1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Ireneusz Czop - Droga do siebie

Ireneusz Czop - Droga do siebie

Teatr da się porównać do kolacji u bliskiej osoby przygotowanej specjalnie dla nas. Serial to szybkie, niezłe danie kupione na ulicy – twierdzi wybitny aktor,  laureat Nagrody im. Aleksandra Zelwerowicza Ireneusz Czop. Mówi nam co – prócz pieniędzy – daje mu aktorski fast food i dlaczego wykonuje ten zawód przede wszystkim dla siebie.

Teatr da się porównać do kolacji u bliskiej osoby przygotowanej specjalnie dla nas. Serial to szybkie, niezłe danie kupione na ulicy – twierdzi wybitny aktor,  laureat Nagrody im. Aleksandra Zelwerowicza Ireneusz Czop. Mówi nam co – prócz pieniędzy – daje mu aktorski fast food i dlaczego wykonuje ten zawód przede wszystkim dla siebie. – Grałeś dotychczas w aż dziewięciu serialach...

– Tak. Teraz gram juz tylko w dwóch.

– Te najbardziej popularne to: „Samo Życie”, „Plebania”, „Sprawa na dziŚ”, „Kopciuszek”, „Świat według Kiepskich”. Jak wygladało ich powstawanie od kulis?

– Szybko (Śmiech). Jak w dobrze zorganizowanym kombinacie produkcyjnym. I nie oszukujmy się, wiadomo też od poczatku, że nasza praca to nie będzie wielka artystyczna kreacja. Chociaż są też zabawne i inspirujące chwile. W „Sprawie na dziś” grałem dziennikarza, powiedzmy, interwencyjnego. W jednym z odcinków chodziło o konflikt na targowisku. Okazało się, że scenariusz pokrywał się z przejściami handlowców. Zanim zdążylismy wytłumaczyc, że to film, robiłem prawdziwe wywiady na żywo. Kompletny chaos. Niesamowite emocje – ich i nasze. Swoją droga szkoda, że wszystko to, czego się wtedy dowiedzieliśmy, nie miało żadnego wpływu na sytuację tych kupców... W „Samym życiu” zaś co odcinek miałem innego psa. To było zupełne szaleństwo, nie sposób było nad nimi zapanować, choć oczywiście psy były tresowane. Ja potem chyba też.

– Taki jesteś samokrytyczny? Serial to tresura?

– Tak. Warunki, w których powstaje serial, nie dają możliwości pogłębienia roli, wybicia problemu. Często z dnia na dzień dostaje kilkanaście stron scenariusza, którego muszę się przez noc nauczyć na pamięć. Na planie filmują nas dwie kamery. W ciągu jednego dnia powstają sceny do kilku odcinków – jedno ujęcie jest na jutro, inne na przyszły wtorek. Przebieram się więc kilkanaście razy. Ledwo się zorientuje, skąd wchodzę i jak mam stać, a już kręcimy. Jednego dnia gram rózne stany emocjonalne i rózne sytuacje – a przez plan przewija sie kilkudziesięciu aktorów, pracowników technicznych.

– Jakbyś porównał pracę w teatrze i serialu?

– Serial to szybkie, niezłe danie kupione na ulicy. Teatr to kolacja u bliskiej osoby przygotowana specjalnie dla ciebie.

– Skoro tak, po co aktorzy grają w serialach?

– Dla próżności, dla pieniędzy. Tyle mogę powiedzieć o sobie. Niemniej to zjawisko stało się zupęłnie naturalne – jest po prostu jednym z rodzajów pracy.

– Faktycznie, z trudem można wymienić nazwiska aktorów, którzy w serialu nie zagrali.

– No właśnie. Bez względu na to, jakie walory ma teatr, nie daje takiej popularności ani honorariów jak serial. Jeden dzień zdjęciowy w serialu to miesięczna gaża teatralna.

