1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Maria Peszek - Pewien rodzaj bezwstydu

Maria Peszek - Pewien rodzaj bezwstydu

Maria Peszek w szczerej rozmowie opowiada nam o swoim projekcie „Maria Awaria”– pod tym tytułem kryją się płyta i książka - jak również  o zbawiennych skutkach kaca, nieśmiałości oraz straconych 16 kilogramach.

Spotykamy się w mieszkaniu na ulicy Przejazd. Czy to dla ciebie symboliczna nazwa?

– Sprowadziliśmy się tu rok temu, ale początkowo w papierach figurowała nazwa Wyjazd. Przejazd brzmi bardziej obiecująco, takie lokum po drodze.

Skąd i dokąd?

– Nie wiem. To się dopiero wie, gdy się dotrze na miejsce. „Miasto mania” powstała w starym mieszkaniu na warszawskich Szczęśliwicach. Natomiast tu powstał najnowszy projekt „Maria Awaria”. Już kilka godzin po przeprowadzce zaczęłam pisać teksty. Pewnie mój kolejny projekt powstanie jeszcze gdzieś indziej, bo każdy związany jest z konkretnym miejscem.

Dziś często artyści zajmują się nie tylko jedną gałęzią sztuki, ty również jesteś aktorką, performerką, piszesz. To znak czasu czy wewnętrzna potrzeba?

– Jedno i drugie. W bezczelny sposób powiem, że średnio mnie interesuje, co robią inni, bo jak każdy twórca jestem egocentryczną osobą. Ale egocentryzm jest niezbędny. Gdybym obsesyjnie obserwowała trendy we współczesnej sztuce, nie miałabym szansy skupienia się na własnym świecie. Będąc schowana w sterylnym kokonie, gdzie jestem tylko ja i moja wyobraźnia, mogę z większą precyzją wydobyć rzeczy, o które mi chodzi. Nie planowałam, że płyta i spektakl złożą się na „Miasto manię”, a płyta i książka na „Marię Awarię”. Ale zarówno za pierwszym, jak i drugim razem nie wystarczyło mi jedno medium, żeby w pełni opowiedzieć całą historię. Jeśli mam coś do powiedzenia na dany temat, to wolę go wyczerpać do imentu, wycisnąć i do niego nie wracać. Tak było z „Miasto manią”. Przez długi czas byłam dyżurną specjalistką od spraw miejskich, ale temat kompletnie został przeze mnie wyssany. Miasto było i umarło. Teraz nadchodzi „Maria Awaria”…

Artyści potrzebują wsparcia mediów, więc niektórzy z mediami flirtują, inni romansują, a jeszcze inni się do nich mizdrzą. Jakie znalazłaś miejsce dla siebie?

– Bardzo lubię dziennikarzy, bo generalnie lubię ludzi. Dlatego chętnie z nimi rozmawiam i jestem otwarta. Lubię też specyficzny spektakl, który się tworzy w relacji artysta– dziennikarz, artysta – fotograf. To rodzaj flirtu i mam do tego zdrowy stosunek. W moim życiu jest czas pracy i czas niebytu. Przez cały rok byłam w swojej jaskini. Mogłam chodzić w jednych dżinsach i nikt mnie nie oglądał. Skupiałam się wyłącznie na tworzeniu. Teraz nastąpił moment, gdy rzecz jest gotowa i trzeba ją pokazać światu. Wychodzę więc z nory i zmieniam się w osobę medialną. To czas, kiedy używam mediów do wypromowania produktu mojej wyobraźni. Nie kapryszę, pozwalam sobą pomiatać na sesjach fotograficznych i staram się osobiście podchodzić do każdego z wywiadów. Są oczywiście pewne granice autopromocji, choć gratyfikacja związana z niektórymi propozycjami jest tak kusząca, że trzeba ogromnego hartu woli, żeby nie ulec. Sama byłam kuszona i odczuwałam pokusę. Oczywiście pokusę, żeby zrobić z tego żart. Ale to instynkt kieruje moimi wyborami i szybko zrozumiałam, że to się nie może udać. Tańcząc w cekinach, byłabym mało wiarygodną Marią Awarią.

Czy dojrzałej artystce potrzebne są autorytety?

– Bardzo potrzebne i wiek nie ma tu nic do rzeczy. Jeśli ktoś ma podwyższony stopień wrażliwości i – co za tym idzie – nieustanne wątpliwości, to bardzo potrzebuje autorytetów. Dla mnie najważniejszym i najsilniejszym są rodzice. Najpierw byli jak krystaliczna góra lodowa, nieskalani. Dopiero niedawno odkryłam, że to także ludzie, którzy się mylą i mogą popełniać błędy. Zrozumiałam, że w pewnych sytuacjach to ja mam rację. Ale to odkrycie nie wiązało się z poczuciem smutku albo rozczarowania, tylko z obezwładniającą falą czułości i zbliżyło mnie do nich. Ten autorytet jest irracjonalny. Przez lata miałam w sobie rozdarcie dotyczące autorytetu w sprawach zawodowych, ponieważ toczyła się walka pomiędzy moim tatą, silną osobowością, a mężczyznami, z którymi byłam. Konflikt, komu zaufać bardziej. Na szczęście jakiś czas temu samo się ułożyło i jest mi o wiele łatwiej.

Czy któryś z twoich późniejszych autorytetów legł w gruzach?

– Bardzo zaprzyjaźniam się z ludźmi, z którymi pracuję, i nie potrafię odłożyć na bok sfery emocjonalnej. Cierpię, bo nie spotkałam jeszcze takiego partnera w pracy, który w ostatecznym rozrachunku nie rozczarowałby mnie w bolesny sposób. To jednak raczej mój defekt. Zabierając się do pracy, wpadam w stan zakochania, w stan zauroczenia. Z totalnym zaufaniem rzucam się w otchłań na łeb na szyję. I wymagam, by inni też rzucali się w tę otchłań bez strachu i aby nic nie było dla nich ważniejsze.

Idealistyczne podejście.

– Idealistyczne, ale inaczej nie można stworzyć niczego w sztuce. Bez totalnego oddania nie stworzy się czegoś wyjątkowego, a mnie interesują tylko wyjątkowe rzeczy.

Jak choćby przekraczanie językowych barier w „Marii Awarii”?

– Chodziło mi o pewien rodzaj bezwstydu, o język, który zarezerwowany jest dla sytuacji intymnych. Bez słownych gier, bez ulegania kulturowym zakazom i wymyślania kodów. Bez wstydu. Bez obawy narażenia się na śmieszność. Wydaje mi się, że jest to bardzo bliski człowiekowi sposób komunikowania się i że daleko odeszliśmy od tak bezpośredniego i radykalnego wyrażania siebie. Język, którym posługuje się popkultura, mówiąc o tak ważnych sprawach jak kochanie się, wydał mi się niewystarczający. Chciałam go odczarować. Nie warto też patrzeć na wszystko tak strasznie serio. W sztuce zabawa i wygłup są napędzające. Poczucie humoru to dla mnie absolutnie niezbędny składnik robienia sztuki. Większość tekstów powstała w trakcie wygłupów, trochę z przymrużeniem oka.

Czy artysta powinien mieć granice wstydu?

– Wstyd to bardzo indywidualna sprawa.

Gdy jako nastolatka zaczęłaś dojrzewać, wstydziłaś się własnej cielesności?

– W życiu codziennym jestem bardzo wstydliwą osobą, jakby nie z tej epoki. W sprawach intymnych nigdy nikomu się nie zwierzam. A z drugiej strony nie mam żadnych zahamowań, jeśli chodzi o zawodową nagość, o używanie ciała na scenie jako narzędzia pracy. Sporo takich wyzwań już mam za sobą. Poza tym zawsze byłam związana ze sportem, z tańcem, byłam w szkole baletowej i w szkole teatralnej. Ciało to zestaw mięśni, które mają być sprawne i odpowiadać moim wymaganiom. Za kulisami przed koncertem bardzo się denerwuję, ale natychmiast, gdy na scenie wydaję pierwsze dźwięki, to jakby po przyciśnięciu magicznego guzika poddaję się emocjom i staję się kompletnie kimś innym. Żadnych barier. Mam taką wolność, która może być odbierana jako ekshibicjonizm. Niektórzy to uwielbiają, inni się tego boją.

