzić z równowagi i zyskać nad nimi kontrolę, trzeba dać im do zrozumienia, że ma się na nich haka i wie się także o rzeczach, które zrobili innym.

Obmyśliliśmy plan działania i scenariusz rozmowy, a kiedy Jerry poszedł skonfrontować się z Glennem, ja zostałem w jego gabinecie.

Jerry wszedł do pokoju Glenna i usiadł naprzeciw niego.
– Glenn, dowiedziałem się od paru osób, których nie będę tu wymieniał z nazwiska, że robisz różne rzeczy, aby zaszkodzić mnie i mojej reputacji – zaczął. Glenn poczerwieniał.
– Kto ci tego naopowiadał? – wrzasnął.
– Nie będę ci mówił, o kogo chodzi ani czego się dowiedziałem. – kontynuował Jerry. – Wystarczy, że odkryłem sporo z tego, co usiłowałeś ukryć. Nie zacierałeś śladów wystarczająco dobrze. A wiem o tym nie tylko ja.
– To kłamstwo! – wybuchnął Glenn.
– Jeżeli nie masz nic do ukrycia, nie musisz się niczego obawiać, ale jeżeli masz coś do ukrycia, powinieneś się bać – odparł zdecydowanie Jerry. – Nie jestem jedyny, który wie o twoich działaniach. Glenn, jeżeli spróbujesz wykręcić coś jeszcze, wykorzystam wszystko, co o tobie wiem. Nie jestem z natury mściwy ani pamiętliwy. Chcę po prostu, żebyś oddał klucze do biura, spakował swoje rzeczy i wyniósł się stąd w ciągu trzech godzin. W przeciwnym razie podejmę stosowne działania – a to obejmuje zgłoszenie sprawy na policję.
– Nie mogę się wynieść w trzy godziny – wypalił Glenn, kiedy Jerry wstał.
– Możesz – odpowiedział Jerry. – Ta część nie podlega negocjacjom.

Odwrócił się na pięcie, wyszedł i wrócił do gabinetu, gdzie na niego czekałem. Na mój widok Jerry odetchnął głęboko, nie wierząc w to, co właśnie zrobił. Po kilku minutach usłyszeliśmy, jak Glenn rozwala wielkoformatowe zdjęcia, które wisiały na ścianach jego pokoju. Po dwóch godzinach już go nie było.

Dlaczego słowa „Wiem, co ukrywasz” sprawiają, że socjopata podaje tyły?

Zastanów się. Jakie jest prawdopodobieństwo, że jesteś pierwszą osobą, której zrobił krzywdę? A jakie są szanse, że nie ma żadnych zatargów z prawem? Zasadniczo bardzo niskie i żadne. Wielu socjopatów popełnia czyny naganne lub wręcz prawnie zabronione już w dzieciństwie, więc przeciętny socjopata ma naprawdę wiele do ukrycia.

Postaw się teraz na jego miejscu. Całe życie poświęcasz na robienie tego, co jest dla ciebie korzystne. Po co kontynuować relację, w której można zostać przyłapanym albo narazić się na ryzyko? To nie twoja broszka. Chcesz ingerować w życie innych, a nie samemu być celem. Jeżeli czujesz się zagrożony, prawdopodobnie się wycofasz i poszukasz sobie kolejnej ofiary.

Krótko mówiąc, kluczem do uporania się z socjopatą w rodzaju Glenna jest nie obrona, ale atak – musisz sam stać się zagrożeniem. Wymaga to sporej odwagi, ale na dłuższą metę uratuje cię przed potworem.

Przydatna wskazówka

Osoby, które coś ukrywają, na pewno ukrywają wiele – wiedza o tym daje ci nad nimi władzę.

Plan działania

  1. Jeżeli podejrzewasz, że masz do czynienia z socjopatą, przez pewien czas uważnie go obserwuj. Kilka kluczowych cech charakterystycznych socjopatów to powierzchowny urok osobisty, manipulacja, antyspołeczne lub ryzykowne zachowania i brak empatii oraz wyrzutów sumienia.
  2. Jeżeli masz pewność, że masz do czynienia z socjopatą, nie zaczynaj konfrontacji bez wsparcia. Poproś przyjaciela lub współpracownika, by był przy rozmowie lub czekał w bliskiej odległości.
  3. Powiedz socjopacie: „Wiem, co ukrywasz”. Wyjaśnij, że jeżeli będzie ci nadal szkodzić, podejmiesz odpowiednie kroki. Następnie wyznacz mu konkretny termin, by zniknął z twojego życia.

Fragment pochodzi z książki Marka Goulston’a „Jak rozmawiać z furiatami. Techniki, ćwiczenia, strategie”.

Z poradnika „Jak rozmawiać z furiatami” dowiesz się m.in.:

  • Jaki jest schemat działania osoby nieracjonalnej,
  • Kiedy rozmawiać z rozemocjonowaną osobą, a kiedy sobie „odpuścić”,
  • Jak poradzić sobie w stresującej sytuacji,
  • Jak zneutralizować własne kuriozalne zachowanie (każdy z nas trochę go ma) by się opanować,
  • Jak zastosować 14 prostych i skutecznych technik rozmowy, by skłonić rozmówcę do racjonalnej rozmowy,
  • Jak wykorzystywać 8 taktyk, które ukierunkowane są na konkretne zachowania partnerów, nastolatków, rodziców w podeszłym wieku i inne ważne osoby w twoim życiu,
  • Kiedy skorzystać z pomocy, gdy stajesz w obliczu poważnego zaburzenia.

Dr Mark Goulston jest cenionym psychiatrą, konsultantem, coachem i doradcą biznesowym. Napisał 2 bestsellery, a także szereg popularnych książek. Pisze m.in. dla Harvard Business Review, Fast Company, Psychology Today.

  1. Psychologia

Powstała strona dla osób w kryzysie samobójczym i ich bliskich

„Życie warte jest rozmowy” www.zwjr.pl to platforma internetowa, na której pomoc znajdą nie tylko osoby w kryzysie, ale także ci, którzy chcą takim osobom pomóc. (Fot. FB @PolskieTowarzystwoSuicydologiczne)
„Życie warte jest rozmowy” www.zwjr.pl to platforma internetowa, na której pomoc znajdą nie tylko osoby w kryzysie, ale także ci, którzy chcą takim osobom pomóc. (Fot. FB @PolskieTowarzystwoSuicydologiczne)
Polskie Towarzystwo Suicydologiczne stworzyło platformę internetową, która niesie pomoc dla osób borykających się z myślami samobójczymi, mającymi za sobą próby samobójcze lub tych, którzy stracili kogoś w wyniku samobójstwa. Pomoc jest anonimowa i bezpłatna.

W Polsce codziennie 15 osób odbiera sobie życie, a 225 próbuje to zrobić. Każdego roku dwa razy więcej osób ginie w wyniku samobójstw, niż w wyniku wypadków samochodowych. Każde samobójstwo i każda próba wpływa na 20 osób z najbliższego otoczenia. Nasz kraj od lat mierzy się z kryzysem psychiatrii dzieci i młodzieży. Niewystarczająca ilość specjalistów, ograniczony dostęp do profesjonalnej pomocy oraz wzrastająca liczba zachorowań na depresję powodują coraz trudniejszą sytuację. Statystyki dobitnie pokazują, że nadszedł czas złamać społeczne tabu wokół problemu samobójstwa oraz podnieść świadomość społeczną w tym temacie, bo tylko w ten sposób możemy pomóc.

W odpowiedzi na to Polskie Towarzystw Suicydologiczne, przy wsparciu finansowym PZU SA, stworzyło pierwszą w Polsce i Europie platformę internetową, gdzie pomoc znajdą nie tylko osoby w kryzysie, ale także ci, którzy chcą takim osobom pomóc. W serwisie „Życie warte jest rozmowy” www.zwjr.pl pomoc i wsparcie otrzymają wszyscy, którzy chcą wesprzeć dziecko oraz nastolatka w trudnej sytuacji. Projekt został stworzony z myślą o osobach, które borykają się z myślami samobójczymi, mają za sobą próby samobójcze lub straciły kogoś w wyniku samobójstwa.

Na stronie można znaleźć wszelkie informacje o tym, na czym polega pomoc, jak jej udzielić oraz gdzie jej szukać (np. poprzez wyszukiwarkę miejsc z bezpłatną pomocą). Można również bezpłatnie i anonimowo skonsultować swój problem ze specjalistą. Ponadto zakładka „Strefa wiedzy” to garść rzetelnych informacji dla tych, którzy chcą zrozumieć problematykę zachowań samobójczych oraz interesują się suicydologią - znajdują się tam ciekawe artykuły polskich oraz zagranicznych naukowców, poradniki, podstawowe definicje i aktualne statystyki. Dodatkowo można posłuchać rozmów z ekspertami, którzy tematyką zachowań samobójczych zajmują się od lat. W zakładce „Przywróceni życiu” znajdują się historie osób, które przeżyły próbę samobójczą i poradziły sobie z kryzysem. Z kolei sekcja „Mity na temat samobójstw” obala najczęstsze mylne opinie w tym temacie.