– Ale gdybyś miał propozycję zagrania w jednym roku czterech wielkich dramatycznych ról, zrezygnowałbyś z seriali?

– Czesciowo juz od tego odszedłem. Kiedys zrezygnowałem z serialu, w którym zagrałem chyba ze dwieście odcinków, dla jednej roli w teatrze. Ale tak zupełnie nie zrezygnowałbym.

 
– Masz na koncie najważniejsze aktorskie nagrody. Po co ci seriale?

– Bo granie w serialach pomaga mi zachowac równowage. Wiem, że zabrzmi to egzaltowanie, ale kiedy gram w teatrze duża dramatyczna role, jak ostatnio Makbeta, wyłaczam sie z życia. Po spektaklu nie wiem, jak wrócić na ziemię. Czasem jestem tak wyczerpany, że mam wrażenie, jakbym nie zył – że wszystko się toczy gdzieś obok mnie. Jakbym miał w głowie tylko jeden temat, którym jest moja rola, jej swiat i to jest niemal jak obsesja. Bałbym się więc zamknąć w teatrze, bo chyba bym zwariował. Tymczasem serial nauczył mnie, że nie zawsze trzeba wchodzić w swoje wnętrze z żyletkami. Daje mi oddech, kontakt z wieloma ludżmi.

– Jako dziecko chciałeś być aktorem?

– Nie. Przed szkoła teatralna byłem może dwa razy w teatrze.

– A co robiłeś?

– Uczyłem się w technikum elektrycznym. Grałem zawodowo w piłkę. Ale myślałem, żeby być... księdzem (śmiech). Potem planowałem zdawać na polonistykę. Tysiące pomysłów. Krótko mówiąc, bardzo długo nie wiedziałem, kim jestem.

– Co to znaczy?

– Nie wiedziałem i nie zastanawiałem się, jaka jest moja tożsamość, samoświadomość i kim chcę być. Bardzo długo też potrzebowałem i szukałem autorytetów.

– Zabrakło ich?

– Ludzie są zajęci sobą! To własnie spowodowało, że bardzo ich potrzebowałem. Szukałem. Trochę na oślep. Wszystko miało totalne bieguny. Pomiędzy koncertami w kosciołach, oazą i bijatykami na ulicy.

– Nic nie mówisz o rodzicach.

– Moi rodzice wcześnie się rozwiedli – byłem rozdarty pomiędzy nimi i ich bardzo róznorodnymi swiatami. Byłem jakoś rozbity wewnętrznie, czego oni chyba nie widzieli. Trochę tak jak młody wilk, który nie wie, od kogo oberwie, a od kogo dostanie trochę czułości. Szukałem jej.

– A jak trafiłeś do szkoły? – Szkoła teatralna była zupęłnie nieświadomym wyborem. Wątpliwości co do wykonywanej pracy i tego, kim jestem, ciągle więc w dorosłym życiu wracały. Moi rodzice zresztą nigdy nie cenili i nie akceptowali tego zawodu. Ale aktorstwo mi się „udawało”, przychodziło mi łatwo. I podobało się innym.

– Chodziło o akceptację?

– Może tak. Ale też przyszedł dzień, kiedy w końcu musiałem odpowiedzieć sobie na pytanie, czy chcę ten zawód wykonywać po prostu dla siebie.

 
– Miałeś moment, że chciałeś rzucić aktorstwo?

– Tak. I to się stało. Pracowałem od paru lat w zawodzie, i w kraju, i za granica, czasem brałem takie rzeczy do grania, że jeszcze mi wstyd. Miałem już parę nagród i etat w teatrze. Ale nic się nie kleiło. Poczułem, że robię coś nieistotnego dla siebie, dla ludzi; że chodzę na szychtę. Któregoś dnia straciłem reklame za ciezką kasę. Nie dogadywałem się w teatrze. Straciłem etat. Oczywiście myślałem, że nikomu na mnie nie zależy. Chyba depresja? I pamiętam taką sytuację: mój synek ma rok, a ja bez pracy i pieniędzy kompletnie bez celu włóczę się po Łodzi... Czułem, że rodzina miała racje, mówiac: „Elektrykiem byś był, hydraulikiem. A tak jak pajac...”. Kilka miesięcy siedziałem w domu. Potem sprzedawałem polary. Ta sytuacja powtórzyła się kilkanascie miesiecy pózniej. Bo na chwilę do teatru wróciłem. W tamtym okresie miałem bardzo długą rozmowę z Maciejem Prusem – powiedziałem mu, że się do tego nie nadaję.

– Jednoczesnie wiedząc, że jesteś dobrym aktorem. Ile miałeś wtedy lat?

– Około 32. Ale ja naprawdę bardzo długo dojrzewałem. Kilka razy zmieniałem teatr, w którym pracowałem. W końcu nie pracowałem w żadnym.

– W tej chwili jesteś jednym z najważniejszych aktorów teatralnych w Polsce. To wydarzyło się w ciągu ostatnich dwóch lat. Zastanawiam się, jak i po co wróciłeś do teatru.

– Myślę, że zamknałem czas bycia gówniarzem, gościem, który sobą szastał na lewo i prawo, bez kregosłupa. Zrozumiałem też, jak ogromna mam potrzebę bycia z ludźmi. Ale też szczególnego rodzaju bycia. Zespół teatralny jest teamem. A jednocześnie zajmuję się dotykaniem tego, co w człowieku trudne, bolesne, niebezpieczne – ponosi ryzyko, może się zderzać z różnymi żywiołami, które są w nas, a mimo to ciągle być RAZEM... Może to brzmi oazowo, ale ja w to wierzę i to jest dla mnie bardzo ważne. Nie interesuje mnie życie na poziomie imprezy disco. W Kościele tego, co w teatrze, nie znalazłem, w sporcie też nie. Wiem też już, jaki jestem – jak bardzo się boję, jak często w siebie nie wierzę: boję się, że zmarnuję życie, że źle wybrałem, że nie umiem kochać... Ale okazuje się, że te same watpliwości mają ludzie na widowni. Kiedy czuję, że energia przechodzi na widownie, a widz ją oddaje, to fantastyczne.

– Podczas pracy nad swoją ostatnia rola, Makbetem, powiedziałeś: „Przerażają mnie ciemne instynkty, które trzeba znależć, żeby wejść w tę postać, ale też fascynują”.

– Bo aktorstwo to troche filozofia w praktyce, poznawanie róznych aspektów człowieczeństwa. Może też i autoterapia? Zobaczenie, że jest się takim samym jak inni ludzie. A jednocześnie mierzenie się z czymś mrocznym w sobie. Ten zawód nie jest po to, żeby odgrywać psychodramy, chociaż często się tym posługujemy. To jest narzędzie, nie cel. Myślę, że każdy ma w sobie wszystko. Może to banalne, ale człowiek składa się z wielu ludzi. W sztuce nie chodzi o ocenę czyjegoś życia, ale o obraz, o wizerunek. Ten sposób pracy jest nieznośny dla moich bliskich. Bo wyginam ich cierpliwość tym moim grzebaniem w sobie i w innych. Ludzie przecież są normalni, starają się nie zabierać pracy do domu, a ja dom i całe życie zabieram do roboty. Czasem myślę, że to obsesyjne, chore. Dlatego mam normalny dom, normalna one i syna. Robię coś w ogródku. Medytuję.

– Ale takie namiętne podejście do zawodu chyba pomaga w aktorstwie?

– I tak, i nie. Raz przez to, że zdecydowałem się na kilka ról jednocześnie, pracowałem non stop i wylądowałem w szpitalu.

– Jednak te goracą emocjonalność widać w tym, jak grasz. Tym bardziej że są to zazwyczaj ludzie wykluczeni, odrzuceni albo psychopaci.

