1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Ireneusz Czop – droga do siebie

Ireneusz Czop – droga do siebie

Teatr da się porównać do kolacji u bliskiej osoby przygotowanej specjalnie dla nas. Serial to szybkie, niezłe danie kupione na ulicy – twierdzi wybitny aktor,  laureat Nagrody im. Aleksandra Zelwerowicza Ireneusz Czop. Mówi nam co – prócz pieniędzy – daje mu aktorski fast food i dlaczego wykonuje ten zawód przede wszystkim dla siebie.

Grałeś dotychczas w aż dziewięciu serialach...

Tak. Teraz gram już tylko w dwóch.

Te najbardziej popularne to: „Samo Życie”, „Plebania”, „Sprawa na dziś”, „Kopciuszek”, „Świat według Kiepskich”. Jak wyglądało ich powstawanie od kulis?

Szybko (śmiech). Jak w dobrze zorganizowanym kombinacie produkcyjnym. I nie oszukujmy się, wiadomo też od początku, że nasza praca to nie będzie wielka artystyczna kreacja. Chociaż są też zabawne i inspirujące chwile. W „Sprawie na dziś” grałem dziennikarza, powiedzmy, interwencyjnego. W jednym z odcinków chodziło o konflikt na targowisku. Okazało się, że scenariusz pokrywał się z przejściami handlowców. Zanim zdążyliśmy wytłumaczyć, że to film, robiłem prawdziwe wywiady na żywo. Kompletny chaos. Niesamowite emocje – ich i nasze. Swoją droga szkoda, że wszystko to, czego się wtedy dowiedzieliśmy, nie miało żadnego wpływu na sytuację tych kupców... W „Samym życiu” zaś co odcinek miałem innego psa. To było zupełne szaleństwo, nie sposób było nad nimi zapanować, choć oczywiście psy były tresowane. Ja potem chyba też.

Taki jesteś samokrytyczny? Serial to tresura?

Tak. Warunki, w których powstaje serial, nie dają możliwości pogłębienia roli, wybicia problemu. Często z dnia na dzień dostaje kilkanaście stron scenariusza, którego muszę się przez noc nauczyć na pamięć. Na planie filmują nas dwie kamery. W ciągu jednego dnia powstają sceny do kilku odcinków – jedno ujęcie jest na jutro, inne na przyszły wtorek. Przebieram się więc kilkanaście razy. Ledwo się zorientuje, skąd wchodzę i jak mam stać, a już kręcimy. Jednego dnia gram różne stany emocjonalne i różne sytuacje – a przez plan przewija się kilkudziesięciu aktorów, pracowników technicznych.

Jakbyś porównał pracę w teatrze i serialu?

Serial to szybkie, niezłe danie kupione na ulicy. Teatr to kolacja u bliskiej osoby przygotowana specjalnie dla ciebie.

Skoro tak, po co aktorzy grają w serialach?

Dla próżności, dla pieniędzy. Tyle mogę powiedzieć o sobie. Niemniej to zjawisko stało się zupełnie naturalne – jest po prostu jednym z rodzajów pracy.

Faktycznie, z trudem można wymienić nazwiska aktorów, którzy w serialu nie zagrali.

No właśnie. Bez względu na to, jakie walory ma teatr, nie daje takiej popularności ani honorariów jak serial. Jeden dzień zdjęciowy w serialu to miesięczna gaża teatralna.

Ale gdybyś miał propozycję zagrania w jednym roku czterech wielkich dramatycznych ról, zrezygnowałbyś z seriali?

Częściowo już od tego odszedłem. Kiedyś zrezygnowałem z serialu, w którym zagrałem chyba ze dwieście odcinków, dla jednej roli w teatrze. Ale tak zupełnie nie zrezygnowałbym.

Masz na koncie najważniejsze aktorskie nagrody. Po co ci seriale?

Bo granie w serialach pomaga mi zachować równowagę. Wiem, że zabrzmi to egzaltowanie, ale kiedy gram w teatrze duża dramatyczna role, jak ostatnio Makbeta, wyłączam się z życia. Po spektaklu nie wiem, jak wrócić na ziemię. Czasem jestem tak wyczerpany, że mam wrażenie, jakbym nie żył – że wszystko się toczy gdzieś obok mnie. Jakbym miał w głowie tylko jeden temat, którym jest moja rola, jej świat i to jest niemal jak obsesja. Bałbym się więc zamknąć w teatrze, bo chyba bym zwariował. Tymczasem serial nauczył mnie, że nie zawsze trzeba wchodzić w swoje wnętrze z żyletkami. Daje mi oddech, kontakt z wieloma ludźmi.

Jako dziecko chciałeś być aktorem?

Nie. Przed szkoła teatralna byłem może dwa razy w teatrze.

A co robiłeś?

Uczyłem się w technikum elektrycznym. Grałem zawodowo w piłkę. Ale myślałem, żeby być... księdzem (śmiech). Potem planowałem zdawać na polonistykę. Tysiące pomysłów. Krótko mówiąc, bardzo długo nie wiedziałem, kim jestem.

Co to znaczy?

Nie wiedziałem i nie zastanawiałem się, jaka jest moja tożsamość, samoświadomość i kim chcę być. Bardzo długo też potrzebowałem i szukałem autorytetów.

Zabrakło ich?

Ludzie są zajęci sobą! To właśnie spowodowało, że bardzo ich potrzebowałem. Szukałem. Trochę na oślep. Wszystko miało totalne bieguny. Pomiędzy koncertami w kościołach, oazą i bijatykami na ulicy.

Nic nie mówisz o rodzicach.

Moi rodzice wcześnie się rozwiedli – byłem rozdarty pomiędzy nimi i ich bardzo różnorodnymi światami. Byłem jakoś rozbity wewnętrznie, czego oni chyba nie widzieli. Trochę tak jak młody wilk, który nie wie, od kogo oberwie, a od kogo dostanie trochę czułości. Szukałem jej.

A jak trafiłeś do szkoły?

Szkoła teatralna była zupełnie nieświadomym wyborem. Wątpliwości co do wykonywanej pracy i tego, kim jestem, ciągle więc w dorosłym życiu wracały. Moi rodzice zresztą nigdy nie cenili i nie akceptowali tego zawodu. Ale aktorstwo mi się „udawało”, przychodziło mi łatwo. I podobało się innym.

Chodziło o akceptację?

Może tak. Ale też przyszedł dzień, kiedy w końcu musiałem odpowiedzieć sobie na pytanie, czy chcę ten zawód wykonywać po prostu dla siebie.

Miałeś moment, że chciałeś rzucić aktorstwo?

Tak. I to się stało. Pracowałem od paru lat w zawodzie, i w kraju, i za granica, czasem brałem takie rzeczy do grania, że jeszcze mi wstyd. Miałem już parę nagród i etat w teatrze. Ale nic się nie kleiło. Poczułem, że robię coś nieistotnego dla siebie, dla ludzi; że chodzę na szychtę. Któregoś dnia straciłem reklamę za ciężką kasę. Nie dogadywałem się w teatrze. Straciłem etat. Oczywiście myślałem, że nikomu na mnie nie zależy. Chyba depresja? I pamiętam taką sytuację: mój synek ma rok, a ja bez pracy i pieniędzy kompletnie bez celu włóczę się po Łodzi... Czułem, że rodzina miała racje, mówiac: „Elektrykiem byś był, hydraulikiem. A tak jak pajac...”. Kilka miesięcy siedziałem w domu. Potem sprzedawałem polary. Ta sytuacja powtórzyła się kilkanaście miesięcy później. Bo na chwilę do teatru wróciłem. W tamtym okresie miałem bardzo długą rozmowę z Maciejem Prusem – powiedziałem mu, że się do tego nie nadaję.

Jednocześnie wiedząc, że jesteś dobrym aktorem. Ile miałeś wtedy lat?

Około 32. Ale ja naprawdę bardzo długo dojrzewałem. Kilka razy zmieniałem teatr, w którym pracowałem. W końcu nie pracowałem w żadnym.

W tej chwili jesteś jednym z najważniejszych aktorów teatralnych w Polsce. To wydarzyło się w ciągu ostatnich dwóch lat. Zastanawiam się, jak i po co wróciłeś do teatru.

Myślę, że zamknąłem czas bycia gówniarzem, gościem, który sobą szastał na lewo i prawo, bez kręgosłupa. Zrozumiałem też, jak ogromna mam potrzebę bycia z ludźmi. Ale też szczególnego rodzaju bycia. Zespół teatralny jest teamem. A jednocześnie zajmuję się dotykaniem tego, co w człowieku trudne, bolesne, niebezpieczne – ponosi ryzyko, może się zderzać z różnymi żywiołami, które są w nas, a mimo to ciągle być RAZEM... Może to brzmi oazowo, ale ja w to wierzę i to jest dla mnie bardzo ważne. Nie interesuje mnie życie na poziomie imprezy disco. W Kościele tego, co w teatrze, nie znalazłem, w sporcie też nie. Wiem też już, jaki jestem – jak bardzo się boję, jak często w siebie nie wierzę: boję się, że zmarnuję życie, że źle wybrałem, że nie umiem kochać... Ale okazuje się, że te same wątpliwości mają ludzie na widowni. Kiedy czuję, że energia przechodzi na widownie, a widz ją oddaje, to fantastyczne.

Podczas pracy nad swoją ostatnia rola, Makbetem, powiedziałeś: „Przerażają mnie ciemne instynkty, które trzeba znaleźć, żeby wejść w tę postać, ale też fascynują”.

Bo aktorstwo to trochę filozofia w praktyce, poznawanie różnych aspektów człowieczeństwa. Może też i autoterapia? Zobaczenie, że jest się takim samym jak inni ludzie. A jednocześnie mierzenie się z czymś mrocznym w sobie. Ten zawód nie jest po to, żeby odgrywać psychodramy, chociaż często się tym posługujemy. To jest narzędzie, nie cel. Myślę, że każdy ma w sobie wszystko. Może to banalne, ale człowiek składa się z wielu ludzi. W sztuce nie chodzi o ocenę czyjegoś życia, ale o obraz, o wizerunek. Ten sposób pracy jest nieznośny dla moich bliskich. Bo wyginam ich cierpliwość tym moim grzebaniem w sobie i w innych. Ludzie przecież są normalni, starają się nie zabierać pracy do domu, a ja dom i całe życie zabieram do roboty. Czasem myślę, że to obsesyjne, chore. Dlatego mam normalny dom, normalna one i syna. Robię coś w ogródku. Medytuję.

Ale takie namiętne podejście do zawodu chyba pomaga w aktorstwie?

I tak, i nie. Raz przez to, że zdecydowałem się na kilka ról jednocześnie, pracowałem non stop i wylądowałem w szpitalu.

Jednak te gorącą emocjonalność widać w tym, jak grasz. Tym bardziej że są to zazwyczaj ludzie wykluczeni, odrzuceni albo psychopaci.

Nie bronię postaci, same się bronią, jeżeli mają w sobie krew i rodzaj iskry. Zmierzenie się z Clintem w „Blasku życia” to wyzwanie. Clint to morderca, gwałciciel i manipulator, a moja żona mówi, że go lubi. Taki facet, co zaprasza w czarną, przerażającą przestrzeń i robi to z wdziękiem chłopca... Albo Edmond, jubiler z USA, który nie potrafi już żyć mieszczańskim życiem. Zostawia dom, żonę, pieniądze i... spada na dno; w morderstwo, piekło męskiego więzienia, żeby właśnie tam znaleźć spokój. Biff ze „śmierci komiwojażera” jest mi dużo bliższy, ale trudno mówi się sobie i ojcu, nawet scenicznemu, że jest się nikim. Paradoksalnie jednak po Makbecie, który był bardzo wyczerpującą pracą, eksplorującą ciemną stronę natury, czuję się dziś wewnętrznie jaśniejszy.

W życiu także?

Dzisiaj mogę podziękować, że jestem w miejscu, w którym jestem, i że moją droga wyglądała tak właśnie. Ten czas pokazał mi, czego szukałem w zawodzie.

Czego?

Siebie.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE