1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Keira Knightley i jej niebezpieczna metoda

Keira Knightley i jej niebezpieczna metoda

Jako Elizabeth Swann w "Piratach z Karaibów"
Na dużym ekranie zasłynęła rolą Elizabeth Swann w przebojowej trylogii „Piraci z Karaibów”. Mogliśmy ją także oglądać w filmowej adaptacji książki „Duma i uprzedzenie” oraz m.in. we współczesnej komedii romantycznej „To właśnie miłość”. 4 listopada w kinach pojawi się najnowszy obraz Davida Cronenberga „Niebezpieczna metoda”, w którym Keira Knightley wciela się w rolę nękanej przez histerię i lubiącą klapsy Sabiny Spielrein - pacjentkę Carla Junga i Zygmunta Freuda.

- Trudne to było? (śmiech)

- O której części pan mówi? O całości? Od początku proszę…

- Zacznijmy od trzyminutowej sceny sadomasochistycznych klapsów.

- Czyta pan w moich myślach. To rzeczywiście trwa trzy minuty?

- To musiało być spore wyzwanie, szczególnie teraz, w erze Internetu.

- Moj agent powiedział, że David Cronenberg chce zaproponować mi rolę w filmie. Byłam tym faktem bardzo podekscytowana. I byłam tak na 90% zdecydowana, że chcę wziąć udział w tym projekcie, zanim jeszcze dotarło do mnie, co to będzie za film. Potem powiedziano mi, że scenariusz napisał Christopher Hampton. Pracowałam z nim wcześniej, uwielbiam jego twórczość, więc od razu pomyślałam, że to jest jak spełnienie marzeń. Scenariusz zafascynował mnie od razu po przeczytaniu i wydał mi się szalenie interesujący, ale były w nim dwie sceny, które w moim uznaniu powinny zostać trochę złagodzone, bo nie chciałam tego robić. Zadzwoniłam do Davida Cronenberga i powiedziałam mu, że uwielbiam i jego, i scenariusz i bardzo chciałabym z nim pracować, ale nie jestem w stanie zagrać tych dwóch scen. David wykazał pełne zrozumienie – powiedział, że byłoby tragedią, gdybym nie zagrała w filmie, więc wyrzuci te sceny albo zastanowi się, jak je pokazać w taki sposób, bym jednak była w stanie je zrobić. Wtedy sobie pomyślałam, że jednak te sceny są istotną i integralną częścią całości, i że nie powinno się ich usuwać i w końcu udało się nam dojść do punktu, w którym mogłam poczuć się komfortowo przy ich kręceniu. Od samego początku byłam niezwykle zafascynowana postacią, którą odtwarzam, i im bardziej się jej przyglądałam, tym bardziej rozumiałam to, co mam przedstawić. Przeciwstawiłam pozytywy i negatywy i zastanawiałam się, które przeważają. Ostatecznie uznałam, że zagranie tej wspaniałej roli i praca z Davidem to wystarczający powód, by jednak się zdecydować.

- Niemniej te sceny zostały nakręcone w taki sposób, że ciężko byłoby je wykorzystać jako “voyeurystyczne narzędzie”.

- Taki był od początku zamysł Davida i to jak ja to widziałam. Sceny te są wręcz kliniczne, starałam się je pokazać tak, by wcale nie były seksowne. I właśnie dzięki temu nie czułam skrępowania podczas ich kręcenia.

- W latach 60., gdy nie było Internetu, aktorzy w filmach znacznie częściej pokazywali się nago. Dziś już tak nie jest.

- Racja. W latach 60. było mnóstwo nagości – zresztą tak samo w latach 70. a nawet 80. – i to więcej niż dziś. Z jednej strony mam świadomość, że wykonuję taką pracę, i czasem staram się jakoś wpłynąć na ostateczny wygląd pewnych scen, jednak z drugiej strony nie chcę podejmować decyzji w sprawie jakiejś roli z obawy, że ktoś zrobi mi zdjęcia i opublikuje w Internecie. Część mnie ma to gdzieś (śmiech) i bardzo dobrze, bo inaczej, gdybym starała się nieustannie chronić siebie (co jest niemożliwe w 100%), to wtedy może to mieć negatywny wpływ na moją pracę.