Nad jakością treści merytorycznych czuwa Interdyscyplinarny Zespół Profilaktyki Zachowań Samobójczych, którego członkami są najlepsi specjaliści z całej Polski. Platformę „Życie warte jest rozmowy” tworzą specjaliści, artyści i osoby, które pokonały kryzys. Pomysłodawczynią i koordynatorką platformy edukacyjno-pomocowej „Życie warte jest rozmowy” jest dr Halszka Witkowska, suicydolog.

  1. Psychologia

Jestem DDA

Syndrom DDA to zespół cech osobowości ukształtowanych u dziecka, które wychowywało się w rodzinie z problemem alkoholowym. Utrudniają adaptację w dorosłym życiu, szczególnie w sytuacjach konfliktowych, kiedy mogą uruchamiać się dziecięce strategie radzenia sobie ze stresem. (Fot. iStock)
Syndrom DDA to zespół cech osobowości ukształtowanych u dziecka, które wychowywało się w rodzinie z problemem alkoholowym. Utrudniają adaptację w dorosłym życiu, szczególnie w sytuacjach konfliktowych, kiedy mogą uruchamiać się dziecięce strategie radzenia sobie ze stresem. (Fot. iStock)
Prowokowałam awantury, bałam się zgody, zobojętniałam na własne dziecko. Po prostu wstrętna baba, przy której inni czuli się nieszczęśliwi – mówi 35-letnia Ania, kosmetyczka, mężatka, matka dwójki dzieci.

O swoim dzieciństwie opowiadam już spokojnie, jak o filmie fabularnym, którego główna bohaterka wychowała się w rodzinie alkoholików. Która przez długie lata nie miała pojęcia, że doświadczenia z lat młodości zabrała w dorosłość jak plecak, kiedy jako 19-latka wyjeżdżała z Kielc do Warszawy na studia. Myślała, że wystarczy opuścić dom rodzinny, usamodzielnić się, żeby wziąć życie w swoje ręce. Myliła się. To było za mało.

Od rodziców bagaż na drogę

Pili oboje, i ojciec, i matka – razem, dużo, często, nieraz do utraty przytomności. Ojciec, budowlaniec, kontynuował tradycje alkoholowe swojego ojca. Matka, dekoratorka, zalewała żal po niespełnionych marzeniach o karierze wielkiej malarki. Kiedy przyszłam na świat, a dwa lata później mój brat, przestała pracować i zajęła się domem oraz napełnianiem kieliszków – z każdym rokiem coraz większą ilością trunków.

Ambicje o wyższym wykształceniu i byciu „kimś” przelewali na mnie – brat miał taryfę ulgową, do dziś nie wiem dlaczego. Zamęczali mnie wymaganiami, stale kontrolowali. Z jednej strony miałam być najlepszą uczennicą, z drugiej – nie stwarzali warunków do nauki. Mieszkaliśmy w jednym pokoju z kuchnią. W domu stale pijaństwo – albo pili sami, albo ze znajomymi „od kieliszka”. Potem często się awanturowali, dochodziło też do rękoczynów. Każdą wolną chwilę spędzałam u przyjaciół lub na kółkach zainteresowań, które na szczęście akceptowali. Nie chciało się wracać, ale narzucili dyscyplinę czasową i najpóźniej o dwudziestej miałam być w domu. Starałam się nie łamać tych nakazów, bo nawet za drobne przewinienia dostawałam lanie smyczą psa. Moja złość na rodziców rzutowała na relacje z bratem, bo to ja miałam dopilnować, by na przykład odrobił lekcje – jeśli tego nie zrobił, gromy padały na mnie, nie na niego.

Ale najgorsze były ich zniknięcia na całe noce. Wychodzili bardzo późnym wieczorem, bez słowa. Nie wiedziałam dokąd, co się z nimi dzieje, kiedy wrócą czy w ogóle wrócą. To zdarzało się już, kiedy miałam 10 lat. Okropnie się wtedy bałam, że coś im się stanie. Zostawałam przecież z młodszym bratem, czułam się za niego odpowiedzialna. Wracali nad ranem, zazwyczaj kompletnie pijani. Płakałam, krzyczałam, prosiłam, żeby mówili, jak mają zamiar zostawić nas samych, ale oni uważali, że nie muszą informować dzieci o swoich planach. Nienawidziłam ich, ale i kochałam.

