1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. John Malkovich - Ekran jest płaski

John Malkovich - Ekran jest płaski

John Malkovich osiągnął w teatrze i kinie niemal wszystko: gra, produkuje, reżyseruje po angielsku, francusku i hiszpańsku. W wolnych chwilach projektuje ubrania. Potrafi jednym spojrzeniem zmrozić, ale jeszcze większe wrażenie robi jego szczerość, kiedy przy butelce czerwonego wina mówi łagodnym głosem rzeczy, do których inni aktorzy nie przyznaliby się na torturach

– Artyści często unikają tematów osobistych i wolą mówić o kolejnych projektach. Z tobą jest inaczej...

– Ludzie często zadają mi pytania o konkretne role. W paru filmach zagrałem kilka dobrych ról, zgoda. Ale było też mnóstwo filmów nieudanych. Co z tego, że rola dobra, skoro film do niczego. To jak strzelić cztery bramki w meczu, w którym twoja drużyna i tak przegrywa 5:4.

– Jak zareagowałeś na propozycję Spike’a Jonze’a, kiedy zaproponował ci rolę w „Być jak John Malkovich”? Rola jak każda inna?

– To faktycznie był rzadki przypadek. Zaśmiałem się w głos, kiedy doszedłem w scenariuszu do zdania: „kim, do cholery, jest John Malkovich?”. Ale w sensie aktorskim zadanie niczym nie różniło się od innych ról. Raz się gra ślepca, raz alkoholika, raz psychopatę, innym razem tresera koni, a jeszcze innym wszystkich naraz… Chociaż akurat tego ostatnego jeszcze nie grałem. No i okazało się, że przychodzi taki moment, kiedy gra się Johna Malkovicha. W tym wypadku, na szczęście, w udanym filmie. Swoją drogą, najzabawniejsze pytanie, jakie zadał mi na ulicy obcy facet, brzmiało: „zaraz, czy to nie ty grałeś Malkovicha w »Być jak John Malkovich«?”.

– Z tego, co mówisz, przebija nuta rozczarowania kinem. O teatrze myślisz inaczej?

– Bez dwóch zdań. Teatr to dla mnie naturalny język – jakbym się z nim urodził, a innych się tylko nauczyłem. W teatrze od razu znasz reakcję: dajesz coś innym i dostajesz coś w zamian. Wszystko, co wysyłasz, wraca jak bumerang. Jeśli wchodzisz w to całym sobą, dosłownie czujesz, że w powietrzu iskrzy. To fenomenalne wrażenie: absolutna szczerość przed widownią, która wyczuwa każdą nutę fałszu. I do tego w każdej sekundzie wiesz, jak ci idzie. Z filmem jest zupełnie inaczej. Uważam, że film to medium płytkie. Nie przypadkiem ekran filmowy jest płaski, a scena teatralna ma głębię. W filmie nie ma nawet takiego kontaktu z ludźmi jak w teatrze. Grasz swoją serię scen, masz jakieś oczekiwania co do końcowego wyniku, ale po zdjęciach wyjeżdżasz i już nie widzisz tego grona ludzi w komplecie. Dziewięć miesięcy później zapraszają cię na pokaz i gotowy film okazuje się najczęściej rozczarowaniem. Dlatego od jakiegoś czasu nie oglądam już filmów, w których zagrałem. Nie chcę się wkurzać.

– Ile swoich ról filmowych uważasz za naprawdę ważne?

– Kilka. Chyba nie więcej niż pięć, sześć. Ludzie często pytają mnie: „dlaczego nie grasz więcej takich ról, jak w »Niebezpiecznych związkach?«”. Jak to słyszę, to mam wrażenie, że ktoś mnie bez ostrzeżenia wyrolował. Pewnie, że wolałbym grać więcej takich ról, ale aktor gra to, do czego go zaproszono. Razem z Lianne Halfon i Russellem Smithem założyliśmy firmę Mr. Mudd właśnie dlatego, że miałem dość czekania na dobry scenariusz klasy „Niebezpiecznych związków”. Wreszcie możemy robić to, co chcemy: kupujemy prawa do ekranizacji książek, które nam się spodobały, produkujemy i reżyserujemy to, co uważamy za wartościowe. Wyprodukowaliśmy „Ghost World”, wyreżyserowałem „Tancerza” z Javierem Bardemem, dwa lata temu wyprodukowaliśmy „Juno”, zaraz zaczynamy produkcję filmu „The Perks of Being a Wallflower”. Dzięki temu nie dobija mnie frustracja wynikająca z czekania na sensowną rolę w filmie. No i znajduję czas na teatr. Nie mam wątpliwości, że swoje najważniejsze role zagrałem i nadal gram w teatrze. Jeśli czegoś w życiu w ogóle żałuję, to właśnie czasu, który zamiast na teatr przeznaczyłem na inne rzeczy.

– Jeśli ktoś zna cię tylko z ekranu, to wyznanie musi szokować. Stawiasz pod znakiem zapytania pół swojego życia zawodowego. – Rozmawiamy przecież szczerze. Szczęśliwie należę do tych ludzi, którzy nie muszą martwić się o PR-owy efekt swoich wywiadów.

– Czyli teatr to pierwsza miłość.