- Jakie inne aspekty kultury internetowej sprawiają, że czujesz się niekomfortowo?

- Muszę przyznać, że nie jestem częścią tej “kultury internetowej”. Mam e-mail, który sprawdzam bardzo rzadko, przeglądam parę stron z newsami i tyle. Nigdy nie prowadziłam bloga, nie mam konta na Facebooku, nie korzystam z Tweetera. Nie jestem w to w żaden sposób zaangażowana, głównie dlatego, że mnie to specjalnie nie interesuje. Lubię za to książki (śmiech)

- A piszesz listy?

- Nie, nie piszę listów (śmiech)

- Korzystasz z telefonu?

- Tak. (śmiech)

Jako Sabina Spielrein w filmie "Niebezpieczna metoda"

- Jak dla mnie najbardziej ryzykowną częścią Twojej roli, nie były sceny sado-maso tylko sceny histerii na samym początku. Jak udało Ci się rozwinąć tę część psychiki?

- To wszystko było w scenariuszu. Zastanawialiśmy się, co to znaczy, że ktoś ma tiki nerwowe. Rozmawiałam o tym z Christopherem Hamptonem i powiedziałam, że zamierzam zrobić ten film i chcę by mi pomógł, bo nie wiem, jak się do tego zabrać. Odwiedziłam go w domu, myślałam, że czeka mnie kilkugodzinna rozmowa – a on dał mi stos książek do przeczytania. David też wcześniej je przeczytał, więc wiedział, przez co muszę przejść i wybrał dla mnie fragmenty, które pomogłyby mi w odpowiedzi na pytanie, jak wejść w ludzki umysł i wydobyć logikę z jej szaleństwa. Patrząc z zewnątrz, cały czas uważamy, że to co robi Sabina, jest szalone, podczas gdy dla niej to było logiczne, to był jedyny sposób, w jaki mogła się zachować – a ja starałam się znaleźć powody takiego zachowania. Znalazłam także fragmenty tłumaczeń jej pamiętnika, w którym opisywała siebie jako demona albo psa. To był dla mnie punkt wyjścia dla fizycznej strony mojej bohaterki. Tego nie było w scenariuszu, a ja pomyślałam, że to ważne do pokazania w postaci, którą gram. Chciałam osiągnąć swego rodzaju efekt demoniczności, siadałam więc przed lustrem i stroiłam różne miny (śmiech), kontaktowałam się przez Skype’a z Davidem i pokazywałam mu moje propozycje, a on to akceptował (śmiech).

- To bardzo ryzykowne, bo – źle zagrane – może być odebrane jako śmieszne.

- Jasne, ale gdy pracuje się z takim reżyserem jak David Cronenberg, to nawet gdy się przeszarżuje, jest dobrze, bo zawsze możesz być ściągnięty z powrotem na niższy pułap. Gdy dajesz z siebie niewystarczająco dużo, to trudno cię podnieść wyżej. Tak więc moim sposobem było pójście na całość, a gdy reżyser uzna, że przeholowałam, to będzie w stanie sprowadzić mnie na właściwe tory. I tak to wyglądało. David jest wspaniałym filmowcem, więc po prostu mu zaufałam.

- Czy było Ci łatwo odnieść się do kreowanej postaci? Przeszła wiele zmian i była dość dziwną osobą pod wieloma względami

- Nie, nie było łatwo. (śmiech)

- Film naprawdę oparty jest na prawdziwej historii?

- Właściwie to jest oparty na mojej i Davida interpretacji tego, co zdarzyło się naprawdę, więc nie wiem, na ile jest to zgodne z prawdą.

- Sabina Spielrein to fascynująca kobieta...

- Tak. Na cztery miesiące przed kręceniem filmu dużo o niej czytałam. Do tego scenariusz jest wspaniale napisany, pozwala otwierać się na interpretacje, a to tak naprawdę jest moją pracą – poprzez lekturę i rozmowy z Davidem oraz wykorzystując wyobraźnię, zdecydowaliśmy o reszcie i w ten sposób ukształtowaliśmy tę postać.

