1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Nowe kino niemieckie w Warszawie

Nowe kino niemieckie w Warszawie

mat. pras. filmu 24 tygodnie
mat. pras. filmu 24 tygodnie
20 stycznia w warszawskim kinie Muranów rozpocznie się Tydzień Filmu Niemieckiego. W programie znalazło się 7 głośnych tytułów zza Odry.

Tydzień Filmu Niemieckiego zawitał w 2016 roku do Wrocławia, Krakowa, Białegostoku, Katowic, Poznania, Opola, Gdańska, Zielonej Góry, Łodzi, Raciborza, Gorzowa Wielkopolskiego, Rzeszowa, Kielc, Szczecina i Przemyśla. Na koniec przegląd trafi do Warszawy. W programie znalazło się 7 nowych produkcji, wśród nich nominowany do Oscara komediodramat „Toni Erdman” w reżyserii Maren Ade; „Hologram dla króla” Toma Tykwera z udziałem Toma Hanksa w roli biznesmena, który udaje się w interesach do Arabii Saudyjskiej czy „4 królowie” - debiutancka opowieść o czwórce młodych ludzi przebywających w zakładzie psychiatrycznym, którzy w ramach terapii przygotowują film o świętach Bożego Narodzenia w ich domach.

Program przeglądu:

20.01.2017 godz. 20.00 „Toni Erdmann”, reż. Maren Ade, Niemcy 2016, 162 min. 21.01.2017 godz. 20.00 „Fritz Bauer kontra państwo” / Der Staat gegen Fritz Bauer, reż. Lars Kraume, Niemcy 2015, 105 min.

22.01.2017 godz. 20.00 „Hologram dla króla” / Ein Hologram für den König, reż. Tom Tykwer, Niemcy / USA / Francja 2016, 89 min.

23.01.2017 godz. 20.00 „24 tygodnie” / 24 Wochen, reż. Anne Zohra Berrached, Niemcy 2016, 102 min.

24.01.2017 godz. 20.00 „Kim jest Oda Jaune?” / Wer ist Oda Jaune?, reż. Kamila Pfeffer, Niemcy 2016, 75 min.

 25.01.2017 godz. 20.00 „Pewnego razu” / Auf einmal, reż. Asli Özge, Niemcy / Holandia / Francja 2016, 112 min.

26.01.2017 godz. 20.00 „4 królowie” / 4 Könige, reż. Theresa von Eltz, Niemcy 2015, 100 min.

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Filmy na Dzień Kobiet, które warto obejrzeć

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Erin Brockovich" (fot. BEW)
Dzień Kobiet obchodzony 8 marca to coroczne święto, które współcześnie przypominać ma nam o kobietach - matkach, żonach, córkach, siostrach, przyjaciółkach... I choć utarło się, że tego dnia to mężczyźni wręczają kobietom goździki i rajstopy, nic nie stoi na przeszkodzie, by samej sobie (bądź wspólnie ze swoimi ulubionymi kobietkami) urządzić prawdziwe święto. I obejrzeć dobry film. O kobietach i dla nich.

"Małe kobietki", reż. Greta Gerwig

Opcja do zobaczenia (jeszcze) na dużym ekranie, gdyż historia sióstr March dopiero niedawno weszła do polskich kin. "Małe kobietki" to osadzona w latach 60. XIX w. opowieść o kobietach, które opiekują się sobą nawzajem podczas nieobecności ojca, głowy rodziny, walczącego w wojnie secesyjnej. Klasyka kobiecej literatury w interpretacji Grety Gerwig to bardzo subtelny, niezwykle czuły obraz siostrzanej miłości, kobiecego wsparcia i entuzjazmu, który wybija się tu na pierwszy plan pomimo wielu przeciwności losu.

"Chłopaki nie płaczą", reż. Olaf Lubaszenko

Co z tego, że chłopaki nie płaczą? Kobiety też nie ;) i z powodzeniem mogą tego dnia powrócić do klasyki polskiego kina z przełomu wieków. Fabuła filmu jest prosta i przyjemna - dwaj młodzi przyjaciele (w tych rolach młody Maciej Stuhr i Wojciech Klata) wplątani zostają w gangsterskie porachunki. Luźna komedia z plejadą polskich gwiazd, które wtedy w wielu przypadkach stawiały jeszcze pierwsze kroki. Oprócz Suhra w filmie wystąpił m.in. Cezary Pazura, Andrzej Zieliński, Paweł Deląg, Mirosław Baka i wielu innych...

"Czego pragną kobiety", reż. Nancy Meyers

W Dzień Kobiet mogą zadawać sobie to pytanie do woli. Kultowy film z Melem Gibsonem i Helen Hunt w rolach głównych. Główny bohater - Nick jest typowym kobieciarzem, któremu nie w głowie poważne związki. Oprócz tego jest również świetnym pracownikiem, który liczy, że obejmie wysoką posadę... Ta jednak przypada komuś zupełnie innemu. I to kobiecie! Od tego momentu Nick nie chce słyszeć o kobietach, a wypadek któremu ulega w tym czasie, powoduje, że... mężczyzna zaczyna słyszeć myśli wszystkich kobiet, które znajdują się w jego pobliżu. Błogosławieństwo, czy przekleństwo?

"Siła kobiet", reż. Jr

Twórca filmu opowiadającego o niezwykłej sile kobiet zamieszkujących najbiedniejsze dzielnice na świecie i borykających się z biedą, chorobami, konfliktami jest artystą i fotografem. I w niezwykły sposób zaglądając do tych miejsc pokazuje kobiety - ich siłę, walkę, wytrwałość, podkreślając, że to właśnie w tej płci najwyraźniej widać kondycję całych społeczeństw. Reżyser odwiedza tu m.in. Indie, Kambodżę, Brazylię, czy Sudan i w niezwykły sposób zbliża nas do swoich bohaterek.

"Juno", reż. Jason Reitman

Ellen Page w roli nastolatki, która zaszła w ciążę i postanowiła sprostać sytuacji, w jakiej się znalazła. Film Jasona Reitmana to ciekawy obraz zrywający ze stereotypowym myśleniem o "nastoletnich ciążach". Tytułowa Juno zaszła w ciążę rozpoczynając tak naprawdę swoje życie seksualne z najlepszym przyjacielem - nie była ani "rozwiązłą" nastolatką, ani nie była gotowa na tak wczesny krok w dorosłość. Dzięki niechcianej ciąży decyduje się jednak zmierzyć z dorosłością, problemami z jakimi wiąże się macierzyństwo, miłością, konfrontacją ze starszymi. Szczera i naprawdę warta obejrzenia historia.

"To ja Malala", reż. Davis Guggenheim

Kim jest Malala Yousafzai, pakistańska działaczka na rzecz praw kobiet, laureatka Pokojowej Nagrody Nobla, dziewczynka, która przez kilka lat prowadziła bloga o tym, jak w rzeczywistości wygląda życie dziewcząt w Pakistanie pod rządami talibów wie cały świat, . „Kiedy się urodziłam, mieszkańcy naszej wioski współczuli mojej matce i nikt nie powinszował ojcu.[…] Dla większości Pasztunów narodziny córki to dzień smutku. […] ale ojca to nie obchodziło." Za swoją działalność zaczęła być prześladowana, aż w końcu w wyniku zamachu dokonanego przez talibów postrzelona w głowę. Malala przeżyła zamach na swoje życie i dalej głośno sprzeciwiała się zakazom edukacji dla dziewcząt, wyrzucaniu ich ze szkół i ciemiężeniu. "To ja Malala" pokazuje jej walkę o podstawowe prawa dla kobiet i dziewczynek, ale też Malalę na co dzień - młodą dziewczynę, która podobnie, jak jej rówieśniczki, chce kochać, mieć przyjaciół i czerpać z życia.

"Za wszelką cenę", reż. Clint Eastwood

Clint Eastwood i Hilary Swank jako mistrzowski duet mistrz - uczennica. Ona chce zdobyć mistrzostwo w boksie, jest zdesperowana i bardzo zdeterminowana; on wytrenował w swoim życiu wielu znanych bokserów. Początkowo ich współpraca nie zapowiada się ciekawie - on twierdzi, że w jej wieku nie osiągnie się żadnego sukcesu, a boks to szczególnie niekobiecy sport, ona natomiast nie poddaje się i za wszelką cenę chce dopiąć swego. Z czasem między dwojgiem rodzi się ogromna przyjaźń, której spoiwem jest wspólna pasja i wyjątkowo silne charaktery.

"Dziennik Bridget Jones", reż. Sharon Maguire

Coś lżejszego z okazji Dnia Kobiet, czyli najsłynniejsza i najwdzięczniejsza singielka świata - Bridget! Kultowa postać Bridget Jones – dojrzałej, samotnej kobiety, która stara się znaleźć miłość swojego życia, otoczonej ekscentrycznymi rodzicami i specyficznymi przyjaciółmi, to majstersztyk jeśli chodzi o portret kobiety w filmie komediowym. Bridget zachwyca swoim poczuciem humoru, niezdarnością i… realizmem. Cóż możemy powiedzieć - panna Jones jest jedyna w swoim rodzaju i kochamy ją, taką jaka jest.

"Erin Brockovich", reż. Steven Soderbergh

Samotna matka trójki dzieci, dwukrotna rozwódka, z brakiem wykształcenia i możliwości znalezienia jakiegokolwiek zatrudnienia. Kobieta nie poddaje się jednak i choć nikt nie dawał za nią złamanego grosza, cudem zdobywa miejsce w kancelarii prawnej (po tym, jak przegrywa sprawę w sądzie o odszkodowanie i nie ma z czego zapłacić rachunków). To, co wydarzy się później do tej pory zadziwia wielu praktyków prawa - Erin odkrywa podejrzaną działalność ogromnego koncernu, który zatruwał wody gruntowe jednego z okolicznych miasteczek. Proces sądowy wykazał, że Erin mówiła prawdę, a sąd przyznał jej klientom astronomiczną sumę odszkodowania - 333 miliony dolarów. Warte także dla genialnej Julii Roberts w roli głównej.

 

  1. Kultura

"Wszystko zaczyna się i kończy na kobietach" - Xavier Dolan o twórczości i życiu

fot. East News
fot. East News
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
"Zawsze wszystko zaczyna się i kończy na kobietach. Nie pozwólcie sobie wmówić, że jest inaczej" – nawołuje 30-letni Xavier Dolan. Już dawno nie cudowne dziecko kina, ale w pełni dojrzały twórca, który nie jest pewien, czy nadal chce się poświęcać reżyserii.  Na nasze ekrany wszedł właśnie jego film „Matthias i Maxime”.

Wierzysz, że jeden pocałunek może odmienić całe życie?
Kiedyś myślałem, że seks ma taką moc. Bzdura! Pocałunek to piękna i czysta obietnica czegoś więcej. Wszystko jest możliwe na tym etapie. Z kolei seks to już spełnienie. Finał. Bez sensu zaczynać od końca.

Dlaczego zmieniłeś zdanie?
Z wiekiem staję się niepoprawnym romantykiem. Chyba zachodzi jakiś regres – staję się naiwny i prostolinijny.

Naprawdę uważasz, że to regres?
No wiesz, powinniśmy uczyć się na błędach. Doświadczenie hartuje. W pewnym sensie i mnie zahartowało, uzbroiło w pewien pancerz, a jednak nie ma we mnie żalu, rozgoryczenia, podejrzliwości wobec ludzi. Ludzie są, jacy są. Chcę wierzyć, że zło istnieje po to, by mogło istnieć dobro. Że pomimo złych nawyków ludzi wciąż stać na to, by wzbijali się ponad rutynę codzienności i realizowali piękne cele. Mówię, że jestem naiwny i prostolinijny, i tak właśnie jest. Wolę to niż cynizm i wyrachowanie.

Masz dopiero 30 lat. To chyba za wcześnie na cynizm?
Znam wielu cyników z mojego pokolenia. Wiek nie ma tu nic do rzeczy. To kwestia wielu okoliczności towarzyszących: zepsucia dobrobytem, braku pasji, wpływu mediów, pustki emocjonalnej...

Xavier Dolan (fot. East News) Xavier Dolan (fot. East News)

Umiesz się przed tym wszystkim bronić?
Próbuję.

Jak?
Trochę grywam.

Chyba nie do końca rozumiem: w jaki sposób aktorstwo chroni cię przed cynizmem?
Ale ja grywam w życiu. Bywam kimś lepszym, czasami gorszym... po prostu odbijam się od siebie, wychodzę z własnej sfery komfortu. Nie zrozum mnie źle – nie chodzi mi o to, że kreuję siebie samego. Po prostu podkręcam rzeczywistość wokół. Prowokuję zdarzenia, żeby doświadczyć czegoś ponad normę, ponad przeciętność.

Po co ci to?
Wolę się sparzyć po raz kolejny, ale poczuć, że żyję, niż kalkulować, co mi się opłaca, a co nie. Dlatego wierzę w siłę pocałunku, tak jak wierzę w siłę danego słowa czy w siłę sztuki. Gdybym wierzył w siłę seksu, to tak, jakbym zakładał, że ludzie wolą przeczytać recenzję niż pójść zobaczyć mój film. Za stary jestem na to.

Za stary? Wyreżyserowałeś już osiem pełnometrażowych filmów. Wszyscy raczej podkreślają, że jesteś dość młody jak na swoje dokonania.
Miałem to szczęście, że od zawsze wiedziałem, co chcę robić. Poza tym urodziłem się w Kanadzie, kraju, który daje obywatelom zaplecze do tego, by mogli się realizować. Dodaj tu nieszczęśliwe dzieciństwo, czyli paliwo każdego artysty. W zasadzie musiałem, chcąc nie chcąc, zająć się sztuką. Inaczej bym zwariował.

No dobra, nie chcę wyjść na rozkapryszonego bachora. Chodzi mi o to, że dobrobyt stabilnego ekonomicznie i politycznie kraju rozleniwia. Bogate demokracje usypiają swoich obywateli, robiąc z nich roszczeniowe marionetki. W tym kontekście fundamentalne dla przyszłego artysty okazują się zawsze punkty graniczne – wojny, traumy, rodzinne zawirowania, poszukiwania własnej tożsamości, zaborcza miłość matki i takie tam... Zresztą nie chcę się powtarzać, wszystko jest w moich filmach.

Stawiasz sobie w ogóle jakieś granice? Istnieją dla ciebie rzeczy zbyt intymne, żeby pokazywać je na ekranie?
Coś na pewno zostawiam dla siebie i bliskich. Nie wszystko jest na sprzedaż. Był kiedyś chyba taki polski film?

„Wszystko na sprzedaż” w reżyserii Andrzeja Wajdy z 1968 roku. Fikcja miesza się tu z rzeczywistością. Tak jak w twoich obrazach.
Tak, aktorzy często mówią u mnie własnym głosem. Inaczej sobie tego nie wyobrażam. Pracuję zawsze na to, żeby film był jak najbardziej naturalny. Dlatego dość dobrze poznaję swoich aktorów. Spędzamy ze sobą sporo czasu, zanim staniemy na planie. Jest trochę tak, że wysysam z nich soki, witalność, prawdę, ale to nie powinno nikogo dziwić – reżyseria ma w sobie wiele z wampiryzmu. A scenariusz w moim przypadku jest tylko punktem wyjścia.

Ostrzegasz aktorów przed samym sobą?
Podejmują ryzyko zawodowe. Ja jestem od tego, żeby ich reżyserować, nie ochraniać.

Jaki był punkt wyjścia w przypadku filmu „Matthias i Maxime”?
Właściwie powiedzieliśmy już wszystko o tym obrazie. Pocałunek dwóch chłopaków zmienia ich życie raz na zawsze.

Przyjaciele z dzieciństwa nagle odkrywają, że być może są w sobie zakochani. Albo może raczej, że mogliby się w sobie zakochać...
Znasz kogoś całe życie i nagle okazuje się, że wcale nie. Może ci się zresztą wydawać, że znasz samego siebie, a i to nie do końca prawda. Znasz się na tyle, na ile życiowe doświadczenia pozwalają ci siebie poznać.

Matthias i Maxime trzymali się razem już, kiedy mieli po pięć lat.
Są najlepszymi przyjaciółmi. Więcej, są jak bracia, i co do tego nie mamy wątpliwości. Niespodziewanie jeden pocałunek wszystko zmienia. Nawet nie tyle zmienia, ile podważa, zaburza pewien porządek.

Namiętność to rzecz, którą możesz dość szybko zweryfikować – idziesz do łóżka i sprawdzasz, czy to jednorazowa sprawa, czy coś więcej. W przypadku Matthiasa i Maxime’a jest inaczej, oni czują pożądanie względem siebie, ale czują też, że nie chodzi wyłącznie o fizyczną przyjemność czy zaspokojenie. Bardzo możliwie, że łączy ich głębokie uczucie. Dziś mają po 30 lat. Pytanie, gdzie ta miłość była przez 25 lat ich życia i znajomości. Dlaczego nie czuli jej wcześniej?

Ty znasz odpowiedź?
Nie ma jednej odpowiedzi. I znalezienie jej niekoniecznie musi przynieść ukojenie. O tym jest mój film.

I o tym, że czasami ludzie nie chcą szukać odpowiedzi. Szanuję to. Nie rozumiem, ale szanuję.

To twój kolejny film bez postaci ojca.
A to jakiś problem?

Zwykła obserwacja.
Nie interesuje mnie przedstawianie ojca na ekranie. Nie był częścią mojej rzeczywistości na żadnym etapie życia. Nie jest dla mnie w żaden sposób fascynujący – narracyjnie, wizualnie, społecznie, emocjonalnie. Nie czuję potrzeby, żeby pokazywać figurę ojca w kinie. Tyle już powstało filmów o ojcach... a ja znam całe rodziny, które obyły się bez nich i trwało to pokoleniami. Nie wiem, czy to było złe, czy dobre. Za to widziałem i znałem kobiety, które były znakomitymi matkami i cudownymi ojcami równocześnie. Czasami zachowywały się fatalnie – błądziły, upadały, próbowały znowu. Ale były, podnosiły się, walczyły. I to jest dla mnie temat, na pewno nie patologia.

Chcę opowiadać o kobietach. Chcę je analizować. Chcę je ubierać i rozbierać na ekranie. Wydaje mi się, że zawsze wszystko zaczyna i kończy się na kobietach. Nie pozwólcie sobie wmówić, że jest inaczej.

W „Matthiasie i Maximie” grasz ty, grają też twoi przyjaciele.
Dlatego wszystko było dla mnie naturalne. Niemal intuicyjne. Nie zastanawiałem się nad wieloma rzeczami, bo nie musiałem. Znam tych ludzi całe moje życie, obsadziłem ich, bo wiedziałem, że po części zagrają siebie, czyli zwykłych 30-latków, którzy bywają zblazowani, zagubieni, nienasyceni, leniwi, nieszczęśliwie zakochani, radośni, spontaniczni, gadatliwi, otwarci. Tacy zwykli, tacy moi. Niektóre żarty być może będą nawet niezrozumiałe dla widzów, ale tak miało być – chodziło o to, żeby pokazać, że to zgrana paczka. Komuś z zewnątrz trudno ich czasami zrozumieć, ale nawet nie do końca wszystko rozumiejąc, cudownie się na nich patrzy.

Kadr z filmu 'Matthias i Maxime' (fot. materiały prasowe) Kadr z filmu "Matthias i Maxime" (fot. materiały prasowe)

Łatwo reżyseruje się przyjaciół?
Skąd, to orka [śmiech]! W ogóle się nie słuchają. W ogóle! Cały czas mają „lepsze pomysły” i mówią to na głos przy całej ekipie [śmiech]. Jakoś dobrnęliśmy do finału, ale momentami musiałem ich mocno dyscyplinować. Myślę, że wszyscy zaskoczyliśmy się parę razy.

Czy to prawda, że rzucasz reżyserię?
Hm... Nie wiem. Niczego nie obiecuję [śmiech].

Plotki skądś się biorą.
Nie wiem sam, co mam odpowiedzieć, ale chciałbym uczciwie i w zgodzie ze sobą. Jestem na pewno na takim etapie drogi, że chciałbym mocniej postawić na aktorstwo. To mnie teraz kręci bardziej.

Trudno pogodzić reżyserię z graniem?
Nie mogę skrupulatnie czytać scenariuszy i rozważnie przyjmować ról. Wróć! „Rozważnie” to złe słowo. Lubię ryzykować, ale muszę wiedzieć, że warto. A na podejmowanie decyzji trzeba czasu. Ja nigdy nie działam raptownie w kwestiach zawodowych, potrzebuję ułożyć się z pewnymi rzeczami, to zwykle długi proces. Dotychczas większość mojej uwagi pochłaniała reżyseria, inaczej być nie mogło. Z drugiej strony – już tyle razy okrzyknięto mnie nadzieją reżyserii, a potem mieszano z błotem, żeby znów wynieść na piedestał, żeby następnie z niego strącić... I tak w kółko. Myślę, że powinienem dać ludziom od siebie odpocząć. Dać im za sobą zatęsknić. Jest też trochę tak, że zacząłem definiować życie przez reżyserię. Przez ostatnią dekadę głównie reżyseruję. To nieodłączny element mojej codzienności.

Nie będziesz tęsknił?
Ale ja się z niczym nie rozstaję! Nie zrywam kontaktów. Po prostu czuję się pusty, wypalony. I żeby móc tworzyć, żeby móc reżyserować, muszę znowu naładować baterie. Nie chodzi o żaden odpoczynek – raczej o to, żeby pożyć i coś przeżyć. A potem o tym opowiedzieć.

A wyobrażasz sobie, że w ogóle nie zajmujesz się kinem?
Kiedyś myślałem, że kino jest mi niezbędne jak oddychanie. A teraz wiem, że czasami trzeba wyjść z kina tylko po to, żeby zaczerpnąć świeżego powietrza. Trzeba wyjść z ciemności do światła.

Xavier Dolan urodził się w Montrealu w 1989 roku. Jest reżyserem takich filmów, jak m.in.: „Zabiłem moją matkę”, „Wyśnione miłości”, „Na zawsze Laurence” (Nagroda Specjalna w Cannes), „Mama” (Nagroda Jury w Cannes), „To tylko koniec świata” (Grand Prix i Nagroda Jury Ekumenicznego w Cannes). Otwarcie przyznaje, że jest gejem, jego filmy zawierają wątki autobiograficzne.

  1. Kultura

Filmy o kosmosie, które warto obejrzeć – najlepsze produkcje o podróżach w kosmos

Matthew McConaughey i Anne Hathaway. Kadr z filmu Interstellar (fot. BEW)
Matthew McConaughey i Anne Hathaway. Kadr z filmu Interstellar (fot. BEW)
Przestrzeń kosmiczna od lat inspiruje twórców. I choć wydaje się, że dziś kosmos jest nieco bliżej człowieka - coraz lepiej poznajemy go dzięki nauce i misjom kosmicznym, wciąż pozostaje nieodgadnionym obszarem świata. To właśnie tajemniczość kosmosu powoduje, że powstaje o nim mnóstwo filmów, które pobudzają wyobraźnię. Oto lista filmów o kosmosie, które warto obejrzeć. 

Przestrzeń kosmiczna od lat inspiruje twórców. I choć wydaje się, że dziś kosmos jest nieco bliżej człowieka - coraz lepiej poznajemy go dzięki nauce i misjom kosmicznym, wciąż pozostaje nieodgadnionym obszarem świata. To właśnie jego tajemniczość powoduje, że powstaje o nim mnóstwo filmów kosmicznych, które pobudzają wyobraźnię. Oto lista najlepszych filmów o kosmosie, które warto obejrzeć. 

"Obcy - 8. pasażer Nostromo", reż. Ridley Scott

Kino grozy i science fiction miesza się tu na każdym kroku. Świetny film o kosmosie w reżyserii Ridleya Scotta, który między innymi dzięki "Obcemu" zapewnił sobie silną pozycję w Hollywood. Film, który swoją premierę miał w 1979 r. opowiadał historię statku kosmicznego, który odebrawszy tajemniczy sygnał decyduje się wylądować na planetoidzie i zbadać nieznane odgłosy. Dowódca statku zostaje zaatakowany przez nieznane stworzenie, co rozpoczyna serię koszmarnych wydarzeń. Jeden z pierwszych tak dobrych filmów o kosmosie, który przebija wiele innych naszpikowanych efektami specjalnymi tego typu historii.

"2001 Odyseja kosmiczna", reż. Stanley Kubrick

Klasyka kina i jeden z najlepszych filmów o kosmosie, jaki powstał. Stanley Kubrick jako jeden z pierwszych pokazał widzowi, z czym mamy do czynienia - ogromną, niezbadaną przestrzenią, w której człowiek jest jedynie jedną, maleńką, wręcz niezauważalną istotą. Właśnie dlatego tytuł szybko dołączył do grona cenionych filmów kosmicznych. Sama produkcja, która ukazała się w 1968 r., składała się z trzech elementów, w którym każdy opowiadał inną historię. Trzecia część w sposób nowatorski i alegoryczny przenosiła widza w nieodkryte rejony kosmosu mierząc się jednocześnie z wizją nieśmiertelności. Ponadczasowy, film o kosmosie, który po prostu trzeba obejrzeć.

"Interstellar", reż. Christopher Nolan

Nieco nowsza produkcja z udziałem Matthew McConaughey, która udowadnia, że dobre filmy o kosmosie nadal powstają. Historia, która w obecnych czasach wydaje się być wysoce prawdopodobna opisuje Ziemię stojącą na krawędzi zagłady. W wyniku działań człowieka, zmian klimatycznych, ludzie zmuszeni są znaleźć inne miejsce do życia. Grupa naukowców odkrywa tunel czasoprzestrzenny, który umożliwia podróże międzygalaktyczne i może stać się drogą do nowego świata. Dobry film o kosmosie, który dzięki pięknym zdjęciom staje się naprawdę ucztą dla kinomanów.

"Ad Astra", reż. James Gray

Brad Pitt pytany w wywiadach o to, dlaczego powstaje tak wiele filmów o kosmosie odpowiedział: "Ponieważ jest nieskończony i niepoznany, a w związku z tym daje ogromne pole inwencji wszystkim ludziom: naukowcom, tym zainteresowanym światem, ale też twórcom”. Brad Pitt w roli głównej wciela się tu w doświadczonego kosmonautę z problemami, który musi pomóc odnaleźć zaginionego w kosmosie przed laty ojca. Konwencja historii nie powala, jednak podróż do tak odległych miejsc jest pewnego rodzaju ciekawym obrazem, dla wszystkich którzy wyobrażają sobie "jak to tam naprawdę jest" – dla niego zdecydowanie warto sięgać po dobre filmy o kosmosie, takie jak „Ad Astra”. W tle egzystencjalne rozterki głównego bohatera.

"Marsjanin", reż. Ridley Scott

Specjalista od filmów o kosmosie, Ridley Scott postawił w tym przypadku na nieco bardziej optymistyczną wizję wszechświata. O tyle, o ile z reguły mamy tu do czynienia z niebezpieczną, niezbadaną czeluścią, o tyle w "Marsjaninie" widzimy nadzieję na przyszłość. Matt Damon wcielił się tu w rolę kosmonauty, który w wyniku burzy piaskowej zostaje sam na Marsie. Mało tego, kończą mu się zapasy i traci łączność z Ziemią. Mężczyzna zaczyna walkę o przetrwanie w zupełnie nowym świecie. Jeden z ciekawych filmów o kosmosie i życiu na innej planecie, gdzie dzięki własnej determinacji i pomysłowości głównemu bohaterowi wcale nie wiedzie się najgorzej.

"Apollo 13", reż. Ron Howard

Na liście najlepszych filmów o kosmosie nie może zabraknąć tej opartej na faktach historii podróży kosmicznej statku Apollo 13. Wydarzenia dzieją się w momencie, gdy cały świat żyje tym, co dzieje się poza Ziemią. Chwilę wcześniej pierwszy człowiek stanął na Księżycu, coraz więcej mówi się o eksploatacji i poznawaniu wszechświata. Załogą Apollo 13 nie interesował się nikt - miał to być rutynowy lot, a stał się miejscem walki o życie kosmonautów. To właśnie wtedy wypowiedziano słynne "Houston, mamy problem". Mocny film o kosmosie z udziałem plejady gwiazd - m.in. świetnym Tomem Hanksem, warty obejrzenia.

"Grawitacja", reż. Alfonso Cuarón

Wprawdzie scena, w której George Clooney odlatuje w otchłań kosmosu stała się uosobieniem kompletnego braku realizmu,  jednak wizualnie jest to jeden z piękniej prezentujących kosmos obrazów. Szczątki satelity niszczą statek kosmiczny, na którym przebywa para astronautów (w tej roli wspomniany już George Clooney oraz Sandra Bullock). Zaczynają walkę o przetrwanie w niebezpiecznym wszechświecie starając się wrócić na Ziemię. Ten dobry film o kosmosie otrzymał aż 7 Oscarów, w związku z czym nie sposób pominąć go w zestawieniu o najlepszych filmach o kosmosie. Plus za niesamowite widoki, które dają nam pewne wyobrażenie o planetach i całej przestrzeni kosmicznej.

"Kontakt", reż. Robert Zemeckis

Jodie Foster w roli naukowczyni, która wierzy w życie pozaziemskie. Pewnego dnia, gdy zapada decyzja o rozwiązaniu jej projektu badawczego, otrzymuje kontakt pochodzący z odległej gwiazdy. Okazuje się, że jest to wysłana przed laty wiadomość, którą ktoś wysłał z powrotem na Ziemię i to o ogromnym dla ludzkości znaczeniu. Niesamowicie zbudowane napięcie, które trzyma do ostatniej sekundy. Jeden z najciekawszych filmów o podróżach w kosmos z gatunku science fiction.

"Nowy początek", reż. Denis Villeneuve

Wybitna lingwistka zostaje wysłana nie nietypową misję. Na Ziemi wylądowały statki kosmiczne z... nieznaną załogą, z którą ktoś musi się porozumieć. Czego chcą, jakie mają zamiary? Główna bohaterka (w tej roli Amy Adams) zostaje wyznaczona jako osoba, która zrozumie i pozna język nowo przybyłych istot. Jeden z dobrych filmów kosmicznych o przybyszach pozaziemskich, z którymi trzeba stworzyć przestrzeń do rozmów i poznania siebie nawzajem.

  1. Kultura

11 najlepszych filmów na poprawę humoru – ranking kinowych hitów w sam raz na doła

Meg Ryan i Tom Hanks w filmie
Meg Ryan i Tom Hanks w filmie "Masz wiadomość" (1998), fot. BEW PHOTO
Jednym z najskuteczniejszych sposobów na tzw. doła jest filmoterapia. Wystarczy spędzić przytulny wieczór z ulubionym filmem, aby błyskawicznie poczuć się lepiej. W listopadzie, gdy dni są krótkie i brakuje nam słońca, często wracamy do domu w kiepskim nastroju. Wtedy warto sięgnąć po dobrą komedię. Oto 11 filmów idealnych na poprawę humoru.

Jednym z najskuteczniejszych sposobów na tzw. doła jest filmoterapia. Wystarczy spędzić przytulny wieczór z ulubionym filmem na poprawę humoru, aby błyskawicznie poczuć się lepiej. W okresie jesienno-zimowym, gdy dni są krótkie i brakuje nam słońca, często wracamy do domu w kiepskim nastroju. Wtedy warto sięgnąć po dobrą komedię. Oto 11 filmów na poprawę humoru, które idealnie sprawdzą się jako czasoumilacze.

Filmy poprawiające nastrój – nasze TOP 11

  1. Masz wiadomość (1998)

Koniec lat 90-tych. Manhattan. On i ona - pracują w tej samej branży, w tej samej okolicy. Pewnego dnia przypadkowo nawiązują kontakt przez Internet – tak rodzi się wzajemna sympatia. Masz Wiadomość to jeden z filmów na doła, do którego chętnie wracamy – niezwykle klimatyczny, wzruszający i otulający niewiarygodnym ciepłem. W rolach głównych przeurocza Meg Ryan i rewelacyjny Tom Hanks.

  1. Miss Agent (2000)

Gracie Hart (Sandra Bullock) to kobieta, z którą się nie zadziera. Pracuje w FBI, po godzinach ćwiczy boks i kompletnie nie przywiązuje wagi do swojego wyglądu. Twarda agentka zostaje zmuszona do udziału w wyborach piękności, a jej zadaniem jest wytropić terrorystę i ochronić pozostałe uczestniczki konkursu. Być może mało znana obsada nie zachęca, ale uwierzcie – sceny, w których Gracie musi wejść w zupełnie nieznane środowisko i zmierzyć się z nowymi wyzwaniami śmieszą do łez!

  1. Goście w Ameryce (2001)

Goście w Ameryce to komiczna opowieść o zderzeniu dwóch odmiennych światów. W wyniku pomyłki czarnoksiężnika dwunastowieczny rycerz Thibault (Jean Reno) i jego giermek André (Christian Clavier) trafiają do współczesnego Chicago. Zaskoczeni i zagubieni mężczyźni spotykają Julię (Christina Applegate), która pomaga im wrócić do swojej epoki. Ta francusko-amerykańska produkcja, chętnie wybierana spośród filmów na poprawę nastroju, to ciąg przezabawnych skeczy, które niosą ze sobą niezwykle ważne przesłanie – wiele rzeczy na świecie może ulec zmianie, jednak nie miłość do swoich korzeni i do drugiego człowieka.

  1. Dziennik Bridget Jones (2001)

Czy ten tytuł trzeba komukolwiek przedstawiać? Mamy nadzieję, że nie! Twórcom filmów Cztery wesela i pogrzeb oraz Notting Hill udało się nakręcić przezabawną ekranizację bestsellerowej powieści Helen Fielding, która od lat śmieszy i wzrusza kolejne pokolenia kobiet. To historia lekko zwariowanej i nieco pogubionej w sprawach sercowych 32-latki, która w ramach realizacji postanowień noworocznych zaczyna prowadzić dziennik. W rolach głównych przezabawna Reene Zellweger, czarujący Hugh Grant oraz uroczo nieporadny Colin Firth. Polecamy również kolejne części - „Bridget Jones 2: W pogoni za rozumiem” oraz „Bridget Jones 3”. Wszystkie trzy filmy na poprawę humoru sprawdzą się bez wątpienia!

  1. Bruce Wszechmogący (2003)

Co byś zrobił, gdybyś przez kilka dni mógł być… Bogiem? Takiej przemiany doświadczył Bruce Nolan (Jim Carrey), bohater filmu Bruce Wszechmogący, który po nieudanym dniu wytyka Bogu (Morgan Freeman) wszystkie jego złe decyzje. Bóg wysłuchuje jego zażaleń i ofiaruje mu całą swoją moc. Pracujący jako reporter lokalnej telewizji mężczyzna szybko zdaje sobie sprawę z tego, że bycie Bogiem nie jest jednak tak proste, jak może się to wydawać.

  1. Terminal (2004)

Gdy Viktor Navorski (Tom Hanks) przylatuje do Nowego Jorku, w jego ojczyźnie ma miejsce zamach stanu. Amerykańskie władze nie uznają paszportu mężczyzny, więc miejscem przymusowego pobytu staje się dla niego hala terminalu. Film wyreżyserował sam Steven Spielberg, a inspiracją do jego powstania była prawdziwa historia pewnego mężczyzny zmuszonego przez bezduszne przepisy do koczowania przez parę lat na jednym z francuskich lotnisk.

  1. Poznaj mojego tatę (2000)

Co należy zrobić, aby dobrze wypaść w oczach przyszłego teścia? Po pierwsze, radzimy nie brać przykładu z głównego bohatera filmu Poznaj mojego tatę. Przed wami fenomenalna komedia rodzinnych pomyłek. Greg Focker (Ben Stiller) próbując zaprzyjaźnić się z ojcem wybranki swojego serca, popełnia masę błędów, które tworzą całą serię prześmiesznych gagów. Mężczyzna naraża się przyszłemu teściowi (Robert DeNiro) w każdej możliwej sytuacji. To produkcja z kategorii „filmy na doła”, która poprawi wam humor nawet po najgorszym dniu!

  1. Narzeczony mimo woli (2009)

Wielu uważa, że Narzeczony mimo woli to jedna z najlepszych komedii romantycznych ostatnich lat. My się z tym w zupełności zgadzamy! Co więcej – zaliczamy ją również do udanych filmów poprawiających nastrój. Margaret (Sandra Bullock) grozi deportacja, dlatego musi szybko wziąć z kimś ślub. Postanawia więc zaszantażować swojego asystenta (Ryan Reynolds). Wkrótce w  sytuację zostaje wmieszana cała rodzina mężczyzny, co rodzi wiele zabawnych sytuacji.

  1. 500 dni miłości (2009)

500 dni miłości to znakomita alternatywa dla mainstreamowych komedii romantycznych. Dwoje młodych ludzi spotyka się w pracy. Summer (Zooey Deschanel) nie wierzy w miłość, a Tom (Joseph Gordon Levitt) zakochuje się w niej bez pamięci. Spędzają razem 500 cudownych dni, a potem... nagle rozstają się. Porzucony przez ukochaną mężczyzna wraca myślami do czasu, który spędzili razem, aby odkryć, co poszło nie tak. To jeden z tych filmów na doła, który jednocześnie zaskoczy was świeżością, urokiem i genialną ścieżką dźwiękową.

  1. Nietykalni (2011)

Wielokrotnie nagradzani Nietykalni to jedna z najważniejszych produkcji filmowych 2011 roku. Historia ukazana w filmie, wydarzyła się naprawdę - sparaliżowany milioner zatrudnia do opieki młodego chłopaka z przedmieścia, który właśnie wyszedł z więzienia. Film jest niezwykle prosty, ale bezpretensjonalny i szczery. Pozostawia miejsce do refleksji nad własnym życiem i zachęca do tego, aby zatrzymać się na chwilę, wziąć głęboki oddech i docenić to, co się ma, a więc zapada w pamięć na dużo dłużej niż inne, zwykłe filmy na poprawę humoru.

  1. Disaster Artist (2017)

Disaster Artist to historia spotkania i wczesnej przyjaźni ekscentrycznego Tommy'ego Wiseau oraz Grega Sestero - aktorów kultowego "The Room", który został okrzyknięty najgorszym filmem świata. W rolach głównych występują fenomenalni bracia Franco, których gra aktorska rozśmieszy nawet największego ponuraka. Absurdalność sytuacji przedstawionych w filmie i niebywałe odwzorowanie oryginalnych postaci to powody, dla których warto zapisać sobie ten tytuł na listę „filmów poprawiających nastrój”, by w najbliższym czasie obejrzeć tę komedię i przyjemnie spędzić z nią czas.

  1. Kultura

Ukobiecanie – rozmowa z Wandą Hagedorn, autorką najbardziej znanych feministycznych komiksów w Polsce

Wanda Hagedorn urodziła się w Szczecinie. Od 35 lat mieszka w Australii. Pracuje w organizacjach pozarządowych. Komiksy „Totalnie nie nostalgia” i „Twarz, brzuch, głowa” wydała Kultura Gniewu. (Fot. Wanda Hagedorn)
Wanda Hagedorn urodziła się w Szczecinie. Od 35 lat mieszka w Australii. Pracuje w organizacjach pozarządowych. Komiksy „Totalnie nie nostalgia” i „Twarz, brzuch, głowa” wydała Kultura Gniewu. (Fot. Wanda Hagedorn)
Uważam, że musimy być ze sobą szczere i świadome tego, co znaczą nasze tak zwane wybory i decyzje. One nie są autonomiczne, choć bardzo chciałybyśmy wierzyć, że są – mówi Wanda Hagedorn, autorka „Totalnie nie nostalgii” i „Twarzy, brzucha, głowy”, najbardziej znanych feministycznych komiksów w Polsce.

Kiedy umawiałyśmy się na wywiad, w mejlu do pani napisałam „wszyscy nasi rozmówcy”. Od razu pani zareagowała: „Mam nadzieję, że rozmówczynie także”, upominając się o uwzględnienie kobiet w użytej przeze mnie liczbie mnogiej. Sporo się ostatnimi czasy zmieniło, coraz częściej stosujemy w języku polskim feminatywy, mówiąc: „lekarka, rektorka, reżyserka”. Dla pani, jak rozumiem, to dopiero początek zmian, jakie powinny zajść?
Nie tylko dla mnie jest to ważne, w wielu krajach toczy się batalia o „przepisanie” języka. To oczywiście trudny projekt – wymyślić język, który by odzwierciedlał nową genderową rzeczywistość, byłby kompletnie inkluzywny, nie wykluczał nas, kobiet. Wiem, że taka kampania jest teraz w Polsce – żeby mówić „psycholożka”, „naukowczyni”, „antropolożka” – i zdaję sobie sprawę, że te „nowe” żeńskie rzeczowniki brzmią na początku dziwnie, nawet niezdarnie, wydają się za długie, ale jestem pewna, że wkrótce wszyscy do nich przywykną. Pomijanie kobiet w języku kreuje dziurę językową, przyczynia się do naszej niewidoczności w sferze publicznej, jest uwłaczające i obraźliwe.

Ktoś mógłby się spierać, że przecież to tylko słowa, niewinne formy gramatyczne, które dość powszechnie uważa się za neutralne.
Pani mówi „uważa się”, a ja pytam, kto uważa? Rodzaj męski nie jest neutralny, a już na pewno nie jest niewinny. Odzwierciedla seksistowską historię i tradycję dozorowaną przez mężczyzn. Dzisiaj, ponieważ role kobiet w społeczeństwie i polityce zmieniły się diametralnie, uważanie męskich form gramatycznych za neutralne fałszuje rzeczywistość.

Pani debiutancką „Totalnie nie nostalgię” uznano za jeden z najlepszych polskich komiksów obyczajowych minionej dekady. Także „Twarz, brzuch, głowa” wywołuje w Polsce sporo zamieszania. Tymczasem pani od ponad trzech dekad mieszka w Australii, od lat pracuje w organizacjach pozarządowych. Jak to się stało, że zajęła się pani pisaniem, i dlaczego wybór padł akurat na komiks?
Moja praca w Australii była bardzo bliska tego, co chciałam zawsze w życiu robić: sektor NGO dawał mi poczucie, że przyczyniam się do sprawiedliwszego świata, do wyrównywania ludzkich szans. Natomiast moim pierwszym i najsilniejszym pragnieniem było pragnienie tworzenia. Zawsze chciałam pisać, robić filmy, teatr. Kiedy przyjechaliśmy do Australii, nie mogłam tego robić, bo musieliśmy się tutaj z Markiem, moim partnerem, zorganizować życiowo i utrzymać, a praca twórcza, jak wiadomo, zabiera dużo czasu, a daje niewiele dochodu. Pracowaliśmy oboje na pełny etat, mieliśmy dzieci w szkole podstawowej. Niemniej wiedziałam, że prędzej czy później uda mi się wrócić do tworzenia. Przymierzałam się na przykład do robienia teatru ulicznego w Melbourne z młodzieżą sudańską, ale ten projekt nie wyszedł.

Dlaczego wybrałam komiks? Bo trafiłam na Alison Bechdel [autorkę powieści graficznych „Fun Home” i „Jesteś moją matką?” – przyp. red.]. Odnalazłam się w jej komiksach, znalazłam podobieństwa do własnych doświadczeń. Zachwyciły mnie jej czarny humor i autoironia. To Bechdel zainspirowała mnie do napisania „Totalnie nie nostalgii”. Wiedziałam oczywiście, że komiksu sama nie narysuję, ale na pewno dam radę napisać scenariusz. Będę musiała zaprosić rysowniczkę albo rysownika do współpracy i cały projekt będzie jeszcze większą frajdą.

Przy pierwszym tytule pracowała pani z Jackiem Frąsiem. Przy drugim – z Olą Szmidą. Płeć Oli miała znaczenie?
Tak. Wierzę, że wspieranie siostrzeństwa w każdej sferze życia jest niezwykle ważne, zwłaszcza na rynku pracy, gdzie wciąż mamy niewyrównaną sytuację genderową. Poza tym komiks był przez długi czas domeną mężczyzn, więc najwyższa pora, żeby stał się też domeną kobiet.

A Jacek też miał być kobietą [śmiech]. Zanim zaczęliśmy współpracę, długo szukałam rysowniczki w Polsce, ale mi się nie powiodło. Kiedy w końcu ktoś polecił mi Jacka Frąsia i zobaczyłam jego rysunki – spodobały mi się szczególnie ilustracje w „Glinnie” – zdecydowałam się zaprosić go do współpracy. Olę znalazłam w czasie o wiele krótszym. Miałam szczęście. Bardzo się cieszyłam, że zgodziła się na współpracę i że jest z nowego, młodszego pokolenia, już popeerelowskiego.

Skąd się wzięło „ukobiecanie”? Ukute przez panią słowo klucz, które przewija się przez cały komiks „Twarz, brzuch, głowa”.
Chodzi o nawiązanie do znanego powiedzenia Simone de Beauvoir: „Nie rodzimy się kobietami – stajemy się nimi”. Chciałam to całe stwierdzenie zawrzeć w jednym słowie, żeby łatwiej mi było operować nim w tekście, a jednocześ­nie, żeby sugerowało sprawców całego procesu, czyli ukobiecaczy, zawierało premedytację i intencję. „Stawanie się kobietą” brzmiało zbyt biernie. Kto ukobieca? My siebie czy ktoś nas? „Ukobiecanie” w komiksie opisuje proceder wtłaczania kobiet w kaftan kobiecości według przepisu patriarchalnego. Proceder, który wciąż się niestety odbywa na masową i globalną skalę – system mówi nam, co mamy robić, jak się zachowywać, jak wyglądać, wyznacza się nam „kobiece” role i limity.

Jedna z pierwszych scen w pani komiksie „Twarz, brzuch, głowa”: siedzi pani wygodnie w fotelu w salonie fryzjerskim. Z głośników sączy się muzyka, wszyscy naokoło uśmiechnięci, łącznie z panią. Jest miło, ale za moment nie będzie już tak miło.
Bardzo lubiłam ten salon, był pełen życia, kolorowy, stylowy. Po wyjściu z niego z nowymi, błyszczącymi włosami zawsze czułam się lepiej. Jak te włosy – odnowiona i kolorowa. W tej scenie z komiksu opowiadam o szczególnie podniecającym momencie: dostałam właśnie doskonałą pracę, wchodziłam w nowy etap zawodowy i życiowy. Tym bardziej szokujący był „wstrząs”, którego doznałam w moim ulubionym salonie fryzjerskim.

Kolorystka dobiera dla pani odcień „intensywny imbir” i zagaja rozmowę. Od słowa do słowa, w końcu z jej ust pada TO pytanie: „Czy ma pani już wnuki?”. Pierwsza pani myśl?
Wnuki?! A więc widzi mnie jako babcię. Kobietę w wieku babci. Starszą kobietę. Nie byłam przygotowana na to nagłe, nowe znaczenie mojej osoby. Zaczęła się gonitwa myśli – cały ten ciąg skojarzeń związanych ze społeczną stygmatyzacją starszych kobiet. Na przykład stygmatyzujące angielskie słowo granny. Niewidoczność, przezroczystość starszych kobiet... Wszystko to pojawiło mi się w tamtym momencie w głowie, wywołując panikę. Doszła do tego podświadoma trwoga śmierci, z którą kojarzy się starość, strach przed przemijaniem i przed wszystkim, z czym przemijanie się kojarzy. Setki myśli w jednym krótkim momencie.

Po powrocie do domu zaczęłam szukać wsparcia w feministycznych tekstach. Zawsze to robię w krytycznych momentach – porównuję moje doświadczenia z doświadczeniami autorek feministek. Stanęłam przed półką i wyciągnęłam „Starość”, w której Simone de Beauvoir opisuje, jak jeden z jej amerykańskich studentów w rozmowie z kolegą przyznał, że bardzo mu się podobał jej wykład, dodając: „Był doskonały, ale nie zdawałem sobie sprawy, że ona jest już starą kobietą”. Ów kolega powtórzył to de Beauvoir: „Tak panią nazwał, madame. An old woman”. De Beauvoir, oburzona, wykorzystała tę obserwację do opisania pojawiającej się w nas nagle obcej osoby, z którą same się nie identyfikujemy, a którą widzą w nas inni.

I właśnie pani, świadoma siebie, oczytana feministka, w obliczu przemijania decyduje się – czego jesteśmy świadkami w „Twarzy, brzuchu, głowie” – na środek zaradczy w postaci botoksu, a potem wampirzego liftingu. Wbrew temu, przed czym Susan Sontag, którą cytuje pani w komiksie, ostrzegała, pisząc: „Wmawiają nam, że nieustanne korygowanie i naprawianie twarzy jest moralnym obowiązkiem kobiet [...]”.
Z jednej strony była Sontag, która napisała to w latach 70. Tymczasem nadeszły lata 90. i zaczęła się trzecia fala feminizmu. Jej głównym założeniem było: „Każda decyzja kobiety o sobie jest z natury rzeczy feministyczna”, a jej heroinami zostały takie ikony popu, jak: Madonna, Oprah Winfrey, bohaterki serialu „Seks w wielkim mieście”. Feminizm trzeciej fali dał mi triumfalne przyzwolenie odmładzania twarzy botoksem, i to w sekrecie. W komiksie opisuję to z ironią, ponieważ „dyscyplinując” twarz, byłam w konflikcie sama ze sobą.

A dzisiaj?
Dzisiaj uważam, że musimy być ze sobą szczere i świadome tego, co znaczą nasze tak zwane wybory. Albo kolaborujemy z systemem, albo nie. Wiem, że wiele kobiet się ze mną nie zgodzi, choćby feministki trzeciej fali, ale uważam, że decyzja, żeby wkłuwać sobie igły w twarz i torturować się na wiele innych sposobów, płacąc jeszcze za to niemałe pieniądze, wynika z poddania się presji i opresji. Nasze decyzje nie są autonomiczne, choć bardzo chciałybyśmy wierzyć, że są.

Czyli nigdy więcej nie zrobiłaby sobie pani zabiegu?
Absolutnie nie. Przeszłam już przez to doświadczenie, sięgnęłam jego granicy, zrozumiałam, na czym polega, nazwałam je „zdradą siebie” i „zdradą twarzy”, i wyartykułowałam je w komiksie. Żadnych więcej zabiegów, upiększań, przycinań. Ale na brzuch nadal spoglądam krytycznie. Sprawdzam go w lustrach, oknach wystawowych, a po ukończeniu każdego biegu mam nadzieję, że się zmniejszył [śmiech]. Odruchu „zwalczania brzucha” już się chyba nie pozbędę.

„Wciągnijcie brzuchy”, mówi uwieczniony w pani komiksie wujek, kiedy jako dziewczynka pozuje pani z siostrami do zdjęcia. A z pani ukochanych książek dla dzieci ilustrowanych przez Szancera spoglądają śliczne, obowiązkowo wiotkie i „bezbrzuszne” królewny i księżniczki. Buntowała się pani wtedy przeciwko tylu różnym rzeczom, dlaczego nie przeciwko temu?
Bunt był we mnie istotnie od dziecka. Wychowywałyśmy się z siostrami w dysfunkcyjnej rodzinie, w ciągłym strachu przed ojcem opresorem, cierpiąc i współczując mamie. To naturalnie budziło mój opór. Dlaczego nie buntowałam się przeciwko opresji ciała? Bo jako dziecko nie byłam jej jeszcze świadoma. „Dbanie o wygląd” było dokuczliwe, był to niekwestionowany obowiązek kobiet i dziewczynek, wszystkie wiedziałyśmy, że musimy się wciąż odchudzać, upiększać, wybielać piegi, przyciemniać rzęsy i ubierać w kamuflujące tuszę sukienki. Ale do buntu przeciw temu musiałam dorosnąć. Zrozumieć, na czym opresja kobiecego ciała polega, dlaczego jest groźna, kto ją uprawia. Sformułować to sobie i wyartykułować.

Kiedy została pani świadomą feministką?
Mogę odpowiedzieć bardzo dokładnie: w Australii w 1988 roku. W Polsce moje myślenie było zdominowane sytuacją, jaka panowała w kraju, opresją polityczną, życiem za żelazną kurtyną bez możliwości wyjazdu, rozwoju, bez perspektyw. Sprawa wolności politycznej była dla wszystkich najważniejsza, sprawa wolności genderowej nie pojawiła się jeszcze na moim wewnętrznym radarze. Jedyną feministyczną książką, którą pamiętam z tego czasu, jest „Własny pokój” Virginii Woolf.

Kiedy w 1987 roku wyemigrowaliśmy z Markiem i naszymi dziećmi do Australii, znaleźliśmy się w innym społeczeństwie. Kwestia równouprawnienia kobiet i feminizm były częścią mainstreamowej kultury. Wszystkie uniwersytety oferowały kierunek women’s studies. W Australii ruch feministyczny nie funkcjonował jako ideologia, był bardzo praktyczny. Żywy i obecny w polityce, w szkołach, na uniwersytetach, w mediach, w sztuce. Był integralną częścią debat społecznych. Okulary genderowe same mi więc wsiadły na nos, nie musiałam ich nawet zakładać. Dzięki nim zobaczyłam nagle na nowo moje dzieciństwo, młodość, PRL, zrozumiałam, jak perfidnie i bezkarnie funkcjonuje system patriarchalny, jak mężczyznom wszystko uchodzi na sucho.

Dzięki swoim komiksom patrzy pani na przeszłość z dystansem czy raczej wspomnienia zamienione w kadry nadal wywołują w pani emocje?
Żeby móc zanalizować i zinterpretować opisywane doświadczenia z dzisiejszej perspektywy, muszę mieć do nich dystans. Jednocześnie w momencie, kiedy do nich wracam i opisuję je, wywołują we mnie emocje. Te same, co w przeszłości, i nowe, jest to nieuniknione. Bardzo często muszę przerywać wtedy pisanie i się uspokajać.

Oglądając narysowane już plansze, patrzę na nie pod kątem estetyki: stylu, kreski, ekspresji, dynamiki rysunku, w jaki sposób wyrażają znaczenia, które próbuję przekazać. Ola Szmida mówiła w naszych wywiadach o „Twarzy, brzuchu, głowie”, że ona właściwie rysowała Wandę jako siebie. I ja to widzę – Wanda z komiksu bardzo często nie jest do mnie podobna, jest Olą albo po prostu kobietą. Bardzo mi się ten zabieg podoba.

Pisząc, mierzy się pani z dylematem, do jakiego stopnia się obnażyć?
Nie, to słowo nie pasuje do moich intencji w pisaniu. Gabriela Zapolska już dawno zdefiniowała strach przed „obnażaniem” jako dulszczyznę. Od dawna stosuję feministyczną zasadę, że to, co osobiste, jest polityczne, a więc moje doświadczenia ukazują nie tylko mnie, ale politykę społeczną i kulturową wobec mnie jako przedmiotu opresji i kontroli. Żeby to pokazać w tekście, nie można niczego przemilczać, ukrywać, zatajać.

Oba moje komiksy są bardzo osobiste, tyle że skupiają się na różnych okresach mojego życia. „Totalnie nie nostalgia” mówi o dzieciństwie i doświadczeniach mojej rodziny, w „Twarzy, brzuchu, głowie” opowiadam o doświadczeniach dojrzałej kobiety. Jeśli chodzi o „obnażanie” członków mojej rodziny w „Totalnie nie nostalgii”, przed rozpoczęciem pisania odbyłam długie rozmowy z moimi siostrami i z mamą. Mama miała najpierw opory, ale kiedy opowiedziałam jej dokładnie cały zamysł komiksu, zgodziła się być bohaterką mojej opowieści. Wszystkie moje siostry uczestniczyły w całym procesie tworzenia i to było dla nas doświadczenie katartyczne. Z ojcem nie utrzymuję kontaktu i nawet mi nie przyszło do głowy prosić go o zgodę. W komiksie nie obnażyłam go, tylko wyoutowałam jako sprawcę przemocy, ukobiecacza, narcystycznego patriarchę.

Dopiero co była premiera „Twarzy, brzucha, głowy”, a pani – jak słyszę – już pracuje nad czymś nowym.
Pracuję nad projektem komiksu, który ze względu na swoją specyfikę będzie skierowany do australijskiej publiczności. Jestem dopiero na wstępnym etapie, mam plan scenariusza. Teraz muszę wyjechać do jakiejś samotni, żeby się odizolować i zacząć pisać.

Wanda Hagedorn urodziła się w Szczecinie. Od 35 lat mieszka w Australii. Pracuje w organizacjach pozarządowych. Komiksy „Totalnie nie nostalgia” i „Twarz, brzuch, głowa” wydała Kultura Gniewu.