1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Beyoncé: "Bycie celebrytką mnie nie interesuje, ikoną – a i owszem"

Beyoncé: "Bycie celebrytką mnie nie interesuje, ikoną – a i owszem"

Beyoncé w sesji dla magazynu
Beyoncé w sesji dla magazynu "Flaunt", fot. BEW PHOTO
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Nazywana „Queen B”. Królowa popu, aktorka, bizneswoman, matka, żona, feministka. Niekoniecznie w tej kolejności. Już dawno deklarowała, że bycie celebrytką jej nie interesuje. Ikoną – owszem. I dopięła swego.

Chcę być pierwszą czarną kobietą, którą nagrodzono Grammy, Oscarem i nagrodą Tony. Grammy już mam, nawet kilka. Na Oscara pracuję. Tony, za występy w teatrze, to plan na dalszą przyszłość, bo marzę o musicalu – odważne słowa. Szczególnie jak na 22-latkę.

14 lat później wiadomo już, że dla Beyoncé Knowles raczej nie ma rzeczy niemożliwych. Uzdolniona chórzystka z kościoła, do którego chodziła z rodziną w Houston, jest dziś jedną z najbardziej wpływowych postaci światowej muzyki. Fabryką trendów, surowym szefem produkcyjnej maszyny, którą zarządza, żoną, matką trójki dzieci, koleżanką prezydentów i działaczką charytatywną na skalę, o której niewielu z jej fanów ma pojęcie. Inspiracją dla milionów utalentowanych dzieciaków, które widzą w niej nie tylko gwiazdę, ale też przykład, że praca i wytrwałość w dążeniu do obranego celu naprawdę mogą zaprowadzić cię na szczyt. Nawet jeśli jesteś kobietą i żyjesz we wciąż targanej rasowymi konfliktami Ameryce.

Jej najnowsza światowa trasa koncertowa z mężem, raperem Jayem-Z, w trakcie której odwiedzi również Polskę, zapowiadana jest jako jedno z najważniejszych muzycznych wydarzeń tego roku. Fakt, że szeroko komentowany kryzys w ich małżeństwie para zamieniła w inspirację do nowego show, jeszcze podgrzał atmosferę. Co tym razem wymyśliła Beyoncé? W końcu to nie tajemnica, że w wypadku artystycznej współpracy – nawet jeśli Jay-Z przerasta żonę majątkiem i wpływami w muzycznej branży – to ona ma ostatnie słowo. Czasy, kiedy posłusznie robiła to, co kazali jej otaczający ją mężczyźni, dawno minęły.

Co powie tata?

https://www.instagram.com/p/4MuBrvvw5h/

W kościelnym chórze śpiewała partie solowe. Tata powiedział jednak, że z czegoś trzeba zrezygnować: albo kariera, albo niedzielne psalmy z sąsiadami. Wolała psalmy. Tata wolał karierę. Tata zawsze wiedział, co dla niej dobre.

Mathew Knowles, sprzedawca sprzętu medycznego, umiał rozpoznać dobry produkt. Wiedział też, że sprzedać można wszystko, ale to, co dobre, sprzedaje się łatwiej. Jego córka miała talent i zapał, była pilna i pracowita. Idealny materiał na sukces – już jego w tym głowa, żeby go osiągnęła. To ona będzie szczeblem na drabinie społecznej dla całej rodziny. Może zaprowadzić ich tam, gdzie nie będzie się liczyć ani kolor skóry, ani skończone studia, a agent nieruchomości nie odmówi im sprzedaży domu w najbogatszej białej dzielnicy miasta. Pieniądze wydawane na lekcje śpiewu i baletu zwrócą się z nawiązką. Tina, jego żona, może przecież szyć kostiumy i dbać o fryzurę małej... i jej koleżanek. Zespół! Zespół jest łatwiej wypromować. Złożyć go do kupy to żadna sztuka. Mało to konkursów młodych talentów?

Pierwsza grupa nazywała się Girl’s Tyme: dziesięcioletnia Beyoncé z koleżankami Kelly Rowland i LaTavią Roberson wygrały casting na członkinie girlsbandu, w którym śpiewały i tańczyły do spółki z trzema innymi dziewczynkami. W lokalnej gazecie pisali o nich, że zdolne, fajne, że mają przyszłość. Częścią strategii, którą Mathew Knowles opracował w celu wywindowania córki na piedestał, było rzucenie przez niego pracy – chciał poświęcić każdą wolną chwilę na przysposabianie Girl’s Tyme do podbicia Ameryki. O pieniądze się nie martwił – te przyjdą, kiedy Beyoncé wreszcie się przebije. Każdego dnia po szkole dziewczynki spędzały długie godziny na zapleczu salonu fryzjerskiego Tiny Knowles, śpiewając i powtarzając układy choreograficzne. Panuje wojskowa dyscyplina. Skład zespołu zmniejsza się o dwie dziewczynki, zmieniają się też nazwy: Cliche, Something Fresh, Destiny and the Dolls. Tinie, oficjalnej stylistce grupy, ciągle coś nie pasuje. Może fakt, że obsesja jej męża doprowadziła do separacji między nimi – Mathew mieszka sam w wynajętym mieszkaniu, ona z Beyoncé i młodszą córką Solange musiały przenieść się do mniejszego domu. Ledwie wiąże koniec z końcem, a po nocach szyje kostiumy dla zespołu. Kiedy ma już wszystkiego dość, czyta Biblię. Ze zdjęcia z występu Girl’s Tyme zrobiła zakładkę. Na stronie w Księdze Izajasza rzuca jej się w oczy słowo „przeznaczenie”. Destiny. Destiny’s Child? To brzmi nieźle.

Przez pięć dni w tygodniu: szkoła, próby, spać. W weekendy – załatwione przez tatę występy w klubach, centrach handlowych, konkursach, na festiwalach. Wakacje – jeszcze więcej występów. Wszędzie gdzie się da. Sale widowiskowe, festyny. Tak przez cztery długie lata. Aż w końcu spełnienie marzeń: kontrakt z Columbia Records. Debiutancki singiel Destiny’s Child pojawia się w filmie „Faceci w czerni”, na dziewczyny spada deszcz pochwał krytyków, pierwsza płyta jest dobrze przyjęta, hit „No, No, No” nuci pod nosem cała młoda Ameryka. Beyoncé ma 16 lat i jest zmęczona.

Popularność raz na zawsze ukradła jej twarz i anonimowość. Długo oczekiwana sława okupiona tyloma wyrzeczeniami przyniosła dokładnie to, czego nie chciała: nie może spokojnie pójść na zakupy, do kina, na randkę czy do kawiarni z koleżankami. Tymi z zespołu, bo innych prawie nie ma. Na przyjaźń trzeba mieć czas, a na ten luksus od lat nie było jej stać. Stać ją jednak na wiele innych rzeczy: na pensję dla taty menedżera, dom, samochód i fajne ciuchy. Zarabia, robiąc to, co lubi i w czym jest naprawdę dobra. Sama pisze teksty piosenek, pomaga układać choreografię, poznaje muzyków, organizuje występy. Brak dzieciństwa? Tata zawsze mówił, że w show-biznesie nie ma miejsca na sentymenty.