– Dosłownie. Moje aktorskie początki wiążą się z teatrem Steppenwolf, który w Chicago założyliśmy z Garym Sinise’em. Świetnie wspominam wszystko, co razem zrobiliśmy, mimo że życie wcale nie było wtedy łatwe. To nie było tak, że ledwo otworzyliśmy teatr, od razu ludzie walili tam drzwiami i oknami. Teatr był zajęciem na wieczór. W ciągu dnia pracowałem jako kierowca autobusu, sprzedawca albo tzw. menedżer sprzętu biurowego. Jedno i drugie robiłem z równym przekonaniem, bo uważam, że jeśli coś się robi, trzeba w to wkładać serce albo poszukać innego zajęcia.

– Zmierzasz do tego, że kariera filmowa przeszkodziła w rozwoju Steppenwolf?

– Tak już jest, że czasami nawet wspaniałe rzeczy przychodzą w nie najlepszym momencie. Byliśmy coraz lepsi, zaczęliśmy grać na naprawdę wysokim poziomie i właśnie wtedy pojawiły się propozycje filmowe, przez które zawiesiliśmy pracę w teatrze. Często się ostatnio zastanawiam, jak ułożyłoby się życie, gdybyśmy jeszcze przez parę lat grali razem. Ale może po prostu jako 57-letni facet pamiętam już tylko dobre strony młodości, bo złe wyparłem?

– Sukces przyszedł po prostu za szybko?

– Każdy lubi, jak go chwalą, a większość aktorów bez tego nie może wręcz żyć. Ale to znowu kwestia odpowiedniego albo nieodpowiedniego momentu. Steppenwolf był wspólnym przedsięwzięciem grupy ludzi, a media bardzo szybko przełączyły się na pisanie o „teatrze Malkovicha”. Strasznie było mi za to wstyd przed zespołem i przeszkadzało nam to w pracy. Tym bardziej że i wtedy, i teraz uważam, że wielu ludzi ze Steppenwolf zasłużyło na takie same pochwały. Nie zrozumcie mnie źle – nie próbuję teraz być fałszywie skromny. To naprawdę był przypadek świetnego zespołu, który rozpada się z powodu medialnego sukcesu jednego z jego członków, podczas gdy inni, równie dobrzy, nie odnoszą takich sukcesów. Po jakimś czasie sytuacja stała się dla mnie nie do zniesienia psychicznie. Miałem dość. Doskwierał mi ten sukces.

 
– W dzisiejszej kulturze celebryctwa, gdzie każdy chce być gwiazdą choć przez kilka minut, brzmi to co najmniej konsternująco.

– Warto pamiętać o tym, co powiedział kiedyś Warren Beatty: „Sława to droga jednokierunkowa. Zanim zorientujesz się, jaką musisz za nią zapłacić cenę, jest za późno”. W moim przypadku doszła do tego jeszcze jedna rzecz: przez całą szkołę słyszałem, że raczej nic mi w życiu nie wyjdzie. Zdaniem wielu nauczycieli nie rokowałem nadziei na przyszłość. Siedział we mnie wtedy straszny gniew wynikający z poczucia odrzucenia. I nagle, niemal prosto ze szkoły, słyszę same pochwały. Nie wiedziałem, jak dać ujście tym wszystkim emocjom. Kosztowało mnie to później siedem lat pracy z psychoanalitykiem.

– Nie miałeś problemu z decyzją o szukaniu pomocy specjalisty? Męska duma, te rzeczy…

– Nie. Doszedłem do wniosku, że lepiej i pewnie szybciej będzie współpracować z zawodowcem. Różnym ludziom różne rzeczy pomagają odzyskać równowagę. Akurat ja wolę psychoanalityka od religii, bo choć na krótszą metę jest kosztowniejszy, to na dłuższą daje mi większą samodzielność.

– Stawiałeś sobie w życiu jakieś cele do osiągnięcia? Dzieliłeś życie na fazy?

– Nie miałem w życiu przez długi czas żadnych wyraźnych faz. Może właśnie dlatego, że nie stawiałem sobie celów i nie miałem przesadnych oczekiwań. Zmiana przyszła, kiedy doczekaliśmy się dzieci z moją partnerką Nicole. Ale wtedy też myślałem o tym dosyć prosto. Mówiłem sobie, że chcę być dobrym ojcem, że chcę, żeby nasze dzieci, Amandine i Loewy, były zdrowe. Banał, prawda? Ale szybko okazało się, że moja praca zmienia ten banał w torturę. Na planach filmowych dopadała mnie myśl, że robię rzeczy nieważne, kiedy powinienem każdą chwilę spędzać z dziećmi. Jestem dozgonnie wdzięczny Nicole, że to znosiła i utrzymała naszą rodzinę razem.

– Jak twoja praca wpłynęła na relację z dziećmi?

– Nieobecność przez 2/3 roku nieszczególnie dobrze wpływa na relację. Wiedziałem, że w moim przypadku pozostała 1/3 musi nam to zrekompensować. Stawałem na głowie, żeby maksymalnie wykorzystać ten czas i może nawet przesadzałem, ale sądzę, że się udało. Pozostaliśmy sobie bliscy. Dziś patrzę na to z innej perspektywy, bo nasze dzieci są dorosłe. Też zresztą musiałem nauczyć się szanować ich dorosłość. Zdarzało mi się pomyśleć, że moje dzieciaki to dupki, bo od paru dni nie dzwoniły do ojca. A później przychodziła myśl, że tak już jest – mają swoje życie, a my jako rodzice odchodzimy w cień. Wy też przecież obaj jesteście ojcami, nie? Tyle że macie małe dzieciaki. No to powiem wam, że wszystko przed wami. Wydawało mi się kiedyś, że przecież dzieci powinny mnie słuchać, bo mam jakieś doświadczenie, jestem im w stanie coś doradzić i tak dalej. Nie zapomnę szoku, kiedy do domu wraca nastolatek i mówi takie rzeczy, że zastanawiasz się, skąd on to wziął. A potem zadajesz sobie pytanie, ile w ogóle masz na niego wpływu, i stwierdzasz, że niewiele. Wreszcie twoje dziecko na zawsze wynosi się z domu, a ty siadasz, drapiesz się po głowie, masz głupią minę, trochę ci smutno, a trochę wesoło i mówisz do siebie: kurczę, co się właściwie stało? To dziwny moment. Ja już doszedłem do siebie i kiedy moja córka nie odbiera telefonu, jak dzwonię, a później przysyła mi SMS-a, że „sorry, ale jest zajęta”, nie wariuję, nie wkurzam się. Akceptuję, że ma swoje życie, i tyle.