- Czy sądzisz, ze zrozumienie psychoanalizy może być pomocne dla aktorów, czy bardziej liczy się intuicja?

- I to, i to jest ważne. To bardzo ciekawy proces, w którym duże znaczenie ma instynkt. Na samym początku kariery polegałam głównie na nim i całkiem daleko zaszłam. Ale dochodzi się też do takiego punktu, w którym zdajemy sobie sprawę, że zaszliśmy daleko, lecz sam instynkt nie zaprowadzi nas dalej i wtedy zaczynasz się przyglądać temu, jak pracujesz i odnajdujesz tę całą psychoanalityczną strukturę i starasz się przyglądać danej postaci. A moją pracą jest patrzenie na świat oczami innej osoby i to najbardziej uwielbiam. Myślisz o tym, dlaczego ludzie reagują w ten a nie inny sposób w pewnych sytuacjach; gram ludzi, którzy robią rzeczy, z których ja prywatnie nie akceptuję, ale muszę je zrozumieć i nie oceniać.

 - Czy myślisz, że stan paranoi i aktorstwo mają coś ze sobą wspólnego?

- Nie.  Sądzę, że sztuka sama w sobie to poszukiwanie zrozumienia człowieczeństwa, po części mógłbyś się kłócić, że sztuka jest paranoją, ale ja się z tym nie zgadzam. Uważam, że jest w nas coś, co wymaga historii, która będzie nas fascynować. A ja jestem częścią zespołu, który opowiada te historie. Wielu ludzi mówiło, że aktorstwo jest dla nich formą terapii, ale ja nie jestem jedną z nich. Ono bywa oczyszczające, ale nie terapeutyczne.

- To Twój pierwszy film z Davidem Cronenbergiem. Jak go sobie wyobrażałaś?

- Interesujące było słuchać opinii innych, którzy uważali, że ten film będzie dla niego odskocznią, czymś, czego jeszcze nie robił w swojej karierze. To prawda, ale ja sądzę, że wszystkie jego filmy różnią się od siebie, ale mają także jakby „pieczęć Cronenberga”, która sprawia, że rozpoznajesz jego obraz. Tak jest też w przypadku „Niebezpiecznej metody” – ten film ma w sobie wiele szokujących momentów i dość brutalną naturę – nie tak dosłowną jak w „Historii przemocy” czy „Wschodnich obietnicach”, ale wewnętrznie mającą z nimi wiele wspólnego.

- Myślę sobie, że można studiować psychologię, ale to niekoniecznie czyni z nas dobrego terapeutę. Czy sądzisz, że Ty miałabyś odpowiednie…

- Nie (śmiech)… Odpowiednie kwalifikacje do bycia terapeutą? Nie.

- Jesteś złym słuchaczem?

- Nie, nie o to chodzi. Chyba byłabym zbyt przerażona możliwością ingerencji w ludzkie umysły. Przerażałby mnie też wpływ, jaki oni mogliby mieć na mnie. Musisz być niezwykle silny, szczególnie, gdy masz do czynienia z kimś bardzo chorym. Rozmawiałam z paroma terapeutami, moja przyjaciółka jest jedną z nich i ona powiedziała mi, że gdy masz sesje z najbardziej chorymi ludźmi, to oni będą cię przekonywać, że są całkowicie zdrowi i wtedy twoja wizja rzeczywistości kompletnie się zmienia. I dlatego uważam, że terapeuci powinni być badani, by móc na bieżąco sprawdzać ich równowagę emocjonalną. A to mnie przeraża (śmiech), tak więc „nie” jest odpowiedzią na Twoje pytanie – po prostu nie dałabym sobie z tym rady.

- Podobno znowu będziesz grać Rosjankę.

- Tak. A najlepsze jest to, że jeszcze nie byłam w Rosji (śmiech).

- Będziesz ponownie pracować przy filmie z Joe Wright’em i Saoirse (Ronan) [wcześniej zrobili wspólnie „Pokutę” przyp. red.]?

- Nie, bez Saoirse, jest w tej chwili zaangażowana w inny projekt.

- Bardzo jesteś podekscytowana tą produkcją?