Nigdy nie próbowałam uciekać z domu. Innego przecież nie miałam. Także świadomości, że to, co się w nim dzieje, jest złe, patologiczne. Po prostu taki był i już. Mówiłam sobie: Nie użalaj się nad sobą. Są tacy, którzy mają od ciebie jeszcze gorzej. W szkole jesteś lubiana, masz przyjaciół, fajną paczkę... Po maturze wyjedziesz i zaczniesz nowe życie.

Życie na wolności

Dostałam się na Politechnikę Warszawską. Spełniłam marzenie ojca, który sam chciał być inżynierem. Wkrótce jednak przekonałam się, że studia techniczne wcale mnie nie interesują. Po roku je przerwałam. Pierwszy raz powiedziałam rodzicom „nie”. Poszłam na zaoczne ekonomiczne i do pracy, żeby uniezależnić się finansowo. Wreszcie zacznę żyć tak, jak chcę – obiecałam sobie.

Zakochałam się. Piotr był fizycznie bardzo podobny do mojego ojca – przystojny brunet. Pierwszy okres – euforia, wolność, szczęście. Zamieszkaliśmy razem w jego kawalerce. Pierwsze światełko ostrzegawcze zapaliło się we mnie, kiedy zauważyłam, że za często pojawia się u nas alkohol, imprezy siedem razy w tygodniu: w domu, w pubie, u znajomych. Ja podczas wieczoru wypijałam jedno piwo, Piotr się upijał. Zrobił się zaborczy i chorobliwie zazdrosny. Kontrolował mnie, koleżanki nazywał ostatnimi idiotkami. Kłóciliśmy się. Żyłam na jego wyspie, on wybierał znajomych... Oto wyrwałam się od rodziców, by wpaść z deszczu pod rynnę. Piotr był uzależniony nie tylko od alkoholu, lecz i od narkotyków. Odeszłam. Ale straciłam na niego pięć lat.

Skąd we mnie tyle złości?

Poznałam Adama. Był 16 lat ode mnie starszy, rozwiedziony, miał 15-letnią córkę. Ja skończyłam wtedy 25 lat. Rok później urodziła się nasza córeczka Marysia. Byliśmy bardzo szczęśliwi. Pobraliśmy się.

Sielanka trwała jakieś dwa lata. Potem zaczęło się ze mną dziać coś dziwnego. Popadałam w stany takiego napięcia, że nie potrafiłam normalnie funkcjonować. Wszczynałam awantury o głupi talerzyk w zlewie, prowokowałam kłótnie. Wpadałam w furię, tupałam, rzucałam różnymi przedmiotami... Ale nigdy nie płakałam. Adam był ostoją wyrozumiałości, cierpliwości, spokoju. To jeszcze bardziej mnie nakręcało. Wiedziałam, że stopień agresji był nieadekwatny do przyczyny, która ją wywołała, ale nie potrafiłam powstrzymać wybuchu. W końcu popadłam w głęboką depresję – totalny dół, żyłam jak senna mara, nie z nimi, lecz obok nich. Nawet córeczką przestałam się zajmować. I dopiero to wyrwało mnie z totalnego odrętwienia. Przestraszyłam się: „Skoro moje dziecko już mnie nie obchodzi, to musi być ze mną coś nie tak”. Zwierzyłam się przyjaciółce, powiedziała: „Aniu, może terapia?”

.

Poszukiwanie igły w stogu siana

Nie wiedziałam, na czym tak naprawdę polega psychoterapia. Myślałam, że opowiem o swoich problemach, terapeuta przepisze mi lekarstwo, ja je zażyję i będę szczęśliwa. Ale to nie takie proste.

Umówiłam się z terapeutą na cykl 10 godzinnych sesji w indywidualnej terapii poznawczo-behawioralnej. Sama zdecydowałam, że tyle musi wystarczyć. Nie wystarczyło. Ale nie chciałam kontynuować, bo nie miałam wiary, że te rozmowy mogą mi pomóc, mało się w nie angażowałam – bo nie byłam wtedy wewnętrznie gotowa na terapię. Po tych sesjach czułam się tak, jakby mi ktoś strasznie zamieszał w głowie, coś we mnie poruszył, ale nie wiedziałam co i dlaczego. Zostawiłam sprawę w zawieszeniu... do czasu.

Wkrótce potem zaczęły dopadać mnie straszne lęki, szczególnie strach przed dźwiękiem samolotów. A pracowałam wówczas w obsłudze naziemnej lotniska. Kiedy samolot startował, zdawało mi się, że wszystko wali mi się na głowę, zachowywałam się irracjonalnie – uciekałam, chowałam po kątach. Podobnie reagowałam na jazdę samochodem. Potrafiłam nagle kopać w drzwi auta i krzyczeć do męża, by się natychmiast zatrzymał i mnie wypuścił. Nie mogłam tak żyć. Znów trafiłam do gabinetu terapeuty.

Wybrał dla mnie indywidualną terapię małżeńską. To mnie zaskoczyło: „Przecież to ja mam lęki, nie mój mąż”. Na co usłyszałam: „Funkcjonuje pani w związku, dlatego dobrze by było, gdyby razem weszli państwo w terapię. Proszę zapytać męża”. Adam od razu się zgodził: „skoro to może ci pomóc...”. Podczas sesji skupialiśmy się głównie na sytuacjach, w których dopadały mnie lęki oraz na konfliktach, jakie wybuchały w związku. Po raz pierwszy tak otwarcie rozmawialiśmy z Adamem o emocjach, tak głęboko analizowaliśmy zdarzenia, w których dochodziło do nieporozumień. Terapia bardzo dobrze wpłynęła na nasze relacje, a dźwięki już mnie nie przygniatały. Ale nadal czułam, że coś głęboko we mnie siedzi i nie daje spokoju. Nie mogliśmy jednak kontynuować terapii, bo byłam w zaawansowanej ciąży i trudno mi było dojeżdżać na spotkania. Przerwaliśmy po roku. Okazało się, że to coś znalazło sobie inne ujście.

Pojawiły się dokuczliwe bóle – wątroby, kręgosłupa, mięśni twarzy. Badania gastrologiczne nic nie wykazały, neurolog przepisał mi tabletki, po których wprost odjeżdżałam. Dopiero pewien lekarz medycyny tradycyjnej i chińskiej, który podczas szczegółowego wywiadu lekarskiego jako pierwszy wydobył ze mnie informację, że moi rodzice byli alkoholikami (wcześniej się wstydziłam i to zatajałam), powiedział: „Przyczyny pani dolegliwości są natury emocjonalnej. Sugeruję terapię DDA, bo ma pani nierozpracowane sprawy z przeszłości”. I wreszcie trafiłam tam, gdzie powinnam od razu – do terapeuty, który zajmuje się syndromem Dorosłych Dzieci Alkoholików (DDA).

Echa dzieciństwa

Od początku nawiązałam z terapeutą bardzo dobry kontakt. Jak się później okazało – jeden z najcenniejszych w życiu. Otworzyłam się przed nim całkowicie. Miałam 33 lata, dwójkę cudownych dzieci, wspaniałego męża i pragnęłam być równie wspaniałą matką i żoną. Chciałam wreszcie wyszarpnąć z siebie to „coś”, co huśta moimi emocjami i nastrojami. Byłam bardzo zmotywowana. Z wiarą i pozytywnym nastawieniem podeszłam do terapii DDA. Trwała rok.

Terapeuta sięgał do mojego dzieciństwa bardzo powoli, stopniowo. Padały pytania typu: „ Jak pani mama reagowała w takiej sytuacji? Co pani wtedy czuła?”. Scenom retrospekcyjnym towarzyszyły wielkie emocje – gniew, żal, złość na rodziców wylewałam razem ze łzami. Pisałam też do nich listy, nie po to, by je wysyłać, lecz odczytać terapeucie na kolejnych sesjach – to było jedno z moich zadań domowych. Wyobrażałam sobie na przykład, że jestem małą dziewczynką, chodzę do szkoły, coś złego dzieje się w domu i w liście miałam wyrazić wszystkie uczucia, jakie żywiłam wtedy do rodziców, co sobie o nich myślałam, jak się czułam, kiedy na przykład była noc, a oni nie wracali do domu. To było bardzo trudne i bolesne.

Wspólnie omawialiśmy każde zachowanie rodziców w danej sytuacji: co robili, dlaczego to było złe, jaki wpływ wywarło na moją psychikę... – miałam dokładnie rozpracowany, przeanalizowany każdy etap, każdy aspekt. Nie patrzyłam na rodziców z perspektywy siebie jako dziecka, tylko siebie jako żony i matki. Moi rodzice skrzywdzili mnie w taki a taki sposób, a teraz ja powielam ich wzorzec i krzywdzę swoich najbliższych. Terapeuta uświadomił mi, że ponowne zmierzenie się z problemami z dzieciństwa jest bolesne, ale konieczne, bo tylko wtedy zrozumiem swoje obecne zachowania, rozpoznam reakcje, które wzięłam z rodzinnego domu, przejęłam od rodziców. Na przykład: tak jak oni na mnie krzyczeli, tak teraz ja bywam agresywna w stosunku do męża. Po prostu wstrętna baba, przy której inni czują się nieszczęśliwi. W okresie dorastania zgromadziłam w sobie ogrom żalu i dopóki go nie wypuszczę, dopóty będzie we mnie siedział i jątrzył. I od czasu do czasu uchodził małymi kanałami w postaci napięć, krzyków, lęków czy bólów. Opisując traumatyczne przeżycia, nazywając je, wypowiadając, analizując ze specjalistą, wylewałam z siebie tę złość niczym jakieś toksyny.

Uświadomiłam sobie nareszcie, że to, co przeżyłam w dzieciństwie, było dla mnie koszmarem. Zaczęłam sobie jako dziecku współczuć. Zrozumiałam, że nie umiałam przyjąć troski, serdeczności od mojego męża, bo nie byłam przyzwyczajona do tego, że ktoś się o mnie troszczy. Nie potrafiłam tego docenić. Wręcz przeciwnie, wykorzystywałam często jako pretekst do wszczynania kłótni, bo moi rodzice pewne sprawy tak właśnie rozwiązywali. Prowokowałam awantury, żeby mieć je już za sobą, ponieważ w domu odczuwałam wielką ulgę, kiedy było już po kłótni. Dla mnie to stanowiło normę. Zgodne życie przez dłuższy czas budziło we mnie obawę, że to nie może być prawdą, że coś się czai i lada moment i tak wybuchnie.

Innym narzędziem terapeutycznym do poskromienia swojej złości, na przykład na dzieci, okazała się metoda 4 kroków: 1 – zakomunikowanie, 2 – podkreślenie, 3 – postanowienie, 4 – wykonanie. Jeśli dziecko np. skacze po kanapie, a ja tego nie akceptuję, to: 1 – komunikuję spokojnym głosem, że mi się to nie podoba, 2 – podkreślam to, unosząc głos, żeby dziecko wiedziało, że mówię poważnie – ale robię to bardzo świadomie, bez emocji, 3 – mówię, że jeśli dalej będzie skakać, to ja zrobię to i to... coś dla niego przykrego, np. schowam mu na cały dzień jego ulubiony samochodzik, 4 – wykonuję karę.

Pierwsze moje próby były średnio udane – albo nie dochodziłam do 4. kroku, albo któryś przeskakiwałam. Ale w końcu nauczyłam się i przekonałam, że to skutkuje, a przy tym osiągam cel bez uciekania się do agresji. Tę metodę można stosować nie tylko w relacjach z dziećmi, także z partnerem, a nawet panią w sklepie, jeśli jest nieuprzejma.

Ta metoda nauczyła mnie też dostrzegać swoje granice, czego wcześniej nie potrafiłam i pozwalałam, by je inni nagminnie deptali. Pamiętam, jak kiedyś koleżanka, obserwując mnie na spacerze z dziećmi, powiedziała: „Ja nie daję swoim dzieciakom tak bardzo jak ty wchodzić sobie na głowę. A ja dawałam, reagowałam zawsze zbyt późno i już ze złością.

Doszłam do celu

Terapię DDA skończyłam rok temu. Co zmieniła w moim życiu? Przede wszystkim pozbyłam się bólów i napięć, opanowałam agresję. Bo wyrzuciłam z siebie ogromne pokłady złości, które od dzieciństwa się we mnie odkładały. Po terapii jestem o wiele bardziej stabilna emocjonalnie, radośniejsza, mam więcej pewności i wiary w siebie. Potrafię świadomie kierować emocjami. Rozgraniczyłam dwa światy: życie „tam i wtedy” od „tu i teraz”. Wreszcie czuję, że sama kieruję swoim życiem. Nic mnie już nie gniecie.