 
Ale niektórzy mogą poczuć się zażenowani, że tak bardzo się odkrywasz.

– Mogą, ale to jest moja droga. Projekt jest związany z cielesnością i z ekshibicjonizmem w najlepszym sensie tego słowa. Prywatnie w sprawie cielesności jestem nieśmiała, na scenie mogę zrobić wszystko, jeśli uważam, że to czemuś konkretnemu służy. Poza tym nie mogę i nie chcę podobać się wszystkim.

Gdy grałaś rolę Kubusia Puchatka, to pomyślałam, że jesteś bardzo chłopięca. Czy dużo jest w tobie chłopca?

– Tak, i to jest dla mnie bardzo charakterystyczne. Mój przyjaciel poeta Piotr Lachmann twierdzi, że ja w ogóle nie jestem jeszcze kobietą. Tylko chłopcem. Nie wiem, z czego to wynika, ale wyrafinowana kobiecość jest mi zupełnie odległa. Szpilki, pasy do pończoch, makijaż to są rzeczy, których jeszcze nie odkryłam. Dla mnie szczytem kobiecości jest kobiecość dzika i zuchwała. Jak dzikuska Saragina z filmu Felliniego albo szalona półnaga Tłuja z prozy Schulza. Takie nieokiełznanie, trochę z dziecka, trochę z chuligana. Wystudiowana i wystylizowana kobiecość w moim wydaniu byłaby śmieszna i byłabym w tym absolutnie niewiarygodna. Aczkolwiek mnie to nęci i czasami na potrzeby sesji fotograficznej ryzykuję i daję się tak przebrać.

Na zdjęciach widzisz wówczas siebie czy przyglądasz się innej osobie?

– Efekty są dość zabawne. To jestem ja, tylko w jakiejś roli. Myślę, że odkrycie takiej kobiecości jest jeszcze przede mną.

Jakich inspiracji potrzebujesz do tworzenia? – Najważniejszą inspiracją jest cisza. W dosłownym i metaforycznym znaczeniu. Potrzebuję pustki i czystości, oderwania się od wszystkiego. Nie potrafię pracować nad kilkoma rzeczami naraz. Muszę zamknąć jeden projekt, wypromować go, doprowadzić do premiery, żeby zderzył się z ludźmi. Potem najchętniej wyjechałabym w jakąś długą podróż, by znów się oczyścić. Dopiero wtedy kiełkują nowe pomysły. Pierwsze biorą się z mojej głowy, ale do tego jest mi potrzebna absolutna cisza. Luksus, bo można ją osiągnąć, mając bezpieczeństwo finansowe. Ale stan pustki łączy się z absolutnym brakiem zarobkowania, dlatego to takie kosztowne.

Przyglądasz się działaniom innych artystów?

– Uwielbiam obserwować ludzi, spotykać się z rozmaitymi osobami, gadać. Inspirują mnie ich historie, twarze. Ale jestem odludkiem i najchętniej wracam do siebie. Jest tak niezwykle dużo rzeczy dookoła. Czasem przeraża mnie liczba możliwości, kolorów, elementów, dźwięków. Być może w przyszłości będę potrzebowała nowych impulsów, na razie mam ich taki natłok w sobie, że najpierw muszę uporać się ze swoją wyobraźnią.

Co cię cieszy w życiu codziennym?

– Proste rzeczy, bo mam hedonistyczną, nieskomplikowaną osobowość. Uwielbiam spać, kochać się, jeść, gotować. Relaksuje mnie wszystko związane z jedzeniem.

Z jedzeniem? Ale przecież ostatnio schudłaś 16 kilo. Jak to możliwe?

