1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. „Lot nisko nad ziemią”– studium życia współczesnej kobiety

„Lot nisko nad ziemią”– studium życia współczesnej kobiety

„Lot nisko nad ziemią" to historia kobiety, która po życiowych zawirowaniach musi odzyskać siebie. Powieść ukazała się nakładem Wydawnictwa Zwierciadło.

Sławek leżał w szpitalu od dwóch dni. Po pierwszym szoku, że taki zdrowy i silny człowiek leży bez­bronny jak dziecko, zależny od przezroczystego płynu, który spływa mu do żyły, otrząsnęłam się i zaczęłam widzieć świa­tło w tunelu. Powiedzieli mi, że operacja się udała. Trwała kilka godzin, wymagała zszycia organu, który nazywał się „śledziona”, o którym wcześniej, szczerze mówiąc, zbyt dużo nie słyszałam. W wyniku uderzenia samochodu pękła Sław­kowi śledziona. Kojarzyło mi się to ze śledziem, w najlepszym wypadku czymś oślizłym, śmialiśmy się z tego oboje, bo już wszystko było jak dawniej, zaraz po tej operacji, kiedy odzyskał przytomność i pozwolono mi do niego „nielegalnie” wejść.

– Sławek – powiedziałam do niego, nie mając odwagi do­tknąć ręki. – Pękła ci śledziona, ale już zaszyli.

– A cóż to za czort? – wychrypiał szeptem. Właśnie taki dźwięk wydał, jakby drapać paznokciem blat z okleiny albo płyty paździerzowej.

– Coś, w czym jest krew, czy jakoś tak – powiedziałam szep­tem i obejrzałam się trwożnie. Bałam się, że mnie wyrzucą z sali. – Jak się czujesz? – Jakby samochód po mnie przejechał – powiedział i spró­bował się uśmiechnąć.

Zalała mnie fala ulgi i czułości. Ja naprawdę czułam, że zszyto mu tego śledzia czy inny pęcherz pełen krwi i już o nic nie musimy się martwić. No trudno, stało się, co się sta­ło, pijany drań potrącił go na pasach. Ale potrącił to nie to samo, co przejechał. Uderzenie spowodowało wielki siniak w środku, coś się rozlało, zabrudziło, wymagało mycia i pucowania przez sześć godzin. Nie miałam pojęcia, czy to długo, czy krótko. Myślałam sobie, dobrze, że długo, bo jakby była beznadziejna sprawa, to by otworzyli i zaszyli. /…/

Podczas operacji siedziałam skulona pod drzwiami na od­dział, pogrążona w takich niewesołych myślach. Nie pozwala­li wejść, wtedy nie było tak jak teraz, że można sobie siedzieć i herbatę prawie że podają. Siedziałam tam i patrzyłam tępo w drzwi, myśląc sobie, że jak wszystko będzie dobrze, to zacznę regularnie chodzić do kościoła na msze. To będzie znaczyło, że Bóg istnieje i udzielił mi ostrzeżenia, niech będzie i tak. Nawró­cę się, poleję święconą wodą, wzbudzę w sobie wszelkie szczere uczucia i podziękuję. Potem zacznę prosić o dziecko, chociaż przekroczyłam czterdziestkę. To jest bardzo dobra myśl, nawró­cić się i błagać o poczęcie. Pewnie wtedy się uda, kiedy tylko Bóg uratuje Sławka i pobłogosławi nasz związek. Kiwałam się tak cztery godziny, kiedy przyszło mi do głowy, że może Sławka wcale już nie ma, tylko o mnie wszyscy zapomnieli. Natych­miast zapomniałam o Bogu i dziękowaniu i zaczęłam walić w te białe, plastikowe, obskurne drzwi, aż wyszła siostra miło­sierdzia w przekrzywionym czepku, ze śpiochami w kącikach małych oczu i syknęła, że jest noc na litość boską. – Jaka noc? – zaprotestowałam słabo. – Ledwie jedenasta…

Siostra odwróciła się do mnie tyłem, kręcąc głową.

– Niech siostra nie odchodzi – złapałam ją za fartuch.

– To idzie ze mną… – powiedziała.

Poszłam, a ta dobra kobieta przemyciła mnie do malutkiej kanciapy, gdzie siedziałam jak mysz pod miotłą na taborecie i piłam herbatę z poobijanego kubka. Spytałam o operację i o to, czy się udała.

– Jeszcze trwa – powiedziała siostra Regina, czyli ta, która mnie wprowadziła do środka. – Takich z wypadku to zwykle ze sześć godzin szyją… Zależy, co „poszło”…

Druga miała na imię Krysia i nie była już taka miła, a może tylko zmęczona czy nie taka „ludzka” jak jej koleżanka. Na szczęście udawała, że mnie nie ma. Mnie tak jakby nie było. Na taborecie byłam jak kot, przedmiot postawiony przypad­kowo. Nie ruszałam się prawie w obawie przed powrotem za brzydkie drzwi. Po jakichś dwóch godzinach siostra Re­gina powiedziała, że chirurdzy są w śluzie, co znaczyło, że skończyli operację. Muszę wyjść, bo jak mnie zobaczą, to one będą miały nieprzyjemności. Obiecała jednak, że zaraz, jak tylko się dowie co i jak, to do mnie wyjdzie. Zwlokłam się ze stołka i poszłam posłusznie, gdzie mi kazano. Siedziałam na starej kanapie jeszcze z pół godziny, zastanawiając się, dlaczego ci chirurdzy ubrudzili się śluzem, czy to jest śluz Sławka i dlaczego to oznacza, że kończą operację. Może jak ciało wydziela śluz, to nie mogą już dalej czyścić, myślałam bezsensownie, wpatrując się w duży zegar,

który ktoś powie­sił na białej ścianie, i blaszaną popielniczkę pełną petów pa­pierosowych i pyłu. Wreszcie Regina do mnie wyszła i powiedziała, że zaszyli co trzeba, a Sławek obudził się po operacji. Jest na sali intensywnej opieki i nie wolno tam wchodzić, bo bakterie.

– Idź do domu, dziecko – pogłaskała mnie po głowie. – Przyjdź rano, wtedy porozmawiasz z doktorem.

Fragment pochodzi z książki „Lot nisko nad ziemią”, Ałbena Grabowska, Wydawnictwo Zwierciadło.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Kultowe poradniki o związkach - niezbędnik w czasie pandemii

(Fot. materiały prasowe)
(Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Książki Sherry Argov to fenomen wśród poradników. Od niemal dwudziestu lat cieszą się niesłabnącym zainteresowaniem kobiet marzących o idealnym związku. I choć czasy się zmieniają, rola kobiety i mężczyzny powoli ewoluuje, dążąc w kierunku partnerstwa, to jednak dynamika par, emocji w zderzeniu dwóch płci, nadal przysparza licznych problemów i często uniemożliwia stworzenie harmonijnej relacji. A przecież większość z nas marzy o szczęśliwej rodzinie i miłości aż po grób… Co na to radzi Sherry Argov i gdzie tkwi sekret jej sukcesu?

Przede wszystkim jej poradniki skierowane są do kobiet. Nie oznacza to, że mężczyźni niczego się z nich nie nauczą! Książki obfitują w konkretne rady i podpowiedzi, a całość napisana jest z poczuciem humoru. Książka przyda się zwłaszcza teraz, gdy przebywanie ze sobą 24 godziny na dobę jest nie lada wyzwaniem dla niejednego związku.

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

„Mężczyźni naprawdę nie lecą na kobiety miłe. Lecą na interesujące!” Chicago Sun-Times

Pierwszy z poradników - „Dlaczego mężczyźni kochają zołzy” to swoista biblia współczesnej kobiety, ale także świetny sposób na relaks. Napisany z humorem, w nietuzinkowy sposób odkrywa tajemnice damsko-męskich relacji. Ta książka podpowiada, jak budować związki na swoich zasadach, a przede wszystkim udowadnia, że bycie zołzą ma przyszłość.

Niech nikomu się nie wydaje, że „zołza” to negatywne określenie. Wręcz przeciwnie, to kobieta, która jest miła, zabawna i życzliwa, przy czym największą miłość żywi do siebie. Nie kłamie i nie gra, jest szczera (czasem do bólu), bo wie, czego chce, i potrafi to zakomunikować. Robi, co jej się podoba, a to sprawia, że mężczyźni ją uwielbiają.

Argov przedstawia 100 zasad atrakcyjności i uświadamia, czego pragną mężczyźni i jak należy traktować samą siebie, by być szczęśliwą w związku:

  • Twój stosunek do samej siebie decyduje o tym, jak widzi cię mężczyzna;
  • Stawianie warunków lub ich brak świadczy o twoich możliwościach.
  • Niemal natychmiast przedstawiasz się albo jako popychadło, albo superbabka;
  • Jeśli mu powiesz, że nie zamierzasz zbytnio się angażować, on zrobi wszystko, żebyś zmieniła zdanie;
  • Im bardziej będziesz od niego niezależna, tym bardziej będzie tobą zainteresowany.
(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

„Mężczyźni rozwijają skrzydła u boku kobiet, które potrafią ustalać granice i stawiają opór, gdy oni te granice próbują przekraczać” Cosmopolitan

„Dlaczego mężczyźni poślubiają zołzy” to poradnik dla każdej kobiety, której marzy się prawdziwa, głęboka relacja. Jesteś singielką? Masz dość rodzinki, która wciąż pyta, kiedy się ustatkujesz? Może jesteś świeżo po rozstaniu? Albo masz już męża, ale chcesz, by oszalał na twoim punkcie? Witaj w świecie szczęśliwych i trwałych związków - ta książka powie, jak sprawić, by on nie mógł bez ciebie żyć!

Sherry Argov dosadnie i z humorem podpowiada, jak zdobyć miłość i szacunek, na które zasługujesz. Bez owijania w bawełnę udowadnia, że bycie zbyt miłą to niekoniecznie dobra strategia na rozkochanie w sobie faceta. Swoje teorie autorka popiera autentycznymi rozmowami z mężczyznami, którzy bardzo szczegółowo opisują m.in.:

  • Dlaczego mężczyźni testują kobiety? I czy robią to celowo?
  • Czego mężczyźni skrycie się boją?
  • Skąd kobieta może wiedzieć, czy mężczyzna naprawdę jest zakochany i myśli o „na zawsze”?
Sherry Argov (Fot. materiały prasowe) Sherry Argov (Fot. materiały prasowe)

Poradniki Argov nie bez kozery uzyskały status kultowych. Zadziorne i błyskotliwe, pokazują, jak być szczęśliwą i pewną siebie  ̶  bo przecież takie kobiety są najbardziej atrakcyjne!

Więcej o książkach na harpercollins.pl

  1. Materiał partnera

Gwałt polski

(Fot. materiały prasowe)
(Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Nie wiem, co było gorsze – gwałt czy ten wieczny strach, że on wyjdzie zza rogu.

Maja Staśko i Patrycja Wieczorkiewicz oddają głos osobom zgwałconym. To opowieści mieszkanek wsi i mniejszych miejscowości, pracownic fizycznych, bezrobotnych i wielodzietnych matek, osób niepełnoletnich, aktywistek, studentek, ale i kobiet dojrzałych. I choć składające się na książkę teksty poparte są analizą akt sądowych czy rozmowami z rodziną i przyjaciółmi skrzywdzonych, to najważniejsze w nich są narracje ich samych. W historiach tych, choć rożnych, autorki rozpoznają mechanizmy i schematy, które rządzą myśleniem skrzywdzonych, policji, sądów, mediów i społeczeństwa.

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

Karolina Korwin Piotrowska:

Gwałt jest demokratyczny. Może spotkać każdego. Jest bezczelny, brutalny i bezkarny. Do czasu. Oby ta wstrząsająca opowieść ofiar gwałtów śniła się ich oprawcom. To często jedyna zemsta i zadośćuczynienie za to, że strach z ofiarami będzie już do końca. 

Zuzanna, 18 lat

(...)

W podstawówce kolegowałam się z Jurkiem. Był o kilka lat starszy. Przeżyłam z nim swój pierwszy pocałunek. Miał piętnaście lat, ja o dwa mniej.

Chodziliśmy do kina, na spacery, spotykaliśmy się ze znajomymi. Zakochałam się. Po dwóch miesiącach zaczął się robić agresywny. Nie chciałam mu pokazać, co robię w telefonie, więc mnie uderzył. Powiedział, że to niechcący. Że poniosły go emocje i więcej tego nie zrobi.

Miałam wysyłać mu zdjęcia na dowód, że spędzam czas z koleżanką. Czasem przyjeżdżał po mnie o szóstej rano, by mieć pewność, że trafiłam do szkoły. Zmieniłam hasło w telefonie, by nie mógł czytać moich wiadomości. Ale gdy raz u niego byłam, na ekranie wyświetliła się informacja, że napisał do mnie kolega. Rzucił się na mnie, zaczął dusić. Był wściekły, krzyczał. Jego rodzice byli wtedy w domu, w innym pokoju. Nie wiem, jak mogli tego nie słyszeć.

Zaczął mnie przekonywać, że powinniśmy zacząć współżyć. Powtarzałam, że nie jestem gotowa.

Spacer

Pewnego dnia zaproponował, byśmy poszli do niego. Gdy weszliśmy do jego pokoju, zamknął drzwi i powiedział, że chciałby to teraz zrobić. Odmówiłam. Siłą zdarł ze mnie spodnie. Nie pamiętam, czy się zabezpieczył. Po wszystkim odprowadził mnie do domu. Dopiero następnego dnia zaczęłam płakać. Rodzicom powiedziałam, że muszę to zakończyć, bo Jurek jest agresywny. Wściekli się. Zabronili mu mnie odwiedzać.

Chciałam spojrzeć mu w twarz i powiedzieć, że to koniec. Odpisał, że nie ma zamiaru do mnie przychodzić. Zadzwoniłam więc i powiedziałam mu to przez telefon – zaraz przybiegł. Moja babcia, która z nami mieszka, natychmiast go wyrzuciła.

Ale on ciągle był obok. Śledził mnie i moje koleżanki. „Musimy do siebie wrócić”. „Nie wytrzymam”. „Jak mogłaś mi to zrobić?” Groził, że przejedzie mnie samochodem. Na mojej klatce schodowej pojawiały się napisy: „Zuza to kurwa”, „Jebać Zuzę”.

Po zerwaniu opowiadał wszystkim, że jestem dziwką, że się puszczam. Kiedyś na osiedlu podszedł do mnie chłopak, z którym chodziłam do podstawówki, i zapytał, za ile dam mu dupy. Innym razem zaczepił mojego brata i powiedział, że jestem szmatą. Źle trafił – dostał niezły wpierdol.

To trwało rok. Potem odpuścił.

Więcej o książce TUTAJ 

 

  1. Kultura

Polecamy nowości książkowe na jesień

Polecamy jesienne nowości książkowe. (Fot. materiały prasowe)
Polecamy jesienne nowości książkowe. (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 7 Zdjęć
"Taki czarny jest ten listopad, taki zimny, taki obolały od deszczu, od wspomnień, od mokrych rękawiczek - aż strach. Gdybym była listopadem, to rada bym się otrząsnąć z mojej listopadowej doli" - tak przed laty pisała Agnieszka Osiecka. Jak więc przetrwać listopad? Tylko z dobrą lekturą! Przedstawiamy nowości książkowe, po które warto sięgnąć. 

David Attenborough, „Podróże na drugi koniec świata. Dalsze przygody młodego podróżnika” 

„Podróże na drugi koniec świata. Dalsze przygody młodego podróżnika”, David Attenborough, Wydawnictwo: Prószyński i S-ka. (Fot. materiały prasowe) „Podróże na drugi koniec świata. Dalsze przygody młodego podróżnika”, David Attenborough, Wydawnictwo: Prószyński i S-ka. (Fot. materiały prasowe)

"Attenborough jest nie tylko przyrodnikiem-reporterem. Ma tę wyjątkową zdolność stawania się częścią poznawanego świata, dokądkolwiek się uda. Uwiedzeni urodą języka, chłoniemy ten świat, jesteśmy w środku wydarzeń, a przeżycia autora stają się naszymi. I choć przywołany w niniejszym tomie świat już nie istnieje, chcemy go tym bardziej poznać i pojąć, by móc zrozumieć ten nasz i w końcu zacząć się o niego troszczyć. Lektura obowiązkowa!" - tak Krystyna Czubówna podsumowała najnowszą książkę jednego z najsłynniejszych popularyzatorów wiedzy przyrodniczej na całym świecie. David Attenborough przenosi czytelników sześćdziesiąt lat wstecz - do końcówki lat 50. XX wieku. Razem z nim wyruszamy w niezwykłe (i bardzo dalekie!) podróże - od wyspy Pentecost z "lądowymi nurkami" i Nowej Gwinei ze świętami sing-sing przez wyspy Tonga z Królewską Ceremonią Picia Kavy aż po Terytorium Północne Australii i jego starożytne dzieła sztuki. Oprócz owych egzotycznych kultur poznajemy rajskie ptaki, kameleony, sifaki oraz wiele innych zwierząt żyjących w najbardziej niepowtarzalnych środowiskach na naszej planecie. "Podróże na drugi kraniec świata" to napisane z charakterystycznym dla sir Davida Attenborough humorem, czarem oraz wielką serdecznością opowieści, z których aż bije miłość do niezwykłych przygód wśród ludzi, miejsc i zadziwiających dziko żyjących stworzeń.

Olga Tokarczuk, "Czuły narrator"

'Czuły narrator', Olga Tokarczuk, Wydawnictwo Literackie. (Fot. materiały prasowe) "Czuły narrator", Olga Tokarczuk, Wydawnictwo Literackie. (Fot. materiały prasowe)

To pozycja wyjątkowa, nie tylko ze względu na to, że to pierwsza książka Olgi Tokarczuk po otrzymaniu Nagrody Nobla, ale też dlatego, że jest zaproszeniem za kulisy jej twórczości, a zarazem opowieścią o współczesnym świecie. Składa się na nią dwanaście wyselekcjonowanych, najważniejszych esejów i wykładów Olgi Tokarczuk. Teksty kluczowe i premierowe. W tym szeroko komentowana mowa noblowska. Laboratorium powstających tekstów, książek, bohaterów. Proces żmudnych, ale i fascynujących poszukiwań. Eksplozje wyobraźni. Podążanie za logiką rodzącej się fabuły i za wewnętrznym światem bohaterów, odkrywanie ich motywacji, światopoglądów. Odsłanianie pasjonujących historii, ale też opowieść o lekturach i osobistych doświadczeniach. Wytrwałe dążenie do tego, by rozumieć nieskończone zróżnicowanie i skomplikowanie świata. „Wprowadzona przez Olgę Tokarczuk kategoria «czułości» i koncepcja «czułego narratora» to rewolucyjne idee, które mają wszelkie dane, by sporo namieszać nam w głowach, odwracając – ku dobremu – tradycyjne wektory naszych postaw i dyspozycji działaniowych: czyż czułość nie jest sprzyjaniem temu, co dobre dla bycia (w skali jednostkowej, ale i planetarnej)?” - tak napisał o "Czułym narratorze" Ryszard Nycz. Premiera książki 12 listopada.

Radosław Młynarczyk, "Hłasko. Proletariacki książę"

'Hłasko. Proletariacki książę', Radosław Młynarczyk, Wydawnictwo Czarne. "Hłasko. Proletariacki książę", Radosław Młynarczyk, Wydawnictwo Czarne.

Radosław Młynarczyk dekonstruuje legendę, demaskuje kreacje, obala mity. Tropi wątki autobiograficzne w utworach i odkrywa zmyślenia, które Marek Hłasko wplótł w swój życiorys. Pokazuje, że zarówno prawda, jak i zmyślenia są tu równie pociągające. Hłasko urodził się w 1934 roku w Szczakach. Zmarł w 1969 w Wiesbaden. Aż trudno uwierzyć, że żył tylko trzydzieści pięć lat, bo zdarzeniami z jego życia można by obdzielić kilka osób. Do tego jeszcze mistyfikacje, pozy i autokreacja. Marek Hłasko, ikona buntownika polskiej literatury, debiutował wcześnie i szybko zyskał rozgłos. Wiedział, jak wywołać zainteresowanie i podtrzymać uwagę. Znał wszystkich i wszyscy znali jego. Jego narzeczoną była Agnieszka Osiecka, jego opowiadaniami interesowali się filmowcy, wśród nich Has, Ford i Wajda, w jednej z ekranizacji zagrał Cybulski i Sonja Ziemann, przyszła żona pisarza. Był o krok od zrobienia kariery w Hollywood, dokąd pojechał, jak twierdził, za namową Polańskiego. Nie został jednak sławnym scenarzystą. Zyskał za to przyjaciół, wśród nich był Komeda. Żył szybko i intensywnie. Wbrew woli stał się obywatelem świata. Wszystkie doświadczenia, nawet te najbardziej skrajne i tragiczne, z niewątpliwym talentem przekuwał w literaturę. Nieposkromiony temperament i wyobraźnia nie mieściły się jednak w samym pisaniu – w literacki mit przemieniał również swoje życie i to tak skutecznie, że uwierzono, że jest prostym chłopakiem z Marymontu.

Magdalena Niedźwiedzka, „Gdy kobiety milczały. Sceny z życia George Sand”

„Gdy kobiety milczały. Sceny z życia George Sand”, Magdalena Niedźwiedzka, Wydawnictwo: Prószyński i S-ka. (Fot. materiały prasowe) „Gdy kobiety milczały. Sceny z życia George Sand”, Magdalena Niedźwiedzka, Wydawnictwo: Prószyński i S-ka. (Fot. materiały prasowe)

Magdalena Niedźwiedzka, autorka genialnych biografii: królowej Elżbiety I Wielkiej "Królewska heretyczka" oraz "Marii Skłodowska-Curie", po raz kolejny podjęła się spisania historii niezwykłej kobiety, której postawa i podejście do życia wydaje się być teraz aktualniejsze niż kiedykolwiek. George Sand to francuska pisarka epoki romantyzmu. Wyjątkowa i intrygująca - jako niepokorna arystokratka i republikanka, wywrotowa pisarka i wolnomyślicielka, kobieta w spodniach i z cygarem w ustach, kochanka Alfreda de Musseta i Fryderyka Chopina, przyjaciółka Liszta, Delacroix i Balzaka, walcząca o prawa kobiet i prawa robotników krewna królów, niespokojna, niepokorna, ni to wamp, ni androgyne. Magdalena Niedźwiedzka podejmuje walkę z nieuprawnionymi karykaturami George Sand, które przedstawiają pisarkę jako wyrachowaną, biseksualną nimfomankę lub przeciwnie, dobrotliwą, łagodną panią z Nohant, osobowość pani Sand była bowiem niezwykle złożona, a przez to fascynująca. Artystka odgrywała w życiu wiele ról. Z właściwą powieściom historycznym potoczystością Niedźwiedzka odsłania kilka z nich. Premiera książki już 12 listopada.

Harlan Coben, "Chłopiec z lasu"

Harlan Coben, 'Chłopiec z lasu', Wydawnictwo: Albatros. (Fot. materiały prasowe) Harlan Coben, "Chłopiec z lasu", Wydawnictwo: Albatros. (Fot. materiały prasowe)

Prawdziwa gratka dla miłośników kryminałów - najnowsza powieść Harlana Cobena. New Jersey, 1986 rok. W Stanowym Parku Krajobrazowym Ramapo Mountain znaleziono dziecko. Brudne, odziane w łachmany i… kompletnie dzikie. Chłopiec rozumie po angielsku, lecz nic nie mówi. Nikt nie zgłaszał zaginięcia. Nikt nie wie, kim chłopiec jest i jak długo przebywał w lesie. Nikt nie wie, jak udało mu się przetrwać. Trzydzieści lat później Wilde stara się żyć normalnie, choć jego przeszłość wciąż pozostaje tajemnicą – także dla niego samego. Pewnego dnia otrzymuje wiadomość o zaginięciu nastolatki. Nikt się nim nie przejmuje – nawet jej własny ojciec – ale pewna ważna osoba z przeszłości Wilde prosi go o pomoc w znalezieniu dziewczyny. Jedyną wskazówką jest to, że była ostatnio nękana. Ponieważ sam nigdy nigdzie nie należał, Wilde nie może zignorować sprawy outsiderki, która nikogo nie obchodzi. Ale żeby wyjaśnić tajemnicę jej zniknięcia, będzie musiał wrócić do swojej przeszłości i do miejsca, w którym władza pozwala na utrzymywanie sekretów, które mogą zagrozić milionom ludzi.

Ewa Pągowska, "Psychiatrzy. Sekrety polskich gabinetów"

Ewa Pągowska, 'Psychiatrzy. Sekrety polskich gabinetów', Wydawnictwo: Społeczny Instytut Wydawniczy Znak. (Fot. materiały prasowe) Ewa Pągowska, "Psychiatrzy. Sekrety polskich gabinetów", Wydawnictwo: Społeczny Instytut Wydawniczy Znak. (Fot. materiały prasowe)

Co się dzieje za zamkniętymi drzwiami polskich gabinetów i szpitali psychiatrycznych? Psychiatria przez lata była uznawana za czarną owcę medycyny i budziła wiele kontrowersji. Nawet dziś osoby cierpiące z powodu chorób psychicznych muszą się mierzyć z krzywdzącymi stereotypami. Ewa Pągowska szczerze i bez tabu rozmawia z psychiatrami o tym, jak wyglądają kulisy pracy w ich zawodzie i jaka jest naprawdę kondycja psychiczna Polaków. Podejmuje między innymi tematy związane z depresją, schizofrenią, a także leczeniem dzieci i młodzieży. Pyta o to, jakie konsekwencje dla naszego zdrowia mentalnego będzie mieć doświadczenie pandemii. Nie unika trudnych tematów jak zaburzenia psychopatów lub dewiacje seksualne. Sprawdza, ile prawdy jest w historiach dotyczących stosowania elektrowstrząsów, przerażających warunków panujących w szpitalach czy faszerowania dzieci lekami bez zgody ich rodziców.

  1. Kultura

Książki o kobiecej mocy

Przedstawiamy 8 książek o kobiecej mocy. (Fot. materiały prasowe)
Przedstawiamy 8 książek o kobiecej mocy. (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 9 Zdjęć
My, kobiety, mamy moc. Ma ona przeróżna oblicza - czasem jest niezwykle delikatna i subtelna, innym razem otula, koi i niesie dobro, jeszcze innym głośno krzyczy, kruszy mury i zmienia świat. Oto 8 książek o kobiecej mocy. Takich, które nie pozwalają zapomnieć o tym, co w nas najcenniejsze. 

„Biegnąca z wilkami” Clarissa Pinkola Estés

Clarissa Pinkola Estés, „Biegnąca z wilkami”, Wydawnictwo: Zysk i S-ka. Clarissa Pinkola Estés, „Biegnąca z wilkami”, Wydawnictwo: Zysk i S-ka.

To absolutny klasyk literatury i książka, którą powinna przeczytać każda kobieta. Na blisko 560 stronach Clarissa Estés odpowiada na ważne pytania dla każdej z nas - Jaka jest kobieta?, Jaka jest jej natura, pierwotne instynkty?, Czym kieruje się w życiu?, Kim by była, gdyby świat nie starałby się jej na siłę „ucywilizować”?.

Niektórzy uważają, że czasy, kiedy tak zwana kobieta niepokorna bywała wyklęta, należą do przeszłości. Jeśli była niepokorna, to znaczy postępowała zgodnie z naturą swojej duszy, to mówiło się, że jest "zła" lub że "zbłądziła". Te czasy nie minęły. Zmienił się tylko typ zachowań, które uznaje się u kobiet za niedozwolone.
(Clarissa Pinkola Estés, „Biegnąca z wilkami”, Wydawnictwo: Zysk i S-ka)
Clarissa Estes jest pisarką pochodzenia meksykańsko-hiszpańskiego, która została wychowana w poszanowaniu tradycji i w bliskości z naturą. "Biegnącą z wilkami" pisała ponad dwie dekady. To opowieść o kobiecie - silnej, dobrej, która ma pasję, jest z jednej strony kreatywna, a z drugiej dzika i kierująca się swoim instynktem. Clarissa Estés stworzyła niemal leksykon opisujący kobiecą psychikę, który pomaga współczesnym kobietom odnaleźć najsilniejsze cechy w sobie i porzucić konwenanse, w których tkwią. To książka, która porusza serca i i umysły.

„Biblia waginy” dr Jen Gunter

Dr Jen Gunter, „Biblia waginy”, Wydawnictwo: Marginesy. Dr Jen Gunter, „Biblia waginy”, Wydawnictwo: Marginesy.

"Mam misję – żeby każda kobieta zyskała rzetelną wiedzę na temat pochwy i sromu" - napisała we wstępie doktor Jen Gunter i słowa dotrzymała, bo jej "Biblia waginy" to najprawdziwsza biblia naszej kobiecości, która edukuje, otwiera oczy i uświadamia, jak niewiele wiemy o tak ważnej części naszego ciała. To książka z kategorii popularnonaukowych, która z jednej strony jest niesamowicie rzetelna, a z drugiej lekka i dowcipna. Znajdziemy w niej odpowiedzi na mnóstwo ważnych pytań, wokół których, z roku na rok, wzrasta ilość niesprawdzonych informacji. Doktor Jen Gunter to znawczyni kobiecego zdrowia i popularna lekarka, zwana dyżurną ginekolożką mediów społecznościowych. Przychodzi z "Biblią waginy" jak z odsieczą i daje ogrom wiedzy, wynikającej z jej niemal trzydziestoletniego czasu pracy. A do tego potrafi barwnie opowiadać: od anatomii przez skutki uboczne antybiotykoterapii po korzyści z przyjmowania probiotyków. Dawniej mity na temat kobiecego ciała rozprzestrzeniały się poprzez słowa naszych mam, babć, koleżanek – dziś za pomocą kilku kliknięć lądują w Internecie. Nieważne z jakiego źródła – liczy się to, jak wielką krzywdę mogą wyrządzić każdej z nas. Dzięki doktor Jen Gunter poznajemy swoją waginę. Dogłębnie.

„Boginie w każdej kobiecie” Jean Shinoda Bolen

Jean Shinoda Bolen, „Boginie w każdej kobiecie”, Wydawnictwo: Yemaya. Jean Shinoda Bolen, „Boginie w każdej kobiecie”, Wydawnictwo: Yemaya.

Ta pozycja ma w sobie coś z "Biegnącej z wilkami", jednak więcej w niej tytułowych bogiń, a mniej baśni i opowieści historycznych. "Boginie w każdej kobiecie" to szczegółowa podróż po kobiecej psychice, która nakreśla, jak pogodzić wewnętrzne boginie, by żyć w zgodzie z własną prawdziwą naturą. Kariera czy rodzina? Namiętny romans czy stabilne małżeństwo? Kompromis czy ostra rywalizacja? Pieniądze czy satysfakcja z pracy? Takie decyzje nie są łatwe, bo na naszą psychikę wpływają różne, czasem sprzeczne, siły wewnętrzne, przez autorkę przedstawiane pod postacią greckich bogiń. Hera pogania: "Kiedy wreszcie wyjdziesz za mąż?". Dla Demeter najważniejsze są dzieci. "Używaj życia, póki czas" - kusi Afrodyta. "Jeśli chcesz zrobić karierę, musisz skupić się tylko na tym" - ostrzega Atena. Której posłuchać? Jak dokonywać mądrych wyborów? Pomaga w tym Jean Shinoda Bolen, która od blisko 40 lat jest profesorem psychiatrii. Mieszka w USA i wykłada na University of California w San Francisco.

Sylwia Chutnik, 'Cwaniary', Wydawnictwo: Znak Literanova. Sylwia Chutnik, "Cwaniary", Wydawnictwo: Znak Literanova.

Książka do bólu współczesna, a jednocześnie ponadczasowa. "Cwaniary" to przede wszystkim powieść o kobietach silnych, bezkompromisowych i szalenie mądrych, a jednocześnie wrażliwych i skrzywdzonych. Halina, Celina, Stefa i Bronka walczą o sprawiedliwość względem kobiet. Walczą dosłownie. Halinie brzuch przeszkadza na tyle, że nie może już sobie pozwolić na walkę wręcz. Radzi sobie metalową pałką. Celina delikatnie wykręca ręce i stosuje ulubiony chwyt, aż człowiekowi łzy stają w oczach. Bronka potrafi wyprowadzić perfekcyjny cios, choć nosi szpilki i służbową garsonkę. Stefa ma fioletowy siniak pod okiem i dwójkę dzieci.

(Sylwia Chutnik, "Cwaniary", Wydawnictwo: Znak Literanova)
Mokotowski gang kobiet pomści niewybaczalne krzywdy. Ratuje kobiety uwięzione między odkurzaczem i pralką. Słyszy każdą wołającą o pomoc. A kiedy nie można już ukryć siniaków, a rozpacz wygrywa z wściekłością, superbohaterki wlatują przez otwarte okno i biorą w ramiona.

„Opowieści na dobranoc dla młodych buntowniczek. 100 historii niezwykłych kobiet”, Francesca Cavallo, Elena Favilli

Francesca Cavallo, Elena Favilli, „Opowieści na dobranoc dla młodych buntowniczek. 100 historii niezwykłych kobiet', Wydawnictwo: Debit. Francesca Cavallo, Elena Favilli, „Opowieści na dobranoc dla młodych buntowniczek. 100 historii niezwykłych kobiet", Wydawnictwo: Debit.

Tę książkę powinna znać każda dziewczynka i młoda kobieta, choć zachęcam, by zapoznać się z nią niezależnie od wieku i płci. „Opowieści na dobranoc dla młodych buntowniczek” to nowe wersje bajek, opowiadające historie niezwykłych kobiet - od Elżbiety I po Serenę Williams. Kobiet, które odmieniły bieg historii, mają na swoim koncie wyjątkowe naukowe odkrycia, były pionierkami i geniuszami w dziedzinie sztuki, walczyły o najważniejsze prawa ludzi, pokonywały przeciwności losu. Książka została zilustrowana przez sześćdziesiąt artystek ze wszystkich zakątków świata, wszystkie historie są utrzymane w konwencji bajki i każda składa się z jednostronicowego tekstu oraz wyjątkowego portretu. „Każda z tych stu historii dowodzi, że wierząc w coś całym sercem, zyskujemy siłę, by zmieniać świat” – czytamy w przedmowie. Ten zbiór zainspiruje nie tylko najmłodszych, ale i nieco starszych do tego, by wierzyli we własne siły, marzyli odważnie i pielęgnowali w sobie wewnętrzną siłę.

"Opowieść podręcznej",  Margaret Atwood

Margaret Atwood, 'Opowieść podręcznej', Wydawnictwo: Wielka Litera. Margaret Atwood, "Opowieść podręcznej", Wydawnictwo: Wielka Litera.

Na koniec książka, która stała się współczesnym symbolem walki o prawa kobiet, mimo, że po raz pierwszy została wydana ponad 30 lat temu. "Opowieść podręcznej" kanadyjskiej pisarki Margaret Atwood to wstrząsająca historia o przyszłości kobiet w świecie, w którym reżim i ortodoksja są jedynym prawem, a jedyną słuszną rolą kobiet jest rodzenie dzieci. Główną bohaterką jest Freda, Podręczna w Republice Gilead. Może opuszczać dom swojego Komendanta i jego Żony tylko raz dziennie, aby pójść na targ, gdzie wszystkie napisy zostały zastąpione przez obrazki, bo Podręcznym już nie wolno czytać. Co miesiąc musi pokornie leżeć i modlić się, aby jej zarządca ją zapłodnił, bo w czasach malejącego przyrostu naturalnego tylko ciężarne Podręczne mają jakąś wartość. Na podstawie „Opowieści podręcznej” Atwood, ponad 30 lat po jej wydaniu, powstał amerykański serial, który już od emisji pierwszego odcinka stał się fenomenem i jedną z najgłośniejszych produkcji ostatnich lat. "Opowieść podręcznej" dała przyczynek do wielu ważnych dyskusji, toczących się współcześnie niemal na całym świecie. Dyskusji o tym, czy przerażająca historia Atwood mogłaby okazać się naszą rzeczywistością.

  1. Styl Życia

Sylwia Chutnik - kamikadze

Sylwia Chutnik (Fot. Marcin Łobaczewski)
Sylwia Chutnik (Fot. Marcin Łobaczewski)
Jej dzieciństwo to najpierw brokat i cekiny, a potem marzenie o irokezie i rebelia. Plus zawsze dla niej ważne książki. nie mówiąc już o tym, że Sylwia Chutnik jako niemowlę ledwo uszła z życiem, a jej krewka babcia gotowa była się za nią bić.

Tego nie mogę pamiętać, bo miałam tylko trzy miesiące. Mieszkaliśmy wtedy na warszawskiej Woli, razem z dziadkami od strony mojego taty. Blisko był szpital. To ważne, bo nieśli mnie tam na rękach bardzo chorą. Spędziłam w szpitalu pół roku. Trafiłam na oddział z odmą czy może pierwotnie z jakimś zapaleniem płuc, a po drodze zakażono mnie gronkowcem i sepsą. W każdym razie miałam umrzeć, mama do tej pory ma w swoich dokumentach karteczkę: dowód na to, że odprawiono za mnie mszę. W końcu wróciłam do żywych, ale zostało mi kilka pamiątek. Na przykład ślad, chyba po wkłuciach igły, na udzie. Charakterystyczne szlaki żył. Uważałam, że tworzą mapę, i bawiłam się, że to mapa skarbów. Dla mojej rodziny to doświadczenie musiało być traumatyczne, w domu jeszcze długo w ogóle się o tym nie mówiło. Chyba dopiero jak byłam nastolatką, trafiały do mnie takie opowieści jak ta, że moja mama, kiedy lekarz powiedział, żeby się ze mną pożegnała, bo na odratowanie mnie raczej nie ma szans, zemdlała na schodach szpitala. Albo że już jakiś czas później mój tata – perkusista – grał na ślubie Grażyny Torbickiej i w trakcie wesela odkrył, że na sali jest lekarz, który uratował mi życie. Oczywiście się we dwóch ubzdryngolili, tata dziękował, rzucał mu się na szyję. O, jeszcze jest historia o babci, jak wparowała do szpitala na salę, gdzie ja ledwo ciepła osuwałam się w niebyt, a jedna z pielęgniarek akurat piłowała paznokcie. Babcia, krewka dziewczyna wychowana na Ochocie, rzuciła się na nią z pięściami.

Nasz dom

Teraz, jako dorosła osoba, rozumiem, jak działa wzorzec. Dziewczynka socjalizowana do bycia miłą i sympatyczną obserwuje kobiety z najbliższego otoczenia. I widzi, że potrafią walnąć pięścią w stół, mogą zadecydować, mówią wprost, czego chcą, a czego nie. Moja mama też w niestandardowy sposób jest twarda, ale babcie to w ogóle niezłe wymiataczki. Ta druga krótko po wojnie razem z dziadkiem miała epizod squatowania. Ich dzieci były już na świecie, także młodszy brat mojej mamy, całkiem wtedy mały. Wiadomo, w zrujnowanej Warszawie zajmowało się, co tylko było można, ale przyszła milicja i chciała całą ich rodzinę wyrzucić z pustostanu. Babcia najpierw ukryła mojego dziadka pod pierzyną, a potem, jako że właśnie gotowała w wielkim garze pieluchy, chwyciła gar z wrzątkiem. Zagroziła milicjantom, że jak tylko przekroczą próg, obleje ich, siebie i dzieci. W skrócie: won stąd! Nie musiałam nawet słuchać tych opowieści z przeszłości. Widziałam, jak babcie funkcjonują na co dzień, że dziadkowie może robią dużo hałasu, ale wiadomo, kto rządzi. A jakiś czas po tamtej historii z pustostanem babcia z dziadkiem dostali mieszkanie w nowo wybudowanym domu, w ścisłym centrum Warszawy. Do tej pory tam mieszkają.

Skok na główkę

Wszystko to znam w formie anegdot, nigdy nie było na ten temat jakiejś poważniejszej rozmowy. To taka cecha mojej rodziny. Mówić o złych rzeczach? A po co to, na co? Ta wesołkowatość mnie zresztą wiele razy ratowała i ratuje do tej pory. Przede wszystkim poczucie humoru na własny temat. Autoironia pomagała mi uciekać z opresji i depresji. Od ciężkiego doła, że ja naprawdę odstaję, i to na wielu frontach, że nijak się nie dopasuję. I nie chcę się dopasować. Często słyszę, szczególnie teraz, po tym, jak zrobiłam coming out, że jestem odważna. Nie, nie jestem i nigdy nie byłam. W wieku ośmiu, może już nawet dziewięciu lat nie mogłam się pogodzić z tym, że tata odkręcił mi w sankach oparcie. Umierałam ze strachu, darłam się i cały czas zapierałam nogami przy zjeżdżaniu. To samo na huśtawce – robiłam wszystko, byle tylko nie rozhuśtać się na tyle, żeby całkowicie stracić kontakt z podłożem. To mi zostało, nadal jestem control freakiem, muszę mieć nad wszystkim kontrolę. Ale jest też we mnie coś takiego, że kiedy staje przede mną wyzwanie, kiedy tak bardzo jestem zestrachana, że nie podołam, to po prostu zamykam oczy i skaczę na główkę. Ta – nie wiem – skłonność, cecha bardzo się przydaje, kiedy jest się introwertyczką, a jednocześnie ma się silne poczucie bycia innym. Dlatego kiedy już trochę później, pod koniec podstawówki i w liceum, zaczęły się niewybredne komentarze i żarciochy na temat moich kolorowych włosów, ciuchów, kolczyków, kiedy zdarzało się, że na mnie zwyczajnie, po prostu pluli, to może i chciało mi się, jak małej dziewczynce, płakać, ale zamiast tego zapierałam się i kolejnego dnia wychodziłam znowu w tych ciuchach, kolczykach, z tymi włosami. Robiłam rzeczy, które chciałam robić. I to naprawdę nie jest kwestia odwagi. Może bardziej jakiś rodzaj bezczelności? Rozumianej nie jako arogancja wobec ludzi, ale upór, stupor. Nie oglądasz się za siebie, idziesz dalej. Kamikadze.

A rodzice wiedzą?

Po Woli były Bielany, ale do szkoły podstawowej dojeżdżałam na Żoliborz. Do kościoła też. Kościół Świętego Stanisława Kostki na tyłach placu Wilsona był super. Realizowałam się tam jako mała aktywistka. Byłam z życiem kościelnym mocno związana. Czasy Solidarności – kościół był miejscem, gdzie się dużo działo. Nie mówiąc o nieograniczonych ilościach zagranicznych słodyczy. Jako dzieci z represjonowanego kraju dostawaliśmy z Zachodu paczki, których zawartość rozdawano w salce katechetycznej. Była tam siostra zakonna, bardzo aktywna, zawsze z gitarą, organizowała jasełka i różne inne występy, w kółko były jakieś próby i mama mnie na nie odprowadzała. Już wtedy miałam ciągoty do intelektualnego życia wyższych sfer, a kościół tak mi się kojarzył. Czuło się, że walczymy, że to jest ważne, choć wtedy nie wiedziałam za bardzo, w związku z czym. Poza tym ta forma! Na bogato, wszędzie kwiaty. Robiło to na mnie wrażenie, moja przyjaciółka ze szkoły miała nianię i mieszkała w willi na Żoliborzu. To ciekawe, bo przecież mimo różnic klasowych chodziłyśmy do jednej klasy. Tymczasem ja po szkole wracałam do kawalerki przedzielonej szafą. Na religię chodziłam, dopóki była w kościele. A w momencie, kiedy została wprowadzona do szkół – moja piąta klasa podstawówki – przestałam. Uważałam, że religia i wiara to są nasze osobiste sprawy i że nie można robić kolejnej lekcji z tak ważnej rzeczy. A poza tym, co mają robić ci, którzy nie wierzą? To, że nie mieli wyboru, wydawało mi się bardzo niesprawiedliwe. Przez cały pierwszy rok, kiedy wprowadzili religię, byłam jedyna w szkole, która w czasie tych lekcji siedziała na korytarzu, w bibliotece albo w świetlicy, jak była otwarta. I przez cały rok, za każdym razem, któryś z nauczycieli podchodził i pytał, dlaczego tu siedzę. A ja za każdym razem odpowiadałam: bo nie chodzę na religię. „Dlaczego?”. Bo nie chcę chodzić. „A rodzice wiedzą o tym?”. Tak, wiedzą. To, że w tym wieku musiałam to mówić, tak jasno sformułować, było dla kształtowania moich poglądów totalnie ważne. Co na to moja rodzina? Oni, wierzący niepraktykujący, uważali, że to pierwsze oznaki buntu. Trochę wczesne, ale przeczekamy. Tak samo było z moim niejedzeniem mięsa. Myśleli, że mi w końcu kiedyś przejdzie.

Córka dansingu

Mój tata jako muzyk jeździł na tak zwane kontrakty. Dwu-, trzymiesięczne wyjazdy, grał gdzieś na statku między Finlandią a Polską. Albo jechał do Abu Zabi w ramach kontraktu z Pagartem. Przed rokiem 1989 to była jedyna agencja artystyczna, przez którą można było wyjechać oficjalnie, dostać paszport, pobierali oczywiście kosmiczne prowizje. Tata grał razem z moim wujkiem gitarzystą i przed wyjazdami często spotykali się w mieszkaniu mojej prababci, gdzie mieli bazę i trzymali wszystkie rzeczy. Tam się przygotowywali, czasem mieli jakieś próby. Moje wspomnienia z tamtego czasu są takie, że zajmują się mną te wszystkie ciocie, czyli dziewczyny, bo w ich zespole zawsze były dwie wokalistki, najlepiej blondyna i brunetka. I że mnie przebierają. Już wtedy wiedziałam, że chcę zostać artystką, cokolwiek to znaczy. Akurat wtedy chciałam chodzić odpierdzielona jak one, codziennie od rana do wieczora, mieć szalone życie. Na te wyjazdy jechały całe skrzynie ciuchów scenicznych. Brokat, cekiny, błysk, kicz, kicz, kicz, dansing. Coś, co razem z „Akademią pana Kleksa” ugruntowało mój gust. Dwa razy byłyśmy z mamą w trasie razem z nimi za granicą. Raz w Turku w Finlandii, raz w Berlinie Zachodnim. Szał. Większość zdjęć z tamtego wyjazdu to jestem ja wśród zabawek, nienaturalnie pobudzona. Samo to, że one tam były, to już było dla mnie wiele. Że są nieosiągalne, było w jakiś sposób oczywiste i nie wiązało się ze szczególnym żalem. Fajnie się było napatrzeć. Jak się dostawało z zagranicy katalog wysyłkowy, to te katalogi się pożyczało, kursowały po rodzinie, znajomych, sama oglądałam je z 50 razy dziennie, coś wycinałam i wklejałam do zeszytu. Pamiętam też ten zapach. Zapach luksusu. W zeszłym roku pojechałyśmy z moją mamą do Berlina i chodziłyśmy śladami tamtego wyjazdu, nas z roku 1986. Zrobiłyśmy sobie superzdjęcia, w tych samych miejscach, w których byłyśmy wtedy, mój syn był fotografem. Weszłyśmy między innymi do wielkiego centrum handlowego. Chodziłyśmy po nim teraz bez wielkiego wow. Ale ten zapach!

Klucz w zamku

Mama długo pracowała w gastronomii, w knajpie, na zmiany. Pachniała fryturą i papierosami. Cudzymi, bo sama nie paliła. Kiedy wracała z pracy po wieczornej zmianie, to ja, siedząc w mieszkaniu, z korytarza na klatce schodowej najpierw czułam moją mamę, a dopiero potem słyszałam dźwięk klucza przekręcanego w zamku. Przychodziła, zdejmowała wszystko i od razu szła do łazienki, żeby tylko to z siebie zmyć.

Do zobaczenia

Kiedy miałam 11 lat, tata odprowadził mnie na przystanek tramwajowy, jechałam do szkoły. Pożegnaliśmy się, wiedziałam, że wyjeżdża na kolejny kontrakt. Kolejne dwa, trzy miesiące grania w Stanach. Następnym razem zobaczyliśmy się siedem czy osiem lat później, kiedy mógł już do Polski przyjechać. Tata został tam, zamieszkał niedaleko Nowego Jorku. Mieliśmy w tym czasie kontakt, ale telefoniczny i listowny. Kiedy wspominam swoje dzieciństwo, mam wewnętrzną cezurę. Na własny użytek używam sformułowania: „Jak jeszcze tata był z nami”, więc myślę, że to ważny punkt w ogóle w moim życiu, nie tylko w dzieciństwie. Właściwie non stop mam poczucie tymczasowości w kontaktach z ludźmi. Takie poczucie, że jest ktoś, i fajnie, ale ten ktoś w każdej chwili może zniknąć.

Wychowanie seksualne

Zostałam uświadomiona przez moją mamę. Subtelnie. Pamiętam, że posłużyła się broszurą zakupioną w kiosku Ruchu. Tytuł „Mamo i tato, opowiedzcie mi, skąd się wziąłem”. Niebieska okładka, dość niewielka pozycja, z ilustracjami. Wydanie kryzysowe, czas nie za dobry dla polskich książek. Już wtedy – a byłam może w czwartej klasie podstawówki i moja wyniesiona z podwórka wiedza na temat seksualności człowieka była naprawdę mikro – kuriozalny wydawał mi się obrazek przedstawiający, uwaga, ubrane postaci. Parę, która jest w uścisku, plus podpis: „Dzieci są, kiedy mama i tata się przytulają”. Nie pamiętam, żebym była przerażona dojrzewaniem. W ogóle ciało było dla mnie w jakiś sposób drugorzędne, to nie był dla mnie wielki temat. Chyba że w kontekście kreacji, przerabiania go na własną modłę. Miałam 16 lat, kiedy w Baszcie na moście Poniatowskiego, w pomieszczeniu nad knajpą dla harleyowców, zrobiono mi, osobie niepełnoletniej, pierwszy tatuaż. Sporo też dowiadywałam się o cielesności z książek, mam wrażenie, że to one mnie na różne doświadczenia przygotowały. „Czy już wtedy coś wiedziałaś, przeczuwałaś?”, „Kiedy się zorientowałaś?”. Tak, teraz często słyszę tego typu pytania. Przede wszystkim były inne czasy, nie mieliśmy nawet języka, słownictwa, sposobów na określanie siebie. Co mnie, nawiasem mówiąc, z wiekiem coraz mniej interesuje. Kocham tę albo tę osobę. Mój coming out był ważny ze względu na okoliczności, czułam, że ważne jest powiedzieć to, wyraźnie, właśnie teraz. Ale wtedy? Jesteś młoda, masz pierwsze doświadczenia, eksperymentujesz. Byłam inna, akceptowałam to, także w kwestiach seksualności. Po prostu zawsze podobali mi się i faceci, i dziewczyny. Oglądałam się za dziewczynami i mówiłam koleżankom, że są piękne i fajne.

Heca

Bardzo wcześnie przeczytałam „Bunt długich spódnic”, biografię Emmeline Pankhurst, założycielki i przywódczyni ruchu sufrażystek w Wielkiej Brytanii. Mocna rzecz, o rebelii, naparzaniu się z policją. Pamiętam wstrząsające sceny przymusowego karmienia Pankhurst w trakcie strajku głodowego w więzieniu. „Bunt…” leżał na działce moich dziadków, nie mam pojęcia, co tam robił, chyba los mi go zesłał. Ale jeszcze wcześniej czytałam, i to nie raz, „Dziewczynę i chłopaka, czyli hecę na 14 fajerek” Hanny Ożogowskiej. Bliźniaki, dziewczyna i chłopak, zamieniają się rolami i siostra jedzie za brata na wakacje w jedno miejsce, a on za nią w drugie. Był też serial, ale powieść lepiej pokazywała dziewczynkę, która musi zadbać, żeby wszystko było w rodzinie w porządku. Siostra godzi się przecież jechać i udawać chłopca, żeby ratować tyłek tego nieogara, swojego brata. Irytowało mnie to na bardzo podstawowym poziomie, „ej, czemu jego traktują inaczej?!”. Ten jego całkowity brak sprawczości. Aż mnie korci, żeby zajrzeć do tej książki teraz i zinterpretować ją genderowo.

Klub ludzi artystycznie niewyżytych

Miałam 12, 13 lat i mama nie pozwalała mi jeszcze wychodzić wieczorami. W sąsiedztwie mieszkał chłopak. Starszy ode mnie, punk z irokezem. Obserwowałam go z oddali, z okna, i na tle tych wszystkich ludzi widziałam tylko jego, bo się wyróżniał. Totalnie mi to imponowało. On mi się niekoniecznie podobał jako mężczyzna, ale był ucieleśnieniem pewnej idei. Chciałam być taka jak on. Latem jechałam na kolonie i wróciłam z nich już z nową fryzurą. Tak się złożyło, że reakcja mojej mamy na tę fryzurę została uwieczniona. Wujek pożyczył kamerę VHS i poszedł z moją mamą mnie odebrać, bo ja z tych kolonii wracałam autokarem. Na nagraniu widać, jak autokar wjeżdża, dzieciaki wysiadają i słychać głos mamy: „O, jest Sylwia, jest!”. Ja w tym samym momencie się odwracam i słychać takie „ooooo!”, tylko już trzy tonacje niżej. Czytaj: „O mój Boże!”. Od tych włosów poszło szybko. Porwane swetry, przestałam jeść mięso, no i trafiłam do Klubu. W gazecie „Filipinka”, którą czytałam, swoją rubrykę „Cześć, poeci i poetki” miała Danuta Wawiłow [1942–1999, poetka, prozaiczka, tłumaczka, autorka literatury dla dzieci, w tym słynnego wiersza „Daktyle” – przyp. red.]. Młodzi ludzie wysyłali jej swoje utwory, a ona je publikowała i komentowała. Wyczytałam, że raz w tygodniu spotyka się założony przez Wawiłow Klub Ludzi Artystycznie Niewyżytych. Ja, będąc wtedy jeszcze w podstawówce, powinnam iść z osobą starszą, ale poszłam sama. Taki moment w życiu, że wiesz już, kim chcesz być, potrzebujesz tylko wsparcia, potwierdzenia tej twojej intuicji, że dobrze kombinujesz. W Klubie znalazłam osoby myślące tak jak ja. Jedni z nas interesowali się filmem, inni fotografią, były punki, byli hip-hopowcy. Ważne było to, czego ci ludzie słuchali, co czytali, czym się interesowali, jak wyglądali. Dorwałam się do tego źródła wiedzy, pamiętajmy, że nie mieliśmy jeszcze Internetu. Czytaliśmy, tłumaczyliśmy poezję, przynosiliśmy swoje wiersze, omawialiśmy je. Ale to był pretekst, chodziło o to, żeby być razem. Trochę jak w kawiarniach literackich, już samo to, że nawzajem się inspirujemy, było ważne. Pisałam wiersze na maszynie do pisania, którą wtedy miałam, ozdabiałam kolażami lub swoimi rysunkami i robiłam z nich książeczki, które potem, jak ziny, odbijałam na ksero i rozdawałam. Nadal mam mnóstwo takich tomików, także tych pisanych przez innych. Zostało mi trochę przyjaźni. Klub to była szkoła życia, polana artystycznym kontrkulturowym sosem.

Gdyby

Liceum księgarskie wybrałam świadomie. Opcja licealna, ale z możliwością zrobienia dyplomu zawodowego: technik księgarstwa. Idealne miejsce – uwielbiałam książki – i dość niedaleko mojego domu. Klasa żeńska, w większości hipisiary, tylko my z koleżanką byłyśmy punkówami, grupa niezłych freaków. W drugiej klasie oblałam matmę. Jak dziewięć innych osób z klasy. Miałam rok do tyłu. Poznałam superfajne osoby, ale moje doświadczenie z edukacją w liceum oceniam raczej negatywnie. Gdybym tak zebrała to, co mówili do mnie nauczyciele i nauczycielki... Gdybym tylko miała cieńszą skórę… No cóż, to były intensywne lata, nie miałam czasu na naukę. Ale w ostatniej klasie się ogarnęłam. Wiedziałam już, że chcę iść na kulturoznawstwo na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie bardzo ważne były punkty i wyniki na świadectwie maturalnym. Zorientowałam się, że wreszcie mam cel, wiem, po co mam się uczyć, i zupełnie inaczej zaczęłam podchodzić do tego, co mi proponowało szkolnictwo. No i miałam praktyki księgarskie. Potem pracowałam w Stanach w księgarni, już w czasie studiów w ramach wakacyjnej pracy. I nadal, kiedy wchodzę do jakiegokolwiek sklepu z książkami, mam odruch porządkowania. Kiedy coś jest źle rozplanowane, jestem okropna, mądrzę się potwornie. Potrafię nawet fukać jak Magda Gessler w „Kuchennych rewolucjach”. I tak sobie myślę, że gdyby to wszystko szlag trafił, gdyby była na rynku zapaść, gdybym straciła źródła dochodów – to w porządku, otworzę swoją księgarnię. Albo zatrudnię się w jednej z tych, które lubię.

Sylwia Chutnik, rocznik 1979. Pisarka, działaczka społeczna (założycielka Fundacji MaMa), feministka, publicystka, promotorka czytania. Była trzykrotnie nominowana do Nagrody Literackiej Nike, za książki: „Kieszonkowy atlas kobiet”, „Cwaniary” i „W krainie czarów”. W lipcu tego roku oficjalnie dokonała coming outu jako osoba nieheteronormatywna.