1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. „Paterson”. Najlepszy od lat Jarmusch już w kinach

„Paterson”. Najlepszy od lat Jarmusch już w kinach

mat. pras. PATERSON/ Gutek Film
mat. pras. PATERSON/ Gutek Film
Jim Jarmusch w najlepszym wydaniu: liryczny i czuły. Niemal równolegle z intensywnym, mocnym, punkrockowym dokumentem o zespole The Stooges na polskie ekrany wchodzi zachwycający spokojem „Paterson”.

W niewielkim amerykańskim miasteczku Paterson z ukochaną dziewczyną i jej psem mieszka mężczyzna, na co dzień kierowca autobusu. Nazywa się… Paterson, choć trudno w to uwierzyć nawet samym bohaterom filmu. Jarmusch pozwala widzom prześledzić siedem dni ich pozornie monotonnego i całkiem zwyczajnego życia. Zatem towarzyszymy Patersonowi przy porannej pobudce, śniadaniu, przysłuchiwaniu się rozmowom pasażerów autobusu, obiedzie ugotowanym przez ukochaną i wieczornym piwie w ulubionym barze. Nic szczególnego. Rzec można nawet, że w filmie niewiele się dzieje. Czujemy się jak zamknięci w spirali powtarzalnych czynności. Jednak „Paterson” to zdecydowanie coś więcej niż prosta historyjka o prostym mężczyźnie i jego prostym życiu. Każdą wolną chwilę bohater poświęca na tworzenie wierszy, które są zapisem otaczającej go rzeczywistości. Nieustająco układające się w jego głowie słowa przełamują odczuwalną z początku bezrefleksyjność sytuacji. Co więcej, pojawiający się w różnych momentach motyw „bliźniaków” dodaje całości coś z realizmu magicznego.

W tytułowego Patersona brawurowo wcielił się - ze swoją dość oryginalną urodą i miłym usposobieniem - Adam Driver („Gwiezdne wojny: Przebudzenie mocy”, „Dziewczyny”). W roli szalonej Laury świetnie wtóruje mu Golshifteh Farahani – aktorka znana dotychczas głównie z koprodukcji irańskich, takich jak „Kurczak ze śliwkami”. Bardzo ważną postacią jest również buldog, który w niemałym stopniu namiesza w życiu Patersona.

Jarmusch jest niesamowicie czuły dla swoich bohaterów, daje im subtelność i umiejętność cieszenia się małymi rzeczami. Z jednej strony mogą niektórych denerwować swoim wiecznym stoicyzmem, ale z drugiej wydają się w tym bardzo autentyczni i uroczy. Chwilami ich postawa wzrusza, żeby w następnym kadrze niesamowicie rozśmieszyć.

Według mnie „Paterson” świetnie pokazuje jednocześnie dwie rzeczy, pozornie odległe, a w rzeczywistości mocno ze sobą powiązane. Z jednej strony jest to opowieść o tym, że wszyscy zmagają się na co dzień z podobnymi problemami i wszystkich bez wyjątku zaskakują pewne sytuacje. Z drugiej natomiast film uświadamia, że w każdym drzemią mniejsze bądź większe pokłady kreatywności, a świat składa się z indywidualności wartych uwagi. Nowy obraz Jarmuscha pokazuje, że, choć nie zawsze potrafimy to dostrzec w prozie życia, codzienność przypomina właśnie poezję, a poezja – codzienność. „Paterson” to pochwała zwyczajności i radości z drobnostek. Świetne filmowe zakończenie 2016 roku.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Filmy na Dzień Kobiet, które warto obejrzeć

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Erin Brockovich" (fot. BEW)
Dzień Kobiet obchodzony 8 marca to coroczne święto, które współcześnie przypominać ma nam o kobietach - matkach, żonach, córkach, siostrach, przyjaciółkach... I choć utarło się, że tego dnia to mężczyźni wręczają kobietom goździki i rajstopy, nic nie stoi na przeszkodzie, by samej sobie (bądź wspólnie ze swoimi ulubionymi kobietkami) urządzić prawdziwe święto. I obejrzeć dobry film. O kobietach i dla nich.

"Małe kobietki", reż. Greta Gerwig

Opcja do zobaczenia (jeszcze) na dużym ekranie, gdyż historia sióstr March dopiero niedawno weszła do polskich kin. "Małe kobietki" to osadzona w latach 60. XIX w. opowieść o kobietach, które opiekują się sobą nawzajem podczas nieobecności ojca, głowy rodziny, walczącego w wojnie secesyjnej. Klasyka kobiecej literatury w interpretacji Grety Gerwig to bardzo subtelny, niezwykle czuły obraz siostrzanej miłości, kobiecego wsparcia i entuzjazmu, który wybija się tu na pierwszy plan pomimo wielu przeciwności losu.

"Chłopaki nie płaczą", reż. Olaf Lubaszenko

Co z tego, że chłopaki nie płaczą? Kobiety też nie ;) i z powodzeniem mogą tego dnia powrócić do klasyki polskiego kina z przełomu wieków. Fabuła filmu jest prosta i przyjemna - dwaj młodzi przyjaciele (w tych rolach młody Maciej Stuhr i Wojciech Klata) wplątani zostają w gangsterskie porachunki. Luźna komedia z plejadą polskich gwiazd, które wtedy w wielu przypadkach stawiały jeszcze pierwsze kroki. Oprócz Suhra w filmie wystąpił m.in. Cezary Pazura, Andrzej Zieliński, Paweł Deląg, Mirosław Baka i wielu innych...

"Czego pragną kobiety", reż. Nancy Meyers

W Dzień Kobiet mogą zadawać sobie to pytanie do woli. Kultowy film z Melem Gibsonem i Helen Hunt w rolach głównych. Główny bohater - Nick jest typowym kobieciarzem, któremu nie w głowie poważne związki. Oprócz tego jest również świetnym pracownikiem, który liczy, że obejmie wysoką posadę... Ta jednak przypada komuś zupełnie innemu. I to kobiecie! Od tego momentu Nick nie chce słyszeć o kobietach, a wypadek któremu ulega w tym czasie, powoduje, że... mężczyzna zaczyna słyszeć myśli wszystkich kobiet, które znajdują się w jego pobliżu. Błogosławieństwo, czy przekleństwo?

"Siła kobiet", reż. Jr

Twórca filmu opowiadającego o niezwykłej sile kobiet zamieszkujących najbiedniejsze dzielnice na świecie i borykających się z biedą, chorobami, konfliktami jest artystą i fotografem. I w niezwykły sposób zaglądając do tych miejsc pokazuje kobiety - ich siłę, walkę, wytrwałość, podkreślając, że to właśnie w tej płci najwyraźniej widać kondycję całych społeczeństw. Reżyser odwiedza tu m.in. Indie, Kambodżę, Brazylię, czy Sudan i w niezwykły sposób zbliża nas do swoich bohaterek.

"Juno", reż. Jason Reitman

Ellen Page w roli nastolatki, która zaszła w ciążę i postanowiła sprostać sytuacji, w jakiej się znalazła. Film Jasona Reitmana to ciekawy obraz zrywający ze stereotypowym myśleniem o "nastoletnich ciążach". Tytułowa Juno zaszła w ciążę rozpoczynając tak naprawdę swoje życie seksualne z najlepszym przyjacielem - nie była ani "rozwiązłą" nastolatką, ani nie była gotowa na tak wczesny krok w dorosłość. Dzięki niechcianej ciąży decyduje się jednak zmierzyć z dorosłością, problemami z jakimi wiąże się macierzyństwo, miłością, konfrontacją ze starszymi. Szczera i naprawdę warta obejrzenia historia.

"To ja Malala", reż. Davis Guggenheim

Kim jest Malala Yousafzai, pakistańska działaczka na rzecz praw kobiet, laureatka Pokojowej Nagrody Nobla, dziewczynka, która przez kilka lat prowadziła bloga o tym, jak w rzeczywistości wygląda życie dziewcząt w Pakistanie pod rządami talibów wie cały świat, . „Kiedy się urodziłam, mieszkańcy naszej wioski współczuli mojej matce i nikt nie powinszował ojcu.[…] Dla większości Pasztunów narodziny córki to dzień smutku. […] ale ojca to nie obchodziło." Za swoją działalność zaczęła być prześladowana, aż w końcu w wyniku zamachu dokonanego przez talibów postrzelona w głowę. Malala przeżyła zamach na swoje życie i dalej głośno sprzeciwiała się zakazom edukacji dla dziewcząt, wyrzucaniu ich ze szkół i ciemiężeniu. "To ja Malala" pokazuje jej walkę o podstawowe prawa dla kobiet i dziewczynek, ale też Malalę na co dzień - młodą dziewczynę, która podobnie, jak jej rówieśniczki, chce kochać, mieć przyjaciół i czerpać z życia.

"Za wszelką cenę", reż. Clint Eastwood

Clint Eastwood i Hilary Swank jako mistrzowski duet mistrz - uczennica. Ona chce zdobyć mistrzostwo w boksie, jest zdesperowana i bardzo zdeterminowana; on wytrenował w swoim życiu wielu znanych bokserów. Początkowo ich współpraca nie zapowiada się ciekawie - on twierdzi, że w jej wieku nie osiągnie się żadnego sukcesu, a boks to szczególnie niekobiecy sport, ona natomiast nie poddaje się i za wszelką cenę chce dopiąć swego. Z czasem między dwojgiem rodzi się ogromna przyjaźń, której spoiwem jest wspólna pasja i wyjątkowo silne charaktery.

"Dziennik Bridget Jones", reż. Sharon Maguire

Coś lżejszego z okazji Dnia Kobiet, czyli najsłynniejsza i najwdzięczniejsza singielka świata - Bridget! Kultowa postać Bridget Jones – dojrzałej, samotnej kobiety, która stara się znaleźć miłość swojego życia, otoczonej ekscentrycznymi rodzicami i specyficznymi przyjaciółmi, to majstersztyk jeśli chodzi o portret kobiety w filmie komediowym. Bridget zachwyca swoim poczuciem humoru, niezdarnością i… realizmem. Cóż możemy powiedzieć - panna Jones jest jedyna w swoim rodzaju i kochamy ją, taką jaka jest.

"Erin Brockovich", reż. Steven Soderbergh

Samotna matka trójki dzieci, dwukrotna rozwódka, z brakiem wykształcenia i możliwości znalezienia jakiegokolwiek zatrudnienia. Kobieta nie poddaje się jednak i choć nikt nie dawał za nią złamanego grosza, cudem zdobywa miejsce w kancelarii prawnej (po tym, jak przegrywa sprawę w sądzie o odszkodowanie i nie ma z czego zapłacić rachunków). To, co wydarzy się później do tej pory zadziwia wielu praktyków prawa - Erin odkrywa podejrzaną działalność ogromnego koncernu, który zatruwał wody gruntowe jednego z okolicznych miasteczek. Proces sądowy wykazał, że Erin mówiła prawdę, a sąd przyznał jej klientom astronomiczną sumę odszkodowania - 333 miliony dolarów. Warte także dla genialnej Julii Roberts w roli głównej.

 

  1. Kultura

"Wszystko zaczyna się i kończy na kobietach" - Xavier Dolan o twórczości i życiu

fot. East News
fot. East News
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
"Zawsze wszystko zaczyna się i kończy na kobietach. Nie pozwólcie sobie wmówić, że jest inaczej" – nawołuje 30-letni Xavier Dolan. Już dawno nie cudowne dziecko kina, ale w pełni dojrzały twórca, który nie jest pewien, czy nadal chce się poświęcać reżyserii.  Na nasze ekrany wszedł właśnie jego film „Matthias i Maxime”.

Wierzysz, że jeden pocałunek może odmienić całe życie?
Kiedyś myślałem, że seks ma taką moc. Bzdura! Pocałunek to piękna i czysta obietnica czegoś więcej. Wszystko jest możliwe na tym etapie. Z kolei seks to już spełnienie. Finał. Bez sensu zaczynać od końca.

Dlaczego zmieniłeś zdanie?
Z wiekiem staję się niepoprawnym romantykiem. Chyba zachodzi jakiś regres – staję się naiwny i prostolinijny.

Naprawdę uważasz, że to regres?
No wiesz, powinniśmy uczyć się na błędach. Doświadczenie hartuje. W pewnym sensie i mnie zahartowało, uzbroiło w pewien pancerz, a jednak nie ma we mnie żalu, rozgoryczenia, podejrzliwości wobec ludzi. Ludzie są, jacy są. Chcę wierzyć, że zło istnieje po to, by mogło istnieć dobro. Że pomimo złych nawyków ludzi wciąż stać na to, by wzbijali się ponad rutynę codzienności i realizowali piękne cele. Mówię, że jestem naiwny i prostolinijny, i tak właśnie jest. Wolę to niż cynizm i wyrachowanie.

Masz dopiero 30 lat. To chyba za wcześnie na cynizm?
Znam wielu cyników z mojego pokolenia. Wiek nie ma tu nic do rzeczy. To kwestia wielu okoliczności towarzyszących: zepsucia dobrobytem, braku pasji, wpływu mediów, pustki emocjonalnej...

Xavier Dolan (fot. East News) Xavier Dolan (fot. East News)

Umiesz się przed tym wszystkim bronić?
Próbuję.

Jak?
Trochę grywam.

Chyba nie do końca rozumiem: w jaki sposób aktorstwo chroni cię przed cynizmem?
Ale ja grywam w życiu. Bywam kimś lepszym, czasami gorszym... po prostu odbijam się od siebie, wychodzę z własnej sfery komfortu. Nie zrozum mnie źle – nie chodzi mi o to, że kreuję siebie samego. Po prostu podkręcam rzeczywistość wokół. Prowokuję zdarzenia, żeby doświadczyć czegoś ponad normę, ponad przeciętność.

Po co ci to?
Wolę się sparzyć po raz kolejny, ale poczuć, że żyję, niż kalkulować, co mi się opłaca, a co nie. Dlatego wierzę w siłę pocałunku, tak jak wierzę w siłę danego słowa czy w siłę sztuki. Gdybym wierzył w siłę seksu, to tak, jakbym zakładał, że ludzie wolą przeczytać recenzję niż pójść zobaczyć mój film. Za stary jestem na to.

Za stary? Wyreżyserowałeś już osiem pełnometrażowych filmów. Wszyscy raczej podkreślają, że jesteś dość młody jak na swoje dokonania.
Miałem to szczęście, że od zawsze wiedziałem, co chcę robić. Poza tym urodziłem się w Kanadzie, kraju, który daje obywatelom zaplecze do tego, by mogli się realizować. Dodaj tu nieszczęśliwe dzieciństwo, czyli paliwo każdego artysty. W zasadzie musiałem, chcąc nie chcąc, zająć się sztuką. Inaczej bym zwariował.

No dobra, nie chcę wyjść na rozkapryszonego bachora. Chodzi mi o to, że dobrobyt stabilnego ekonomicznie i politycznie kraju rozleniwia. Bogate demokracje usypiają swoich obywateli, robiąc z nich roszczeniowe marionetki. W tym kontekście fundamentalne dla przyszłego artysty okazują się zawsze punkty graniczne – wojny, traumy, rodzinne zawirowania, poszukiwania własnej tożsamości, zaborcza miłość matki i takie tam... Zresztą nie chcę się powtarzać, wszystko jest w moich filmach.

Stawiasz sobie w ogóle jakieś granice? Istnieją dla ciebie rzeczy zbyt intymne, żeby pokazywać je na ekranie?
Coś na pewno zostawiam dla siebie i bliskich. Nie wszystko jest na sprzedaż. Był kiedyś chyba taki polski film?

„Wszystko na sprzedaż” w reżyserii Andrzeja Wajdy z 1968 roku. Fikcja miesza się tu z rzeczywistością. Tak jak w twoich obrazach.
Tak, aktorzy często mówią u mnie własnym głosem. Inaczej sobie tego nie wyobrażam. Pracuję zawsze na to, żeby film był jak najbardziej naturalny. Dlatego dość dobrze poznaję swoich aktorów. Spędzamy ze sobą sporo czasu, zanim staniemy na planie. Jest trochę tak, że wysysam z nich soki, witalność, prawdę, ale to nie powinno nikogo dziwić – reżyseria ma w sobie wiele z wampiryzmu. A scenariusz w moim przypadku jest tylko punktem wyjścia.

Ostrzegasz aktorów przed samym sobą?
Podejmują ryzyko zawodowe. Ja jestem od tego, żeby ich reżyserować, nie ochraniać.

Jaki był punkt wyjścia w przypadku filmu „Matthias i Maxime”?
Właściwie powiedzieliśmy już wszystko o tym obrazie. Pocałunek dwóch chłopaków zmienia ich życie raz na zawsze.

Przyjaciele z dzieciństwa nagle odkrywają, że być może są w sobie zakochani. Albo może raczej, że mogliby się w sobie zakochać...
Znasz kogoś całe życie i nagle okazuje się, że wcale nie. Może ci się zresztą wydawać, że znasz samego siebie, a i to nie do końca prawda. Znasz się na tyle, na ile życiowe doświadczenia pozwalają ci siebie poznać.

Matthias i Maxime trzymali się razem już, kiedy mieli po pięć lat.
Są najlepszymi przyjaciółmi. Więcej, są jak bracia, i co do tego nie mamy wątpliwości. Niespodziewanie jeden pocałunek wszystko zmienia. Nawet nie tyle zmienia, ile podważa, zaburza pewien porządek.

Namiętność to rzecz, którą możesz dość szybko zweryfikować – idziesz do łóżka i sprawdzasz, czy to jednorazowa sprawa, czy coś więcej. W przypadku Matthiasa i Maxime’a jest inaczej, oni czują pożądanie względem siebie, ale czują też, że nie chodzi wyłącznie o fizyczną przyjemność czy zaspokojenie. Bardzo możliwie, że łączy ich głębokie uczucie. Dziś mają po 30 lat. Pytanie, gdzie ta miłość była przez 25 lat ich życia i znajomości. Dlaczego nie czuli jej wcześniej?

Ty znasz odpowiedź?
Nie ma jednej odpowiedzi. I znalezienie jej niekoniecznie musi przynieść ukojenie. O tym jest mój film.

I o tym, że czasami ludzie nie chcą szukać odpowiedzi. Szanuję to. Nie rozumiem, ale szanuję.

To twój kolejny film bez postaci ojca.
A to jakiś problem?

Zwykła obserwacja.
Nie interesuje mnie przedstawianie ojca na ekranie. Nie był częścią mojej rzeczywistości na żadnym etapie życia. Nie jest dla mnie w żaden sposób fascynujący – narracyjnie, wizualnie, społecznie, emocjonalnie. Nie czuję potrzeby, żeby pokazywać figurę ojca w kinie. Tyle już powstało filmów o ojcach... a ja znam całe rodziny, które obyły się bez nich i trwało to pokoleniami. Nie wiem, czy to było złe, czy dobre. Za to widziałem i znałem kobiety, które były znakomitymi matkami i cudownymi ojcami równocześnie. Czasami zachowywały się fatalnie – błądziły, upadały, próbowały znowu. Ale były, podnosiły się, walczyły. I to jest dla mnie temat, na pewno nie patologia.

Chcę opowiadać o kobietach. Chcę je analizować. Chcę je ubierać i rozbierać na ekranie. Wydaje mi się, że zawsze wszystko zaczyna i kończy się na kobietach. Nie pozwólcie sobie wmówić, że jest inaczej.

W „Matthiasie i Maximie” grasz ty, grają też twoi przyjaciele.
Dlatego wszystko było dla mnie naturalne. Niemal intuicyjne. Nie zastanawiałem się nad wieloma rzeczami, bo nie musiałem. Znam tych ludzi całe moje życie, obsadziłem ich, bo wiedziałem, że po części zagrają siebie, czyli zwykłych 30-latków, którzy bywają zblazowani, zagubieni, nienasyceni, leniwi, nieszczęśliwie zakochani, radośni, spontaniczni, gadatliwi, otwarci. Tacy zwykli, tacy moi. Niektóre żarty być może będą nawet niezrozumiałe dla widzów, ale tak miało być – chodziło o to, żeby pokazać, że to zgrana paczka. Komuś z zewnątrz trudno ich czasami zrozumieć, ale nawet nie do końca wszystko rozumiejąc, cudownie się na nich patrzy.

Kadr z filmu 'Matthias i Maxime' (fot. materiały prasowe) Kadr z filmu "Matthias i Maxime" (fot. materiały prasowe)

Łatwo reżyseruje się przyjaciół?
Skąd, to orka [śmiech]! W ogóle się nie słuchają. W ogóle! Cały czas mają „lepsze pomysły” i mówią to na głos przy całej ekipie [śmiech]. Jakoś dobrnęliśmy do finału, ale momentami musiałem ich mocno dyscyplinować. Myślę, że wszyscy zaskoczyliśmy się parę razy.

Czy to prawda, że rzucasz reżyserię?
Hm... Nie wiem. Niczego nie obiecuję [śmiech].

Plotki skądś się biorą.
Nie wiem sam, co mam odpowiedzieć, ale chciałbym uczciwie i w zgodzie ze sobą. Jestem na pewno na takim etapie drogi, że chciałbym mocniej postawić na aktorstwo. To mnie teraz kręci bardziej.

Trudno pogodzić reżyserię z graniem?
Nie mogę skrupulatnie czytać scenariuszy i rozważnie przyjmować ról. Wróć! „Rozważnie” to złe słowo. Lubię ryzykować, ale muszę wiedzieć, że warto. A na podejmowanie decyzji trzeba czasu. Ja nigdy nie działam raptownie w kwestiach zawodowych, potrzebuję ułożyć się z pewnymi rzeczami, to zwykle długi proces. Dotychczas większość mojej uwagi pochłaniała reżyseria, inaczej być nie mogło. Z drugiej strony – już tyle razy okrzyknięto mnie nadzieją reżyserii, a potem mieszano z błotem, żeby znów wynieść na piedestał, żeby następnie z niego strącić... I tak w kółko. Myślę, że powinienem dać ludziom od siebie odpocząć. Dać im za sobą zatęsknić. Jest też trochę tak, że zacząłem definiować życie przez reżyserię. Przez ostatnią dekadę głównie reżyseruję. To nieodłączny element mojej codzienności.

Nie będziesz tęsknił?
Ale ja się z niczym nie rozstaję! Nie zrywam kontaktów. Po prostu czuję się pusty, wypalony. I żeby móc tworzyć, żeby móc reżyserować, muszę znowu naładować baterie. Nie chodzi o żaden odpoczynek – raczej o to, żeby pożyć i coś przeżyć. A potem o tym opowiedzieć.

A wyobrażasz sobie, że w ogóle nie zajmujesz się kinem?
Kiedyś myślałem, że kino jest mi niezbędne jak oddychanie. A teraz wiem, że czasami trzeba wyjść z kina tylko po to, żeby zaczerpnąć świeżego powietrza. Trzeba wyjść z ciemności do światła.

Xavier Dolan urodził się w Montrealu w 1989 roku. Jest reżyserem takich filmów, jak m.in.: „Zabiłem moją matkę”, „Wyśnione miłości”, „Na zawsze Laurence” (Nagroda Specjalna w Cannes), „Mama” (Nagroda Jury w Cannes), „To tylko koniec świata” (Grand Prix i Nagroda Jury Ekumenicznego w Cannes). Otwarcie przyznaje, że jest gejem, jego filmy zawierają wątki autobiograficzne.

  1. Kultura

Filmy o kosmosie, które warto obejrzeć – najlepsze produkcje o podróżach w kosmos

Matthew McConaughey i Anne Hathaway. Kadr z filmu Interstellar (fot. BEW)
Matthew McConaughey i Anne Hathaway. Kadr z filmu Interstellar (fot. BEW)
Przestrzeń kosmiczna od lat inspiruje twórców. I choć wydaje się, że dziś kosmos jest nieco bliżej człowieka - coraz lepiej poznajemy go dzięki nauce i misjom kosmicznym, wciąż pozostaje nieodgadnionym obszarem świata. To właśnie tajemniczość kosmosu powoduje, że powstaje o nim mnóstwo filmów, które pobudzają wyobraźnię. Oto lista filmów o kosmosie, które warto obejrzeć. 

Przestrzeń kosmiczna od lat inspiruje twórców. I choć wydaje się, że dziś kosmos jest nieco bliżej człowieka - coraz lepiej poznajemy go dzięki nauce i misjom kosmicznym, wciąż pozostaje nieodgadnionym obszarem świata. To właśnie jego tajemniczość powoduje, że powstaje o nim mnóstwo filmów kosmicznych, które pobudzają wyobraźnię. Oto lista najlepszych filmów o kosmosie, które warto obejrzeć. 

"Obcy - 8. pasażer Nostromo", reż. Ridley Scott

Kino grozy i science fiction miesza się tu na każdym kroku. Świetny film o kosmosie w reżyserii Ridleya Scotta, który między innymi dzięki "Obcemu" zapewnił sobie silną pozycję w Hollywood. Film, który swoją premierę miał w 1979 r. opowiadał historię statku kosmicznego, który odebrawszy tajemniczy sygnał decyduje się wylądować na planetoidzie i zbadać nieznane odgłosy. Dowódca statku zostaje zaatakowany przez nieznane stworzenie, co rozpoczyna serię koszmarnych wydarzeń. Jeden z pierwszych tak dobrych filmów o kosmosie, który przebija wiele innych naszpikowanych efektami specjalnymi tego typu historii.

"2001 Odyseja kosmiczna", reż. Stanley Kubrick

Klasyka kina i jeden z najlepszych filmów o kosmosie, jaki powstał. Stanley Kubrick jako jeden z pierwszych pokazał widzowi, z czym mamy do czynienia - ogromną, niezbadaną przestrzenią, w której człowiek jest jedynie jedną, maleńką, wręcz niezauważalną istotą. Właśnie dlatego tytuł szybko dołączył do grona cenionych filmów kosmicznych. Sama produkcja, która ukazała się w 1968 r., składała się z trzech elementów, w którym każdy opowiadał inną historię. Trzecia część w sposób nowatorski i alegoryczny przenosiła widza w nieodkryte rejony kosmosu mierząc się jednocześnie z wizją nieśmiertelności. Ponadczasowy, film o kosmosie, który po prostu trzeba obejrzeć.

"Interstellar", reż. Christopher Nolan

Nieco nowsza produkcja z udziałem Matthew McConaughey, która udowadnia, że dobre filmy o kosmosie nadal powstają. Historia, która w obecnych czasach wydaje się być wysoce prawdopodobna opisuje Ziemię stojącą na krawędzi zagłady. W wyniku działań człowieka, zmian klimatycznych, ludzie zmuszeni są znaleźć inne miejsce do życia. Grupa naukowców odkrywa tunel czasoprzestrzenny, który umożliwia podróże międzygalaktyczne i może stać się drogą do nowego świata. Dobry film o kosmosie, który dzięki pięknym zdjęciom staje się naprawdę ucztą dla kinomanów.

"Ad Astra", reż. James Gray

Brad Pitt pytany w wywiadach o to, dlaczego powstaje tak wiele filmów o kosmosie odpowiedział: "Ponieważ jest nieskończony i niepoznany, a w związku z tym daje ogromne pole inwencji wszystkim ludziom: naukowcom, tym zainteresowanym światem, ale też twórcom”. Brad Pitt w roli głównej wciela się tu w doświadczonego kosmonautę z problemami, który musi pomóc odnaleźć zaginionego w kosmosie przed laty ojca. Konwencja historii nie powala, jednak podróż do tak odległych miejsc jest pewnego rodzaju ciekawym obrazem, dla wszystkich którzy wyobrażają sobie "jak to tam naprawdę jest" – dla niego zdecydowanie warto sięgać po dobre filmy o kosmosie, takie jak „Ad Astra”. W tle egzystencjalne rozterki głównego bohatera.

"Marsjanin", reż. Ridley Scott

Specjalista od filmów o kosmosie, Ridley Scott postawił w tym przypadku na nieco bardziej optymistyczną wizję wszechświata. O tyle, o ile z reguły mamy tu do czynienia z niebezpieczną, niezbadaną czeluścią, o tyle w "Marsjaninie" widzimy nadzieję na przyszłość. Matt Damon wcielił się tu w rolę kosmonauty, który w wyniku burzy piaskowej zostaje sam na Marsie. Mało tego, kończą mu się zapasy i traci łączność z Ziemią. Mężczyzna zaczyna walkę o przetrwanie w zupełnie nowym świecie. Jeden z ciekawych filmów o kosmosie i życiu na innej planecie, gdzie dzięki własnej determinacji i pomysłowości głównemu bohaterowi wcale nie wiedzie się najgorzej.

"Apollo 13", reż. Ron Howard

Na liście najlepszych filmów o kosmosie nie może zabraknąć tej opartej na faktach historii podróży kosmicznej statku Apollo 13. Wydarzenia dzieją się w momencie, gdy cały świat żyje tym, co dzieje się poza Ziemią. Chwilę wcześniej pierwszy człowiek stanął na Księżycu, coraz więcej mówi się o eksploatacji i poznawaniu wszechświata. Załogą Apollo 13 nie interesował się nikt - miał to być rutynowy lot, a stał się miejscem walki o życie kosmonautów. To właśnie wtedy wypowiedziano słynne "Houston, mamy problem". Mocny film o kosmosie z udziałem plejady gwiazd - m.in. świetnym Tomem Hanksem, warty obejrzenia.

"Grawitacja", reż. Alfonso Cuarón

Wprawdzie scena, w której George Clooney odlatuje w otchłań kosmosu stała się uosobieniem kompletnego braku realizmu,  jednak wizualnie jest to jeden z piękniej prezentujących kosmos obrazów. Szczątki satelity niszczą statek kosmiczny, na którym przebywa para astronautów (w tej roli wspomniany już George Clooney oraz Sandra Bullock). Zaczynają walkę o przetrwanie w niebezpiecznym wszechświecie starając się wrócić na Ziemię. Ten dobry film o kosmosie otrzymał aż 7 Oscarów, w związku z czym nie sposób pominąć go w zestawieniu o najlepszych filmach o kosmosie. Plus za niesamowite widoki, które dają nam pewne wyobrażenie o planetach i całej przestrzeni kosmicznej.

"Kontakt", reż. Robert Zemeckis

Jodie Foster w roli naukowczyni, która wierzy w życie pozaziemskie. Pewnego dnia, gdy zapada decyzja o rozwiązaniu jej projektu badawczego, otrzymuje kontakt pochodzący z odległej gwiazdy. Okazuje się, że jest to wysłana przed laty wiadomość, którą ktoś wysłał z powrotem na Ziemię i to o ogromnym dla ludzkości znaczeniu. Niesamowicie zbudowane napięcie, które trzyma do ostatniej sekundy. Jeden z najciekawszych filmów o podróżach w kosmos z gatunku science fiction.

"Nowy początek", reż. Denis Villeneuve

Wybitna lingwistka zostaje wysłana nie nietypową misję. Na Ziemi wylądowały statki kosmiczne z... nieznaną załogą, z którą ktoś musi się porozumieć. Czego chcą, jakie mają zamiary? Główna bohaterka (w tej roli Amy Adams) zostaje wyznaczona jako osoba, która zrozumie i pozna język nowo przybyłych istot. Jeden z dobrych filmów kosmicznych o przybyszach pozaziemskich, z którymi trzeba stworzyć przestrzeń do rozmów i poznania siebie nawzajem.

  1. Kultura

11 najlepszych filmów na poprawę humoru – ranking kinowych hitów w sam raz na doła

Meg Ryan i Tom Hanks w filmie
Meg Ryan i Tom Hanks w filmie "Masz wiadomość" (1998), fot. BEW PHOTO
Jednym z najskuteczniejszych sposobów na tzw. doła jest filmoterapia. Wystarczy spędzić przytulny wieczór z ulubionym filmem, aby błyskawicznie poczuć się lepiej. W listopadzie, gdy dni są krótkie i brakuje nam słońca, często wracamy do domu w kiepskim nastroju. Wtedy warto sięgnąć po dobrą komedię. Oto 11 filmów idealnych na poprawę humoru.

Jednym z najskuteczniejszych sposobów na tzw. doła jest filmoterapia. Wystarczy spędzić przytulny wieczór z ulubionym filmem na poprawę humoru, aby błyskawicznie poczuć się lepiej. W okresie jesienno-zimowym, gdy dni są krótkie i brakuje nam słońca, często wracamy do domu w kiepskim nastroju. Wtedy warto sięgnąć po dobrą komedię. Oto 11 filmów na poprawę humoru, które idealnie sprawdzą się jako czasoumilacze.

Filmy poprawiające nastrój – nasze TOP 11

  1. Masz wiadomość (1998)

Koniec lat 90-tych. Manhattan. On i ona - pracują w tej samej branży, w tej samej okolicy. Pewnego dnia przypadkowo nawiązują kontakt przez Internet – tak rodzi się wzajemna sympatia. Masz Wiadomość to jeden z filmów na doła, do którego chętnie wracamy – niezwykle klimatyczny, wzruszający i otulający niewiarygodnym ciepłem. W rolach głównych przeurocza Meg Ryan i rewelacyjny Tom Hanks.

  1. Miss Agent (2000)

Gracie Hart (Sandra Bullock) to kobieta, z którą się nie zadziera. Pracuje w FBI, po godzinach ćwiczy boks i kompletnie nie przywiązuje wagi do swojego wyglądu. Twarda agentka zostaje zmuszona do udziału w wyborach piękności, a jej zadaniem jest wytropić terrorystę i ochronić pozostałe uczestniczki konkursu. Być może mało znana obsada nie zachęca, ale uwierzcie – sceny, w których Gracie musi wejść w zupełnie nieznane środowisko i zmierzyć się z nowymi wyzwaniami śmieszą do łez!

  1. Goście w Ameryce (2001)

Goście w Ameryce to komiczna opowieść o zderzeniu dwóch odmiennych światów. W wyniku pomyłki czarnoksiężnika dwunastowieczny rycerz Thibault (Jean Reno) i jego giermek André (Christian Clavier) trafiają do współczesnego Chicago. Zaskoczeni i zagubieni mężczyźni spotykają Julię (Christina Applegate), która pomaga im wrócić do swojej epoki. Ta francusko-amerykańska produkcja, chętnie wybierana spośród filmów na poprawę nastroju, to ciąg przezabawnych skeczy, które niosą ze sobą niezwykle ważne przesłanie – wiele rzeczy na świecie może ulec zmianie, jednak nie miłość do swoich korzeni i do drugiego człowieka.

  1. Dziennik Bridget Jones (2001)

Czy ten tytuł trzeba komukolwiek przedstawiać? Mamy nadzieję, że nie! Twórcom filmów Cztery wesela i pogrzeb oraz Notting Hill udało się nakręcić przezabawną ekranizację bestsellerowej powieści Helen Fielding, która od lat śmieszy i wzrusza kolejne pokolenia kobiet. To historia lekko zwariowanej i nieco pogubionej w sprawach sercowych 32-latki, która w ramach realizacji postanowień noworocznych zaczyna prowadzić dziennik. W rolach głównych przezabawna Reene Zellweger, czarujący Hugh Grant oraz uroczo nieporadny Colin Firth. Polecamy również kolejne części - „Bridget Jones 2: W pogoni za rozumiem” oraz „Bridget Jones 3”. Wszystkie trzy filmy na poprawę humoru sprawdzą się bez wątpienia!

  1. Bruce Wszechmogący (2003)

Co byś zrobił, gdybyś przez kilka dni mógł być… Bogiem? Takiej przemiany doświadczył Bruce Nolan (Jim Carrey), bohater filmu Bruce Wszechmogący, który po nieudanym dniu wytyka Bogu (Morgan Freeman) wszystkie jego złe decyzje. Bóg wysłuchuje jego zażaleń i ofiaruje mu całą swoją moc. Pracujący jako reporter lokalnej telewizji mężczyzna szybko zdaje sobie sprawę z tego, że bycie Bogiem nie jest jednak tak proste, jak może się to wydawać.

  1. Terminal (2004)

Gdy Viktor Navorski (Tom Hanks) przylatuje do Nowego Jorku, w jego ojczyźnie ma miejsce zamach stanu. Amerykańskie władze nie uznają paszportu mężczyzny, więc miejscem przymusowego pobytu staje się dla niego hala terminalu. Film wyreżyserował sam Steven Spielberg, a inspiracją do jego powstania była prawdziwa historia pewnego mężczyzny zmuszonego przez bezduszne przepisy do koczowania przez parę lat na jednym z francuskich lotnisk.

  1. Poznaj mojego tatę (2000)

Co należy zrobić, aby dobrze wypaść w oczach przyszłego teścia? Po pierwsze, radzimy nie brać przykładu z głównego bohatera filmu Poznaj mojego tatę. Przed wami fenomenalna komedia rodzinnych pomyłek. Greg Focker (Ben Stiller) próbując zaprzyjaźnić się z ojcem wybranki swojego serca, popełnia masę błędów, które tworzą całą serię prześmiesznych gagów. Mężczyzna naraża się przyszłemu teściowi (Robert DeNiro) w każdej możliwej sytuacji. To produkcja z kategorii „filmy na doła”, która poprawi wam humor nawet po najgorszym dniu!

  1. Narzeczony mimo woli (2009)

Wielu uważa, że Narzeczony mimo woli to jedna z najlepszych komedii romantycznych ostatnich lat. My się z tym w zupełności zgadzamy! Co więcej – zaliczamy ją również do udanych filmów poprawiających nastrój. Margaret (Sandra Bullock) grozi deportacja, dlatego musi szybko wziąć z kimś ślub. Postanawia więc zaszantażować swojego asystenta (Ryan Reynolds). Wkrótce w  sytuację zostaje wmieszana cała rodzina mężczyzny, co rodzi wiele zabawnych sytuacji.

  1. 500 dni miłości (2009)

500 dni miłości to znakomita alternatywa dla mainstreamowych komedii romantycznych. Dwoje młodych ludzi spotyka się w pracy. Summer (Zooey Deschanel) nie wierzy w miłość, a Tom (Joseph Gordon Levitt) zakochuje się w niej bez pamięci. Spędzają razem 500 cudownych dni, a potem... nagle rozstają się. Porzucony przez ukochaną mężczyzna wraca myślami do czasu, który spędzili razem, aby odkryć, co poszło nie tak. To jeden z tych filmów na doła, który jednocześnie zaskoczy was świeżością, urokiem i genialną ścieżką dźwiękową.

  1. Nietykalni (2011)

Wielokrotnie nagradzani Nietykalni to jedna z najważniejszych produkcji filmowych 2011 roku. Historia ukazana w filmie, wydarzyła się naprawdę - sparaliżowany milioner zatrudnia do opieki młodego chłopaka z przedmieścia, który właśnie wyszedł z więzienia. Film jest niezwykle prosty, ale bezpretensjonalny i szczery. Pozostawia miejsce do refleksji nad własnym życiem i zachęca do tego, aby zatrzymać się na chwilę, wziąć głęboki oddech i docenić to, co się ma, a więc zapada w pamięć na dużo dłużej niż inne, zwykłe filmy na poprawę humoru.

  1. Disaster Artist (2017)

Disaster Artist to historia spotkania i wczesnej przyjaźni ekscentrycznego Tommy'ego Wiseau oraz Grega Sestero - aktorów kultowego "The Room", który został okrzyknięty najgorszym filmem świata. W rolach głównych występują fenomenalni bracia Franco, których gra aktorska rozśmieszy nawet największego ponuraka. Absurdalność sytuacji przedstawionych w filmie i niebywałe odwzorowanie oryginalnych postaci to powody, dla których warto zapisać sobie ten tytuł na listę „filmów poprawiających nastrój”, by w najbliższym czasie obejrzeć tę komedię i przyjemnie spędzić z nią czas.

  1. Kultura

Serial "Cień i kość" powróci z drugim sezonem

Archie Renaux jako Malyen Oretsev i Jessie Mei Li jako Alina Starkov w serialu
Archie Renaux jako Malyen Oretsev i Jessie Mei Li jako Alina Starkov w serialu "Cień i kość". (Fot. materiały prasowe Netflix)
Gratka dla miłośników fantasy, których tej wiosny zachwycił nowy serial Netflixa "Cień i kość". Produkcja, oparta na bestsellerowych powieściach Leigh Bardugo o uniwersum Griszów, doczeka się drugiego sezonu.

Pierwsza część opowieści o uniwersum Griszów w ciągu 28 dni od premiery została obejrzana w ponad 55 milionach gospodarstw domowych. Serial znalazł się w zestawieniu TOP 10 w 93 krajach na całym świecie i zajął pierwsze miejsce w 79 krajach, w tym w Australii, Brazylii, Niemczech, Rosji, Hiszpanii, RPA i USA. Po jego premierze trylogia "Cień i kość" oraz składająca się z dwóch części powieść "Szóstka wron" powróciły na listy bestsellerów na całym świecie i przez ponad miesiąc utrzymywały się na pierwszym miejscu listy bestsellerów "New York Timesa". Niewątpliwy sukces wróżył kontynuację serialu - teraz jest to już oficjalne. „Cień i kość” doczeka się drugiego sezonu, a poinformowali o tym członkowie jego obsady.

- Piszę o uniwersum Griszów już od prawie dziesięciu lat, więc jestem zachwycona, że będziemy mogli kontynuować tę przygodę. Jest tak wiele miejsc, które ledwo zdążyliśmy odwiedzić i nie mogę się doczekać, aby przedstawić widzom więcej świętych, żołnierzy, bandytów, złodziei, książąt i szeregowców, którzy sprawiają, że ten świat jest tak zabawny do odkrywania. To będzie prawdziwa magia widzieć, jak nasza genialna, utalentowana obsada się powiększa - mówi autorka książek i producentka wykonawcza serialu Leigh Bardugo.

Drugi sezon serialu „Cień i kość” ma składać się z ośmiu godzinnych odcinków. Jessie Mei Li (Alina Starkov), Archie Renaux (Malyen Oretsev), Freddy Carter (Kaz Brekker), Amita Suman (Inej), Kit Young (Jesper Fahey), Ben Barnes (Generał Kirigan), Danielle Galligan (Nina Zenik) i Calahan Skogman (Matthias Helvar) ponownie wcielą się w swoje role. Dodatkowe szczegóły dotyczące castingu zostaną podane w późniejszym terminie.

"Cień i kość" miał swoją premierę na platformie Netflix w kwietniu tego roku. Serial jest osadzony w rozdartym wojną świecie, a jego główną bohaterką jest osierocona w dzieciństwie Alina Starkov, szeregowa żołnierka, która odkrywa w sobie nadzwyczajną moc mogącą być kluczem do wyzwolenia jej kraju. Ogromne zagrożenie ze strony Fałdy Cienia wisi nad krajem, a Alina zostaje odcięta od wszystkiego, co znała do tej pory, aby odbyć szkolenie wojskowe jako żołnierka elitarnej armii władających magią Griszów. Opanowanie nowych zdolności przychodzi jej z trudem i stopniowo zdaje sobie sprawę, że sojusznicy i wrogowie są dwiema stronami tej samej monety i nic nie jest tym, na co wygląda w tym niezwykłym świecie. Toczy się konflikt między niebezpiecznymi przeciwnikami, wśród których znajduje się także szajka charyzmatycznych przestępców. Przetrwanie będzie wymagało czegoś więcej niż tylko magii.