– Nie bronię postaci, same się bronią, jeżeli mają w sobie krew i rodzaj iskry. Zmierzenie się z Clintem w „Blasku życia” to wyzwanie. Clint to morderca, gwałciciel i manipulator, a moja żona mówi, że go lubi. Taki facet, co zaprasza w czarną, przerażającą przestrzeń i robi to z wdziękiem chłopca... Albo Edmond, jubiler z USA, który nie potrafi już żyć mieszczańskim życiem. Zostawia dom, żonę, pieniądze i... spada na dno; w morderstwo, piekło meskiego więzienia, żeby właśnie tam znaleźć spokój. Biff ze „śmierci komiwojażera” jest mi dużo bliższy, ale trudno mówi się sobie i ojcu, nawet scenicznemu, że jest sie nikim. Paradoksalnie jednak po Makbecie, który był bardzo wyczerpujacą pracą, eksplorujacą ciemną stronę natury, czuję się dziś wewnętrznie jaśniejszy.

– W życiu także?

– Dzisiaj mogę podziękować..., że jestem w miejscu, w którym jestem, i że moją droga wygladała tak właśnie. Ten czas pokazał mi, czego szukałem w zawodzie.

– Czego?

– Siebie.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Anthony Hopkins w nowym filmie "Wirtuoz. Pojedynek zabójców" - zwiastun i data premiery

Dwukrotny laureat Oscara Anthony Hopkins jako tajemniczy szef płatnego zabójcy w filmie
Dwukrotny laureat Oscara Anthony Hopkins jako tajemniczy szef płatnego zabójcy w filmie "Wirtuoz. Pojedynek morderców". (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
W thrillerze noir „Wirtuoz. Pojedynek morderców” dwukrotny laureat Oscara Anthony Hopkins wciela się w postać tajemniczego szefa płatnego zabójcy granego przez Ansona Mounta. Nowy film Nicka Stagliano zadebiutuje na VOD już 5 maja.

W thrillerze noir „Wirtuoz. Pojedynek morderców” dwukrotny laureat Oscara Anthony Hopkins wciela się w postać tajemniczego szefa płatnego zabójcy granego przez Ansona Mounta. Nowy film Nicka Stagliano zadebiutuje na VOD już 5 maja.

Jest opanowany, skrupulatny i działa z morderczą precyzją. Wirtuoz to bezimienny zabójca na zlecenie, który od swojego mentora otrzymuje najtrudniejsze zadanie w dotychczasowej karierze. Musi wytropić i zabić zbuntowanego zabójcę, nie wie jednak, kto jest jego celem. Zna tylko czas i miejsce, gdzie będzie mógł spotkać swoją przyszłą ofiarę. Co zrobi, kiedy na jego drodze stanie piękna kobieta? Czy wytropi cel i idealnie wykona zadanie?

W rolach głównych występują: Anthony Hopkins („Milczenie owiec”), Anson Mount („Non-Stop”), Abbie Cornish („Jestem Bogiem”), Eddie Marsan („Dżentelmeni”). Za reżyserię odpowiada Nick Stagliano („Good Day For It”), który jest także współscenarzystą i producentem filmu.

https://www.youtube.com/watch?v=qWcW4vFHNfs&feature=youtu.be

- Mentor jest silną postacią. To co mi się najbardziej spodobało to prostota. Nick Stagliano w bardzo prosty sposób ułożył scenariusz. Nie przereżyserował go na papierze. Czasami trzeba przedzierać się przez scenariusze z ogromną liczbą wskazówek scenicznych. Ten z kolei był bardzo klarowny i napisany wprost – mówi Anthony Hopkins.

- Od zawsze fascynowało mnie, jaki wpływ na nas, ludzi, ma poczucie winy. Dlatego postanowiłem stworzyć  historię, w której główny bohater, będący w rzeczywistości złym człowiekiem, staje w obliczu poczucia winy, sumienia, współczucia i emocji, które zaczynają przejmować nad nim władzę – dodaje reżyser Nick Stagliano.

Film dostępny będzie od 5 maja na platformach VOD: ipla, vod.pl, Orange VOD, premiery Canal+, platforma CANAL+, Chili, PLAY NOW, Multimedia GO, mojeekino.pl, e-kinopodbaranami, TVP VOD, Vectra i UPC Polska.

  1. Kultura

Płyty miesiąca - nowości muzyczne

Relaks z dobrą muzyką to idealny pomysł na odpoczynek po pracy (Fot. iStock)
Relaks z dobrą muzyką to idealny pomysł na odpoczynek po pracy (Fot. iStock)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Dobrej muzyki nigdy za dużo. Wieczór z dobrą płytą to idealny sposób na relaks. W tym  miesiącu polecamy kilka nowości, które mogą wzbogacić waszą płytotekę.

Zaskoczenie

Pat Metheny „Road To The Sun”

Pat Metheny wydał już kilkadziesiąt płyt (za które dostał aż 20 nagród Grammy), ale takiej w swojej dyskografii jeszcze nie miał. Własne kompozycje powierzył bowiem pięciu innym gitarzystom: czterem weteranom z Los Angeles Guitar Quartet oraz gwiazdorowi filharmonicznych sal – Jasonowi Vieaux. Sam materiał to dwie kilkuczęściowe suity, którym zdecydowanie bliżej do muzyki kameralnej niż jazzu. Równie zaskakujący, co interesujący debiut Metheny’ego w nowej roli.

Pat Metheny „Road To The Sun”, Warner Pat Metheny „Road To The Sun”, Warner

Sprawdzona formuła

Mogwai „As The Love Continues”

Szkockie Mogwai od ćwierć wieku nagrywa na przemian nowe płyty studyjne i soundtracki (ostatnio do serialu „Zero Zero Zero”). Niespecjalnie zmienia się też jego muzyka. Wciąż może ona służyć za definicję post-rocka: cicho, głośniej, kulminacja, znów cicho, powtórz. Ale jak słusznie zauważają sami Szkoci, gdy ten gatunek podbijał muzyczny rynek, wielu obecnych słuchaczy jeszcze nie było na świecie. A starszym fanom ta formuła i tak nigdy się nie znudzi.

Mogwai „As The Love Continues”, Rock Action/PIAS Mogwai „As The Love Continues”, Rock Action/PIAS

Lekcja muzyki

Wau Wau Collectif „Yaral Sa Doom”

Trzy lata temu pewien szwedzki producent udał się do rybackiej wioski w Senegalu, by nagrać improwizacje tamtejszych muzyków. Później materiał szlifował z nimi zdalnie. Teraz możemy posłuchać efektów tej przygody w wykonaniu ponad 20 muzyków, dla których afrykański jazz, blues, dub i pieśni sufickie są jak „różne gatunki ryb pływające w tym samym oceanie”. Usłyszymy tu też chór dziecięcy, bo ta płyta to jedno wielkie wezwanie, żeby edukować i uwrażliwiać przez sztukę.

Wau Wau Collectif „Yaral Sa Doom”, Sahel Sounds Wau Wau Collectif „Yaral Sa Doom”, Sahel Sounds

Żywiołowo

Julia Stone „Sixty Summers”

Julia Stone tym razem bez brata, za to w innym doborowym towarzystwie. Australijska gwiazda folku nie przestaje muzykować z bratem pod szyldem Angus & Julia Stone, jednak po długiej przerwie od solowej kariery postanowiła przejrzeć dziesiątki swoich próbnych nagrań z ostatnich lat i wybrać tuzin najlepszych. Nie robiła tego sama, bo współproducentką nowej płyty jest mistrzyni pogmatwanych piosenek Annie Erin Clark, znana jako St. Vincent, a wśród gości pojawiają się Matt Berninger oraz Bryce Dessner z zespołu The National. Wspólnymi siłami pomogli Stone oderwać się od akustycznych łagodności – choć ich tu rzecz jasna nie brakuje – i popróbować syntezatorowego popu czy funku. Żywiołem Stone pozostaje jednak scena. Warto więc zajrzeć także na jej kanał YouTube, na którym opublikowała cały koncert z premierowym materiałem. Przy okazji zbierała fundusze dla poszkodowanych przez pandemię muzyków.

Julia Stone „Sixty Summers”, Warner Julia Stone „Sixty Summers”, Warner

  1. Kultura

Krystyna Janda promuje czytanie poezji

W ramach projketu
W ramach projketu "Poezja" Krystyna Janda przedstawi swoją interpretację poezji francuskiego autora Guillaume’a Apollinaire’a. (Fot. Adam Kłosiński)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Trwa projekt „Poezja”, czyli cykl spotkań online, podczas których znani aktorzy przedstawiają swoje interpretacje wierszy wybitnych poetów. W tym tygodniu Krystyna Janda zmierzy się z poezją francuskiego autora Guillaume’a Apollinaire’a. 

Trwa projekt „Poezja”, czyli cykl spotkań online, podczas których znani aktorzy przedstawiają swoje interpretacje wierszy wybitnych poetów. W tym tygodniu Krystyna Janda zmierzy się z poezją francuskiego autora Guillaume’a Apollinaire’a. 

W ramach projektu "Poezja" powstaje seria transmisji online, podczas których znani aktorzy interpretują wiersze  światowych poetów. Projekt, podobnie jak sama poezja, ma mieć wymiar międzynarodowy. Wiersze czytać będą znane osobistości, a transmisje będą nadawane z różnych krajów. Projekt ma na celu popularyzację czytania literatury, w szczególności poezji.

- „Poezja” w nazwie projektu występuje samotnie, bez dodatków, co jeszcze bardziej uwydatnia jej siłę. Jednocześnie poezja może mieć inne znaczenie w zależności od odbiorcy. Z poezją można mieć kontakt powierzchowny lub bardzo intymny, może wywoływać śmiech lub rozpacz, zawsze jednak ma ona efekt wyzwalający, pozwalając odkrywać i lepiej zrozumieć nas samych i otaczający nas świat. Poezja to wolność sama w sobie, jednak bez aktywnego udziału odbiorcy traci swoją wyzwalającą moc. Poezję trzeba więc najpierw uwolnić poprzez jej czytanie, aby mogła ona odwdzięczyć się odbiorcy tym samym - czytamy na stronie internetowej organizatora akcji, Galerii Pure Egoism.

Do tej pory w projekcie wzięli udział: Jan Peszek, który zaprezentował wiersze Krzysztofa Kamila Baczyńskiego oraz Janusz Andrzejewski, w interpretacji wierszy Marcina Barana. Transmisje można obejrzeć na profilu facebookowym Galerii Pure Egoism.

Gościem kolejnej transmisji będzie aktorka, reżyserka i pisarka Krystyna Janda. W środę 28 kwietnia 2021 o godz. 17:00 aktorka zaprezentuje wiersze Guillaume’a Apollinaire’a, francuskiego poety awangardowego, autora prozy i esejów. Urodzony w 1880 roku we Włoszech Guillaume Apollinaire przyjaźnił się z Picassem, pisał dla niego wiersze, uważając kubistyczne obrazy malarza za idealne dopełnienie własnych idei. Twórczość Apollinaire’a sytuuje się na granicy słowa i obrazu, formy jego wierszy mają kształt, który, obok treści, również jest nośnikiem znaczenia. Ta wyjątkowa forma działa na wyobraźnię, ma charakter figuratywny.

W najbliższą środę o godz. 17:00 zapraszamy na rozmowę z Krystyną Jandą, podczas której zaprezentujemy wiersze...

Opublikowany przez PURE ƎGOISM Piątek, 23 kwietnia 2021

 

Spotkanie i rozmowę z Krystyną Jandą poprowadzi Krzysztof Maruszewski, właściciel Galerii Pure Egoism oraz prezes Stilnovisti, partnera projektu „Poezja”. Transmisja na żywo wydarzenia rozpocznie się w środę 28 kwietnia, o godz. 17:00 na profilu Facebook Galerii Pure Egoism.

  1. Kultura

Galeria Zwierciadła - Czarodziej Henryka Strenga

Obraz „Czarodziej przy zielonej skale” wśród innych prac można oglądać na wystawie „Henryk Streng/Marek Włodarski i modernizm żydowsko-polski” w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, która ma potrwać do 9 maja.
Obraz „Czarodziej przy zielonej skale” wśród innych prac można oglądać na wystawie „Henryk Streng/Marek Włodarski i modernizm żydowsko-polski” w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, która ma potrwać do 9 maja.
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Przed wojną Henryk Streng, po niej – Marek Włodarski. Powiedzieć, że to malarz zupełnie zapomniany, jest przesadą. Ale zdecydowanie był dotąd za słabo znany.

Kiedy malował „Czarodzieja przy zielonej skale”, miał 27 lat i wyrastał już na jedną z najciekawszych postaci sztuki nowoczesnej międzywojennego Lwowa. Niedawno wrócił do rodzinnego miasta z Paryża. Studiował tam u kubisty Fernanda Légera, poznał się także z papieżem surrealizmu Andrém Bretonem.

Wpływy jednego i drugiego widoczne są w „Czarodzieju...”, ale jeszcze wyraźniej daje jednak o sobie znać oryginalna indywidualność Henryka Strenga (1903–1960). Jako polski Żyd mieszkający w wieloetnicznym Lwowie przyzwyczajony był do czerpania z wielu źródeł i łączenia różnorodnych inspiracji. Angażował się politycznie po lewej stronie, ale jednocześnie przyjaźnił z wizjonerem Brunonem Schulzem. W sztuce interesował go realizm, ale zarazem fascynowała możliwość jego przekroczenia w stronę metafizyki, a nawet abstrakcji.

W czasie drugiej wojny światowej był świadkiem unicestwiania wielo­kulturowego świata, którego był obywatelem, przez dwa totalitaryzmy: hitlerowski i stalinowski. Uczestniczył w kampanii wrześniowej jako żołnierz. Później jako Żyd musiał się ukrywać – dosłownie – za szafą u swojej przyszłej żony, malarki Janiny Brosch. W 1944 roku oboje przedostali się ze Lwowa do Warszawy, zdążyli akurat na powstanie, podczas którego artysta został aresztowany i osadzony w obozie koncentracyjnym Stutthof. Przeżył cudem, ale nie jako Henryk Streng, lecz Marek Włodarski. Przybrał to nazwisko jeszcze w latach okupacji i po wojnie przy nim pozostał. Jak wielu ocalonych z Holokaustu uznał, że jego dawną tożsamość przekreśliła Zagłada. Rodzona córka Marka Włodarskiego, polskiego malarza z komunistycznej Warszawy, miała 24 lata, kiedy dowiedziała się, że był kiedyś ktoś taki jak Henryk Streng, żydowski artysta z przedwojennego Lwowa.

Powojenny artysta Marek Włodarski to malarz co najmniej równie ciekawy jak Streng – i jednocześnie nie tyle niedoceniony, ile słabo znany. Powiedzieć, że Streng /Włodarski to postać zapomniana, byłoby przesadą. Na to był to zbyt tęgi malarz. Fakty jednak są takie, że po drugiej wojnie światowej nie odbyła się żadna indywidualna wystawa artysty. Ani za jego życia, ani później. Aż do teraz, bo zakrojoną na szeroką skalę prezentację Henryka Strenga/Marka Włodarskiego przygotowało Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Całe szczęście, że jej otwarcie zbiegło się z poluzowaniem epidemicznych obostrzeń. Najmniej znany z najwybitniejszych polskich modernistów ma teraz nie tylko pokaz, lecz także publiczność, na którą bez wątpienia zasługuje. 

  1. Kultura

„Czego nauczyła mnie ośmiornica” z Oscarem za najlepszy dokument

Dokument „Czego nauczyła mnie ośmiornica” opowiada o przyjaźni filmowca Craiga Fostera z ośmiornicą. (Fot. materiały prasowe/Ross Frylinck)
Dokument „Czego nauczyła mnie ośmiornica” opowiada o przyjaźni filmowca Craiga Fostera z ośmiornicą. (Fot. materiały prasowe/Ross Frylinck)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Film „Czego nauczyła mnie ośmiornica” zdobył Oscara dla Najlepszego Pełnometrażowego Filmu Dokumentalnego. Historia o niezwykłej przyjaźni między człowiekiem a ośmiornicą podbija serca publiczności. 

Dziś w nocy Akademia Sztuki i Wiedzy Filmowej po raz 93. przyznała Oscary, najważniejsze i najbardziej prestiżowe na świecie nagrody filmowe. W kategorii na najlepszy film dokumentalny statuetkę zdobył tytuł "Czego nauczyła mnie ośmiornica" („My Octopus Teacher”) w reżyserii Pippy Ehrlich i Jamesa Reeda. Zwyciężył z filmami: "Kolektyw", "Crip Camp", "Agent kret", i "Time".

'My Octopus Teacher' Pippa Ehrlich. (Fot. materiały prasowe) \"My Octopus Teacher\" Pippa Ehrlich. (Fot. materiały prasowe)

"Czego nauczyła mnie ośmiornica" opowiada o przyjaźni pewnego filmowca z mieszkanką podwodnego świata. Po latach spędzonych na filmowaniu najniebezpieczniejszych zwierząt świata Craig Foster wypalił się, popadł w depresję i pogubił się w relacjach z rodziną. Postanowił więc zrobić sobie przerwę w karierze i wrócić do korzeni — magicznego podwodnego świata i gęstych lasów wodorostów u wybrzeży południowoafrykańskiego Kapsztadu. Przez niemal dekadę Craig codziennie nurkował w lodowatym i pełnym drapieżników oceanie bez kombinezonu i akwalungu. Pierwszym obiektem jego badań została napotkana i śledzona przez niego ośmiornica zwyczajna. Wkrótce stała się też jego nauczycielem i wprowadziła do świata, którego nie poznał wcześniej żaden człowiek. Film „Czego nauczyła mnie ośmiornica” powstawał przez ponad 8 lat, podczas których Craig nagrał ponad 3000 godzin materiału. Oglądamy w nim historię niezwykłej przyjaźni w unikalny sposób udowadniającej, jak inteligentne są zwierzęta.

Dokument miał swoją polską premierę kinową podczas festiwalu Millennium Docs Against Gravity i był jednym z najpopularniejszych tytułów kinowej części MDAG. Spotkanie dotyczące układu nerwowego stworzeń podwodnych okazało się wielkim hitem, a „Czego nauczyła mnie ośmiornica”, pokazywana w sekcji Klimat na zmiany, otrzymała nagrodę Green Warsaw Award dla najlepszego filmu o tematyce ekologicznej. Promyk nadziei na to, że człowiek jest jednak zdolny do stworzenia właściwych relacji z naturą odnaleźliśmy w kameralnej historii opowiedzianej przez duet reżyserski Pippę Ehrlich i Jamesa Reeda zatytułowanej "Czego nauczyła mnie ośmiornica" - tak brzmi fragment jednogłośnego werdyktu, który wtedy zapadł.

Oscarowy dokument "Czego nauczyła mnie ośmiornica" można obejrzeć na platformie Netflix.