– Zupełnie naturalna przemiana. W szkole baletowej byłam jeszcze szczuplejsza. A potem ten chudy chłopiec gdzieś tam w środku był, tylko przez pracę i życie nagromadziła się na nim spora ilość ciała. To się działo samo. Nigdy mi to nie przeszkadzało, lubiłam siebie w tamtym wcieleniu i lubię siebie teraz. Powrót do szczupłej sylwetki też zdarzył się samoistnie. W pewnym momencie moje ciało zaczęło mi przeszkadzać. Nie było w stanie na koncertach robić tego, co chcę. Zostało mu powiedziane, że musi się zmienić, i tak się stało. Gdy pracowałam nad „Marią Awarią”, trudno było mi się zrelaksować i wyłączyć. Nie mogłam spać. Intuicja popchnęła mnie do tego, żeby chodzić. Chodzenie stało się rutyną, która pozwalała zasnąć.

Ile czasu dziennie?

– Przynajmniej 60 minut. Dopiero po 40 minutach bardzo intensywnego marszu jestem w stanie przestać myśleć. Ciało samo wie, jak osiągnąć spokój.

Czy to twój sposób na stres?

– Proste domowe czynności mnie uspokajają. Potrzebę ruchu wyniosłam z domu. Ciało musi być sprawnym instrumentem. Z zachwytem patrzę na moich rodziców, którzy każdy dzień zaczynają od swoich rutynowych ćwiczeń i nigdy sobie nie odpuszczają. Fantastyczny nawyk, na który jestem genetycznie skazana. Przyjemnością są również podróże.

Co jest celem twoich podróży?

– Rytuał. Od 10 lat jeździmy z moim ukochanym w to samo odludne miejsce na Kretę i zawsze robimy to samo. Budzimy się, jemy owoce, pływamy, wracamy, jemy śniadanie, sjesta, potem kawa na tarasie. Nuda, którą uwielbiam. Żadnych ekscesów. Ekscesy mnie nie inspirują, wręcz przeciwnie. Chowam się przed zbytnią intensywnością doznań, przed rozwibrowaniem, którego mam w sobie aż za dużo. Muszę prowadzić absolutnie nudne życie. Nie upijam się, nie chadzam na balangi. Sama się siebie boję w sytuacji absolutnej trzeźwości, a co dopiero, gdybym zaczęła szaleć. Owszem, zdarza mi się rytualne pijaństwo. Uważam też, że kac po upodleniu się jest rzeczą cudowną, jest zbawiennym stanem ducha. Zastanawiam się, czy nie upijam się właśnie z tego powodu.

Co daje ci kac?

– Rodzaj bezpieczeństwa. Jestem tak zmęczona i tak mnie wszystko boli, że przestaję myśleć. Muszę się skupić na tym, jak wrócić do życia. Najczęściej powolutku sprzątam i gotuję. Na kacu czuję się dogłębnie szczęśliwa, bo wszystko przestaje mieć tak ogromne znaczenie. To oczyszczające, a wszechświat odzyskuje właściwe proporcje. Poza tym nuda. Od 16 lat żyję z tym samym mężczyzną w absolutnej harmonii.

Ten sam mężczyzna przez tyle lat? Czy to nie nudne dla artystki?

– To mężczyzna pełen pasji, który ma w sobie wciąż niezbadane otchłanie. Mam szczęście, że jestem z kimś wielowarstwowym i nieodgadnionym. W ogóle mam szczęście. Maria Peszek ur. w 1973 r., absolwentka krakowskiej PWST, aktorka teatralna i filmowa, wokalistka, autorka tekstów. Jej debiutem płytowym i z pewnością wydarzeniem na rynku muzycznym był album „Miasto mania” (2005). Współtworzy zespół Elektrolot, w którym śpiewa i współkomponuje utwory. Na stałe związana z teatrem Studio. Jest laureatką wielu nagród, m.in. Nagrody Aktorskiej Ministra Kultury i Sztuki oraz Paszportu Polityki.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze