1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Życie fast slow według Krystyny Jandy

Życie fast slow według Krystyny Jandy

Krystyna Janda (fot. Marlena Bielińska / MOVE)
Krystyna Janda (fot. Marlena Bielińska / MOVE)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
"Wszystko, co osiągnęłam i mam, zawdzięczam sobie, w związku z tym mam poczucie własnej wartości. To jest moje slow. Żyć wolniej to nie dla mnie, to męczące" – mówi Krystyna Janda. Z okazji 67. urodzin aktorki przypominamy wywiad, którego udzieliła nam w 2016 roku. 

Chciałabyś się zaprzyjaźnić z Krystyną Jandą?
Nie, bo ona nie ma czasu [śmiech]. Co to za przyjaciółka, która nie ma czasu? Ale z drugiej strony – kiedy trzeba komuś pomóc, porozmawiać, coś naprawdę ważnego załatwić, na chwilę odkładam wszystko i działam w tej sprawie. Wielu ludzi przychodzi do mnie po pomoc, radę, zdanie na jakiś temat, opinię. Nie zbywam, nie lekceważę.

Gdybyś mimo wszystko chciała się do siebie zbliżyć, co byś poradziła?
Nie znoszę fałszu i jak ktoś mówi o mnie zbyt dobrze. Nienawidzę pustych komplementów. Pochlebstw, żadnego „uprzejmego” naddatku. To okropne. I od razu to wyczuwam. Kiedyś w czasie wizyty w Związku Radzieckim było mi aż niedobrze z powodu zbyt wielkich peanów na moją cześć. Myślałam, że jeśli usłyszę jeszcze jeden komplement, kogoś pogryzę. U nich to przekracza wszelką miarę. Taki zwyczaj, taki styl.

Ale jak byłaś małą dziewczynką, mówili ci, że jesteś piękna, mądra?
Dziadkowie. Totalnie zaślepieni. Byłam zadziwiona tym, co o mnie mówili. Na szczęście ja sama nie myślałam o sobie tak dobrze. Uważałam, że jestem głupia, brzydka i generalnie gorsza. I to mnie uratowało, krytyczne spojrzenie na siebie pomogło mi siebie zbudować. Myśleć, że jest się kimś wyjątkowym, najlepszym? To koniec. Zresztą to się nie zdarza inteligentnym [śmiech], ale to miłe być otoczonym ludźmi, którzy w ciebie wierzą, bez akceptacji jest bardzo trudno.

Drugi raz w życiu taką akceptację poczułaś, kiedy spotkałaś swojego drugiego męża Edwarda Kłosińskiego, prawda?
W czasie kręcenia „Człowieka z marmuru” zorientowałam się, że w moim otoczeniu pojawił się ktoś, kto uważa, że wszystko, co robię, jest dobre, ważne i wspaniałe, mówię o aktorstwie, oczywiście. To zdecydowało o wszystkim. Od czasu dziadków do momentu spotkania z Nim nie doświadczyłam takiej akceptacji. To było miłe, no a potem okazało się, że potrafi także oceniać mnie zupełnie na zimno. Bardzo mi pomógł wiele razy trzeźwym spojrzeniem, rozsądną oceną tego, co robię. Nie kochał mnie bałwochwalczo na szczęście. No i mnie lubił, a to podstawa. Można kochać i nienawidzić.

Akceptacja to przepis na miłość?
Wielkość kochania zależy od wielkości człowieka. Jeden jest głębokim człowiekiem i umie pięknie kochać. Drugi jest mały i myśli, że kocha najbardziej na świecie, a naprawdę obdarza płytkim, marnym uczuciem, co weryfikuje czas. Szacunek do kogoś i miłość zależą od formatu człowieka. Kiedyś pewna kobieta powiedziała mi, że jej mąż nie odczuwa uczuć wyższych, ale leczy się z tego. Najpierw mnie to rozśmieszyło, a potem przeraziło. Są też ludzie, którzy nie mają wyobraźni. To mnie zawsze zaskakuje. Tak jak egoizm lub – co mniej groźne – egzaltacja i u kobiet, i u mężczyzn. Wtedy uciekam. Uczucia to wielki temat. Konflikt natury z kulturą także. Ale trudno jest mówić o tym kobiecie, którą nie rządzi już biologia. Ja już myślę spokojnie, rzeczowo, logicznie. Wcześniej, kiedy decydowała biologia, kilka razy w życiu nie byłam ani panią swoich myśli, ani postępków. Pamiętam to bardzo dotkliwie, wiele razy powinnam była powiedzieć „nie”, odwrócić się, ale biologia mówiła mi: „A może jeszcze się uda”. Już zresztą nie nadaję się do związków. Taki prawdziwy związek mam teraz z mamą, dziećmi. Jest w tym już i cierpliwość, i ustępstwa, przede wszystkim zrozumienie, akceptacja i tolerancja. Takie związki mam też choćby z naszymi domowymi zwierzętami. Wybaczam im wiele rzeczy, ale i one mnie. Układam się jakoś z nimi wszystkimi i z tym światem. Nie znoszę awantur, histerii, złości. Na to już nie mam sił.

Przed chwilą pokazałaś w jednym z ujęć takie ciało! Straciłam oddech, kiedy wyszłaś z garderoby.
Dajże spokój!

Jesteś ikoną kobiecości dla wielu kobiet i mężczyzn. Dla ciebie ideał kobiety to…
...nie wiem. Oriana Fallaci, Susan Sontag, Pina Bausch – z naszego podwórka, ale i wiele innych kobiet. Bo kobieca kobieta to dla mnie przede wszystkim mózg. Wiele jest w Polsce i na świecie wspaniałych kobiet, kobiet polityków, przedsiębiorczyń, naukowczyń, artystek także – z wizją, sprawą, ideą, pomysłami, które realizują. Dziś w trakcie tej sesji zdjęciowej przypomniała mi się pani Zofia Nasierowska. Ona zawsze wiedziała, co chce zrobić. Kogo fotografuje i jak chce go pokazać. Była niezwykle kobieca, ale przede wszystkim skuteczna. Fotografowała głównie kobiety. Rozmawiała tak długo, aż wydobyła z tego kogoś to coś, a kiedy TO się zjawiało, robiła zdjęcia.

Czyli kobiecość to inteligencja, talent i skuteczność.
Uwielbiam piękne kobiety, ale osobowość jest wszystkim. Także umiejętność życia. Te małe codzienne sprawy. Kiedy niby wszystko dzieje się przy okazji. Przychodzisz niespodziewanie, a ona od ręki organizuje przyjęcie. Proste, ale na najwyższym poziomie, i zawiera niewymuszenie, harmonia, umiejętność ułożenia wszystkiego. Wiele jest takich kobiet. Nic nie bywa dla nich trudne. Przygotować ślub, napisać książkę, urodzić dziecko – one się nie zastanawiają, działają, zajmują się wszystkim dokładnie w tym w momencie, w którym potrzeba Robią to z klasą, są pewne i zawsze to jest takie, jakie powinno być. No i wdzięk. „Ach, ta Justysia ma coś tak razem” – tak mówi o tym Aleksander Fredro w „Mężu i żonie”. Wszystkie elementy się składają. I słabość, kiedy trzeba, i kiedy trzeba, siła, wrażliwość, i ukrywanie jej, kiedy sytuacja tego wymaga. Delikatność i niezauważalne wymuszenie. Spryt i bezradność. Kobiecość.

I ty tego nie masz?
Ja? Nie wiem, ale  czuję w sobie porządek i chaos jednocześnie. Podziwiam kobiety, które potrafią opanować sytuację i wszystko staje się jasne. Czasem to potrafię. Jestem skuteczna, ale często zbyt szybka. Bywa, że przez to kogoś urażę, przy mojej otwartości i prawdomówności coś za mocno powiem dla dobra sprawy, dla czyjegoś dobra, często zanim pomyślę. Ludzie są wrażliwi na swoim punkcie, chcą prawdy, a potem trudno to znoszą. Ja lubię krytyczną prawdę o sobie, ale sama też ją oceniam. Przyjmuję ją lub nie, ale cenna jest konieczność samooceny.

Krystyna Janda (fot. Marlena Bielińska / MOVE) Krystyna Janda (fot. Marlena Bielińska / MOVE)

Wydaje ci się czy jesteś pewna, że podoba ci się krytyka z cudzych ust?
Lubię, kiedy ktoś zauważy coś, co przeoczyłam lub źle robię. Człowiek nie obserwuje siebie. Niewielu potrafi się ocenić bezstronnie. Wiele razy zdarzyło mi się naprawiać coś, na co zwrócili mi uwagę inni. Na szczęście moimi znajomymi są ludzie, którzy mówią, co myślą. Nie obrażając. Ja też taka jestem. Tak mi się wydaje, taką mam nadzieję. To trudne, łatwiej przemilczeć lub chwalić.

Na co chciałabyś, żeby ci zwrócono uwagę?
Na wszystko. Znam te początki zdań: „Nie wydaje ci się, że…”. Często załatwiam sprawy w pośpiechu, nie zastanowię się i potem… za uwagi jestem wdzięczna. Nie mam wtedy poczucia, że jestem sama. Ale też bez przesady, błędy nie zdarzają mi się aż tak często…

A  rozpamiętujesz, jeśli tobie ktoś zrobił coś przykrego?
Tak, ale wtedy też to mówię tej osobie. Od razu i wprost. Trzeba mówić. Wyjaśniać. Bardzo często te nieporozumienia kończą się miłą znajomością, a nawet przyjaźnią.

Wiele osób z twojego otoczenia mówi, że czują się z  tobą związane, ale zastrzegają, że nigdy nie przekroczą granicy, nie odważą się zbliżyć. Niektórzy nie umieją mówić do ciebie inaczej niż na „pani”.
Tak? Dziwi mnie to. A ja przecież jestem taka „łatwa w obsłudze”, z tyloma ludźmi jestem na ty, ze wszystkimi w teatrze… Wiesz, nie potrafię sobie w ogóle wyobrazić, że ktoś może o mnie tak myśleć, nie wiem tak naprawdę, co ludzie o mnie myślą. Wczoraj Ignacy Gogolewski zobaczył tytuł książki „Pani zyskuje przy bliższym poznaniu” i powiedział, że to bardzo odważne. „Dlaczego?” – spytałam. „A jak się nie sprawdzi?” „To przeczytaj” – odpowiedziałam. Śmialiśmy się oboje.

Ty zawsze pomożesz, a twój przyjaciel musi być zawsze dla ciebie?
Bez przesady, jednak nie wyobrażam sobie, że nie mogłabym zadzwonić z ważną sprawą, kiedy tego potrzebuję. Ale też do mnie można zadzwonić zawsze. Te konwencjonalne zasady grzecznościowe – od 9 do 22 – ze mną w ogóle nie obowiązują. Dla przyjaciół, oczywiście.

Ale masz swoją czarną listę.
Tak, kilka [śmiech]. Jedna to ta telefoniczna, mam jeden z pierwszych wydanych numerów komórkowych w środowisku i nigdy go nie zmieniłam. Nie wiem, ile to już lat. Mają go wszyscy albo prawie wszyscy. To dopiero świadczy o mojej otwartości! A ja odbieram i oddzwaniam, bo mnie nauczono, że tak jest uprzejmie. Ale też mam „zaszłości”, przy niektórych numerach odpowiednie opisy: „Ten, co dzwoni w nocy” albo „Fałszywy Hrabia”, albo „Głuche telefony, które mnie budzą” – wtedy nie odbieram. Kogo ja nie mam w tym telefonie! Moja książka telefoniczna to setki numerów, ważnych i mniej ważnych. Co więcej, nie usuwam tych, co umarli, czasem do nich dzwonię. Ot, tak sobie. Albo wysyłam mejle na adresy tych, których już nie ma, i wtedy mam zwrotnie różne dziwne informacje systemowe. No i, oczywiście, mam oznaczone numery telefonów należących do redakcji pism kolorowych. Kiedy dzwonią, nie odbieram.

„Fałszywy Hrabia” mnie zaintrygował.
Niesłusznie. Chciał się ze mną ożenić, oszołom, jako główny argument podawał, że jest hrabią. Żałosne.

Ta druga czarna lista…
Moja osobista, nikt jej nie zna, a ja tych ludzi omijam z daleka.

Są tacy, którym nie podasz ręki?
Bo uważam, że niektórzy ludzie zasługują na ostracyzm. Nie ukrywam tego. Udaję, że ich nie widzę.

W czasach wszelkiej poprawności.
Wiem, trzeba się na to zdobyć, jeśli ktoś skandalicznie przekroczył granice, to nie zasługuje na to, żeby mu podawać rękę.

Co może cię aż tak zrazić?
Jeśli ktoś w życiu robi świństwo, a ja to widzę albo wiem, że doszło do podłości, że ktoś skrzywdził choćby innego człowieka. I, co gorsza, nikt się za tym człowiekiem nie ujmuje. Uważam, że należy się za tym pokrzywdzonym opowiedzieć i okazać temu drugiemu niechęć, nawet jeśli ten nie wie, czego to dotyczy. Niech się domyśli. Tymczasem ludzie dla świętego spokoju czy fałszywie pojętej poprawności udają, że wszystko jest w porządku, że nic się nie stało.

Z  drugiej strony – wiele wybaczasz innym.
I mam nadzieję, że inni wybaczą mnie. Bo człowiek jest tylko człowiekiem, ułomną, słabą, podatną na wpływy istotą. Krążą pomówienia, plotki, często bardzo krzywdzące, bezzasadne. Wiele razy przekonałam się też, że ludzie się zmieniają, żałują tego, co nawywijali. Okazuje się, że to nie była świadoma chęć szkodzenia, cynizm, tylko niezręczność, nieumyślność. Ale często się mylę, i w jedną, i w drugą stronę.

Krystyna Janda (fot. Marlena Bielińska/MOVE)
Krystyna Janda (fot. Marlena Bielińska/MOVE)

Gdybyś mniej okazywała swoje niechęci i poglądy, byłoby ci łatwiej.
Mówisz o moich ostatnich wypowiedziach publicznych na aktualne tematy? Popatrz, a niektórzy zarzucają mi, że jestem koniunkturalistką! Ja, która mówię, co myślę, niezależnie od tego, czy to korzystne, czy nie! Nie umiem się powstrzymać.

Mogłabyś o parę zdań mniej napisać na Facebooku, ugryźć się w język.
Wiem, pokorne ciele dwie matki ssie. Co za ohydne przysłowie! Czy rosyjskie: ciszej jedziesz, dalej dojedziesz lub dłużej będziesz. Jakoś nigdy jęzora za zębami w sprawach dla mnie ważnych nie mogłam utrzymać. „Trudno – jak mówił mój tata – odsiedzę, ale zabiję, bo zasługuje”. Jestem osobą publiczną, trzeba się odzywać w sprawach ważnych. To nasz obowiązek, ludzki, obywatelski, społeczny, środowiskowy. Są wartości wyższe niż moje doraźne dobro, wartości, których trzeba bronić. A te wyższe są też i moje. Miałabym się za nic, gdybym się zachowywała i myślała inaczej.

Zwłaszcza że wszyscy pytają cię o wszystko.
Oj! Czasem to naprawdę przesada. Często myślę, że to dlatego, że jest do mnie taki łatwy dostęp. Strona internetowa, Facebook, forum, fundacja itd. A poza tym zagrałam tak dużo i na tak wiele tematów. Ostatnio brałam udział w zjeździe psychiatrów, bo kto grał chorego umysłowo? Ja. W radiu robią wywiad o rozwodach – kto się rozwiódł? Kto grał kobietę zawiedzioną? Ja. Dobrze, że już nie jestem młodą matką, bo to było najnudniejsze, kiedy mnie pytali, czy karmię piersią i dlaczego. Przez 45 lat udzielam wywiadów i wypowiadam się na różne tematy, ale kiedy trzeba, „zakręcam kranik”. Chyba że coś się takiego dzieje, że czuję, że muszę zabrać głos. Jak teraz. Jestem szefową dużej fundacji, mam wielką odpowiedzialność za ludzi, za tę instytucję, a mimo to nie mogę nie mówić, kiedy pytają. Albo przemilczeć, albo dla wygody robić uniki. To poniżej poziomu. Nie umiem też o prawdziwych problemach mówić lekko. Byłam aktorką, jaką byłam, w kraju, jaki był, zrobiłam to, co zrobiłam, miałam pozycję, jaką miałam. Nastąpiła wolność. Pomyślałam: „Koniec, teraz mogę być już tylko aktorką”. Co za ulga! Mogę powiedzieć wszystko, zagrać wszystko, z piórami w tyłku zejść ze schodów i nikt nie będzie miał do mnie pretensji, że Agnieszka z „Człowieka z marmuru” się postponuje, jest naiwna, pijana… Odetchnęłam, powiedziałam sobie: „Jest demokracja i nawet jeśli ludzie wybiorą inaczej niż ja, to ja się tym wyborom podporządkuję”. Tak myślałam 27 lat. Do tego momentu.

Nie lubisz, jak ktoś reżyseruje twoje życie?
Boję się tych pootwieranych furtek, które mogą prowadzić do tego, że każdy z nas przestanie być panem własnego życia. Nie chcę powrotu do tamtych czasów. Wszyscy to mówią: „Nie damy sobie odebrać wolności, o którą tak ciężko walczyliśmy”.

Nie możesz sobie odpuścić. Żyć slow?
Slow? Ależ moje życie było slow! Tyle lat robiłam to, na czym mi zależało, w pocie czoła. Nie oglądając się na nic. Wydawało mi się, że to, co robię, ma znaczenie i miałam, i mam na to dowody. Żyłam, jak chciałam. Sama sobie to stworzyłam i wypracowuję tę możliwość każdego miesiąca istnienia fundacji. Nie mam nad sobą nikogo, kto mówi mi, co i jak robić – a nie ma w pracy, każdej pracy, szczególnie twórczej, większej wartości. Zyskałam masę przyjaciół, którzy ze mną robią to, co zaczęłam. Stać mnie na życie, które prowadzę. Wszystko, co osiągnęłam i mam, zawdzięczam sobie, w związku z tym mam poczucie własnej wartości. To jest moje slow. Żyć wolniej to nie dla mnie, to męczące.

Czyli fast slow według Krystyny Jandy.
Praca jest moją przyjemnością. Ilu ludzi może to powiedzieć? Nawet gdy mam problemy, to nadal jest to przyjemność. Ciągle się dziwię, kiedy ludzie mówią, że się poświęcam. Od dziecka byłam osobą kreatywną, pracowitą, niespokojnym duchem, a jednocześnie konstruktywność i sens były najważniejsze. Codziennie wydawało mi się, że jeśli tego dnia nie wyprodukowałam czegokolwiek, nie ulepiłam garnka, nie przeczytałam książki, nie zasiałam kwiatka albo nie uszyłam lalce sukienki, to marnuję życie. I dalej, teraz, kiedy mam 63 lata, wciąż się uczę, podlewam te kwiatki i pracuję z przyjemnością. I nie po to, żeby zostawić po sobie ślad za wszelką cenę. Chodzi o to, żeby dobrze przeżyć życie. Nikogo nie udaję, jestem z siebie dumna, nie czuję nienawiści, nie jestem sfrustrowana, lubię życie, ludzi i każdy dzień. Żyję. A teatr, to, czym się zajmuję, jest taki ulotny, istnieje tylko wtedy, kiedy gramy. No więc gramy.

Praca to przyjemność. A poza nią?
Życie to przyjemność. Właściwie wszystko jest przyjemnością, nie wiem dlaczego nie istnieją dla mnie naprawdę nieprzyjemne rzeczy. Budzę się rano i myślę, co dzisiaj mam zrobić. I tyle. Nie wiem, co to nuda, wszystko dookoła jest interesujące. Jedyne, co mi doskwiera, to powtarzalność codziennych czynności. A dzisiaj w dniu sesji zdjęciowej, a przecież tak nie znoszę sesji, wiesz, to prawda, pomyślałam: „No trudno, ale będzie się coś działo”. Staram się tylko zapewnić sobie minimalny luksus, bo trudno uprawiać mój zawód, wejść na scenę po wyjściu z tramwaju.

Ty nie jeździsz tramwajem.
Ale współczuję aktorkom, które muszą. Zagrać królową po zmyciu naczyń i praniu jest trudniej, określając to skrótowo i powierzchownie. Ostatnio na zdjęcia próbne do roli kobiety, w której wszyscy się kochają, pewna aktorka przyjechała na rowerze przez całą Warszawę. Kiedy dojechała, była nie do sfotografowania. Czerwona, dysząca i spocona. Kiedyś w Niemczech czekałam w teatrze na aktorkę, która grała Callas, ten sam tekst, który gram dziś ja, przyszła z siatkami pełnymi zakupów. Zastanawiałam się, jak ona potem zagra kogoś, kto jest noszony na rękach. La Divinę? Primadonnę Assolutę? Aktorka musi trochę o sobie myśleć, być czuła dla siebie, żeby potem ludziom ofiarować coś naprawdę wyjątkowego. Niestety, wiele aktorek nie ma na to szansy, często niekochane wiodą trudne, pracowite życie, obsługując rodzinę bez pomocy i zrozumienia ze strony najbliższych. Na szczęście nigdy nie miałam tego problemu i do dziś, choćby dzięki temu, że mieszkam z mamą, codzienne prozaiczne zadania nie są moim udziałem.

W tym całym swoim luksusowym kieracie, morderczej czasem pracy, jesteś zatem szczęśliwa.
Jestem spokojna na tej wojnie. Czuję wewnętrzną harmonię. Nie czuję się nieszczęśliwa. Ale martwię się, że nadszedł czas, w którym trzeba będzie podejmować znowu trudne decyzje, a myślałam, że już nie. Wszyscy tak myśleliśmy.

Mogłabyś zrezygnować?
Strasznie byłoby mi żal, gdybym musiała podejmować jakieś dramatyczne decyzje dotyczące fundacji… Dużo tutaj dobrego się stało. Zbudowało.

Czujesz się sama w tym wszystkim, co robisz?
Z innymi, ale sama. Decyzja i odpowiedzialność należą do mnie. To ja muszę dać radę. Jestem szefową, na mnie to stoi.

W życiu?
Chyba też.

Gdyby nieżyjący już Grzegorz Skurski mógłby dzisiaj nakręcić czwarty film o tobie – to o czym by był? Krystyna Janda na marszu?
Myślę, że mógłby po kawałku pokazać moje role, jest ich w tej chwili osiem w stałej eksploatacji, wieczorne grania, pacierz codzienny. Callas, Shirley, Danuta W., matka geja z „Matek i synów”, Claris z „Weekendu z R.”, Szambelanowa z „Pana Jowialskiego”, Tonka Babicz z „Ucha, gardła, noża”. Wieczorami spotykam się z publicznością, moimi przyjaciółmi, jak mniemam i jak wynika z oklasków cowieczornych, zmieniam się w inną kobietę. Gdyby tak po kawałku to sfotografować, można by się zdziwić.

Dziesięć lat prowadzenia fundacji i bycia szefową, dyrektorem artystycznym dwóch teatrów i aktorką, reżyserem, menedżerem, kierownikiem literackim, także przy okazji promocją tych teatrów, wiecznie kontaktującą się z mediami, bo co miesiąc premiera. To cię zmieniło?
Oczywiście, że tak. Nauczyłam się dużo, bardzo dużo. Jestem też dziś innym człowiekiem i pewnie inną aktorką, dużo bardziej świadomą. Nie jestem na pewno gwiazdą w potocznym znaczeniu, nie mam fochów, nie mogę być zmęczona, muszę być do dyspozycji innych. Często problemy innych aktorów, reżyserów, choćby młodych, początkujących u nas, są ważniejsze niż moje sprawy, rola, mój sukces. No i ludzie, ludzie, ludzie, współpracownicy. Publiczność! Wieczne myślenie: „Kim są? Jacy są? Czego im potrzeba? Co im się podoba? Co grać? Jak grać? Kto ma to grać? Kto reżyserować?”. Żeby było dobrze. Żeby przetrwać. Żeby robić nowe spektakle. Tylko pełne sale to umożliwiają. To z pieniędzy za sprzedane bilety jest to możliwe. A każdy artysta pracujący u nas ma ambicje, marzenia, frekwencja go mniej obchodzi, to ja się muszę o to martwić i ich dyscyplinować. Ale to wszystko miłe, miłe życie, ciekawe. I dużo zabawy także. Przychodzi pani kupić bilet, a kasjer zachęca: „Niech pani koniecznie to obejrzy. Gra Stuhr, Kuna, Kot”. A pani na to: „Szczur? Kuna? Kot? To to jest bajka dla dzieci!?”. To „Ich czworo” Zapolskiej. A jeśli w tytule jest obce słowo albo tytuł w innym języku – gorzej się sprzedaje… Graliśmy „Darkroom”, przyszedł mężczyzna i poprosił o bilet na „Ciemnego Cygana”. Spektakl „Po co są matki?” – w kasie pytali o „Pocą się matki”. Ja grałam według jakiejś pani „ Białą bluzkę z kapturem”.  A „Ucho, gardło, nóż”? Za każdym razem ludzie kupują bilety na inne części ciała. Kiedyś jakaś pani przyszła do mnie po „Shirley Valentine” i powiedziała, że to okropne, żeby tyle czasu o sobie opowiadać na scenie, a do tego zmieniać imię i nazwisko… Przy okazji dużo radości, zabawy, śmiechu, wątpliwości, nieprzespanych nocy, twórczych dyskusji, artystycznych konfliktów i przyjaźni, brawa, niepokoje, premiery, ratowanie spektakli. Show must go on. 170 aktorów z całej Polski gra w tej chwili w naszych spektaklach. To wszystko jest nie do pojęcia, a trzeba to ogarnąć.

Ogarniasz. Jestem na tych premierach, przedstawieniach dla dzieci, wydarzeniach jednorazowych, koncertach.
Każdego wieczoru w moim telefonie mam SMS-owe zawiadomienia od dyżurujących, ile osób na sali, czy wszystko w porządku i często zdjęcie z kulis, foyer, garderób. Nawet kiedy sama gram. To odmierza mój czas. Tak się obawiam, że ktoś mi zburzy ten pracowity artystyczny spokój - niepokój, złamie nam życie, zabierze radość pracy, tworzenia i życia.

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Laurie Anderson – niekończąca się opowieść

Laurie Anderson nigdy nie powtórzyła komercyjnego sukcesu singla „O Superman”, centralnej kompozycji z debiutanckiego albumu. Dokonała jednak czegoś innego. Jej twórczość stała się przestrzenią, w której przecinają się ścieżki różnych dyscyplin. (Fot. materiały prasowe)
Laurie Anderson nigdy nie powtórzyła komercyjnego sukcesu singla „O Superman”, centralnej kompozycji z debiutanckiego albumu. Dokonała jednak czegoś innego. Jej twórczość stała się przestrzenią, w której przecinają się ścieżki różnych dyscyplin. (Fot. materiały prasowe)
Właśnie ukazała się reedycja na czerwonym winylu legendarnego albumu Laurie Anderson „Big Science”. Piękny prezent dla jej fanów. Czyli dla kogo? Znawców muzyki awangardowej? Słuchaczy popu? Publiczności galerii sztuki współczesnej? Entuzjastów nowych technologii? Miłośników poezji czy filmu?

Dobry wieczór. Tu wasz kapitan. Za chwilę podejdziemy do próby awaryjnego lądowania”. Tak zaczyna się utwór „From the Air” otwierający „Big Science”. Utwór, który zabiera słuchacza w podróż bez powrotu – w rejs spadającym samolotem. Na tle zapętlonej jak spirala muzyki unosi się elektronicznie przetworzony głos Laurie Anderson, narratorki snującej katastroficzną opowieść. Ten głos, pozornie beznamiętny, obiektywny, zdający się należeć raczej do jakiejś zaawansowanej sztucznej inteligencji niż do żywej kobiety, potrafi hipnotyzować, rozbudzać wyobraźnię, grać na emocjach. W przyszłości opowie jeszcze wiele historii, które układają się w wielką sagę o współczesności, lataniu, polityce i świecie, w którym jutro nadeszło już dziś.

Rzucam to

Kiedy Laurie Anderson tworzyła „From the Air” i inne utwory z płyty „Big Science”, była postacią znaną, ale wyłącznie w wąskim kręgu nowojorskiej awangardy. Był przełom lat 70. i 80.; Anderson przybyła do miasta dziesięć lat wcześniej, szukając odpowiedzi na pytanie, kim tak naprawdę chce być w życiu. Urodziła się w 1947 roku na przedmieściach Chicago, jako jedno z ośmiorga dzieci pary, która postanowiła stworzyć rodzinną orkiestrę. Wszyscy bracia i siostry Laurie uczyli się zatem grać na instrumentach. Jej przypadły w udziale skrzypce. Jako nastolatka ćwiczyła po sześć godzin dziennie, szykując się do kariery zawodowej wirtuozki. W wywiadach wspomina spotkanie z pewną wybitną skrzypaczką, które sprawiło, że ten plan się nie ziścił.

„Zaczęłyśmy rozmowę i ze zdumieniem odkryłam, że ona błędnie wymawia co drugie słowo, nie potrafi się wyrazić – opowiada artystka. – Zrozumiałam, że nie chcę być taka jak ona. Chcę nauczyć się mówić! Pojęłam nagle, jak wiele jest rzeczy, których się nie nauczę, jeżeli dalej będę grała na skrzypcach. Decyzja o tym, żeby przestać grać, należy do kilku rzeczy, z których w swoim życiu jestem naprawdę dumna”.

Laurie miała w przyszłości znów wziąć skrzypce do ręki, ale był to już zupełnie inny instrument – urządzenie, które sama wynalazła i zbudowała, z elektroniczną głowicą zamiast progu i smyczkiem, na którym zamiast końskiego włosia rozpięta była taśma magnetofonowa. Na razie decyduje się na studiowanie biologii. Odkrywa jednak, że bardziej od nauki zajmuje ją ekstrahowanie chlorofilu z roślin i tworzenie tym naturalnym pigmentem rysunków. Przypomina sobie wówczas, jaką przyjemność sprawiało jej zawsze malarstwo. Rzuca więc i biologię, po czym przenosi się do Nowego Jorku, na historię sztuki. Studia kontynuuje na wydziale rzeźby, ucząc się u takich ówczesnych gigantów w tej dziedzinie jak Carl Andre i Sol LeWitt. To artyści, którzy zarażają ją zamiłowaniem do estetyki minimal – upodobaniem, któremu wierna pozostaje do dziś.

Dopóki nie roztopi się lód

W Nowym Jorku dołączyła do legionu aspirujących artystek i artystów, którzy tworzyli największą cyganerię świata sztuki lat 70. Pracowała jako instruktorka rysunku, ilustrowała książki dla dzieci, pisała krytyki do magazynów artystycznych. Wszystkie te dorywcze prace miały wspierać jej eksperymenty twórcze pokazywane w niszowych galeriach. Widywano ją na ulicy podczas publicznych performance’ów. Występowała obuta w łyżwy, które były przymarznięte do bryły lodu, artystka stała na niej niczym na postumencie. W rękach miała wspomniane elektroniczne skrzypce własnej konstrukcji. Specjalny tryb opóźniania dźwięku sprawiał, że mogła na nich grać duety z samą sobą. Koncert trwał, dopóki lód, w którym zatopione były łyżwy, nie roztopił się. Wtedy uwolniona performerka mogła zakończyć występ.

Ta i podobne akcje oraz instalacje pod koniec lat 70. zapewniły Laurie uznanie w świecie eksperymentalnej sztuki. Dla szerokiej publiczności pozostawała reprezentantką egzotycznego plemienia awangardzistów robiących rzeczy, których nie pojmie nikt, kto na co dzień nie żyje w świecie alternatywnych galerii i klubów na Manhattanie. Wkrótce jednak ten stan miał się radykalnie zmienić.

Fot. Zwierciadlo.plFot. Zwierciadlo.pl

Cud

W 1981 roku w domowym studiu, w na wpół partyzanckich warunkach, Laurie nagrała utwór „O Superman”. Szykowała go jako ścieżkę dźwiękową do nowego, operowego performance’u „United States”. Znajomi namówili ją jednak, by wydać piosenkę jako singiel w limitowanej edycji. Był to raczej konceptualny gest niż próba podbijania rynku muzycznego. Monotonna, hipnotyczna, minimalistyczna ośmiominutowa kompozycja, w której Anderson przetworzonym elektronicznie głosem robota bardziej recytuje, niż śpiewa rodzaj katastroficznej litanii o samotności, lękach i obsesjach Ameryki, wydawała się ostatnią rzeczą, która nadaje się na hit. Artystka nie była więc zaskoczona, kiedy w Stanach jedna rozgłośnia po drugiej odmawiały grania utworu jako zbyt trudnego dla masowej publiczności. Tym większe było więc jej zdumienie, kiedy dowiedziała się, że w Wielkiej Brytanii „O Superman” dociera do drugiego miejsca na liście przebojów, deklasując po drodze klasyczne rockowe i popowe kawałki.

Cud dokonał się za sprawą Johna Peela, brytyjskiego prezentera radiowego, który od lat 60. był wyrocznią w kwestii nowej muzyki. Peel, słynący z tego, że za nic ma konwencje i potrafi słuchać muzyki w sposób równie wizjonerski, w jaki nowatorscy artyści ją tworzą, puścił „O Supermana” w swojej audycji i za chwilę zastęp didżejów na Wyspach także chciał ten utwór grać. W tym czasie Anderson dystrybuowała swój wydany w nakładzie tysiąca egzemplarzy singiel metodą sprzedaży wysyłkowej. Osobiście pakowała i zanosiła na pocztę każdą zamówioną płytę. Pewnego dnia odebrała telefon z Wielkiej Brytanii, dzwonił facet z zamówieniem. „Odpowiedziałam mu: »Jasne, ile kopii wysłać?« – wspomina artystka. – A Brytyjczyk odparł: »No, na wtorek potrzebowałbym 40 tysięcy, a do następnego poniedziałku drugie tyle«”. Chwilę później artystka była już w biurze Warner Bros z prośbą o pomoc w wyprodukowaniu 80 tysięcy „O Supermanów”. Koncern odpowiedział propozycją kontraktu na siedem następnych albumów. Pierwszym z nich była płyta „Big Science”.

Fot. materiały prasoweFot. materiały prasowe

Wehikuły

Laurie Anderson nigdy nie powtórzyła komercyjnego sukcesu singla „O Superman”, centralnej kompozycji z debiutanckiego albumu. Dokonała jednak czegoś innego. Jej twórczość stała się przestrzenią, w której przecinają się ścieżki różnych dyscyplin. Jej koncerty to hybryda muzyki, performance’u, wideo artu i multimedialnej instalacji. Co ważniejsze, w sztuce, którą tworzy, znika granica dzieląca eksperymentalną awangardę i kulturę popularną. Ceniona w świecie sztuki wysokiej za innowacyjną formę, Anderson przemawia jednocześnie do publiczności, która z większości koncertów muzyki współczesnej wymknęłaby się przy pierwszej dogodnej okazji. Zawsze fascynowały ją nowe technologie, w latach 80. jej nagrania brzmiały, jakby pochodziły z przyszłości, ale nigdy nie robiły wrażenia obcych współczesnej wrażliwości. Jako muzyk Anderson wróciła do gry na skrzypcach, ale spełniła też swoje młodzieńcze marzenie o nauczeniu się mówienia: realizuje multimedialne performance’y, od lat 90. reżyseruje w teatrze i operze. Uniwersytet Harvarda powierzył jej wykładanie poezji. Na tym nie koniec, w 2015 roku festiwale filmowe triumfalnie objechał jej film „Heart of a Dog”. Artystka swobodnie przemieszcza się między różnymi środkami wyrazu, podporządkowując je zawsze swojemu najważniejszemu medium – opowieści.
Piosenka, film, instalacja – to tylko wehikuły, którymi opowiadane przez Anderson historie mają dotrzeć do odbiorcy. I to właśnie na gruncie opowieści, tej najważniejszej ze sztuk, w twórczości Anderson odnajdują się tak różne grupy fanów.

„Chalkroom”, czyli pokój-instalacja i praca VR Laurie Anderson we współpracy z Hsin-Chien Huangiem, pokazywana w Muzeum Sztuki Współczesnej Stanu Massachusetts MASS MoCA (2017). (Fot. materiały prasowe)„Chalkroom”, czyli pokój-instalacja i praca VR Laurie Anderson we współpracy z Hsin-Chien Huangiem, pokazywana w Muzeum Sztuki Współczesnej Stanu Massachusetts MASS MoCA (2017). (Fot. materiały prasowe)

Zaproszenie do lewitacji

Jeszcze w 2003 roku została pierwszą oficjalną artystką rezydentką przy NASA. Bezpośrednim owocem tej współpracy był performance „The End of Moon” z 2004 roku. W kolejnej dekadzie wyposażona w nowe cyfrowe narzędzia artystka powróciła na Księżyc w VR-owej instalacji „To the Moon”. To jedna z dwóch pionierskich prac w tej technice, które Anderson zrealizowała we współpracy z tajwańskim artystą Hsin-Chien Huangim. Pierwszą był „Chalkroom” z 2017 roku, uważany za jedno z najciekawszych VR-owych dzieł, jakie do tej pory powstały w sztuce. Odbiorca zostaje zaproszony do lewitacji w przestrzeni utkanej z rysunków i tekstów Anderson. Przemierzamy uniwersum wypełnione dźwiękiem i przestrzennym głosem artystki – świat, który jest jedną wielką szkatułkową opowieścią. To historia, która dla większości z nas zaczęła się wraz z pierwszym odtworzeniem płyty „Big Science”, albumu, który wtedy brzmiał, jakby nagrano go jutro, a dziś wydaje się idealnie pasować do dnia dzisiejszego. To opowieść o człowieczeństwie w futurystycznym świecie. I choć ów świat wydaje się coraz bardziej szalony, a nawet nieludzki, ta historia – podobnie jak opowieść Laurie Anderson – pozostaje wciąż aktualna i na szczęście jeszcze się nie kończy.

  1. Kultura

Musical "Waitress" – premiera w Teatrze Muzycznym ROMA

Fot. materiały prasowe Teatru Muzycznego ROMA
Fot. materiały prasowe Teatru Muzycznego ROMA
Broadwayowski musical „Waitress” opowiadający o kobiecie, która próbuje wyrwać się z nieudanego małżeństwa, zadebiutuje dziś na deskach Teatru Muzycznego ROMA. Wzruszająca i zabawna opowieść spotkała się z uznaniem publiczności i krytyków na całym świecie. Czy równie ciepło zostanie przyjęta przez polskich widzów?

Premiera musicalu „Waitress” odbyła się na nowojorskim Broadwayu w 2016 roku. Muzykę i teksty piosenek napisała Sara Bareilles, a libretto przygotowała Jessie Nelson (w oparciu o film według scenariusza i w reżyserii Adrienne Shelly). Spektakl przedstawia historię kobiety, która próbuje wyrwać się z toksycznego małżeństwa, odzyskać wolność i możliwość samodzielnego decydowania o własnym losie. Jej historia pokazuje, że „odchodzenie” to bardzo złożony proces, a istotną rolą odgrywają w nim przyjaciele, zapewniający kobiecie wsparcie.

Musical jest bardzo współczesny, nie tylko jeśli chodzi o fantastyczną muzykę, charakterystykę postaci i znakomicie poprowadzoną fabułę, ale także o nadrzędną tematykę. Bo oprócz tego, co dzieje się pomiędzy bohaterami na poziomie zwykłych wydarzeń, jest to spektakl o roli kobiet w dzisiejszym świecie, o ich emancypacji, która cały czas trwa – i o tym, że mają same prawo do decydowania o sobie. Te sprawy są cały czas aktualne, bo, niestety, ciągle nieoczywiste.

Autorki i realizatorki doskonale wiedziały, o czym robią spektakl – bo libretto, muzykę i teksty piosenek napisały dwie kobiety, a kolejne spektakl wyreżyserowały i zrobiły do niego choreografię. Inscenizacja, wydobywając te poważne kwestie, nie skupia się jednak tylko i wyłącznie na nich. Musical koncentruje się na konkretnych postaciach, bo tylko opowiadanie fabuły przez pryzmat indywidualnych doświadczeń ma sens i sprawia, że widz może sam odnieść się do tego, co widzi na scenie.

– Nie chcemy moralizować, osądzać wyborów bohaterów. Niech widzowie dokonają tych ocen sami, jeśli mają na to ochotę. Warto jednak najpierw spojrzeć w głąb własnego „ja” – i dopiero potem oceniać innych. To też jest ważne przesłanie „Waitress”. W tym musicalu sprawy układają się dokładnie tak jak w życiu: chwile złe przeplatają się dobrymi, a uśmiech z momentami załamania. Ale to wszystko do czegoś prowadzi. Jak śpiewa główna bohaterka: „momenty złe zyskują sens, gdy kończą się przemianą”. Właściwie nie oglądamy na scenie bohaterów idealnych, bez skazy. Dlatego historia, którą opowiadamy jest taka prawdziwa – mówi reżyser Wojciech Kępczyński.

Polska premiera musicalu „Waitress” już dziś w Teatrze Muzycznym ROMA.

  1. Kultura

Kino noir – zestawienie najlepszych filmów

„Asfaltowa dżungla” w reżyserii Johna Hustona to jeden z najważniejszych filmów noir. W roli Angeli Phinlay wystąpiła znakomita Marilyn Monroe. (Fot. Image Capital Pictures/Film Stills/Forum)
„Asfaltowa dżungla” w reżyserii Johna Hustona to jeden z najważniejszych filmów noir. W roli Angeli Phinlay wystąpiła znakomita Marilyn Monroe. (Fot. Image Capital Pictures/Film Stills/Forum)
"Wielki sen" z Humphreyem Bogartem, "Gilda" z Ritą Hayworth, "As w potrzasku" z Kirkiem Douglasem, czy "Proszę nie pukać" z Marilyn Monroe to kultowe filmy, które zna prawie każdy. Reprezentują one tzw. kino noir - gatunek, w którym królują czarno-białe kadry, najczęstszym tematem jest zbrodnia, a głównym bohaterem prywatny detektyw z piękną kobietą u swego boku. Zapraszamy na nasz przegląd najlepszych filmów noir.

Kino noir to popularny w latach 40. i 50. XX wieku gatunek w kinie amerykańskim, którego powstanie ściśle wiązało się z atmosferą pesymizmu i niepokoju, jaka zapanowała w Stanach Zjednoczonych wraz z wybuchem II wojny światowej. Sam termin wywodzi się natomiast z francuskiego filmoznawstwa, a po raz pierwszy użyty został w 1946 roku przez krytyka Nino Franka. Historie tzw. „czarnej serii” opierano głównie na klasycznych amerykańskich powieściach kryminalnych. Najczęściej pokazywały one niewyjaśnione zbrodnie, jednak bez moralizowania, happy endów i jasnego podziału na dobro i zło. Głównymi bohaterami zwykle byli prywatni detektywi, przeciętniacy przypadkowo wplątani w świat przestępczy oraz tzw. kobiety fatalne, czyli femme fatale. Najczęściej wybieraną lokacją było natomiast miasto, którego mroczny klimat uzyskiwano za sprawą charakterystycznych środków wizualnych: wyrazistych cieni, mocnych kontrastów i agresywnego montażu.

Najbardziej znanym aktorem kina noir był Humphrey Bogart. Wykształcił on charakterystyczny typ męskiego bohatera – prywatnego detektywa lub przestępcy, cynicznego ironisty i zatroskanego twardziela w prochowcu i z papierosem. Wraz ze swoją żoną Lauren Bacall, która partnerowała mu m.in. w „Wielkim śnie” oraz „Mrocznym przejściu” tworzyli najpopularniejszą parę kina noir, podobnie jak Adrian Ladd oraz Veronica Lake („Pistolet do wynajęcia”, „Błękitna dalia”). Ikoną gatunku stała się również Rita Hayworth („Gilda”, „Dama z Szanghaju”) oraz Jane Greer, kultowa odtwórczyni ról kobiet fatalnych. Innymi znaczącymi aktorami kina noir byli też m.in. James Cagney, Richard Conte, Richard Widmark oraz Robert Mitchum. Do najpopularniejszych filmów noir możemy zaliczyć:

„Sokół maltański” (1941)

Pierwszym w historii filmem noir był „Sokół maltański” w reżyserii debiutującego wówczas Johna Hustona. Grupa podejrzanych osobników nie cofnie się przed niczym, aby zdobyć drogocenny skarb - wysadzoną klejnotami statuetkę sokoła. Detektyw Sam Spade (w tej roli znakomity Humphrey Bogart) za wszelka cenę pragnie dowiedzieć się, dlaczego tak bardzo zależy im na jej zdobyciu - i kto stoi za zamordowaniem jego partnera. W pozostałych rolach wystąpili m.in. Jerome Cowan, Mary Astor oraz nominowany do Oscara Sydney Greenstreet.

Kadr z filmu „Sokół maltański”. (Fot.  Film Stills/Forum)Kadr z filmu „Sokół maltański”. (Fot. Film Stills/Forum)

„Gilda” (1946)

„Gilda” Charlesa Vidora to jeden z najsłynniejszych filmów w dorobku aktorskim Rity Hayworth. Jego akcja toczy się w Buenos Aires, a głównym bohaterem jest nałogowy hazardzista Johnny Farrell (Glenn Ford), który zatrudnia się w jednym z tamtejszych kasyn. Wszystko komplikuje się, gdy żona przełożonego, piękna Gilda, okazuje się być dawną kochanką Johnny'ego. Produkcję krytykowano za prowincjonalność, utrwalanie szkodliwych stereotypów, a nawet przesadne epatowanie seksualnością Hayworth. Mimo to, film odniósł wielki sukces, a dziś zaliczany jest do klasyki amerykańskiego kina.

Kadr z filmu „Gilda”. (Fot. Columbia Pictures/Entertainment Pictures/Forum)Kadr z filmu „Gilda”. (Fot. Columbia Pictures/Entertainment Pictures/Forum)

„Wielki sen” (1946)

Filmowa ekranizacja powieści Raymonda Chandlera „Wielki sen” to klasyk nie tylko kina noir, ale również kina detektywistycznego. Tytuł został dodany do National Film Registry, a także znajduje się na liście arcydzieł magazynu „Empire”. Prywatny detektyw Philip Marlowe zostaje wynajęty przez generała Sternwooda, aby rozwikłać sprawę szantażowania jego córki Carmen, która popadła w długi u księgarza Arthura Geigera. Na pozór rutynowa sprawa prowadzi bohatera do mrocznego półświatka Los Angeles pełnego gangsterów, morderców i zepsutych bogaczy. W rolach głównych wystąpili wspomniani wcześniej Humphrey Bogart i Lauren Bacall.

Kadr z filmu „Wielki sen”. (Fot. Mary Evans Picture Librar/Forum)Kadr z filmu „Wielki sen”. (Fot. Mary Evans Picture Librar/Forum)

„Pocałunek śmierci” (1947)

„Pocałunek śmierci” Henry’ego Hathawaya to kolejny klasyczny obraz kina noir. Po nieudanym napadzie na jubilera złodziej zostaje schwytany i odmawia wydania swoich wspólników. Bohater zmienia jednak zdanie, gdy dowiaduje się, że jego żona popełniła samobójstwo. Film był również bardzo udanym debiutem aktorskim Richarda Widmarka, który za drugoplanową rolę psychopatycznego zabójcy otrzymał Złoty Glob oraz nominację do Oscara. Krytycy byli zgodni: aktor stworzył „błyskotliwą kreację, która utrwaliła jego image na wiele lat”.

Kadr z filmu „Pocałunek śmierci”. (Fot. BEW Photo)Kadr z filmu „Pocałunek śmierci”. (Fot. BEW Photo)

„Dama z Szanghaju” (1947)

Kultowa „Dama z Szanghaju” z Orsonem Wellesem po obu stronach kamery opowiada historię marynarza Mike'a O'Hary, który dołącza do rejsu z państwem Bannister, a tym samym zostaje wplątany w morderczą intrygę. Film zaczyna się, gdy Elsa Bannister (Rita Hayworth) zostaje napadnięta przez młodych złodziejaszków podczas spaceru w parku. Gdy pomocy udziela jej Mike, ta proponuje mu, aby zaciągnął się na jacht jej męża. Problem w tym, że na pokładzie przebywa także detektyw Sidney Broome i Grisby, który proponuje O'Harze 5000 dolców za sfingowanie własnej śmierci...

Kadr z filmu „Dama z Szanghaju”. (Fot. Columbia Pictures/Entertainment Pictures/Forum)Kadr z filmu „Dama z Szanghaju”. (Fot. Columbia Pictures/Entertainment Pictures/Forum)

„Asfaltowa dżungla” (1950)

Gangsterski klasyk kina noir „Asfaltowa dżungla” polecali niegdyś w kultowym cyklu „Perły z lamusa” Tomasz Raczek i Zygmunt Kałużyński - to chyba najlepsza rekomendacja. Pewien złodziej po wyjściu z więzienia decyduje się na ostatni skok w swej karierze, chcąc ukraść dużą ilość drogocennej biżuterii. W tym celu opracowuje perfekcyjny plan i kompletuje ekipę mającą dokonać rabunku. Jego wspólnicy to kierowca, włamywacz i zabójca, a całe „przedsięwzięcie” ma sfinansować pewien adwokat-bankrut. Wkrótce gangsterzy wpadają jednak w poważne tarapaty. Film wyróżniono m.in. nagrodą na Festiwalu w Wenecji i 4 nominacjami do Oscara.

Kadr z filmu „Asfaltowa dżungla”. (Fot. Mondadori Collection/Universal Images Group/Forum)Kadr z filmu „Asfaltowa dżungla”. (Fot. Mondadori Collection/Universal Images Group/Forum)

”Bulwar zachodzącego słońca” (1950)

Zawierający elementy dramatu, horroru i komedii „Bulwar zachodzącego słońca” Billy'ego Wildera to prawdziwa klasyka gatunku. Film przedstawia historię wygasłej gwiazdy kina niemego, która próbując wrócić na ekran, wiąże się z młodym scenarzystą. Gdy mężczyzna postanawia zakończyć związek, kobieta popada w szaleństwo. Strzela do ukochanego, a moment przybycia policji wykorzystuje jako okazję do swego ostatniego aktorskiego występu. Dogłębnie penetrujący świat show biznesu obraz spodobał się nie tylko widzom, ale również krytyce, o czym najlepiej świadczy 11 nominacji do Oscara oraz 3 statuetki.

Kadr z filmu „Bulwar zachodzącego słońca”. (Fot. Mary Evans Picture Librar/Forum)Kadr z filmu „Bulwar zachodzącego słońca”. (Fot. Mary Evans Picture Librar/Forum)

„Nieznajomi z pociągu” (1951)

Oparty na powieści Patricii Highsmith film „Nieznajomi z pociągu” to wciągająca historia, która wgniecie was w fotel. Podczas podróży pociągiem główni bohaterowie, Guy Haines (Farley Granger) i Bruno Anthony (Robert Walker), rozmawiają o pomyśle na zbrodnię doskonałą: jeden zabija wskazaną przez swego wspólnika ofiarę, po czym drugi rewanżuje się podobnie, dzięki czemu nie sposób powiązać zamordowanych ze sprawcami. Po chwili zawierają umowę: żona Guya „w zamian” za ojca Brunona. Film wyreżyserował i wyprodukował mistrz suspensu Alfred Hitchcock.

Kadr z filmu „Nieznajomi z pociągu”. (Fot. Mary Evans Picture Librar/Forum)Kadr z filmu „Nieznajomi z pociągu”. (Fot. Mary Evans Picture Librar/Forum)

„As w potrzasku” (1951)

Fabuła filmu „As w potrzasku” z legendą kina Kirkiem Douglasem w roli głównej powstała na podstawie dwóch autentycznych wydarzeń. Głównym bohaterem jest tu arogancki reporter, który zostaje zatrudniony w niewielkiej redakcji. Kiedy dowiaduje się o wypadku wewnątrz pobliskiej kopalni, postanawia wykorzystać go do własnych celów. Wyreżyserowany, wyprodukowany i napisany przez Billy'ego Wildera obraz zapewnia widzom całą gamę emocji, trzymając w napięciu od pierwszej do ostatniej minuty. W pozostałych rolach wystąpili m.in. Jan Sterling, Robert Arthur, Porter Hall i Frank Cady.

Kadr z filmu „As w potrzasku”. (Fot. Collection CSFF/Rue des Archives/Forum)Kadr z filmu „As w potrzasku”. (Fot. Collection CSFF/Rue des Archives/Forum)

„Proszę nie pukać” (1952)

Dramat „Proszę nie pukać” oparty na powieści Charlotte Armstrong przedstawia historię Nell Forbes, która po nieudanej próbie samobójczej trafia do szpitala psychiatrycznego. Niedługo po jego opuszczeniu zostaje zatrudniona jako opiekunka do dziecka przez bogate małżeństwo. Rodzina nie zna jednak przeszłości kobiety, która początkowo nie wzbudza niepokoju swoim zachowaniem, lecz w pewnym momencie zaczyna zagrażać nie tylko sobie, ale też swojej podopiecznej. W rolę Nell wcieliła się Marilyn Monroe - była to pierwsza dramatyczna, i zarazem pierwszoplanowa kreacja aktorki.

Kadr z filmu „Proszę nie pukać”. (Fot. BEW Photo)Kadr z filmu „Proszę nie pukać”. (Fot. BEW Photo)

  1. Retro

Peggy Guggenheim - najsłynniejsza kolekcjonerka sztuki

Peggy Guggenheim w obiektywie Idy Kar, 1952-1953. (Fot. NationalPortraitGalleryLondon/National Portrait Gallery/Forum)
Peggy Guggenheim w obiektywie Idy Kar, 1952-1953. (Fot. NationalPortraitGalleryLondon/National Portrait Gallery/Forum)
W wieku sześćdziesięciu kilku lat opalała się nago na tarasie swojego weneckiego pałacu ku zgorszeniu mieszkańców budynków przy Canale Grande. A kiedy ze sforą tybetańskich terierów i w dziwnych przeciwsłonecznych okularach wychodziła na ulicę, turyści kierowali w nią obiektywy aparatów. Szeptali: „To ona! To Peggy Guggenheim!”.

Była Amerykanką, ale większą część życia spędziła w Europie. Od lat 50. przez jej Palazzo Venier dei Leoni w Wenecji przewijały się tłumy (otwierała pałac dla zwiedzających trzy razy w tygodniu). Ludzie przyjeżdżali zobaczyć słynne obrazy surrealistów, kubistów, ekspresjonistów. W swoim czasie zbiory Peggy należały do najbardziej spójnych kolekcji sztuki współczesnej otwartych dla publiczności. Dzisiaj są cennym nabytkiem fundacji jej wuja Solomona R. Guggenheima. Tej samej, dla której Frank Lloyd Wright zaprojektował słynne nowojorskie Muzeum Guggenheima, a Frank Gehry – hiszpański oddział muzeum w Bilbao.

Współczesny nowojorski marszand Lawrence B. Salander tak podsumował życie Peggy: „Nie sugerujcie się tym, jak wyglądała, z kim spała, jak się ubierała, lecz tym, co uczyniła w swoim zawodzie, którym było kolekcjonowanie i promowanie sztuki nowoczesnej. Gdybym osiągnął połowę tego co ona, uznałbym swoje życie za twórczo spełnione”.

Marmur, poroża i herbatka

Przyszła na świat 26 sierpnia 1898 roku jako druga z trzech córek Florette i Benjamina Guggenheimów. Jej rodzina mieszkała przy Central Parku, w jednej z najlepszych dzielnic Nowego Jorku. Tuż obok swój dom miała m.in. wdowa po 18. prezydencie USA Ulyssesie S. Grancie i klan Rockefellerów.

Rezydencja Guggenheimów w niczym nie ustępowała innym w tej dzielnicy. Dom mieścił w sobie wszystko, co w ówczesnym czasie uchodziło za przejaw luksusu: przeszklone drzwi, szklaną kopułę nad środkową częścią domu (podświetlaną w nocy lampą), fontannę w holu, marmurową klatkę schodową, cieplarnię, salon do organizowania cotygodniowych herbatek, imponującą bibliotekę i wyjątkowy „rodzynek” – salon Ludwika XIV z niezliczonymi lustrami i gobelinami. Pokoje przepełnione były myśliwskimi trofeami ojca, srebrnymi zastawami matki i portretami przodków. Późniejsza fascynacja Peggy abstrakcyjną sztuką nowoczesną stała w jasnej opozycji do estetycznych zamiłowań rodziców, a dom rodzinny nigdy nie kojarzył jej się dobrze.

Zresztą dzieciństwo to chyba najbardziej ponury okres w życiu Peggy. Złożyło się na to kilka czynników – surowe wychowanie, zdystansowani, często kłócący się – głównie o niewierność ojca – rodzice. Peggy nie znosiła rodzinnego piekiełka, buntowała się. Z trzech sióstr to ona była tą „niegrzeczną”. To z nią zawsze były jakieś problemy.

Jako jedyny jasny akcent dzieciństwa wspominała przyjaźń ze starszą o trzy lata siostrą Benitą, która po części zastępowała jej matkę. Benita zmarła w młodym wieku przy próbie urodzenia dziecka. Nikt potem nie zastąpił miejsca siostry w sercu Peggy.

Kochanka

Edukację zakończyła w wieku 18 lat po zaledwie trzech latach spędzonych w prywatnej szkole. Nigdy nie opanowała dobrze ortografii, ale dzięki szkole pokochała literaturę. Być może z miłości do książek (nie musiała przecież pracować) zatrudniła się w awangardowej księgarni Sunwise Turn. Bywali tutaj pisarze tej miary co Francis Scott Fitzgerald, nowojorscy poeci, malarze, wydawcy i przyjaciele artystów. To pierwsze zetknięcie Peggy ze światem artystycznej bohemy. Co zrobić, żeby stać się jego częścią?

Wyjeżdża do Europy. To niezwykle ważna w jej życiu, trwająca niemal prawie dziewięć miesięcy młodzieńcza podróż. Szybko odkrywa, że najbardziej fascynuje ją zwiedzanie rozsianych po europejskich stolicach muzeów ze zbiorami sztuki. Po latach będzie wspominać, jak znawca malarstwa Armand Lowengard zarzucił jej, że pomimo swojego zainteresowania sztuką nie będzie w stanie zrozumieć trudnego dzieła Bernharda Berensona: „Natychmiast kupiłam i przetrawiłam siedmiotomową pracę tego wybitnego krytyka”. Ten drobny epizod nadał kierunek jej dążeniom – zrozumiała, że aby zbliżyć się do cyganerii, musi przemawiać językiem jej przedstawicieli.

Najwięcej czasu spędziła w Paryżu. Montparnasse, z artystami propagującymi świeże idee i pozbywającymi się niewygodnych konwenansów, działał na nią, wówczas 21-letnią dziewczynę, wręcz hipnotycznie. Zresztą nie tylko ze względu na sztukę. W Paryżu zakochuje się w starszym o siedem lat Laurensie Vailu, „królu bohemy”, malarzu i pisarzu, ale też dandysie i hulace. Uczucie nie jest platoniczne. „Wydaje mi się, że Laurence nie miał lekko, bo zażyczyłam sobie wszystkiego, co widziałam na pompejskich freskach” – tak będzie pamiętać ten związek już jako dojrzała kobieta. Młodziutka Peggy odkryła w sobie drugą obok malarstwa pasję, która odbija się na całym jej życiu. Seks. Chętnie podtrzymywała mit dotyczący ilości swoich romansów oraz swojej rozwiązłości. Jej kochankami byli artyści i literaci, w tym znane nazwiska: dramaturg Samuel Beckett, surrealista Yves Tanguy, rzeźbiarz Henry Moore, a być może też – choć biografowie nie są tu jednomyślni – Marcel Duchamp.

Otwarte drzwi

Laurence został jej mężem w 1922 roku. Małżeństwo z nim otworzyło przed Peggy wiele drzwi. Tak jak chciała, stała się częścią świata, do którego aspirowała. Nie zmieniło to jednak faktu, że wszystko ją od tego świata różniło – pozycja społeczna, korzenie rodzinne, sytuacja finansowa. Zwłaszcza ta ostatnia była znacząca.

Szybko zorientowała się, że różnice są tak naprawdę jej atutami. Mogła wykorzystać pieniądze do tego, by utrzymać zainteresowanie swoją osobą, ale też bardziej szlachetnie – by wspierać sztukę. Złośliwi twierdzą, że Peggy „kupiła” sobie miejsce w historii. Trudno jednak zliczyć twórców, którym w dalszych latach pomagała, nie tylko dofinansowując ich, by mogli tworzyć, ale też kupując ich obrazy wtedy, kiedy nikt jeszcze tego nie robił. Znani mężowie Peggy, zarówno Laurence, jak i później Max Ernst, dzięki niej nie martwili się o finanse. Utorowała drogę do kariery Jacksonowi Pollockowi i Williamowi Congdonowi, roztoczyła mecenat nad wieloma młodymi twórcami w Europie i Ameryce.

Skąd wzięła się fortuna rodziny Guggenheimów? Dziadkowie Peggy uciekli z Europy, chcąc uwolnić się przed finansowymi restrykcjami nałożonymi na Żydów. Dotarli do Ameryki w pierwszej połowie XIX wieku. Tutaj w ciągu kilkunastu lat dzięki handlowej smykałce niewiarygodnie się wzbogacili. Imperium Meyera i Barbary Guggenheimów było w swoim czasie jednym z sześciu największych w Ameryce, będąc żywym przykładem ziszczającego się amerykańskiego snu.

Ojciec Peggy radził sobie finansowo gorzej niż reszta jego braci, ale i tak spadek po nim wystarczył córce na rozpoczęcie samodzielnego życia, a pieniądze odziedziczone później po matce – na realizowanie fanaberii związanych ze sztuką oraz na zainwestowanie w galerię, którą w 1938 roku otworzyła w Londynie.

Jeden obraz dziennie

Po swoich przodkach Peggy bez wątpienia odziedziczyła talent do robienia interesów i zamiłowanie do pieniędzy, ale też – co wielokrotnie udowodniła – umiejętność ich utrzymania. Żyłkę do handlu odkryła w sobie w roku 1925, kiedy to udało jej się sprzedać za cenę wielokrotnie przewyższającą oczekiwania przywiezione do Ameryki prace poetki i malarki Miny Loy.

Pierwszego poważnego zakupu dla siebie dokonała jednak dopiero kilkanaście lat później. W 1937 roku weszła w posiadanie jednego z pięciu brązowych odlewów „Głowy i muszli” Jeana Arpa. Zakupione za 300 dolarów dzieło stało się zaczynem dla jej niezwykłej kolekcji. Przy tej transakcji korzystała z doradztwa (przedstawionego jej przed laty przez Vaila) Marcela Duchampa. Duchamp, niezależny klasyk awangardy i swego rodzaju éminence grise, miał ogromny wpływ na estetyczny gust Peggy. Był jej największym mentorem w dziedzinie sztuki nowoczesnej. Często i chętnie korzystała z dobrych doradców. Historyk sztuki Herbert Read stworzył dla niej nawet specjalną listę najbardziej interesujących dzieł. Sama nie była wielką ekspertką, przyznawała się do swojej początkowej ignorancji, umiała jednak słuchać i wyciągać wnioski, nie bała się też ryzykownych posunięć.

Guggenheim Jeune, galeria otwarta przez Peggy w londyńskim West Endzie, prezentowała prace malarzy, których jeszcze nikt w Londynie nie wystawiał. Tutaj swoją pierwszą indywidualną wystawę miał między innymi Wassily Kandinsky. Promowani byli Yves Tanguy, Wolfgang Paalen, Georges Braque, Joan Miró i, oczywiście, Laurence Vail. Konsekwentnie kupowała co najmniej po jednym obrazie z każdej otwieranej przez siebie wystawy, gromadząc w ten sposób coraz ciekawsze, jeszcze nierozpoznawane wtedy dzieła.

Problem w tym, że Guggenheim wyprzedzała swoje czasy. Prowadzenie galerii było zajęciem trudnym i nierentownym. Nikt nie myślał jeszcze o kupowaniu obrazów jako inwestycji. Nabywano je dla przyjemności, ale niewielu było ludzi, którzy mogli sobie na taki luksus pozwolić. Po roku działalności Peggy zamyka deficytowy interes, ale niepowodzenie jej nie zraża. Marzy, żeby stworzyć własne muzeum sztuki współczesnej. I pewnie dopięłaby swego, gdyby planów nie pokrzyżowała jej zbliżająca się wojna. Muzeum nie powstało, ale kwotę 40 tysięcy dolarów, które miała wyłożyć z własnej kieszeni, i tak przeznaczyła na zakup obrazów w Paryżu. Podobno na chwilę przed wybuchem wojny kupowała jeden obraz dziennie.

Nigdy bardziej nie wybałuszyłem oczu

Chroniąc się przed wojenną zawieruchą w Nowym Jorku, udostępniła swój dom wszystkim zainteresowanym sztuką nowoczesną. Odwiedzali ją imigranci z Europy, m.in. Chagall, Léger, Matisse, Breton, marszandzi i hobbyści. Peggy wszystkich uważała za swoich przyjaciół. Dom tętnił życiem, a spontaniczne imprezy, na których czasami pojawiał się tajemniczy doktor serwujący zastrzyki witaminowe (w rzeczywistości amfetaminę), organizowane były nader często. Uzupełniała swoją kolekcję o kolejne dzieła: Klee, de Chirico, Miró, Dalego, Picassa, Mondriana. Wreszcie w roku 1942 przy Zachodniej Pięćdziesiątej Siódmej Ulicy otworzyła kolejną galerię Art of this Century. Zaprojektował ją znany z nowatorskich projektów Frederick John Kiesler. Obrazy zawieszono bez ram, by „uwolnić” sztukę. W sali surrealistów były wklęsłe kauczukowe, a w sali kubistów – płócienne ściany. Sukces! W „New York Sun” znaczący krytyk Henry McBride napisał potem: „Nigdy bardziej nie wybałuszyłem oczu”. Znowu była pionierką – zaprezentowała mistrzów z Europy obok młodych malarzy amerykańskich, a każdy kolejny organizowany przez Peggy pokaz zaskakiwał tematyką. Choćby wystawa prac kobiet – absolutne novum w zdominowanym wówczas przez mężczyzn świecie sztuki.

Ciekawe, że przy całej swojej hojności w sprawach dużej wagi była przeraźliwie skąpa w rzeczach drobnych. Oszczędzała na ogrzewaniu, prądzie, ubraniach. Podobno przez cały rok potrafiła nosić starą czarną spódnicę i zdarte buty z cielęcej skóry. Zapraszając gości na obiad do restauracji, głośno demonstrowała swoje niezadowolenie z racji wysokiego rachunku. Na przyjęciach ograniczała się do serwowania czipsów i rozcieńczonego wina. Gromadzenie choćby najdrobniejszych pieniędzy sprawiało jej wyraźną przyjemność. W swojej nowojorskiej galerii wprowadziła ćwierćdolarową opłatę za wstęp, choć było to w środowisku bardzo źle widziane. Do weneckiego domu wpuszczała co prawda za darmo, ale za katalog, bez którego trudno było oglądać dzieła, trzeba było już płacić.

Przyjemnie jest być ze mną

Nie miała wielu prawdziwych przyjaciół, ale aż do późnej starości zdawała się tego nie zauważać. Jak wspomina marszand i artysta David Porter: „Uwielbiała znajdować się w centrum uwagi, miała potężne ego, jak gdyby mówiła: Dlaczego ludzie mieliby mnie nie lubić? Jestem bogata i seksowna, przyjemnie jest być ze mną”.

W różnych okresach życia sięgała po alkohol. Potrafiła zachowywać się skandalicznie. Pewnego wieczoru odeszła od kolacji, by całkowicie się rozebrać i wrócić do pozostawionych gości okryta tylko przezroczystym płaszczem. Innym razem w napadzie złości zdemolowała ogród i wyrwała rzadkie gatunki roślin. Miała dwóch mężów i trzy poważniejsze związki nieformalne. Nieustannie flirtowała. Zapytana, ilu miała mężów, odpowiadała: „Swoich czy czyichś?”. Być może przelotne romanse utwierdzały ją w przekonaniu, że jest atrakcyjna – miała kompleks z powodu swojego dużego, niekształtnego nosa, o którym malarz Theodoros Seliger powiedział kiedyś: „Nie miała nosa – miała bakłażan”.

Jej związki były burzliwe i niespełnione. Pierwsze małżeństwo rozpadło się po sześciu latach. Podobno w czasie kłótni Laurence wcierał jej dżem we włosy i rzucał w nią czym popadnie, ona zaś nieustannie go prowokowała. Jej związek ze skłonnym do alkoholu pisarzem Johnem Holmesem również nie należał do stabilnych, względnie spokojnie żyła z poetą i wydawcą Douglasem Garmanem. Najwyraźniej potrzebowała jednak pierwiastka nieprzewidywalności, bo po pewnym czasie zaczęła uważać go za nudziarza. Po raz drugi wyszła za mąż w wieku 43 lat, a jej wybrankiem był malarz Max Ernst. Dlaczego on? „Ponieważ jest śliczny, jest znakomitym malarzem i jest sławny”, uzasadniła. Ale i ten związek okazał się nieudany.

W jej zaprzątniętym sztuką życiu nie pozostawało wiele miejsca dla dzieci. Córka Pegeen i syn Sindbad (oboje z pierwszego małżeństwa), mieli słaby kontakt z matką. Peggy, rozwodząc się z Laurence’em, zostawiła kilkuletniego syna pod opieką ojca, zastrzegając sobie jedynie 60 dni w roku na widzenia. Córka Pegeen traktowana była jeszcze chłodniej. W rezultacie przez wiele lat cierpiała na depresję, była uzależniona od leków. Zmarła w wieku 41 lat po przedawkowaniu środków nasennych. Peggy dostała wiadomość o śmierci córki, kiedy mieszkała już w Wenecji (w roku 1962 otrzymała od miasta honorowe obywatelstwo). Czuła się winna jej zaniedbywania, ale odpowiedzialność za tragiczną śmierć zrzuciła na męża Pegeen Ralpha Rumneya. Sama Pegeen za życia otwarcie mówiła o żalu, jaki ma do matki. Zarzucała jej, że kocha sztukę bardziej niż własnego syna i córkę.

Kolekcja to ja

Przy łożu śmierci Peggy Guggenheim był jej syn Sindbad. Umarła w wieku 81 lat, schorowana. Cierpiała na miażdżycę, w dodatku w roku 1979 nastąpił ciąg nieszczęśliwych wypadków: złamała nogę, z powodu której trafiła do szpitala, tam dostała obrzęku płuc, spadła z łóżka i doznała udaru. Odeszła 23 grudnia tego samego roku.

Nigdy nie podarowała nikomu z rodziny nawet najmniejszego płótna. Pragnęła za wszelką cenę utrzymać kolekcję nierozproszoną. Wielokrotnie powtarzała: „Kolekcja to ja”, zdając sobie sprawę, że tylko w ten sposób zapewnia sobie miejsce w historii. Pod koniec życia bała się, że potężna fundacja jej wuja Solomona (nigdy nie utrzymywała z nim bliskich kontaktów ani rodzinnych, ani kolekcjonerskich), której w 1976 roku zdecydowała się powierzyć swoje obrazy, wchłonie jej zbiory.

Tak się nie stało. Kolekcja Peggy jest odrębną całością prezentowaną nadal w weneckim pałacu przekształconym obecnie w muzeum, które dziś przyciąga 300 tysięcy oglądających rocznie.

Tekst pochodzi z archiwalnego numeru „Zwierciadła”.

Korzystałam m.in. z książek: Antona Gilla „Peggy Guggenheim. Życie uzależnione od sztuki”, Dom Wydawniczy Rebis 2004; oraz Peggy Guggenheim „Out of this Century: Confessions of an Art Addict”, Universe Books 1979.

  1. Kultura

Hipnotyzujący, magiczny, iskrzący dowcipem – „Śniegu już nigdy nie będzie” w kinach od 4 czerwca

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Śniegu już nigdy nie będzie". Na zdjęciu Alec Utgoff. (Fot. materiały prasowe)
„Śniegu już nigdy nie będzie” Małgorzaty Szumowskiej i Michała Englerta to jeden z najbardziej wyczekiwanych tytułów roku. Prezentowany na międzynarodowych festiwalach film zdążył zachwycić już polskie i międzynarodowe media. Satyryczna opowieść na pograniczu magii i realizmu zabiera widza w wyjątkową podróż w głąb samego siebie.

„Tytułowy śnieg może się wieloznacznie kojarzyć – chociażby ze śmiertelnym żywiołem albo poczuciem bezpieczeństwa, baśniowym powrotem do krainy dzieciństwa. Choć dziś zapewne najbardziej kojarzy się ze zniszczeniem, jakie człowiek wywołał w eko klimacie ziemi, doprowadzając do zmian, przez które śnieg widuje się coraz rzadziej. Bohaterowie naszego filmu, w większości skupieni na własnym, małym, wygodnym świecie, zbyt dużo o tym nie rozmyślają, jednak nie wiedząc czemu zmagają się z poczuciem jakiejś wewnętrznej, duchowej pustki i niezrozumiała tęsknotą za czymś nieokreślonym. Są to różne tęsknoty, za bliskością, dotykiem, seksem, zrozumieniem, wolnością. Są bogaci, syci od strony materialnej, ale głodni duchowo, choć w sposób zupełnie nieuświadomiony. Ich fantazje ogniskują się w jednym – obcym przybyszu, w którym przeglądają się jak w lustrze. On przynosi im wytchnienie. Trudno powiedzieć czy to iluzoryczne, czy prawdziwe doświadczenie, tak jak trudno czasem odróżnić nam własną projekcję od rzeczywistości. Czy magiczny las, do którego przenosi ich przybysz, jest tylko wytworem ich lęków i pragnień, czy istnieje naprawdę. Film nasz, mamy nadzieję, skrywa jakąś tajemnicę, chcieliśmy pobudzić widzów do głębszej refleksji na temat kondycji współczesnego Europejczyka. Zagrać na indywidualnych skojarzeniach, nienachalnie zadać parę pytań, bez tezy i z humorem” – mówią twórcy filmu Małgorzata Szumowska i Michał Englert.

Pewnego mglistego poranka w mieście pojawia się ON – atrakcyjny mężczyzna z prawdziwego, egzotycznego wschodu. Żenia, bo tak brzmi jego imię, ma dar. Jego ręce leczą, a oczy zaglądają w dusze samotnych kobiet. Mężczyzna zatrudnia się jako masażysta na bogatym osiedlu pod miastem. Pracując dla ludzi odgrodzonych murem od „gorszego” świata, poznaje ich historie i osobiste dramaty. Wkrótce niezwykłe zdolności Żeni odmienią życie każdego z nich.

W obsadzie obok Aleca Utgoffa, ukraińsko-angielskiej gwiazdy netflixowego hitu „Stranger Things” i filmu „Mission: Impossible – Rogue Nation”, wystąpiło znakomite grono cenionych polskich aktorek i aktorów: Maja Ostaszewska, Agata Kulesza, Weronika Rosati, Katarzyna Figura, Andrzej Chyra, Łukasz Simlat i Krzysztof Czeczot.