A jeśli się zdarzy, że upiory powrócą, to posiadam narzędzia terapeutyczne, by je przepędzić. Wiem na przykład, że w momentach napięcia mogę sięgnąć po relaksujące oddychanie: płytki wdech i powolny, długi wydech. Żeby wypuścić złość – napisać list do osoby, która mnie zezłościła. Co jest cenne: kiedy poniosą mnie emocje i niesłusznie nakrzyczę np. na męża, to teraz go przeproszę i powiem: „Wiesz, jeszcze tak mi się zdarza. Wybacz”. To zupełnie zmienia sytuację.

Terapię postrzegam jako cudowne narzędzie, ale nie cudowny środek na życiowe dolegliwości. Bo przecież nie przestanę być dzieckiem alkoholików. Moi rodzice pili i nic tego nie zmieni. Nie zresetuję mózgu tak jak dysku. Ale mogę mieć władzę nad swoimi zachowaniami, wpływać na swoje życie i jego kształt. Czuję się kobietą spełnioną i szczęśliwą. Mam wspaniałą rodzinę, świetny kontakt z dziećmi i mężem. Niedawno założyłam własny gabinet kosmetyczny. A rodzice? Nadal piją.

Czym jest syndrom DDA?

Marzenna Kucińska psychoterapeutka.

To zespół cech osobowości ukształtowanych u dziecka, które wychowywało się w rodzinie z problemem alkoholowym. Utrudniają adaptację w dorosłym życiu, szczególnie w sytuacjach konfliktowych, kiedy mogą uruchamiać się dziecięce strategie radzenia sobie ze stresem. Uniemożliwiają też rozwój postaw i reakcji bardziej adekwatnych do rzeczywistych zdarzeń. Terapia DDA ma na celu zmianę tych cech. Składa się z trzech etapów:

Pierwszy polega na opowiedzeniu swojej historii – jest trudny, gdyż wiele osób z DDA wyniosło z domu przekaz, że nie należy rozmawiać z osobami spoza rodziny o tym, co się dzieje w domu. Niektórzy nikomu wcześniej nie opowiadali o swoim życiu – dla nich samo przywoływanie wspomnień z dzieciństwa może być wystarczające do uruchomienia procesów zmian osobistych. Kiedy zaczynamy ujawniać komuś swoją opowieść, ważne są nie tyle fakty, co sposób, w jaki jako dzieci ich doświadczaliśmy. Te przeżycia zostały zapisane w umysłach w postaci obrazów czy przekonań i nadal ożywają, wpływając na emocje i zachowania. Kiedy je odkrywamy, zaczynamy lepiej rozumieć siebie oraz swoje wybory.

Drugi etap terapii to odreagowywanie szczególnie bolesnych doświadczeń i ich rekonstrukcja. To niezbędne, by przeszłość przestała boleć. Wtedy pojawia się zwykle bardzo dużo trudnych emocji: lęk, smutek, bezradność, cierpienie, a ich wyrazem są często łzy. W terapii to przejaw zdrowienia, oczyszczania się i gojenia starych, nadal krwawiących ran, dzięki czemu pacjenci uczą się rozpoznawać swoje emocje, potrzeby i zaspokajać je. A kiedy przeszłość przestaje budzić silne emocje, przychodzi czas na etap trzeci – odbudowywanie, a czasem nawiązywanie, zdrowych relacji z innymi.

Na początku terapii trudno czasem powiedzieć, jak wiele etapów trzeba z terapeutą przejść, żeby dokonane zmiany stały się naturalnym procesem rozwoju. Jest wiele osób z DDA, które rozpoczynają terapię dopiero w stanie ostrego kryzysu, wtedy, gdy ich dotychczasowe strategie przestają działać – dla nich główną zmianą będzie uporządkowanie życia i spraw aktualnych.

Inni mają wszystko dobrze poukładane i świetnie sobie radzą z zadaniami, ale nie potrafią tego w sferze emocji – wymykają się im spod kontroli. Dla tych osób najważniejsze jest nauczenie się, jak obchodzić się z napięciami i czerpać siły z emocji. Jeszcze inni radzą sobie we wszystkich obszarach życia, poza budowaniem kontaktów, gdyż mają wiele lęków i ostrożności w relacjach społecznych. Na terapii poznają tego przyczyny i otwierają się na innych i samych siebie.