– Wróćmy do tych 2/3 roku poza domem. Czy przy tylu podróżach jesteś w stanie czuć się gdzieś jak w domu?

– Nie zadaję sobie tego pytania, bo w dorosłym życiu nigdy nie miałem jednego miejsca, do którego byłem przywiązany. Wyprodukowałem kiedyś film „Przypadkowy turysta”. Ten tytuł świetnie oddaje moje nomadyczne podejście do życia. Mam niewielkie oczekiwania i po prostu akceptuję to, co jest. Rzecz w tym, żeby w każdym miejscu znaleźć coś swojego, coś, z czym kojarzę kraj, okolicę, miasto. Wtedy dom jest tam, gdzie mieszkam. Potrafię się dostosować do sytuacji. Gdybym miał użyć sportowej metafory, nie obchodzi mnie flaga narodowa, wolę pojedynczych zawodników. Tak samo nie lubię żadnej narodowej kuchni, ale uwielbiam żurek, humus czy bouillabaisse [zupa rybna z okolic Marsylii]. Dam sobie radę w każdej kulturze. No, może z wyjątkiem Dallas.

– Nachodziła cię kiedyś myśl, żeby w ogóle rzucić aktorstwo? Marlon Brando i Anthony Hopkins wielokrotnie mówili, że to „robota dla głupiego”.

– Jasne, ale Marlon pracował do śmierci, a Tony nadal gra. Łatwo mówić, trudniej zrobić. Zresztą nie chcę tu wyjść na niewdzięcznika. Nie ma innego zawodu, w którym można tyle podróżować i spotkać tylu twórczych, utalentowanych ludzi. Chyba właśnie ludzi brakowałoby mi najbardziej, gdybym miał przejść na emeryturę. A co, uważacie, że powinienem sobie dać spokój?

– Nie, tym bardziej, gdy jest okazja zobaczyć cię na scenie. Przyjechałeś do Polski ze sztuką „The Infernal Comedy” o seryjnym mordercy Jacku Unterwegerze. Dlaczego wystawiasz akurat tę historię?

– Pierwszy raz zobaczyłem Jacka Unterwegera chyba w 1991 roku. Amerykańska telewizja pokazywała go w jakimś talk-show jako modelowy przykład udanej resocjalizacji. Pamiętam, że miał na sobie kremowy garnitur i koszulę w kropki, a na szyi złote łańcuchy i tym podobne akcesoria skazańca. W 1976 roku skazano go za morderstwo kobiety, po czym przeszedł program resocjalizacji i pod naciskiem elity intelektualnej Wiednia został zwolniony warunkowo. Jak tylko na niego spojrzałem, pomyślałem, że ten facet gra jak kiepski aktor i nie rozumiałem, dlaczego ktoś mu uwierzył. Kilka lat później okazało się, że miałem rację. Unterweger robił karierę jako poeta i dziennikarz, ale w tym samym czasie, między 1990 a 1993 rokiem, zamordował 11 prostytutek w Wiedniu, Pradze i Los Angeles. Dusił je liną wykonaną z biustonoszy poprzednich ofiar. Jednocześnie jego książki, jak autobiografia „Czyściec”, były tematem wykładów w szkołach, a w radiu puszczali słuchowiska dla dzieci według jego opowiadań. Mało tego – jako dziennikarz państwowego radia Unterweger prowadził programy o śledztwie w sprawie zbrodni, które sam popełnił. Pewien austriacki magazyn wysłał go też do Los Angeles, żeby napisał tekst porównujący sytuację austriackich i amerykańskich prostytutek. Unterweger pisał, jak prostytutkom ciężko w USA, bo nie mają związków zawodowych. Sam im raczej nie pomógł, bo jak się okazało, mordował swoje rozmówczynie po przeprowadzeniu z nimi wywiadów. Dziesięć lat temu chciałem nakręcić film o Unterwegerze i w miarę zgłębiania tematu zaszokowały mnie podobieństwa do innej historii – Jacka Henry’ego Abbotta, który w 1981 roku wywołał sensację książką „In the Belly of the Beast”, w której opisał swoją odsiadkę za morderstwo. Tak jak za Unterwegerem wstawiała się śmietanka intelektualna, na czele z Elfriede Jelinek i Günterem Grassem, za Abottem wstawili się między innymi Norman Mailer i Kurt Vonnegut. Dzięki temu Abbott wyszedł na wolność, a sześć tygodni później zatłukł niewinnego człowieka. Oba przypadki to, moim zdaniem, znak swoich czasów i symbol głupoty tego utopijnego sposobu myślenia, że każdego można zmienić. Zrezygnowałem z filmu, bo zaproponowano mi wystawienie sztuki-opery o Unterwegerze, właśnie „The Infernal Comedy”. Uważam, że to nadzwyczajny spektakl.

– Po takiej opowieści trudno mocniej podsumować rozmowę.

– Możemy oddać głos samemu Unterwegerowi. Powiedział zgrabnie: „tak jak wszyscy poszukuję prawdy”. To poszukiwanie doprowadziło go do samobójstwa, które popełnił w nocy po ogłoszeniu, że jest oskarżony o dziewięć morderstw. Niesamowita historia, nie?

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Filmy na długi weekend poleca szefowa działu kultury "Zwierciadła"

Kadr z filmu
Kadr z filmu "La Gomera". (Fot. materiały prasowe)
Jakie filmy na długi weekend? Jeśli myślicie o wybraniu się do kina, decyzja może być niełatwa, bo po tygodniach lockdownu namnożyło się nam premier i znakomita większość z nich jest warta zobaczenia. A może by tak spojrzeć na najnowsze kinowe produkcje czysto użytkowo? Czego się dzięki nim dowiecie? Czym was zaskoczą? Jakie drzwi przed wami uchylą? Oto trójka filmów ciekawostek, dzięki którym trochę inaczej spojrzycie na świat.

„Ludzki głos”

Przez ponad 40 lat reżyserowania filmów Pedro Almodovar wyraźnie dał publiczności do zrozumienia, jakie historie i postacie go interesują. Niewielu jest filmowców równie charakterystycznych, o „almodovarowskim klimacie” mówimy, kiedy na ekranie emocje sięgają zenitu, a namiętność uwikłanych w najdziwniejsze uczuciowe układy bohaterów prowadzi ich do niechybnej zguby. Plus wspaniałe kobiece role i dziko kolorowe stylowe wnętrza – oto Almodovar w czystej postaci. W „Ludzkim głosie” nie brakuje żadnego z wyżej wymienionych składników, a jednak to w twórczości reżysera rewolucyjne posunięcie. Po pierwsze Tilda Swinton na ekranie – twórca „Kiki” czy „Wszystkiego o mojej matce” nigdy wcześniej nie nakręcił anglojęzycznego filmu. Celowo nie piszę, że Tilda występuje tu w głównej roli, bo to właściwie filmowy monodram. Występuje tu jeszcze tylko sprzedawca w sklepie z narzędziami, od którego bohaterka grana przez Swinton (kobieta porzucona, na skraju załamania nerwowego) kupuje siekierę, żeby dać upust swojej rozpaczy. I jeszcze długość „Ludzkiego głosu” – pół godziny. Co z pozostałą prawie godziną? Po tym, jak wybrzmi ostatnia scena filmu, w ramach seansu zaglądamy z wizytą do mistrza hiszpańskiego kina i do ikony kina brytyjskiego. Zgodnie z nową pandemiczną tradycją, rozmawiają online, każde od siebie z domu. Chcecie wiedzieć jak mieszka Almodovar, a jak Tilda? Które z nich ma leniwie pozującego do kamery kota, a które psy? Jak się dogadują, jak powstawał film i co jeszcze wspólnie szykują? Wpadajcie do kina na „Ludzki głos”.

Kadr z filmu 'Ludzki głos'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Ludzki głos". (Fot. materiały prasowe)

„La Gomera”

Kryminalna historia gangsterska, opowiadana po części całkiem serio, po części z przymrużeniem oka. Jej reżyser Corneliu Porumboiu to uznany twórca rumuńskiej Nowej Fali, dotychczas kręcił filmy o i w swojej ojczyźnie, tym razem wziął się za produkcję międzynarodową. Jest tu wszystko, czego można się po tego typu kryminalnej historii spodziewać: skorumpowani policjanci, narkotyki, wielkie pieniądze, bezwzględne czarne charaktery, tajemnicza femme fatale. Ale są tu też wątki, których w takim filmie nie spodziewalibyście się wcale. Skąd w tytule „La Gomera”? To właśnie na tej jednej z Wysp Kanaryjskich gangsterzy mają dobić targu. A cała filmowa intryga opiera się na tutejszym el silbo. Czyli tradycyjnym języku tutejszych mieszkańców – gwizdanym. Na mało zaludnionej, a pokrytej dolinami i wzniesieniami, zamglonej i wietrznej Gomerze powstał system porozumiewania się na odległość inny niż rozpalanie ognisk czy bicie w tam tamy, skuteczniejszy i bardziej dokładny. Gwiżdże się głośno, przeciągle i bardzo melodyjnie. Całe sylaby. Dowolne zdanie, nazwy własne, wszystko. Dziś el silbo kultywuje się jako część tradycji regionu, jest wśród obowiązkowych przedmiotów w szkole. A w filmie „La Gomera” przybyłe z Bukaresztu typy spod ciemnej gwiazdy uczą się go jako szyfru, żeby porozumiewać się między sobą i uniknąć wpadki. Oryginalny pomysł? Tak jak i sam film, który niejednego widza skłoni do wycieczki na nie tak popularną – zupełnie niesłusznie – kanaryjską Gomerę.

Kadr z filmu 'La Gomera'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "La Gomera". (Fot. materiały prasowe)

„Ojciec”

O tym filmie wiele mówi się w kontekście rewelacyjnej roli Anthony’ego Hopkinsa i Olivii Coleman i rzeczywiście oboje są świetni. A już szczególnie wznoszący się na wyżyny aktorstwa Hopkins: jeśli wydawało wam się, że znacie wszystkie jego genialne zagrania, możecie wyjść z kina zaskoczeni. Ta rola ma tym większy ciężar, że jest niezwykle osobista, Hopkins gra starszego schorowanego człowieka, w wywiadach sam przyznaje, że czerpał z doświadczeń własnego ojca, ale też oglądając go w tej roli nie sposób oprzeć się wrażeniu, że w jakimś sensie 84-letni brytyjski aktor odgrywa scenariusz, który może przytrafić się także jemu. Jego filmowy imiennik coraz mniej pamięta, coraz częściej mylą mu się fakty, gubi przedmioty, traci orientację. Tak, o starości i demencji opowiadano i w teatrze („Ojciec” to ekranizacja sztuki) i w kinie mnóstwo razy, a jednak ten film zaskakuje. Nakręcono go trochę jak thriller czy kryminał, tak, żeby każdy z nas mógł się wczuć w sytuację głównego bohatera. Razem z nim próbujemy odróżnić prawdę od tego, co tylko się wydaje, rozpoznać, kto jest kim, gdzie się w ogóle znajdujemy. Mieszkanie za każdym razem jest trochę inne, przedmioty zmieniają swoje miejsce. Czy córka Anthony’ego mieszka z mężem czy sama? Komu można ufać? Jaka jest kolejność zdarzeń? Odpowiedzi szukamy aż do finału, kiedy zagadka się rozwiązuje. Genialny pomysł, projekcje „Ojca” powinny być obowiązkowe dla wszystkich , którzy zajmują się bliskimi zmagającymi się z demencją czy chorobą Alzheimera. A właściwie dla każdego z nas, bo to poza wszystkim także po prostu film o byciu z drugim człowiekiem, wspieraniu go, nawet jeśli zupełnie nie rozumiemy jego zachowania.

Kadr z filmu 'Ojciec'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Ojciec". (Fot. materiały prasowe)

  1. Kultura

Seriale – nowości, które warto zobaczyć

Kadr z serialu
Kadr z serialu "Pure". (Fot. materiały prasowe)
Wśród serialowych nowości, są takie, które naprawdę warto zobaczyć. Oto produkcje, które obejrzycie z przyjemnością.

„Witamy na odludziu”, 8 odcinków, HBO GO

Nie spodziewajcie się kolejnego skandynawskiego kryminału. To bardziej czarna komedia w duchu braci Coen z elementami westernu. Akcja „Witamy na odludziu” rozgrywa się na północnych krańcach Norwegii, na dawnym terytorium Samów. Odwiedzamy niewielką, odizolowaną od świata społeczność, która składa się z samych oryginałów. Są tu: skorumpowany szef policji z chorobą Leśniowskiego-Crohna, opętana przez złego ducha sprzedawczyni, fińscy przemytnicy alkoholu, sutener w żałobie, przeklinająca Boga pastorka, no i patrząca na tę zwariowaną zbieraninę nauczycielka, która pojawiła się w Utmark, żeby zacząć nowe życie. Głównym wątkiem jest jednak zacięta rywalizacja między popijającym i niezbyt wygadanym hodowcą owiec Finnem a bezwzględnym Bilzim, dla którego Norwegowie to intruzi na ziemiach jego przodków. Zaczyna się banalnie, od konfliktu o owce, na które poluje ukochany pies Lapończyka. Sprawy się komplikują, gdy żona Finna opuszcza go i wraz z ich 12-letnią córką, najdojrzalszą z całego towarzystwa, wprowadza się do domu Bilziego.

„Nierealne”, 6 odcinków, HBO i HBO GO

W Londynie roku 1896 na skutek tajemniczego zjawiska część mieszkańców zostaje obdarzonych nadprzyrodzonymi zdolnościami. Chodzi głównie o kobiety, które bynajmniej nie zjednują sobie sympatii ogółu, są traktowane jako zagrożenie, a nawet prześladowane. Głównym bohaterkom serialu – skorej do bitki wieszczce i pomysłowej wynalazczyni – dzięki wsparciu filantropki z wyższych sfer udaje się stworzyć dla „dotkniętych” azyl. Serial jest jak ćwiczenie z wyobraźni, co by było, gdybyśmy przenieśli fabułę „X-Men” do wiktoriańskiej Anglii i wzbogacili ją feministycznym podtekstem. Produkcyjny rozmach robi wrażenie, ale mnożenie w nieskończoność wątków i pomysłów trochę nuży.

„Pure”, 6 odcinków, BBC First

Nerwica natręctw może się przejawiać kompulsywnym myciem rąk albo ciągłym sprawdzaniem, czy zakręciliśmy wodę. W przypadku 24-letniej Marnie manifestuje się obsesyjnymi myślami na temat seksu. Kiedy na 25-leciu ślubu rodziców wyobraźnia podsuwa jej pornoscenki z rodziną w rolach głównych, Marnie pęka. Ucieka do Londynu. Chce się w końcu dowiedzieć, co z nią nie tak. Może podświadomość daje jej do zrozumienia, że jest lesbijką albo seksoholiczką? Twórcy umiejętnie łączą komediową konwencję o dojrzewaniu grupy 20-latków z tematem wpływu nerwicy na życie, w tym relacje z bliskimi i przyjaciółmi.


  1. Kultura

Katarzyna Gintowt: "Bez sztuki byłabym wrakiem człowieka"

Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan” i „She”. (Fot. archiwum prywatne)
Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan” i „She”. (Fot. archiwum prywatne)
Bez sztuki byłabym dziś wrakiem człowieka − mówi malarka Katarzyna Gintowt. Kiedyś malarstwem i rysunkiem zajmowała się „przy okazji”, po wyprowadzce na Suwalszczyznę poświęca się im w pełni. Powstałe w tym czasie obrazy pokaże wkrótce w Galerii Leonarda w warszawskim centrum Koneser.

Czy sztuka jest dla ciebie formą rozwoju osobistego?
Sztuka jest dla mnie nie tylko formą rozwoju, ale także rodzajem terapii. W domu na suwalskiej wsi mogę zamknąć się w pracowni i potraktować ten czas jako medytację. Mam w głowie zanotowane jakieś obrazy i wrażenia, i jestem na tym skoncentrowana. I powiem ci, że już bym bez tego nie mogła żyć. W czasach pracy w luksusowych magazynach, malarstwo i rysunek były tylko „przy okazji”, teraz mogę wreszcie pokazać obrazy, które wtedy powstały, ponieważ dałam im całą moją uwagę, energię i talent.

W większości są to abstrakcyjne plenery...
Tak, ale nie malowałam ich w naturze. Nasycam się krajobrazami, porami roku, pogodą, nastrojem i potem w pracowni wyrzucam na płótno lub papier to, czego doświadczyłam, przetworzone już przeze mnie. Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest. Żeby wyjaśnić, czym są dla mnie, opowiem ci o moim dniu. A więc wstaję, biorę psa i ruszam na spacer po okolicy, czyli Wigierskim Parku Narodowym. Jest tu naprawdę pięknie. Mamy dwa jeziora, plażę, wieżę widokową, las… No a ja idę z psem i obserwuję. Co roku na przykład przyjeżdża tu, jak mogę już powiedzieć, nasza znajoma, rozbija namiot niedaleko wieży widokowej i tak sobie żyje kilka miesięcy z całą rodziną. Jeden z obrazów powstał tak, że po ich przyjeździe wróciłam do domu i z pamięci namalowałam ten moment, kiedy oni się już kąpali, odpoczywali po podróży.

- Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest - mówi Katarzyna Gintowt.- Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest - mówi Katarzyna Gintowt.

Pamiątką z wakacji jednak bym go nie nazwała. Mnie niepokoi.
No właśnie, to, co robię, to tylko pogranicze sztuki przedstawiającej i abstrakcyjnej. Niektóre obrazy są bardziej abstrakcyjne, inne mniej. Ale wszystkie są naładowane tym, co przeżyłam, co widzę, co czuję. Na przykład idę z psem na spacer, patrzę na rytmy brzóz, na rytmy innych drzew, a potem przenoszę je na płótno. Podobnie znajduję inspiracje w zaoranej ziemi. To nowy etap mojego malarstwa, który narodził się tutaj, na Suwalszczyźnie, i zapewne nigdzie indziej by się nie narodził w takiej formie.

Pejzaże i emocje – malarstwo, które leczy duszę?
Kiedy się zabieram do malowania, muszę być wewnętrznie naładowana. Muszę też mieć ochotę malować. Profesorowie mówią, że w malarstwie trzeba unikać anegdoty, ale dla mnie jest ona ważna. Aby ją jednak dobrze pokazać, muszę skupić się na świetle, zastanowić nad kolorami, kompozycją – zwłaszcza że mnie kompozycja bardzo kręci.

Kompozycje na twoich obrazach, w moim odczuciu, po mistrzowsku oddają postrzeganie świata, kiedy przeżywamy trudne emocje.
Dla mnie najbardziej przerażający moment to ten, kiedy staję przed czystym płótnem. Zazwyczaj wtedy mam jednak już w głowie, co zrobię że na przykład: „na tym płótnie opowiem o zimie”, i zaczynam. A wtedy jak podczas medytacji kompletnie odcinam się od zewnętrznego świata. Zaczynam tworzyć na płótnie świat, który wychodzi ode mnie, a nie jest tylko odwzorowaniem tego wokół mnie. W swoim świecie czuję się bezpieczna. Ten zewnętrzny budził zawsze we mnie różne lęki, na przykład boję się ludzi, jestem introwertyczką. Malarstwo mnie koi, a doświadczenie życia na wsi zmieniło także moje obrazy. Mniej zainteresowania człowiekiem, a więcej – naturą.

- Wszystkie moje obrazy są naładowane tym, co przeżyłam, co czuję. Idę z psem na spacer, patrzę na rytm drzew, a potem przenoszę je na płótno - mówi Katarzyna Gintowt.- Wszystkie moje obrazy są naładowane tym, co przeżyłam, co czuję. Idę z psem na spacer, patrzę na rytm drzew, a potem przenoszę je na płótno - mówi Katarzyna Gintowt.

Jak jeszcze zmieniłaś się przez te trzy lata?
Przestałam się spieszyć. Mam swój stały rytm, ale jest to rytm narzucony przez naturę. Nie chcę, żeby to brzmiało w sposób egzaltowany, ale to prawda. Wstaję razem ze słońcem, bo to jest dla mnie magiczny moment. Lubię się wtedy napatrzeć na świat, lubię się ładować tym specyficznym światłem wschodzącego słońca, tymi kolorami. Żyję też porami roku. Zima jest bardzo trudna. Ale potem jest nagroda – wiosna i lato. Pojawiają się kwiaty i ptaki. Magicznym momentem jest na przykład ten, na który czekam i którego staram się nie przegapić, a jest nim przylot żurawi. Zawsze zjawiają się trzy. Śmieję się, że to albo trójkąt, albo małżeństwo z dzieckiem, które – jak to teraz u ludzi bywa – nie chce się wyprowadzić.

Udało ci się tej wiosny złapać ten moment, kiedy przylatują?
Do tej pory zawsze mi się udawało. A wtedy dostaję takiego speedu, że chce mi się żyć jak nigdy! Bo tu jest życie. Przychodzą jelenie, a ja codziennie kupuję w sklepie pięć kilogramów kartofli i pięć kilogramów marchwi, i im wysypuję. Mój rytm życia reguluje też prowadzenie ogrodu na zasadach permakultury, a więc nie stosuję pestycydów, a uprawy dobieram tak, aby nawzajem się chroniły przed szkodnikami. Nauczyłam się tych zasad, i to się sprawdza. Wszystko samo rośnie, a ja nie mam problemu z kretami czy ze ślimakami. Nie zaburzam ekologicznej równowagi, nie tępię żadnych zwierząt i dlatego do mojego ogrodu przylatują ptaki, które te ślimaki zjadają. Sąsiadka, która prowadzi ogród tradycyjny, wciąż na nie narzeka…

Permakultura zakłada troszczenie się o ziemię, ale także o innych ludzi i sprawiedliwy podział dóbr…
Tutaj postanowiłam kultywować wszystko, co jest zgodne z naturą i co jest dobre. Oraz ograniczyć konsumpcję. Kiedy mam wybrać: czy wydam pieniądze na buty czy na farby albo filtr do aparatu, bo robię dużo zdjęć, to nigdy nie wybiorę butów.

Samo niespieszenie się może wiele zmienić…
Dokładnie tak, gdybym się spieszyła, nie miałabym czasu na permakulturę, na czekanie na żurawie, karmienie jeleni. Nauczyłam się tu kochać ziemię, kochać naturę, a to naprawdę wszystko zmienia. Ale też z tego powodu zaczynam świrować, bo tu są myśliwi, którzy zabijają zwierzęta. Są rolnicy, którzy zatruwają pola, a ja mam ule i szkoda mi pszczół. Nie chcę, żeby umierały załatwione chemią. A na przykład jutro jadę do wsi Szwajcaria pod Suwałkami walczyć o to, aby nie wycinali drzew.

Zamiast rozgrywek w redakcji, które często przypominały to, co znamy z „Diabeł ubiera się u Prady”, robisz coś bardzo sensownego.
Kiedyś sensem mojego życia było latte na soi. Tak, mam poczucie zmarnowanego czasu. No ale każdy z nas ma taki czas, kiedy „musi”, bo ma rodzinę, kredyt, ma dzieci. Na szczęście ja już nic nie muszę. Tu czuję się częścią natury, a to daje poczucie wewnętrznej równowagi…

Twoje malarstwo i rysunki tego nie pokazują. Mimo sielankowych miejsc i sytuacji jest w nich dużo trudnych emocji, depresyjnych, może nawet traumatycznych?
Zdecydowanie tak, choć wolałabym o tym nie mówić, wolę malować. Chciałabym, aby każdy mógł samodzielnie te moje prace odczytać. Powiem ci jednak, że moje życie i twórczość to była do niedawna ciągła walka z tym, co trudne, ciemne, chaotyczne. Teraz zaczynam odnosić w niej zwycięstwo, które polega na odzyskiwaniu wewnętrznej równowagi. Jestem pewna, że to zasługa czasu, jaki ofiarowałam mojemu malarstwu. Ale i miejsca, w którym żyję. Wróciłam do natury i to mnie leczy.

Miejskie życie nie służy spokojowi, wciąż o coś zabiegamy, rywalizujemy…
Jak mówi moja przyjaciółka, Hania Samson, w mieście trzeba wciąż: „kupywać, kupować, kupywać!”. Ale kiedy stajesz się częścią natury, wszystko wraca do normy, bo natura jest bardzo mądra.

Żyjesz ze sztuki?
Nie, ale mało o to dbam. Mam, jak wspominałam, taki problem, że ciężko mi się rozstawać z obrazami. Kontrakty, jakie dostają koleżanki artystki: powstaje hotel i w każdym pokoju powinien być obraz, a więc właściciel kupi płótna hurtem – mnie nie interesują. Z jednej strony to fajne, taka stała wystawa w hotelu, ale z drugiej – moje obrazy są zbyt intymne. Ja bym chciała, żeby kupowali je ci, którym one się naprawdę podobają. Jak ktoś powie: „o rany, jakie fajne, ja chcę to mieć” – to jest dla mnie największa zapłata!

„O rany, jaki fajny jest ten obraz z kilkoma psami, chciałabym go mieć!”. No właśnie, czy psy na obrazach to także zysk z zamieszkania na wsi?
Psy były ze mną już w Warszawie. Kocham te zwierzaki i zawsze je miałam. Dlatego zazwyczaj na każdym moim obrazie znajdzie się jakiś piesek. Kiedy boisz się ludzi, to bywa, że pies jest twoim jedynym przyjacielem…

Ale tu, na wsi, malując, pokonałaś swoje lęki?
Bez sztuki byłabym dziś wrakiem człowieka, tyle ci powiem…

Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan”, „She”.

  1. Kultura

"Mayerling" w Teatrze Wielkim Operze Narodowej. Poleca szefowa działu kultury „Zwierciadła”

"Mayerling", Vladimir Yaroshenko i Chinara Alizade jako Arcyksiąże Rudolf i Mary Vetsera. (Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)
Sceny znowu są dostępne na żywo dla publiczności, a Teatr Wielki Opera Narodowa w Warszawie świętuje wystawiając „Mayerlinga”. Baletową opowieść o jednej z bardziej intrygujących zagadek przeszłości, tajemniczej śmierci słynnej pary kochanków.

Tytułowy „Mayerling” to nazwa pałacu myśliwskiego w Austrii, w którym 30 stycznia 1889 roku arcyksiążę Rudolf, następca tronu austro-węgierskiego, jedyny syn Franciszka Józefa I i cesarzowej Elżbiety, zmarł w tajemniczych okolicznościach z 19-letnią baronówną Marią Vetserą u boku. Podwójne samobójstwo czy zabójstwo? Zagadka śmierci tych dwojga nie została rozwikłana do dzisiaj i z miejsca stała się pożywką dla plotek, teorii spiskowych, a także niewyczerpaną inspiracją dla pisarzy i scenarzystów. Najsłynniejsza ekranizacja tej historii to „Mayerling” Terence’a Younga z Omarem Sharifem i Catherine Deneuve rolach głównych. Film do kin trafił w 1968 roku, a dokładnie dekadę później swoją prapremierę w londyńskim Royal Opera House miała baletowa wersja „Mayerlinga”.

'Mayerling', Vladimir Yaroshenko jako Arcyksiąże Rudolf.(Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)"Mayerling", Vladimir Yaroshenko jako Arcyksiąże Rudolf.(Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)

Balet w czterech aktach stworzony przez sir Kennetha MacMillana, słynnego brytyjskiego choreografa do muzyki Ferenca Liszta. Porywczy, kochliwy, z obsesją na punkcie rewolwerów i śmierci Rudolf i zapatrzona w niego młodziutka Vetsera. To historia ich miłości, namiętności, romansu bez szans na szczęśliwe zakończenie, historia życia pod presją konwenansów i monarszych powinności, aż w końcu decyzji kochanków o wspólnej śmierci. „Mayerling” grany jest rzadko, tylko na wybranych scenach baletowych świata, do słynnych jego wystawień należy choćby to z 2013 roku z „pierwszym bad boyem baletu” Siergiejem Połuninem w roli Rudolfa. Premierę w warszawskim Teatrze Wielkim Operze Narodowej ma spektakl pod batutą Patricka Fournilliera, w wykonaniu tancerzy Polskiego Baletu Narodowego. A w obsadzie największe gwiazdy warszawskiej sceny – Władimir Jaroszenko, Yuka Ebihara i Chinara Alizade.

Fot. materiały prasoweFot. materiały prasowe

  1. Kultura

"Boginie" – premiera w Teatrze Słowackiego w Krakowie

Fot. Bartek Barczyk/materiały prasowe Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie
Fot. Bartek Barczyk/materiały prasowe Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie
Teatr Słowackiego w Krakowie zaprasza na kolejną premierę, tym razem spektaklu "Boginie" opartego na mitach Orfeusza i Eurydyki oraz Demeter i Kory. – Archetypiczna energia mitów greckich, stwarza przestrzeń do poszukiwań wspólnych płaszczyzn dla antyku i świata dzisiejszego, co wydaje mi się szczególnie fascynujące – wyjaśnia reżyser Jan Jeliński.

„Boginie” to spektakl oparty na mitach Orfeusza i Eurydyki oraz Demeter i Kory, które łączy motyw wędrówki między światami żywych i umarłych. Moment przejścia oraz liczne w kulturze przedstawienia Hadesu zainspirowały twórców do postawienia pytania o kondycję bogów i bogiń. To opowieść o cielesności, bólu, chorobie, ale również o poszukiwaniu tożsamości, wracaniu do zdrowia i nauce rozumienia własnego ciała. Czym jest Hades dla Demeter, bogini urodzaju i opiekunki pięknych narodzin? Czym jest Hades dla jej córki Kory, jedynej żywej wśród umarłych? Czym jest Hades dla Eurydyki nieustannie wyciąganej z zaświatów? Czym jest Hades dla Orfea, w mitologii sławnego poety i argonauty? Czym jest Hades dla Karen Carpenter? Czym i kim jest Hades współcześnie?

– Wybrałem temat czerpiący ze świata mitycznego, ponieważ interesuje mnie badanie kondycji bóstw w kontekście współczesności. Archetypiczna energia mitów greckich, stwarza przestrzeń do poszukiwań wspólnych płaszczyzn dla antyku i świata dzisiejszego, co wydaje mi się szczególnie fascynujące – wyjaśnia Jan Jeliński, reżyser spektaklu, student V roku Wydziału Reżyserii warszawskiej Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza, laureat nagrody głównej Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu podczas 10. Forum Młodej Reżyserii za wrażliwość i autorską drogę w rozczytywaniu i redefiniowaniu archetypów kultury za reżyserię spektaklu „Nimfy 2.0” wyreżyserowanym w Starym Teatrze.

Obsada:
Natalia Strzelecka
Alina Szczegielniak
Magdalena Osińska
Karol Kubasiewicz
Rafał Szumera

Pozostali twórcy:
reżyseria: Jan Jeliński
tekst i dramaturgia: Alicja Kobielerz
scenografia i kostiumy: Rafał Domagała
muzyka: Filip Grzeszczuk
wideo: Adam Zduńczyk
projekty multimedialne: Tomasz Gawroński
inspicjent: Bartłomiej Oskarbski
producentka: Oliwia Kuc

Premierowy set: 4,5,6 czerwca
Spektakle w lipcu: 1,2,3,4 lipca

Bilety i więcej informacji na www.teatrwkrakowie.pl.