Co poświęciłam dla kariery? Zwykłe życie – mówiła 20 lat później w jednym z wywiadów. – Czy narzekam? Nie. Wciąż staram się wymykać, próbować normalnie żyć – na tyle, na ile mogę. Ale wychowano mnie w przekonaniu, że wielka nagroda wymaga wielkich poświęceń. Ja dostałam od Boga talent, więc ciężko pracuję, żeby tworzyć muzykę, show, dawać ludziom emocje. Nie można mieć wszystkiego. I to jest cena, którą płacę.

Drugie ja

https://www.instagram.com/p/Bn7ndEelJIM/

Scena była ucieczką, na niej mogła pokazać swoje inne oblicze. Nadaje mu imię – ten seksowny kociak w skąpych strojach nazywa się Sasha Fierce. Destiny’s Child są wszędzie: ich drugi album „The Writing’s on The Wall” to sukces na skalę, o której zawsze marzył Mathew Knowles. Lata harówki wreszcie przynoszą żniwo, ale w zespole pojawiają się pierwsze nieporozumienia. Dwie członkinie pozywają menedżera do sądu z powodu złamania praw autorskich. Przyszłość grupy stoi pod znakiem zapytania. Presji sławy grupy nie wytrzymuje też pierwszy chłopak Beyoncé, z którym znali się od sześciu lat. Piosenkarka wpada w depresję.

Przez dwa lata nie miałam ochoty wychodzić ze swojego pokoju – wyznała kilka lat później w wywiadzie dla magazynu „Parade”. – Nie wiedział o tym nikt oprócz moich najbliższych. Nikt przecież by mi nie uwierzył. Myślałam, że teraz nikt nigdy nie pokocha mnie już za to, jaka naprawdę jestem. Wszyscy myśleli, że ja to Sasha Fierce.

Destiny’s Child w zmienionym składzie nagrywa trzeci album, „Survivor”, który bije na głowę ten poprzedni. Do słownika języka angielskiego wchodzi na stałe przymiotnik bootylicious – tytuł jednej z ich piosenek. „Seksowny, kształtny, o zaokrąglonej pupie” – brzmi definicja. Beyoncé nie jest zachwycona swoim wkładem w rozwój ojczystej mowy. – Gdybym mogła cofnąć czas, z pewnością użyłabym innego słowa – powiedziała brytyjskiej gazecie „TV Hits”. Presja mediów daje jej się we znaki. Kolorowe magazyny nie mogą się nachwalić pięknych dziewczyn z Destiny’s Child, ale Beyoncé z trudem ignoruje insynuacje, jakoby rozpad pierwszego składu grupy był jej winą. Etykietka „krągłej” miała też dwa ostrza: medialne zachwyty podszyte były opinią, że kobiece kształty w show-biznesie to rzadkość. Niepisany werdykt: Knowles powinna schudnąć. – Jakbym miała mało problemów, powinnam się też czuć źle we własnym ciele! – podsumowała kilka lat później. Po roli w filmie „Dreamgirls” zrzuciła dziesięć kilo. – Z lustra patrzył na mnie ktoś obcy. Czułam się jak pół kobiety. Nie byłam sexy, nie byłam sobą – wspominała. Obiecała sobie, że nigdy więcej tego nie zrobi.

Początek nowej dekady to dla każdej z członkiń Destiny’s Child początek solowej kariery. Nad pierwszą własną płytą „Dangerously in Love” Beyoncé pracuje bez wytchnienia. Nikt nie odmawia jej prośbom o artystyczną współpracę: Luther Vandross, Sean Paul, a nawet sam Jay-Z.

Pani Carter

https://www.instagram.com/p/BvqMI__guBn/

Z Jayem znają się od lat – kiedy Beyoncé objeżdżała kraj z nieznanymi jeszcze wtedy Destiny’s Child, Jay-Z, czyli Shawn Carter, święcił już triumfy jako raper i właściciel niezależnej wytwórni Roc-A-Fella. Od razu wiedział, że głos i talent Bey nie mają sobie równych. Uważnie śledził jej karierę, a kiedy przyszła pora na jej solowy album, zadbał, aby trafiła pod jego skrzydła. Na jej hicie „Crazy in Love” wystąpił z raperską solówką. Ona gwiazda popgwiazda poppojawia się w jego teledysku „03 Bonnie & Clyde”. Media węszą romans, ale ze strony obojga nie pada na ten temat ani słowo. Oficjalnie oboje są zbyt zajęci, aby mieć czas na cokolwiek innego niż trasy koncertowe, kolejne płyty i projekty. Związek dwóch gwiazd światowej muzyki tego formatu powinien wprawić brukowce w stan histerii: taki temat gwarantuje dziesiątki okładek, zdjęć, artykułów, podkręconych plotek i spekulacji. A jednak Beyoncé i Jay-Z od zawsze strzegli swojej prywatności. – Nie ma nic dziwnego w tym, że wiele osób z show-biznesu opowiada o swoich związkach – skomentowała gwiazda w wywiadzie dla brytyjskiego „Guardiana”. – Wręcz przeciwnie, to naturalna rzecz. Ale ja nigdy nie chciałam być sławna z powodu mojego życia prywatnego, tylko z powodu mojej muzyki i talentu. I chciałam móc odciąć się od nich, kiedy schodzę ze sceny.

Co nie przeszkadza jej czerpać kolosalne profity z kontrolowania wizerunku. Kiedy w 2013 roku wyprodukowała autobiograficzny film „Life Is But a Dream”, stał się on, pomimo zarzutów o narcyzm, najlepiej oglądanym filmem dokumentalnym na HBO (1,8 mln widzów) i do dziś przynosi jej zyski. Prawdziwe skarby wiedzy o swoim życiu Beyoncé chroni w archiwum. Jak przyznała kiedyś w wywiadzie dla „GQ”, ma w domu specjalne pomieszczenie, gdzie na serwerach gromadzi wszystko: zdjęcia, filmy, wywiady, całe życie filmowane przez prywatnego kamerzystę od 2005 roku. No i pamiętnik, który nagrywa codziennie na komputerze.

Nie potwierdzam, nie zaprzeczam

https://www.instagram.com/p/BlIbgNsF2ZA/

To ewenement – nawet w dobie mediów społecznościowych, gdy plotki i robione smartfonem zdjęcia obiegają glob w okamgnieniu, Bey i Jay wciąż ściśle kontrolują to, co na ich temat trafia w obieg. 112 milionów ludzi obserwuje Beyoncé na Instagramie, ale widzą tylko to, co ona sama chce im pokazać – najczęściej jest to kolejna wystrzałowa kreacja. Rzadko wrzuca tam zdjęcia, ale robi to zupełnie świadomie. W ten sposób tworzy z fanami swoistą wspólnotę i bliskość  – dzieli się przecież tylko tym, co ważne. Profil jej męża oferuje bliższy wgląd w ich codzienne życie, ale ma niewiele ponad siedem tysięcy obserwujących. Jeśli za codzienne życie uznamy pozowanie we fraku, uroczyste gale, nagrody i podróże prywatnym samolotem. I okazjonalny buziak z sześcioletnią córką Blue Ivy. Oczywiście, państwo Carter nie są zwykłymi Kowalskimi. Kreacje od Givenchy, garnitury od Diora, nianie, prywatna ochrona, służba i poziom luksusu zarezerwowany tylko dla najbogatszych to ich codzienność. Dorobili się wartej 120 milionów rezydencji w kalifornijskim Bel Air, drugiej w podnowojorskim Hamptons, trzeciej w rodzinnym Nowym Orleanie i ogromnego loftu w modnej Tribece. Dziś ich majątek szacowany jest na miliard dolarów. Pracowali na to przez całe życie, zaczynając od niczego.

Jay-Z pochodzi z nowojorskiego Brooklynu – z osiedla, gdzie łatwiej było dostać kulkę niż skończyć liceum. Shawn nie był wyjątkiem – zanim skończył 18 lat, został trzy razy postrzelony, bo handel crackiem to ryzykowne zajęcie. Rapował, od kiedy skończył 12 lat. Swoją pierwszą płytę, nagraną własnym sumptem pod chałupniczym szyldem Roc-A-Fella, sprzedawał z samochodu. Umowa z firmą dystrybucyjną wywindowała jego karierę na nowy poziom, ale tak naprawdę to pełna kontrola nad produkcją własnej muzyki była dla niego przełomem. Każdy kolejny album sprzedawał się już w milionach egzemplarzy. W ciągu ponad 20 lat swojej oszałamiającej kariery Jay-Z nigdy nie był zainteresowany wyłącznie tym, aby być gwiazdą. Był też twórcą gwiazd: to jemu karierę zawdzięcza Rihanna, a dziesiątki innych muzyków dzięki współpracy z nim rozwinęło skrzydła. Portfolio jego inwestycji jest imponujące – od streamingowego  serwisu muzycznego Tidal, przez aplikację do bukowania lotów prywatnymi samolotami, po marki szampana, cygar, ubrań, hoteli, sieć klubów i agencję sportową.

W Jayu-Z Beyoncé odnalazła nie tylko zrozumienie i miłość, lecz także nowego protektora. Potulna do tej pory Bey przestała przyjmować od ojca rady dotyczące prywatnego życia. Mathew Knowles nie mógł dłużej zabraniać córce spotykania się z „tym gangsterem z Bronxu” – sam przecież wybrał go na producenta jej albumu. Po 12 latach znajomości Jay-Z i Beyoncé pobrali się na prywatnej ceremonii w Nowym Jorku. Największa ekstrawagancja? 100 tysięcy białych orchidei sprowadzonych z Tajlandii. Największa niespodzianka? Brak zdjęć ze ślubu w prasie i Internecie.

W tym roku, czyli kilka albumów, tras koncertowych, niezliczonych nagród i troje dzieci później, Beyoncé i Jay-Z obchodzą dziesiątą rocznicę ślubu. Przetrwali plotki o jego zdradach i pogłoski o rozstaniu. O ile jednak Jay sprawiał  – przynajmniej na początku – wrażenie, że najchętniej by milczał, jego żona umiała zamienić każdy kryzys w artystyczny performance. Czy teksty jej piosenek o zdradzie, złości i cierpieniu opisują ich życie? Nigdy tego nie potwierdzili. Ale pozwalają fanom wierzyć, że tak jest. Bez względu na to, jak wygląda prawda, marketingowy geniusz Beyoncé sprawdza się wyśmienicie.

Feminizm w wersji light?

https://www.instagram.com/p/Bh3TbdbFErx/

Wielotysięczny tłum zebrany na pierwszym koncercie tournée „The Mrs. Carter Show World Tour” zamarł w oczekiwaniu. Gdy na scenę wyszła Beyoncé, a za jej plecami rozjarzył się gigantyczny napis „Feminist”, fani oszaleli. Zdjęcia z koncertów szybko obiegły glob, a niedługo później telewidzowie mogli obejrzeć występ gwiazdy o podobnym przesłaniu na rozdaniu nagród MTV. Śpiewana przez nią piosenka „Flawless” [Bez skazy] zawiera fragmenty feministycznego przemówienia pisarki Chimamandy Ngozi Adichie, które nawołuje do równości płci. Jednak zamiast jednogłośnego aplauzu wybuchła burza. Jedni chwalili Bey za szczerość przekazu i jasne opowiedzenie się po stronie praw kobiet, inni – jak piosenkarka Annie Lennox czy sama Ngozi Adichie – nazwali jej postawę feminizmem light.

Moim celem nie była proklamacja, że jestem feministką; chciałam przywrócić temu słowu jego prawdziwe znaczenie – tłumaczyła Beyoncé w wywiadzie dla „Elle”. – Nie jestem pewna, czy ludzie rozumieją, co to znaczy być feministką. A to bardzo łatwe: to ktoś, kto wierzy w równe prawa dla kobiet i mężczyzn. Nie rozumiem, dlaczego to słowo miałoby mieć negatywne znaczenie lub wykluczać mężczyzn. Jej interpretacja jest prosta: jeśli jesteś ojcem córki i uważasz, że powinna ona mieć takie same szanse w życiu jak twój syn, to jesteś feministą. Wszyscy powinniśmy przyjrzeć się wciąż obowiązującym podwójnym standardom i zacząć o nich otwarcie dyskutować. Tylko wtedy możliwa jest zmiana na lepsze.

Argumentów podważających jej zdroworozsądkową postawę było wiele: od tych, że epatowanie seksownym ciałem i skąpymi strojami stoi ponoć w sprzeczności z ideałami feminizmu, po zarzuty, że w prywatnym życiu piosenkarka wybaczyła mężowi niewierność i od niego nie odeszła. Nagrała za to pełną wściekłości płytę „Lemonade”, na której śpiewała: „To ostatnie ostrzeżenie/Dam ci wyrok dożywocia /Jeśli jeszcze raz się do tego posuniesz/Stracisz swoją żonę”. Z kolei Jay-Z na albumie „4:44” wyrzuca z siebie takie słowa: „Słuchaj, przepraszam za ganianie za kobietami/Dopiero narodziny dziecka sprawiły, że spojrzałem na świat oczami kobiety/Dopiero bliźniaki pokazały, że mogę uwierzyć w cuda/Napisanie tego zabrało mi zbyt dużo czasu/Nie zasługuję na ciebie”.

Fani gwiazdy, wychowani na jej piosenkach, pamiętali hity od zawsze głoszące girl power: „Independent Women”, jeszcze z Destiny’s Child, „Pretty Hurts”, która jest krytyką kultu urody, „Single Ladies” czy „Run the World (Girls)”. A jednak Beyoncé musiała wciąż tłumaczyć się z tego, że jej wiara w możliwości i siłę kobiet nie musi stać w opozycji do pragnienia posiadania szczęśliwej rodziny. Nigdy nie ukrywała, że jej własna to dla niej wartość największa – jest blisko związana zarówno z mamą i tatą, jak i z siostrą, i z Kelly Rowland, która mieszkała z nimi przez kilka lat. Zawsze chciała mieć kilkoro dzieci. Jaką cenę zapłaciła za godzenie przez ostatnie sześć lat kariery i macierzyństwa? Można się tylko domyślać. Finansowe zaplecze z pewnością ułatwia wiele spraw, ale kilka lat zajęło jej przyznanie się przed samą sobą, że objazd świata z koncertami dwa miesiące po urodzeniu pierwszej córki Blue Ivy był – delikatnie mówiąc – nie najlepszym pomysłem (wyciągnęła z tego wnioski i po urodzeniu bliźniąt Sir i Rumi zrobiła sobie roczną przerwę). Fakt, że mąż wspierał ją zawodowo i że po ślubie przyjęła jego nazwisko, też rzekomo kładł cień na czystość jej feministycznych deklaracji.

„Beyoncé jest piękną czarną kobietą z niesamowitą karierą, rodziną, toną pieniędzy, silnym poczuciem własnej wartości i nie widzi powodu, żeby to ukrywać jak wstydliwy sekret – pisała Caperton Gillett, amerykańska publicystka magazynu „Feministe”. – To straszne, Boże broń, żeby jakaś młoda dziewczyna się na niej wzorowała! Jak nie wstyd nam, kobietom, wyrzucać jej, że jest dumna ze swojej rodziny, ze swojego ciała i z tego, co osiągnęła?”.

Jeśli ktoś przypuszczał, że Beyoncé wda się w otwartą dyskusję na temat tego, jak jej sztuka i poglądy odbierane są przez resztę świata, to się zawiódł. Pani Carter, jak zwykle, robi swoje. A kiedy dojdzie do wniosku, że ma coś do powiedzenia, świat będzie słuchał.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Nowy dokument z udziałem Davida Attenborougha już niedługo trafi na Netflix

Kadr z filmu dokumentalnego
Kadr z filmu dokumentalnego "Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców". (Fot. materiały prasowe Netflix)
"To właśnie teraz jest dekada decydująca o przyszłości ludzkości na Ziemi" - słyszymy w zwiastunie filmu dokumentalnego "Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców". David Attenborough i naukowiec Johan Rockström badają w nim degradację bioróżnorodności Ziemi i sprawdzają, czy możemy jeszcze zapobiec kryzysowi.

„Świat na granicy” opowiada o ustaleniach naukowych profesora Johana Rockströma, który cieszy się uznaniem na całym świecie. To historia o najważniejszym odkryciu naukowym naszych czasów — o tym, że ludzkość maksymalnie przesunęła granice zapewniające stabilność życia na Ziemi przez 10 000 lat, od zarania cywilizacji.

Podczas 75 minut filmu wybierzemy się w podróż, podczas której dowiemy się, jakich granic absolutnie nie wolno nam przekroczyć, nie tylko ze względu na stabilność naszej planety, ale przede wszystkich z uwagi na przyszłość ludzkości. Poznamy rozwiązania, które możemy i musimy wdrożyć już teraz, jeżeli chcemy chronić mechanizmy utrzymujące życie na Ziemi.

Narratorem filmu dokumentalnego „Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców” jest sir David Attenborough. Za produkcję odpowiada uhonorowany wieloma nagrodami zespół z wytwórni Silverback Films, która stworzyła przełomowy serial „Nasza planeta” oraz dokument „David Attenborough: Życie na naszej planecie”. Film przedstawia podstawy naukowe obu tych wpływowych produkcji.

„Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców” będzie można obejrzeć od 4. czerwca na platformie Netflix.

(Fot. materiały prasowe Netflix)(Fot. materiały prasowe Netflix)
  1. Kultura

"Proste rzeczy" – czuła opowieść o poszukiwaniu życiowych fundamentów

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Proste rzeczy", na zdjęciu Błażej Sitowski. (Fot. Jarosław Sosiński/Before my eyes)
Mówią: rzuć wszystko i wyjedź z miasta. Ale co dalej? Ucieczka z miejskiej dżungli to dopiero początek, zwłaszcza wtedy, gdy zabieramy ze sobą bagaż nierozwiązanych spraw rodzinnych, tak jak bohater filmu "Proste rzeczy" Grzegorza Zaricznego.

Nagrodzony na prestiżowym festiwalu Sundance Grzegorz Zariczny to reżyser, który odważnie eksploruje terytorium na granicy fabuły i dokumentu. W „Prostych rzeczach”, czułej opowieści o poszukiwaniu życiowych fundamentów, podpatruje autentyczną relację Błażeja (Błażej Kitowski), Magdy (Magdalena Sztorc) i ich córki Ali, wprowadzając do historii katalizator w postaci fikcyjnego wujka (Tomasz Schimscheiner) – brata zmarłego ojca Błażeja, który pojawia się, by pomóc młodym w remoncie wiejskiego domu. To punkt wyjścia do refleksji nad rodzinnymi relacjami i uporządkowania bolesnych spraw z przeszłości. Zariczny w umiejętny sposób zderza tu słodko-gorzką codzienność z bezmiarem uniwersalnych problemów.

Grzegorz Zariczny, ur. w 1983 roku absolwent reżyserii filmowej Wydziału Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego oraz kursu dokumentalnego w Szkole Wajdy. W 2012 roku jego dokument krótkometrażowy „Gwizdek” miał premierę światową i otrzymał Grand Prix na festiwalu filmowym w Sundance. W 2016 roku zrealizował debiut fabularny „Fale”, który miał premierę w Konkursie Głównym MFF w Karlovych Varach. W 2020 roku ukończył swój drugi film fabularny „Proste rzeczy”, który miał polską premierę w Konkursie Głównym MFF Nowe Horyzonty. (Fot. Jarosław Sosiński/Before my eyes)Grzegorz Zariczny, ur. w 1983 roku absolwent reżyserii filmowej Wydziału Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego oraz kursu dokumentalnego w Szkole Wajdy. W 2012 roku jego dokument krótkometrażowy „Gwizdek” miał premierę światową i otrzymał Grand Prix na festiwalu filmowym w Sundance. W 2016 roku zrealizował debiut fabularny „Fale”, który miał premierę w Konkursie Głównym MFF w Karlovych Varach. W 2020 roku ukończył swój drugi film fabularny „Proste rzeczy”, który miał polską premierę w Konkursie Głównym MFF Nowe Horyzonty. (Fot. Jarosław Sosiński/Before my eyes)

Rozmowa z odtwórcami głównych ról: Magdaleną Sztorc i Błażejem Kitowskim

Jaką rolę w filmie odegrały wasze doświadczenia?
Grzegorz Zariczny zaprosił nas do udziału w filmie „Proste rzeczy” w momencie, kiedy byliśmy świeżo upieczonymi rodzicami. Nasza córka Alicja miała niecały rok. W tym czasie również zdecydowaliśmy się przeprowadzić na wieś i zaadaptować tam sobie część domu. Byliśmy w trakcie prac, kiedy zaczęły się rozmowy o wspólnej realizacji filmu. Najważniejszą postacią w tym układzie był Błażej. Grzegorz chciał opowiedzieć o jego trudnej relacji z ojcem i pokazać, jak młody mężczyzna – ojciec i partner - mierzy się z bolesnymi doświadczeniami z przeszłości, by odnaleźć spokój i siłę do działania w teraźniejszości.

Czy kamera w sferze intymnej jest rodzajem terapii? Przejrzeniem się w lustrze?
Kamera w sferze intymnej jest na pewno dużym przeżyciem, przynajmniej w życiu naturszczyków. Podeszliśmy do tematu z dużym zaangażowaniem, z wiarą, że historia, którą chce opowiedzieć Grzegorz, bazująca na naszych doświadczeniach, ale jednocześnie pozostająca fabułą, współgrająca z wrażliwością i wizją Grześka, będzie miała sens i będzie ważna dla widza. Chcielibyśmy, żeby ta historia kogoś poruszyła. Włożyliśmy w to dużą część siebie. Błażej na pewno musiał otworzyć swoją puszkę Pandory – dużo go to kosztowało. Czy film okazał się terapią? Nie, to tylko film.

Kadr z filmu 'Proste rzeczy', na zdjęciu Magdalena Sztorc i Błażej Sitowski. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Proste rzeczy", na zdjęciu Magdalena Sztorc i Błażej Sitowski. (Fot. materiały prasowe)

Mieliście precyzyjny scenariusz czy improwizowaliście?
Bazowaliśmy raczej na treatmencie. Rozpisaliśmy historię, którą chcieliśmy opowiedzieć na sceny. Każdą scenę Grzegorz z nami omawiał, każda miała swój cel. My również inspirowaliśmy Grześka – przez wiele tygodni spotykaliśmy się weekendami, opowiadaliśmy o naszej codzienności, działaniach, planach, wspomnieniach. Oprócz nas i Grzegorza, w spotkaniach brał udział Tomasz Schimscheiner (filmowy wujek), Weronika Bilska (autorka zdjęć) i Bartosz Świderski (drugi reżyser).Podczas planu zdjęciowego każda scena była improwizowana. Mówiliśmy własnym językiem, niemieliśmy rozpisanych dialogów. Najczęściej wszystko działo się w jednym dublu, w długich ujęciach – jedna kłótnia, jedna scena na rybach, itd. Ogromne znaczenie w tym projekcie i jego finalnym kształcie miał też montaż – trwał ponad rok.

Czy film wpłynął na waszą rodzinę?
Cieszymy, że mogliśmy wziąć udział w takim przedsięwzięciu. Nie da się tego wymazać. To też ważna rodzinna pamiątka. Jednocześnie był to eksperyment, trochę igranie z ogniem, z emocjami, z przeszłością. Nie zawsze czuliśmy się na to gotowi. Do dziś prowadzimy dyskusje, czy to miało sens, czy ten film nie utrudnił nam pewnych spraw. Czy to tak naprawdę nie było wywoływanie duchów, które dopiero teraz zaczynają nas nękać. Czy dopiero teraz nie nadszedł czas, żeby pewien rozdział zamknąć.

Film Grzegorza Zaricznego „Proste rzeczy” w kinach od 4 czerwca.

  1. Kultura

Laurie Anderson – niekończąca się opowieść

Laurie Anderson nigdy nie powtórzyła komercyjnego sukcesu singla „O Superman”, centralnej kompozycji z debiutanckiego albumu. Dokonała jednak czegoś innego. Jej twórczość stała się przestrzenią, w której przecinają się ścieżki różnych dyscyplin. (Fot. materiały prasowe)
Laurie Anderson nigdy nie powtórzyła komercyjnego sukcesu singla „O Superman”, centralnej kompozycji z debiutanckiego albumu. Dokonała jednak czegoś innego. Jej twórczość stała się przestrzenią, w której przecinają się ścieżki różnych dyscyplin. (Fot. materiały prasowe)
Właśnie ukazała się reedycja na czerwonym winylu legendarnego albumu Laurie Anderson „Big Science”. Piękny prezent dla jej fanów. Czyli dla kogo? Znawców muzyki awangardowej? Słuchaczy popu? Publiczności galerii sztuki współczesnej? Entuzjastów nowych technologii? Miłośników poezji czy filmu?

Dobry wieczór. Tu wasz kapitan. Za chwilę podejdziemy do próby awaryjnego lądowania”. Tak zaczyna się utwór „From the Air” otwierający „Big Science”. Utwór, który zabiera słuchacza w podróż bez powrotu – w rejs spadającym samolotem. Na tle zapętlonej jak spirala muzyki unosi się elektronicznie przetworzony głos Laurie Anderson, narratorki snującej katastroficzną opowieść. Ten głos, pozornie beznamiętny, obiektywny, zdający się należeć raczej do jakiejś zaawansowanej sztucznej inteligencji niż do żywej kobiety, potrafi hipnotyzować, rozbudzać wyobraźnię, grać na emocjach. W przyszłości opowie jeszcze wiele historii, które układają się w wielką sagę o współczesności, lataniu, polityce i świecie, w którym jutro nadeszło już dziś.

Rzucam to

Kiedy Laurie Anderson tworzyła „From the Air” i inne utwory z płyty „Big Science”, była postacią znaną, ale wyłącznie w wąskim kręgu nowojorskiej awangardy. Był przełom lat 70. i 80.; Anderson przybyła do miasta dziesięć lat wcześniej, szukając odpowiedzi na pytanie, kim tak naprawdę chce być w życiu. Urodziła się w 1947 roku na przedmieściach Chicago, jako jedno z ośmiorga dzieci pary, która postanowiła stworzyć rodzinną orkiestrę. Wszyscy bracia i siostry Laurie uczyli się zatem grać na instrumentach. Jej przypadły w udziale skrzypce. Jako nastolatka ćwiczyła po sześć godzin dziennie, szykując się do kariery zawodowej wirtuozki. W wywiadach wspomina spotkanie z pewną wybitną skrzypaczką, które sprawiło, że ten plan się nie ziścił.

„Zaczęłyśmy rozmowę i ze zdumieniem odkryłam, że ona błędnie wymawia co drugie słowo, nie potrafi się wyrazić – opowiada artystka. – Zrozumiałam, że nie chcę być taka jak ona. Chcę nauczyć się mówić! Pojęłam nagle, jak wiele jest rzeczy, których się nie nauczę, jeżeli dalej będę grała na skrzypcach. Decyzja o tym, żeby przestać grać, należy do kilku rzeczy, z których w swoim życiu jestem naprawdę dumna”.

Laurie miała w przyszłości znów wziąć skrzypce do ręki, ale był to już zupełnie inny instrument – urządzenie, które sama wynalazła i zbudowała, z elektroniczną głowicą zamiast progu i smyczkiem, na którym zamiast końskiego włosia rozpięta była taśma magnetofonowa. Na razie decyduje się na studiowanie biologii. Odkrywa jednak, że bardziej od nauki zajmuje ją ekstrahowanie chlorofilu z roślin i tworzenie tym naturalnym pigmentem rysunków. Przypomina sobie wówczas, jaką przyjemność sprawiało jej zawsze malarstwo. Rzuca więc i biologię, po czym przenosi się do Nowego Jorku, na historię sztuki. Studia kontynuuje na wydziale rzeźby, ucząc się u takich ówczesnych gigantów w tej dziedzinie jak Carl Andre i Sol LeWitt. To artyści, którzy zarażają ją zamiłowaniem do estetyki minimal – upodobaniem, któremu wierna pozostaje do dziś.

Dopóki nie roztopi się lód

W Nowym Jorku dołączyła do legionu aspirujących artystek i artystów, którzy tworzyli największą cyganerię świata sztuki lat 70. Pracowała jako instruktorka rysunku, ilustrowała książki dla dzieci, pisała krytyki do magazynów artystycznych. Wszystkie te dorywcze prace miały wspierać jej eksperymenty twórcze pokazywane w niszowych galeriach. Widywano ją na ulicy podczas publicznych performance’ów. Występowała obuta w łyżwy, które były przymarznięte do bryły lodu, artystka stała na niej niczym na postumencie. W rękach miała wspomniane elektroniczne skrzypce własnej konstrukcji. Specjalny tryb opóźniania dźwięku sprawiał, że mogła na nich grać duety z samą sobą. Koncert trwał, dopóki lód, w którym zatopione były łyżwy, nie roztopił się. Wtedy uwolniona performerka mogła zakończyć występ.

Ta i podobne akcje oraz instalacje pod koniec lat 70. zapewniły Laurie uznanie w świecie eksperymentalnej sztuki. Dla szerokiej publiczności pozostawała reprezentantką egzotycznego plemienia awangardzistów robiących rzeczy, których nie pojmie nikt, kto na co dzień nie żyje w świecie alternatywnych galerii i klubów na Manhattanie. Wkrótce jednak ten stan miał się radykalnie zmienić.

Fot. Zwierciadlo.plFot. Zwierciadlo.pl

Cud

W 1981 roku w domowym studiu, w na wpół partyzanckich warunkach, Laurie nagrała utwór „O Superman”. Szykowała go jako ścieżkę dźwiękową do nowego, operowego performance’u „United States”. Znajomi namówili ją jednak, by wydać piosenkę jako singiel w limitowanej edycji. Był to raczej konceptualny gest niż próba podbijania rynku muzycznego. Monotonna, hipnotyczna, minimalistyczna ośmiominutowa kompozycja, w której Anderson przetworzonym elektronicznie głosem robota bardziej recytuje, niż śpiewa rodzaj katastroficznej litanii o samotności, lękach i obsesjach Ameryki, wydawała się ostatnią rzeczą, która nadaje się na hit. Artystka nie była więc zaskoczona, kiedy w Stanach jedna rozgłośnia po drugiej odmawiały grania utworu jako zbyt trudnego dla masowej publiczności. Tym większe było więc jej zdumienie, kiedy dowiedziała się, że w Wielkiej Brytanii „O Superman” dociera do drugiego miejsca na liście przebojów, deklasując po drodze klasyczne rockowe i popowe kawałki.

Cud dokonał się za sprawą Johna Peela, brytyjskiego prezentera radiowego, który od lat 60. był wyrocznią w kwestii nowej muzyki. Peel, słynący z tego, że za nic ma konwencje i potrafi słuchać muzyki w sposób równie wizjonerski, w jaki nowatorscy artyści ją tworzą, puścił „O Supermana” w swojej audycji i za chwilę zastęp didżejów na Wyspach także chciał ten utwór grać. W tym czasie Anderson dystrybuowała swój wydany w nakładzie tysiąca egzemplarzy singiel metodą sprzedaży wysyłkowej. Osobiście pakowała i zanosiła na pocztę każdą zamówioną płytę. Pewnego dnia odebrała telefon z Wielkiej Brytanii, dzwonił facet z zamówieniem. „Odpowiedziałam mu: »Jasne, ile kopii wysłać?« – wspomina artystka. – A Brytyjczyk odparł: »No, na wtorek potrzebowałbym 40 tysięcy, a do następnego poniedziałku drugie tyle«”. Chwilę później artystka była już w biurze Warner Bros z prośbą o pomoc w wyprodukowaniu 80 tysięcy „O Supermanów”. Koncern odpowiedział propozycją kontraktu na siedem następnych albumów. Pierwszym z nich była płyta „Big Science”.

Fot. materiały prasoweFot. materiały prasowe

Wehikuły

Laurie Anderson nigdy nie powtórzyła komercyjnego sukcesu singla „O Superman”, centralnej kompozycji z debiutanckiego albumu. Dokonała jednak czegoś innego. Jej twórczość stała się przestrzenią, w której przecinają się ścieżki różnych dyscyplin. Jej koncerty to hybryda muzyki, performance’u, wideo artu i multimedialnej instalacji. Co ważniejsze, w sztuce, którą tworzy, znika granica dzieląca eksperymentalną awangardę i kulturę popularną. Ceniona w świecie sztuki wysokiej za innowacyjną formę, Anderson przemawia jednocześnie do publiczności, która z większości koncertów muzyki współczesnej wymknęłaby się przy pierwszej dogodnej okazji. Zawsze fascynowały ją nowe technologie, w latach 80. jej nagrania brzmiały, jakby pochodziły z przyszłości, ale nigdy nie robiły wrażenia obcych współczesnej wrażliwości. Jako muzyk Anderson wróciła do gry na skrzypcach, ale spełniła też swoje młodzieńcze marzenie o nauczeniu się mówienia: realizuje multimedialne performance’y, od lat 90. reżyseruje w teatrze i operze. Uniwersytet Harvarda powierzył jej wykładanie poezji. Na tym nie koniec, w 2015 roku festiwale filmowe triumfalnie objechał jej film „Heart of a Dog”. Artystka swobodnie przemieszcza się między różnymi środkami wyrazu, podporządkowując je zawsze swojemu najważniejszemu medium – opowieści.
Piosenka, film, instalacja – to tylko wehikuły, którymi opowiadane przez Anderson historie mają dotrzeć do odbiorcy. I to właśnie na gruncie opowieści, tej najważniejszej ze sztuk, w twórczości Anderson odnajdują się tak różne grupy fanów.

„Chalkroom”, czyli pokój-instalacja i praca VR Laurie Anderson we współpracy z Hsin-Chien Huangiem, pokazywana w Muzeum Sztuki Współczesnej Stanu Massachusetts MASS MoCA (2017). (Fot. materiały prasowe)„Chalkroom”, czyli pokój-instalacja i praca VR Laurie Anderson we współpracy z Hsin-Chien Huangiem, pokazywana w Muzeum Sztuki Współczesnej Stanu Massachusetts MASS MoCA (2017). (Fot. materiały prasowe)

Zaproszenie do lewitacji

Jeszcze w 2003 roku została pierwszą oficjalną artystką rezydentką przy NASA. Bezpośrednim owocem tej współpracy był performance „The End of Moon” z 2004 roku. W kolejnej dekadzie wyposażona w nowe cyfrowe narzędzia artystka powróciła na Księżyc w VR-owej instalacji „To the Moon”. To jedna z dwóch pionierskich prac w tej technice, które Anderson zrealizowała we współpracy z tajwańskim artystą Hsin-Chien Huangim. Pierwszą był „Chalkroom” z 2017 roku, uważany za jedno z najciekawszych VR-owych dzieł, jakie do tej pory powstały w sztuce. Odbiorca zostaje zaproszony do lewitacji w przestrzeni utkanej z rysunków i tekstów Anderson. Przemierzamy uniwersum wypełnione dźwiękiem i przestrzennym głosem artystki – świat, który jest jedną wielką szkatułkową opowieścią. To historia, która dla większości z nas zaczęła się wraz z pierwszym odtworzeniem płyty „Big Science”, albumu, który wtedy brzmiał, jakby nagrano go jutro, a dziś wydaje się idealnie pasować do dnia dzisiejszego. To opowieść o człowieczeństwie w futurystycznym świecie. I choć ów świat wydaje się coraz bardziej szalony, a nawet nieludzki, ta historia – podobnie jak opowieść Laurie Anderson – pozostaje wciąż aktualna i na szczęście jeszcze się nie kończy.

  1. Kultura

Musical "Waitress" – premiera w Teatrze Muzycznym ROMA

Fot. materiały prasowe Teatru Muzycznego ROMA
Fot. materiały prasowe Teatru Muzycznego ROMA
Broadwayowski musical „Waitress” opowiadający o kobiecie, która próbuje wyrwać się z nieudanego małżeństwa, zadebiutuje dziś na deskach Teatru Muzycznego ROMA. Wzruszająca i zabawna opowieść spotkała się z uznaniem publiczności i krytyków na całym świecie. Czy równie ciepło zostanie przyjęta przez polskich widzów?

Premiera musicalu „Waitress” odbyła się na nowojorskim Broadwayu w 2016 roku. Muzykę i teksty piosenek napisała Sara Bareilles, a libretto przygotowała Jessie Nelson (w oparciu o film według scenariusza i w reżyserii Adrienne Shelly). Spektakl przedstawia historię kobiety, która próbuje wyrwać się z toksycznego małżeństwa, odzyskać wolność i możliwość samodzielnego decydowania o własnym losie. Jej historia pokazuje, że „odchodzenie” to bardzo złożony proces, a istotną rolą odgrywają w nim przyjaciele, zapewniający kobiecie wsparcie.

Musical jest bardzo współczesny, nie tylko jeśli chodzi o fantastyczną muzykę, charakterystykę postaci i znakomicie poprowadzoną fabułę, ale także o nadrzędną tematykę. Bo oprócz tego, co dzieje się pomiędzy bohaterami na poziomie zwykłych wydarzeń, jest to spektakl o roli kobiet w dzisiejszym świecie, o ich emancypacji, która cały czas trwa – i o tym, że mają same prawo do decydowania o sobie. Te sprawy są cały czas aktualne, bo, niestety, ciągle nieoczywiste.

Autorki i realizatorki doskonale wiedziały, o czym robią spektakl – bo libretto, muzykę i teksty piosenek napisały dwie kobiety, a kolejne spektakl wyreżyserowały i zrobiły do niego choreografię. Inscenizacja, wydobywając te poważne kwestie, nie skupia się jednak tylko i wyłącznie na nich. Musical koncentruje się na konkretnych postaciach, bo tylko opowiadanie fabuły przez pryzmat indywidualnych doświadczeń ma sens i sprawia, że widz może sam odnieść się do tego, co widzi na scenie.

– Nie chcemy moralizować, osądzać wyborów bohaterów. Niech widzowie dokonają tych ocen sami, jeśli mają na to ochotę. Warto jednak najpierw spojrzeć w głąb własnego „ja” – i dopiero potem oceniać innych. To też jest ważne przesłanie „Waitress”. W tym musicalu sprawy układają się dokładnie tak jak w życiu: chwile złe przeplatają się dobrymi, a uśmiech z momentami załamania. Ale to wszystko do czegoś prowadzi. Jak śpiewa główna bohaterka: „momenty złe zyskują sens, gdy kończą się przemianą”. Właściwie nie oglądamy na scenie bohaterów idealnych, bez skazy. Dlatego historia, którą opowiadamy jest taka prawdziwa – mówi reżyser Wojciech Kępczyński.

Polska premiera musicalu „Waitress” już dziś w Teatrze Muzycznym ROMA.

  1. Kultura

Kino noir – zestawienie najlepszych filmów

„Asfaltowa dżungla” w reżyserii Johna Hustona to jeden z najważniejszych filmów noir. W roli Angeli Phinlay wystąpiła znakomita Marilyn Monroe. (Fot. Image Capital Pictures/Film Stills/Forum)
„Asfaltowa dżungla” w reżyserii Johna Hustona to jeden z najważniejszych filmów noir. W roli Angeli Phinlay wystąpiła znakomita Marilyn Monroe. (Fot. Image Capital Pictures/Film Stills/Forum)
"Wielki sen" z Humphreyem Bogartem, "Gilda" z Ritą Hayworth, "As w potrzasku" z Kirkiem Douglasem, czy "Proszę nie pukać" z Marilyn Monroe to kultowe filmy, które zna prawie każdy. Reprezentują one tzw. kino noir - gatunek, w którym królują czarno-białe kadry, najczęstszym tematem jest zbrodnia, a głównym bohaterem prywatny detektyw z piękną kobietą u swego boku. Zapraszamy na nasz przegląd najlepszych filmów noir.

Kino noir to popularny w latach 40. i 50. XX wieku gatunek w kinie amerykańskim, którego powstanie ściśle wiązało się z atmosferą pesymizmu i niepokoju, jaka zapanowała w Stanach Zjednoczonych wraz z wybuchem II wojny światowej. Sam termin wywodzi się natomiast z francuskiego filmoznawstwa, a po raz pierwszy użyty został w 1946 roku przez krytyka Nino Franka. Historie tzw. „czarnej serii” opierano głównie na klasycznych amerykańskich powieściach kryminalnych. Najczęściej pokazywały one niewyjaśnione zbrodnie, jednak bez moralizowania, happy endów i jasnego podziału na dobro i zło. Głównymi bohaterami zwykle byli prywatni detektywi, przeciętniacy przypadkowo wplątani w świat przestępczy oraz tzw. kobiety fatalne, czyli femme fatale. Najczęściej wybieraną lokacją było natomiast miasto, którego mroczny klimat uzyskiwano za sprawą charakterystycznych środków wizualnych: wyrazistych cieni, mocnych kontrastów i agresywnego montażu.

Najbardziej znanym aktorem kina noir był Humphrey Bogart. Wykształcił on charakterystyczny typ męskiego bohatera – prywatnego detektywa lub przestępcy, cynicznego ironisty i zatroskanego twardziela w prochowcu i z papierosem. Wraz ze swoją żoną Lauren Bacall, która partnerowała mu m.in. w „Wielkim śnie” oraz „Mrocznym przejściu” tworzyli najpopularniejszą parę kina noir, podobnie jak Adrian Ladd oraz Veronica Lake („Pistolet do wynajęcia”, „Błękitna dalia”). Ikoną gatunku stała się również Rita Hayworth („Gilda”, „Dama z Szanghaju”) oraz Jane Greer, kultowa odtwórczyni ról kobiet fatalnych. Innymi znaczącymi aktorami kina noir byli też m.in. James Cagney, Richard Conte, Richard Widmark oraz Robert Mitchum. Do najpopularniejszych filmów noir możemy zaliczyć:

„Sokół maltański” (1941)

Pierwszym w historii filmem noir był „Sokół maltański” w reżyserii debiutującego wówczas Johna Hustona. Grupa podejrzanych osobników nie cofnie się przed niczym, aby zdobyć drogocenny skarb - wysadzoną klejnotami statuetkę sokoła. Detektyw Sam Spade (w tej roli znakomity Humphrey Bogart) za wszelka cenę pragnie dowiedzieć się, dlaczego tak bardzo zależy im na jej zdobyciu - i kto stoi za zamordowaniem jego partnera. W pozostałych rolach wystąpili m.in. Jerome Cowan, Mary Astor oraz nominowany do Oscara Sydney Greenstreet.

Kadr z filmu „Sokół maltański”. (Fot.  Film Stills/Forum)Kadr z filmu „Sokół maltański”. (Fot. Film Stills/Forum)

„Gilda” (1946)

„Gilda” Charlesa Vidora to jeden z najsłynniejszych filmów w dorobku aktorskim Rity Hayworth. Jego akcja toczy się w Buenos Aires, a głównym bohaterem jest nałogowy hazardzista Johnny Farrell (Glenn Ford), który zatrudnia się w jednym z tamtejszych kasyn. Wszystko komplikuje się, gdy żona przełożonego, piękna Gilda, okazuje się być dawną kochanką Johnny'ego. Produkcję krytykowano za prowincjonalność, utrwalanie szkodliwych stereotypów, a nawet przesadne epatowanie seksualnością Hayworth. Mimo to, film odniósł wielki sukces, a dziś zaliczany jest do klasyki amerykańskiego kina.

Kadr z filmu „Gilda”. (Fot. Columbia Pictures/Entertainment Pictures/Forum)Kadr z filmu „Gilda”. (Fot. Columbia Pictures/Entertainment Pictures/Forum)

„Wielki sen” (1946)

Filmowa ekranizacja powieści Raymonda Chandlera „Wielki sen” to klasyk nie tylko kina noir, ale również kina detektywistycznego. Tytuł został dodany do National Film Registry, a także znajduje się na liście arcydzieł magazynu „Empire”. Prywatny detektyw Philip Marlowe zostaje wynajęty przez generała Sternwooda, aby rozwikłać sprawę szantażowania jego córki Carmen, która popadła w długi u księgarza Arthura Geigera. Na pozór rutynowa sprawa prowadzi bohatera do mrocznego półświatka Los Angeles pełnego gangsterów, morderców i zepsutych bogaczy. W rolach głównych wystąpili wspomniani wcześniej Humphrey Bogart i Lauren Bacall.

Kadr z filmu „Wielki sen”. (Fot. Mary Evans Picture Librar/Forum)Kadr z filmu „Wielki sen”. (Fot. Mary Evans Picture Librar/Forum)

„Pocałunek śmierci” (1947)

„Pocałunek śmierci” Henry’ego Hathawaya to kolejny klasyczny obraz kina noir. Po nieudanym napadzie na jubilera złodziej zostaje schwytany i odmawia wydania swoich wspólników. Bohater zmienia jednak zdanie, gdy dowiaduje się, że jego żona popełniła samobójstwo. Film był również bardzo udanym debiutem aktorskim Richarda Widmarka, który za drugoplanową rolę psychopatycznego zabójcy otrzymał Złoty Glob oraz nominację do Oscara. Krytycy byli zgodni: aktor stworzył „błyskotliwą kreację, która utrwaliła jego image na wiele lat”.

Kadr z filmu „Pocałunek śmierci”. (Fot. BEW Photo)Kadr z filmu „Pocałunek śmierci”. (Fot. BEW Photo)

„Dama z Szanghaju” (1947)

Kultowa „Dama z Szanghaju” z Orsonem Wellesem po obu stronach kamery opowiada historię marynarza Mike'a O'Hary, który dołącza do rejsu z państwem Bannister, a tym samym zostaje wplątany w morderczą intrygę. Film zaczyna się, gdy Elsa Bannister (Rita Hayworth) zostaje napadnięta przez młodych złodziejaszków podczas spaceru w parku. Gdy pomocy udziela jej Mike, ta proponuje mu, aby zaciągnął się na jacht jej męża. Problem w tym, że na pokładzie przebywa także detektyw Sidney Broome i Grisby, który proponuje O'Harze 5000 dolców za sfingowanie własnej śmierci...

Kadr z filmu „Dama z Szanghaju”. (Fot. Columbia Pictures/Entertainment Pictures/Forum)Kadr z filmu „Dama z Szanghaju”. (Fot. Columbia Pictures/Entertainment Pictures/Forum)

„Asfaltowa dżungla” (1950)

Gangsterski klasyk kina noir „Asfaltowa dżungla” polecali niegdyś w kultowym cyklu „Perły z lamusa” Tomasz Raczek i Zygmunt Kałużyński - to chyba najlepsza rekomendacja. Pewien złodziej po wyjściu z więzienia decyduje się na ostatni skok w swej karierze, chcąc ukraść dużą ilość drogocennej biżuterii. W tym celu opracowuje perfekcyjny plan i kompletuje ekipę mającą dokonać rabunku. Jego wspólnicy to kierowca, włamywacz i zabójca, a całe „przedsięwzięcie” ma sfinansować pewien adwokat-bankrut. Wkrótce gangsterzy wpadają jednak w poważne tarapaty. Film wyróżniono m.in. nagrodą na Festiwalu w Wenecji i 4 nominacjami do Oscara.

Kadr z filmu „Asfaltowa dżungla”. (Fot. Mondadori Collection/Universal Images Group/Forum)Kadr z filmu „Asfaltowa dżungla”. (Fot. Mondadori Collection/Universal Images Group/Forum)

”Bulwar zachodzącego słońca” (1950)

Zawierający elementy dramatu, horroru i komedii „Bulwar zachodzącego słońca” Billy'ego Wildera to prawdziwa klasyka gatunku. Film przedstawia historię wygasłej gwiazdy kina niemego, która próbując wrócić na ekran, wiąże się z młodym scenarzystą. Gdy mężczyzna postanawia zakończyć związek, kobieta popada w szaleństwo. Strzela do ukochanego, a moment przybycia policji wykorzystuje jako okazję do swego ostatniego aktorskiego występu. Dogłębnie penetrujący świat show biznesu obraz spodobał się nie tylko widzom, ale również krytyce, o czym najlepiej świadczy 11 nominacji do Oscara oraz 3 statuetki.

Kadr z filmu „Bulwar zachodzącego słońca”. (Fot. Mary Evans Picture Librar/Forum)Kadr z filmu „Bulwar zachodzącego słońca”. (Fot. Mary Evans Picture Librar/Forum)

„Nieznajomi z pociągu” (1951)

Oparty na powieści Patricii Highsmith film „Nieznajomi z pociągu” to wciągająca historia, która wgniecie was w fotel. Podczas podróży pociągiem główni bohaterowie, Guy Haines (Farley Granger) i Bruno Anthony (Robert Walker), rozmawiają o pomyśle na zbrodnię doskonałą: jeden zabija wskazaną przez swego wspólnika ofiarę, po czym drugi rewanżuje się podobnie, dzięki czemu nie sposób powiązać zamordowanych ze sprawcami. Po chwili zawierają umowę: żona Guya „w zamian” za ojca Brunona. Film wyreżyserował i wyprodukował mistrz suspensu Alfred Hitchcock.

Kadr z filmu „Nieznajomi z pociągu”. (Fot. Mary Evans Picture Librar/Forum)Kadr z filmu „Nieznajomi z pociągu”. (Fot. Mary Evans Picture Librar/Forum)

„As w potrzasku” (1951)

Fabuła filmu „As w potrzasku” z legendą kina Kirkiem Douglasem w roli głównej powstała na podstawie dwóch autentycznych wydarzeń. Głównym bohaterem jest tu arogancki reporter, który zostaje zatrudniony w niewielkiej redakcji. Kiedy dowiaduje się o wypadku wewnątrz pobliskiej kopalni, postanawia wykorzystać go do własnych celów. Wyreżyserowany, wyprodukowany i napisany przez Billy'ego Wildera obraz zapewnia widzom całą gamę emocji, trzymając w napięciu od pierwszej do ostatniej minuty. W pozostałych rolach wystąpili m.in. Jan Sterling, Robert Arthur, Porter Hall i Frank Cady.

Kadr z filmu „As w potrzasku”. (Fot. Collection CSFF/Rue des Archives/Forum)Kadr z filmu „As w potrzasku”. (Fot. Collection CSFF/Rue des Archives/Forum)

„Proszę nie pukać” (1952)

Dramat „Proszę nie pukać” oparty na powieści Charlotte Armstrong przedstawia historię Nell Forbes, która po nieudanej próbie samobójczej trafia do szpitala psychiatrycznego. Niedługo po jego opuszczeniu zostaje zatrudniona jako opiekunka do dziecka przez bogate małżeństwo. Rodzina nie zna jednak przeszłości kobiety, która początkowo nie wzbudza niepokoju swoim zachowaniem, lecz w pewnym momencie zaczyna zagrażać nie tylko sobie, ale też swojej podopiecznej. W rolę Nell wcieliła się Marilyn Monroe - była to pierwsza dramatyczna, i zarazem pierwszoplanowa kreacja aktorki.

Kadr z filmu „Proszę nie pukać”. (Fot. BEW Photo)Kadr z filmu „Proszę nie pukać”. (Fot. BEW Photo)