1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Moskwa upomina się o szczątki Rachmaninowa

Moskwa upomina się o szczątki Rachmaninowa

Siegiej Rachmaninow, domena publiczna
Siegiej Rachmaninow, domena publiczna
Legendarny kompozytor i pianista zmarł w Kalifornii w 1943. Jego grób znajduje się na cmentarzu Kensico, w pobliżu Nowego Jorku. Rosjanie zaapelowali o przeniesienie szczątków Rachmaninowa w miejsce jego urodzenia.

Minister kultury Rosji, Władimir Medinski zarzuca Stanom Zjednoczonym zawłaszczenie Rachmaninowa, podczas gdy dostał on obywatelstwo amerykańskie niedługo przed śmiercią. Polityk wezwał do przekazania do ojczyzny szczątków kompozytora, którego grób znajduje się w „żałosnym stanie”. Rosjanie chcieliby pochować je w obwodzie nowogrodzkim (na północnym-zachodzie kraju), gdzie Rachmaninow urodził się i spędził dzieciństwo.

„Dziedzictwo, dusza i talent Rachmaninowa należą do Rosji, sam wielokrotnie o tym mówił", dodaje pianista Denis Matsujew, dyrektor artystyczny Fundacji im. Siergieja Rachmaninowa, zastrzegając, że ewentualna zmiana miejsca pochówku wymaga zgody spadkobierców. Ci zaś zdecydowanie sprzeciwiają się rosyjskiej inicjatywie. Jedna z prawnuczek muzyka, Susan Wanamaker, tłumaczyła w rozmowie z BBC, że miejsce spoczynku w Nowym Jorku wynika z testamentu Rachmaninowa i rodzina nie będzie się sprzeciwiać ostatniej woli kompozytora.

Siergiej Rachmaninow pochodził z arystokratycznej rodziny z wielkimi tradycjami artystyczymi i wraz z nadejściem bolszewików cały jego świat się zawalił. Kompozytor opuścił porewolucyjną Rosję w grudniu 1917 w dramatycznych okolicznościach. Zabrał ze sobą tylko notesy ze szkicami utworów i dwie partutury na orkiestrę. Przedostał się do Skandynawii, gdzie mieszkał przez prawie rok. Do Stanów Zjednoczonych trafił w 1918. Nigdy nie wrócił do ojczyzny, ale pozostał wiernymi rosyjskim zwyczajom.

źródło: Le Figaro, własne

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Festiwal Sinfonia Varsovia Swojemu Miastu

Podczas Festiwalu Sinfonia Varsovia Swojemu Miastu wystąpi znana niemiecka formacja Ensemble Garage. (Fot. Allessandro de Matteis)
Podczas Festiwalu Sinfonia Varsovia Swojemu Miastu wystąpi znana niemiecka formacja Ensemble Garage. (Fot. Allessandro de Matteis)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
W sierpniu w Warszawie będzie można przemierzać różne muzyczne szlaki. Rozpoczyna się tu bowiem XX edycja Festiwalu Sinfonia Varsovia Swojemu Miastu.

W niedzielę 2 sierpnia rozpocznie się XX Festiwal Sinfonia Varsovia Swojemu Miastu. Pierwszy dzień festiwalu wypełnią big-bandowe brzmienia Sinfonia Varsovia Brass. Zespół tworzą muzycy orkiestry, przedstawiciele sekcji instrumentów dętych blaszanych i perkusji. Podczas dwóch koncertów zagrają: Fanfarę dla Niepodległej, ostatnią kompozycję byłego dyrektora artystycznego Sinfonii Varsovii, Krzysztofa Pendereckiego, a także utwory innych kompozytorów związanych z Warszawą oraz amerykańską sceną brassową.

Synfonia Varsovia Brass (Fot. Tomasz Sikora) Synfonia Varsovia Brass (Fot. Tomasz Sikora)

Dialog sztuki muzycznej z naturą uwidoczni się w utworach prezentowanych podczas Eksperymentalnych wtorków, które rozpocznie 4 sierpnia (g. 20:00) koncert znanej na całym świecie niemieckiej formacji Ensemble Garage, specjalizującej się w muzyce współczesnej.

Ukłonem w stronę tradycji muzycznej będą czwartkowe koncerty orkiestrowe. 6 sierpnia (g. 19:00) Sinfonia Varsovia pod batutą Alexandra Vedernikova zaprezentuje rzadko wykonywaną II Symfonię D-dur na smyczki i trąbkę H 153 Artura Honeggera oraz Serenadę na smyczki C-dur op. 48 Piotra Czajkowskiego. Koncert zwieńczy II Chaconne in memoria del Giovanni Paolo II Krzysztofa Pendereckiego, dedykowana Janowi Pawłowi,  skomponowana w 2005 roku i włączona do Polskiego Requiem, monumentalnego dzieła upamiętniającego ważne postaci z historii Polski.

Sinfonia Varsovia (Fot. Bartek Barczyk) Sinfonia Varsovia (Fot. Bartek Barczyk)

W ramach Festiwalu odbędą się również poranki familijne i fabularne koncerty dla dzieci z cyklu „Na ścieżkach dźwięków”. Muzyczne opowieści do kompozycji Michała Lorenca  przeniosą dzieci w świat fantazji, leśnego królestwa ptaków czy dalekowschodniej krainy. Barwną dźwiękowo-słowną historię z elementami pantomimy przedstawi zespół DesOrient, aktorka Teatru Sztuka Ciała Joanna Półciennik i prowadzący Tomasz Grabowski.

W czasie Festiwalu Sinfonia Varsovia Swojemu Miastu odbędą się koncerty dla dzieci. (Fot. materiały prasowe) W czasie Festiwalu Sinfonia Varsovia Swojemu Miastu odbędą się koncerty dla dzieci. (Fot. materiały prasowe)

Kolejne tygodnie Festiwalu Sinfonia Varsovia Swojemu Miastu przyniosą kilka muzycznych niespodzianek, w tym polskie premiery Tranquillo for Chamber Ensemble Gii Kanczelego czy Chamber Symphony op. 83a Dymitra Szostakowicza z orkiestracją sporządzoną przez Rudolfa Barshai. Podczas festiwalu zabrzmi także nowa kompozycja Bassema Akiki, Rafała Ryterskiego czy dzieło napisane specjalnie dla Sinfonii Varsovii przez Wojciecha Kostrzewę, Concerto Varsovia.

XX Festiwal Sinfonia Varsovia Swojemu Miastu, od 2 sierpnia do 3 września, Pawilon Koncertowy Sinfonii Varsovii . Więcej informacji na stronie internetowej sinfoniavarsovia.org. Bilety (10-20 zł) dostępne na sinfoniavarsovia.org, ebilet.pl oraz bezpośrednio przed koncertem.

  1. Kultura

Konkurs Chopinowski przełożony - słuchajmy Chopina online

Pomnik Fryderyka Chopina w Łazienkach Królewskich w Warszawie (Fot. BEW)
Pomnik Fryderyka Chopina w Łazienkach Królewskich w Warszawie (Fot. BEW)

18. edycja Konkursu Chopinowskiego, która miała się odbyć w październiku została przełożona z powodu koronawirusa. Nic dziwnego, że melomani są zawiedzeni. Czekają na to wydarzenie 5 lat.

Konkurs Chopinowski, międzynarodowe święto muzyki, odbywa się od 1927 roku co pięć lat. W tym roku czekaliśmy na 18 edycję konkursu, jednak z powodu pandemii koronawirusa została ona przesunięta na 2021 rok. Z edycji na edycję zainteresowanie konkursem jest coraz większe - bilety na tegoroczne przesłuchania i koncerty do Filharmonii rozeszły się w zaledwie 3 godziny.

Eliminacje i kolejne etapy konkursu obserwują nie tylko melomani w Filharmonii, ale również miliony słuchaczy na całym świecie, dzięki relacjom online. Poprzednia, 17. edycja Konkursu Chopinowskiego, zasięgiem i atrakcyjnością pobiła rekordy popularności. Filmy z Konkursu Chopinowskiego (głównie sesje przesłuchań) wyświetlono ponad 9 milionów razy. Największą widownię przyciągnął koncert zwycięzcy Konkursu pochodzącego z Korei Południowej Seong-Jin Cho – obejrzało go ponad 2 miliony osób.

W tym roku nie pozostaje nam nic innego niż iść za ich przykładem: koncertów z poprzednich edycji Konkursu Chopinowskiego można słuchać na stronie internetowej w ramach witryny Instytutu Chopina oraz na kanale

Poniżej przypominamy nagranie laureatów poprzednich edycji: Seong-Jin Cho z 2015 roku i Rafała Blechacza z 2005.

Rafał Blechacz jest laureatem 1 nagrody XV edycja konkursu, która była wyjątkowa- zgłosiła się do niego rekordowa liczba uczestników. Do eliminacji XV edycji przystąpiło aż 323 pianistów, spośród których do ścisłego finału przeszło 12.

Nie w plenerze tylko online

Fani muzyki Fryderyka Chopina od lat słuchają jej również na Niedzielnych Recitalach Chopinowskich w Żelazowej Woli, które odbywają się cyklicznie od maja do września. W tym roku i one zmieniły swój charakter. Zamiast w Domu Urodzenia Fryderyka Chopina muzyki najsłynniejszego polskiego kompozytora będzie można słuchać, siedząc na własnej kanapie  - koncerty będą transmitowane w każdą niedzielę o godzinie 15. - na kanale YouTube Narodowego Instytutu Fryderyka Chopina oraz na Facebookowym profilu Narodowego Instytutu Fryderyka Chopina.

Pierwszy recital online odbył się 3 maja, poniżej program kolejnych koncertów: 10 maja – Paweł Wakarecy 17 maja – Szczepan Kończal 24 maja – Wojciech Świtała 31 maja – Janusz Olejniczak 7 czerwca – Magdalena Lisak 14 czerwca – Aleksandra Świgut 21 czerwca – Michał Szymanowski 28 czerwca – Szymon Nehring

  1. Kultura

Boléro Maurice'a Ravela w czasach koronawirusa - artyści NOSPR nagrali je z domów

fot. materiały prasowe
fot. materiały prasowe
Flet gra w kuchni, skrzypce tuż obok niemowlęcego łóżeczka, a werbel w ogrodzie. Muzycy Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia zagrali w swoich domach Boléro Maurice`a Ravela, nagrali je i udostępnili swoim fanom. Film robi furorę wśród melomanów.

 „W tym trudnym czasie daliście nam odrobinę normalności” „Wspaniała opowieść o pasji, wspólnocie i intymności!” „Budujące i pełne optymizmu wykonanie” „Piękna opowieść o naszym aktualnym życiu”
To tylko kilka z prawie 200 komentarzy pod filmem, który w święta opublikowała w internecie Narodowa Orkiestra Symfoniczna Polskiego Radia.

Grupa muzyków przygotowała wyjątkowe wykonanie jednego z najpopularniejszych i najbardziej lubianych utworów muzyki klasycznej – Boléra Maurice`a Ravela. - To nie tylko jeden z najbardziej znanych utworów w historii muzyki, ale również taki, którego tempo się nie zmienia. Od początku do końca pozostaje takie samo. Właśnie dlatego Boléro to idealny utwór do zagrania na odległość, czyli w jedyny dostępny teraz dla nas sposób – mówi Tomasz Hajda, puzonista NOSPR i inicjator przedsięwzięcia.

Tylko jak zorganizować taki koncert, gdy dzieci domagają się uwagi, pies gdzieś uciekł, a trzeba jeszcze wyprasować pranie, zadbać o kondycję fizyczną i napić się herbaty? Wszyscy, którzy ostatnie tygodnie spędzili na pracy zdalnej doskonale wiedzą, w czym problem.

- Czy to było trudne zadanie? Jesteśmy jedną z najlepszych orkiestr w Polsce. Nie wypada nam mówić, że coś jest dla nas trudne – śmieją się muzycy.

Ich „zmagania” z domowymi warunkami stały jednak się ważnym elementem filmu. Muzycy NOSPR postawili na autentyczność. Zwykle podobne realizacje wspomagane są playbackiem lub półplaybackiem, ale oni podczas nagrywania wykorzystali tylko swoje telefony.

- Zdajemy sobie sprawę, że jakość dźwięku nie jest idealna, ale to miał być zapis sytuacji, w której wszyscy jesteśmy tu i teraz – mówi Hajda.

Jednym z najlepszych dowodów na aktualność nagrania jest partia werbla, kluczowa w utworze Ravela. Piotr Połaniecki, perkusista NOSPR, zagrał ją m.in. na ogrodowej taczce.

Kiedy zadzwonił Tomek byłem akurat w ogrodzie. Pomyślałem, że warto nawiązać do tej sytuacji. Jak to się stało, że taczka brzmi jak werbel? No cóż… odrobinę ją zmodyfikowałem. To teraz dość mocno technologicznie zaawansowana taczka wyposażona w elektroniczny czujnik – opowiada Połaniecki.

Film zaprezentowano premierowo w wielkanocną niedzielę na stronie internetowej NOSPR, do tej pory film zobaczyło ponad 51 tys. osób, udostępniono go ponad 500 razy.

Film to element rozpoczętej w połowie marca akcji #NOSPRwtwoimdomu, która jest odpowiedzią na ogłoszony na terenie kraju stan epidemii. Ponieważ orkiestra nie może prowadzić działalności koncertowej w swojej siedzibie, przeniosła działania do internetu. Na stronie www.nospr.org.pl oraz na stronach instytucji w mediach społecznościowych publikowane są krótkie „domowe” filmy, w których muzycy opowiadają o swoich instrumentach, ćwiczą i wymyślają muzyczne zabawy razem ze swoimi dziećmi. W akcję zaangażowany jest też dział edukacji NOSPR, który również przeniósł swoje działania do sieci. W internetowej działalności NOSPR wspiera także Program II Polskiego Radia. W ramach wspólnej akcji „Dwójka w NOSPR, NOSPR w Dwójce” na stronie internetowej polskieradio.pl/dwojka i nospr.org.pl udostępniane są archiwalne koncerty NOSPR.

Transmisje koncertów odbywają się codziennie, dwa razy w ciągu dnia o godz. 12 i o godz. 21.

  1. Kultura

Katarzyna Gintowt: "Bez sztuki byłabym wrakiem człowieka"

Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan” i „She”. (Fot. archiwum prywatne)
Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan” i „She”. (Fot. archiwum prywatne)
Bez sztuki byłabym dziś wrakiem człowieka − mówi malarka Katarzyna Gintowt. Kiedyś malarstwem i rysunkiem zajmowała się „przy okazji”, po wyprowadzce na Suwalszczyznę poświęca się im w pełni. Powstałe w tym czasie obrazy pokaże wkrótce w Galerii Leonarda w warszawskim centrum Koneser.

Czy sztuka jest dla ciebie formą rozwoju osobistego?
Sztuka jest dla mnie nie tylko formą rozwoju, ale także rodzajem terapii. W domu na suwalskiej wsi mogę zamknąć się w pracowni i potraktować ten czas jako medytację. Mam w głowie zanotowane jakieś obrazy i wrażenia, i jestem na tym skoncentrowana. I powiem ci, że już bym bez tego nie mogła żyć. W czasach pracy w luksusowych magazynach, malarstwo i rysunek były tylko „przy okazji”, teraz mogę wreszcie pokazać obrazy, które wtedy powstały, ponieważ dałam im całą moją uwagę, energię i talent.

W większości są to abstrakcyjne plenery...
Tak, ale nie malowałam ich w naturze. Nasycam się krajobrazami, porami roku, pogodą, nastrojem i potem w pracowni wyrzucam na płótno lub papier to, czego doświadczyłam, przetworzone już przeze mnie. Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest. Żeby wyjaśnić, czym są dla mnie, opowiem ci o moim dniu. A więc wstaję, biorę psa i ruszam na spacer po okolicy, czyli Wigierskim Parku Narodowym. Jest tu naprawdę pięknie. Mamy dwa jeziora, plażę, wieżę widokową, las… No a ja idę z psem i obserwuję. Co roku na przykład przyjeżdża tu, jak mogę już powiedzieć, nasza znajoma, rozbija namiot niedaleko wieży widokowej i tak sobie żyje kilka miesięcy z całą rodziną. Jeden z obrazów powstał tak, że po ich przyjeździe wróciłam do domu i z pamięci namalowałam ten moment, kiedy oni się już kąpali, odpoczywali po podróży.

- Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest - mówi Katarzyna Gintowt.- Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest - mówi Katarzyna Gintowt.

Pamiątką z wakacji jednak bym go nie nazwała. Mnie niepokoi.
No właśnie, to, co robię, to tylko pogranicze sztuki przedstawiającej i abstrakcyjnej. Niektóre obrazy są bardziej abstrakcyjne, inne mniej. Ale wszystkie są naładowane tym, co przeżyłam, co widzę, co czuję. Na przykład idę z psem na spacer, patrzę na rytmy brzóz, na rytmy innych drzew, a potem przenoszę je na płótno. Podobnie znajduję inspiracje w zaoranej ziemi. To nowy etap mojego malarstwa, który narodził się tutaj, na Suwalszczyźnie, i zapewne nigdzie indziej by się nie narodził w takiej formie.

Pejzaże i emocje – malarstwo, które leczy duszę?
Kiedy się zabieram do malowania, muszę być wewnętrznie naładowana. Muszę też mieć ochotę malować. Profesorowie mówią, że w malarstwie trzeba unikać anegdoty, ale dla mnie jest ona ważna. Aby ją jednak dobrze pokazać, muszę skupić się na świetle, zastanowić nad kolorami, kompozycją – zwłaszcza że mnie kompozycja bardzo kręci.

Kompozycje na twoich obrazach, w moim odczuciu, po mistrzowsku oddają postrzeganie świata, kiedy przeżywamy trudne emocje.
Dla mnie najbardziej przerażający moment to ten, kiedy staję przed czystym płótnem. Zazwyczaj wtedy mam jednak już w głowie, co zrobię że na przykład: „na tym płótnie opowiem o zimie”, i zaczynam. A wtedy jak podczas medytacji kompletnie odcinam się od zewnętrznego świata. Zaczynam tworzyć na płótnie świat, który wychodzi ode mnie, a nie jest tylko odwzorowaniem tego wokół mnie. W swoim świecie czuję się bezpieczna. Ten zewnętrzny budził zawsze we mnie różne lęki, na przykład boję się ludzi, jestem introwertyczką. Malarstwo mnie koi, a doświadczenie życia na wsi zmieniło także moje obrazy. Mniej zainteresowania człowiekiem, a więcej – naturą.

- Wszystkie moje obrazy są naładowane tym, co przeżyłam, co czuję. Idę z psem na spacer, patrzę na rytm drzew, a potem przenoszę je na płótno - mówi Katarzyna Gintowt.- Wszystkie moje obrazy są naładowane tym, co przeżyłam, co czuję. Idę z psem na spacer, patrzę na rytm drzew, a potem przenoszę je na płótno - mówi Katarzyna Gintowt.

Jak jeszcze zmieniłaś się przez te trzy lata?
Przestałam się spieszyć. Mam swój stały rytm, ale jest to rytm narzucony przez naturę. Nie chcę, żeby to brzmiało w sposób egzaltowany, ale to prawda. Wstaję razem ze słońcem, bo to jest dla mnie magiczny moment. Lubię się wtedy napatrzeć na świat, lubię się ładować tym specyficznym światłem wschodzącego słońca, tymi kolorami. Żyję też porami roku. Zima jest bardzo trudna. Ale potem jest nagroda – wiosna i lato. Pojawiają się kwiaty i ptaki. Magicznym momentem jest na przykład ten, na który czekam i którego staram się nie przegapić, a jest nim przylot żurawi. Zawsze zjawiają się trzy. Śmieję się, że to albo trójkąt, albo małżeństwo z dzieckiem, które – jak to teraz u ludzi bywa – nie chce się wyprowadzić.

Udało ci się tej wiosny złapać ten moment, kiedy przylatują?
Do tej pory zawsze mi się udawało. A wtedy dostaję takiego speedu, że chce mi się żyć jak nigdy! Bo tu jest życie. Przychodzą jelenie, a ja codziennie kupuję w sklepie pięć kilogramów kartofli i pięć kilogramów marchwi, i im wysypuję. Mój rytm życia reguluje też prowadzenie ogrodu na zasadach permakultury, a więc nie stosuję pestycydów, a uprawy dobieram tak, aby nawzajem się chroniły przed szkodnikami. Nauczyłam się tych zasad, i to się sprawdza. Wszystko samo rośnie, a ja nie mam problemu z kretami czy ze ślimakami. Nie zaburzam ekologicznej równowagi, nie tępię żadnych zwierząt i dlatego do mojego ogrodu przylatują ptaki, które te ślimaki zjadają. Sąsiadka, która prowadzi ogród tradycyjny, wciąż na nie narzeka…

Permakultura zakłada troszczenie się o ziemię, ale także o innych ludzi i sprawiedliwy podział dóbr…
Tutaj postanowiłam kultywować wszystko, co jest zgodne z naturą i co jest dobre. Oraz ograniczyć konsumpcję. Kiedy mam wybrać: czy wydam pieniądze na buty czy na farby albo filtr do aparatu, bo robię dużo zdjęć, to nigdy nie wybiorę butów.

Samo niespieszenie się może wiele zmienić…
Dokładnie tak, gdybym się spieszyła, nie miałabym czasu na permakulturę, na czekanie na żurawie, karmienie jeleni. Nauczyłam się tu kochać ziemię, kochać naturę, a to naprawdę wszystko zmienia. Ale też z tego powodu zaczynam świrować, bo tu są myśliwi, którzy zabijają zwierzęta. Są rolnicy, którzy zatruwają pola, a ja mam ule i szkoda mi pszczół. Nie chcę, żeby umierały załatwione chemią. A na przykład jutro jadę do wsi Szwajcaria pod Suwałkami walczyć o to, aby nie wycinali drzew.

Zamiast rozgrywek w redakcji, które często przypominały to, co znamy z „Diabeł ubiera się u Prady”, robisz coś bardzo sensownego.
Kiedyś sensem mojego życia było latte na soi. Tak, mam poczucie zmarnowanego czasu. No ale każdy z nas ma taki czas, kiedy „musi”, bo ma rodzinę, kredyt, ma dzieci. Na szczęście ja już nic nie muszę. Tu czuję się częścią natury, a to daje poczucie wewnętrznej równowagi…

Twoje malarstwo i rysunki tego nie pokazują. Mimo sielankowych miejsc i sytuacji jest w nich dużo trudnych emocji, depresyjnych, może nawet traumatycznych?
Zdecydowanie tak, choć wolałabym o tym nie mówić, wolę malować. Chciałabym, aby każdy mógł samodzielnie te moje prace odczytać. Powiem ci jednak, że moje życie i twórczość to była do niedawna ciągła walka z tym, co trudne, ciemne, chaotyczne. Teraz zaczynam odnosić w niej zwycięstwo, które polega na odzyskiwaniu wewnętrznej równowagi. Jestem pewna, że to zasługa czasu, jaki ofiarowałam mojemu malarstwu. Ale i miejsca, w którym żyję. Wróciłam do natury i to mnie leczy.

Miejskie życie nie służy spokojowi, wciąż o coś zabiegamy, rywalizujemy…
Jak mówi moja przyjaciółka, Hania Samson, w mieście trzeba wciąż: „kupywać, kupować, kupywać!”. Ale kiedy stajesz się częścią natury, wszystko wraca do normy, bo natura jest bardzo mądra.

Żyjesz ze sztuki?
Nie, ale mało o to dbam. Mam, jak wspominałam, taki problem, że ciężko mi się rozstawać z obrazami. Kontrakty, jakie dostają koleżanki artystki: powstaje hotel i w każdym pokoju powinien być obraz, a więc właściciel kupi płótna hurtem – mnie nie interesują. Z jednej strony to fajne, taka stała wystawa w hotelu, ale z drugiej – moje obrazy są zbyt intymne. Ja bym chciała, żeby kupowali je ci, którym one się naprawdę podobają. Jak ktoś powie: „o rany, jakie fajne, ja chcę to mieć” – to jest dla mnie największa zapłata!

„O rany, jaki fajny jest ten obraz z kilkoma psami, chciałabym go mieć!”. No właśnie, czy psy na obrazach to także zysk z zamieszkania na wsi?
Psy były ze mną już w Warszawie. Kocham te zwierzaki i zawsze je miałam. Dlatego zazwyczaj na każdym moim obrazie znajdzie się jakiś piesek. Kiedy boisz się ludzi, to bywa, że pies jest twoim jedynym przyjacielem…

Ale tu, na wsi, malując, pokonałaś swoje lęki?
Bez sztuki byłabym dziś wrakiem człowieka, tyle ci powiem…

Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan”, „She”.

  1. Kultura

"Mayerling" w Teatrze Wielkim Operze Narodowej. Poleca szefowa działu kultury „Zwierciadła”

"Mayerling", Vladimir Yaroshenko i Chinara Alizade jako Arcyksiąże Rudolf i Mary Vetsera. (Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)
Sceny znowu są dostępne na żywo dla publiczności, a Teatr Wielki Opera Narodowa w Warszawie świętuje wystawiając „Mayerlinga”. Baletową opowieść o jednej z bardziej intrygujących zagadek przeszłości, tajemniczej śmierci słynnej pary kochanków.

Tytułowy „Mayerling” to nazwa pałacu myśliwskiego w Austrii, w którym 30 stycznia 1889 roku arcyksiążę Rudolf, następca tronu austro-węgierskiego, jedyny syn Franciszka Józefa I i cesarzowej Elżbiety, zmarł w tajemniczych okolicznościach z 19-letnią baronówną Marią Vetserą u boku. Podwójne samobójstwo czy zabójstwo? Zagadka śmierci tych dwojga nie została rozwikłana do dzisiaj i z miejsca stała się pożywką dla plotek, teorii spiskowych, a także niewyczerpaną inspiracją dla pisarzy i scenarzystów. Najsłynniejsza ekranizacja tej historii to „Mayerling” Terence’a Younga z Omarem Sharifem i Catherine Deneuve rolach głównych. Film do kin trafił w 1968 roku, a dokładnie dekadę później swoją prapremierę w londyńskim Royal Opera House miała baletowa wersja „Mayerlinga”.

'Mayerling', Vladimir Yaroshenko jako Arcyksiąże Rudolf.(Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)"Mayerling", Vladimir Yaroshenko jako Arcyksiąże Rudolf.(Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)

Balet w czterech aktach stworzony przez sir Kennetha MacMillana, słynnego brytyjskiego choreografa do muzyki Ferenca Liszta. Porywczy, kochliwy, z obsesją na punkcie rewolwerów i śmierci Rudolf i zapatrzona w niego młodziutka Vetsera. To historia ich miłości, namiętności, romansu bez szans na szczęśliwe zakończenie, historia życia pod presją konwenansów i monarszych powinności, aż w końcu decyzji kochanków o wspólnej śmierci. „Mayerling” grany jest rzadko, tylko na wybranych scenach baletowych świata, do słynnych jego wystawień należy choćby to z 2013 roku z „pierwszym bad boyem baletu” Siergiejem Połuninem w roli Rudolfa. Premierę w warszawskim Teatrze Wielkim Operze Narodowej ma spektakl pod batutą Patricka Fournilliera, w wykonaniu tancerzy Polskiego Baletu Narodowego. A w obsadzie największe gwiazdy warszawskiej sceny – Władimir Jaroszenko, Yuka Ebihara i Chinara Alizade.

Fot. materiały prasoweFot. materiały prasowe