- Bardzo. Zaczynamy kręcić za dwa tygodnie, dotychczas mamy za sobą trzy tygodnie prób. Pracuję ze świetną grupą ludzi, z Joe pracowałam już wcześniej, a to bardzo pomaga. Choć jestem też trochę przerażona – nie wiadomo jak nam to wyjdzie, to wielka ksiażka i trudny materiał.

- A jaka to książka?

- “Anna Karenina”.  Chcemy dać z siebie absolutnie wszystko i pracować możliwie najciężej, aby wykonać najlepszą robotę. To nie znaczy, że nam sie uda, ale będziemy sie starać ze wszystkich sił.

- Patrząc na Davida i na jego ekipę – szczególnie na Viggo Mortensena, z którym Cronenberg pracował już wielokrotnie –  wygląda to jak taka mała filmowa rodzina.  O Tobie można chyba powiedzieć to samo w kontekście pracy z Joe Wright’em.

- Zrobiliśmy jak dotąd dwa filmy : “Dumę i uprzedzenie” i “Pokutę” oraz trzy reklamy, a więc tak jakby pracowaliśmy razem już pięć razy. On cały czas korzysta z tych samych ludzi, ma swoją ekipę, są oczywiście jakieś różnice, ale generalnie zespół jest cały czas ten sam. To wspaniałe. Uwielbiam dołączać do tej grupy. Wydaje mi się, że idea swego rodzaju “drużyny graczy” przestała być aktualna w większości przypadków, a więc bardzo rzadko masz okazję pracować z tymi samymi osobami, przez co filmy są trochę jak początkujące firmy:  cały czas pojawiają się jakieś problemy, ludzie starają się poznać siebie nawzajem, odkryć, jak pracuje cały mechanizm produkcji i często w początkowej fazie pewnie rzeczy idą nie tak, jak trzeba. Ale gdy zaczynasz pracować w grupie, która jest ze sobą już dłuższy czas, to wtedy przypomina to dobrze naoliwioną maszynę. Bardzo cenię też sobie współpracę z nowymi ludźmi, co pozwala mi zdobyć nowe doświadczenia, ale czuję się bardzo szczęśliwa z tej relacji, jaką mam z Joe.

Jako Elizabeth Swann w "Piratach z Karaibów"

- Myślę o Twoich filmach, jak “Pokuta”, “Anna Karenina”, a nawet seria  “Piraci z Karaibów” i widzę, że swoją pracą i wyborem ról celujesz w bardzo klasyczną nutę – trochę podobnie do aktorki ze “Złotej Ery Hollywood”: Greta Garbo czy Celia Johnson.

- Istnieje opinia, że wtedy były złote czasy dla kobiecych postaci w kinie. Jak sobie pomyślisz o tych wszystkich gwiazdach z lat 30., 40. i postaciach, jakie grały Bette Davis czy Katherine Hepburn, to uświadomisz sobie, że dziś nie ma już takich ról dla aktorek. Brak nam tych postaci. Przyglądam się im i czerpię od nich jak najwięcej się da. Poszukuję ról kobiet skomplikowanych i dziwnych, no może nie dziwnych, ale interesujących. I pewnie stąd biorą się Twoje przemyślenia. Nie jestem zainteresowana tylko i wyłącznie graniem obiektu miłości, choć i to mi się zdarzyło.

- Zrobiłaś też ostatnio komedię ze Steve’em Carrellem “Seeking a Friend for the End of the World”

- To czarna komedia. Opowiada o końcu świata. Reżyseruje debiutantka [Lorene Scafaria  przyp.red.]. Zakochałam się w scenariuszu – wcześniej nie czytałam czegoś takiego. Do tego uwielbiam Steve’a Carrella, wspaniale się z nim pracuje. Pierwszy raz robiłam komedię, a on jest niesamowity, ma zupełnie inną dyscyplinę pracy. Bardzo dużo się nauczyłam, obserwując go. W jego postaciach zawsze jest głębia, są trochę mroczne i doświadczone przez życie, ale jednocześnie zabawne.

- A za jakim końcem świata się mierzycie w tym filmie? Bo ostatnio to dość częsty temat w wielu filmach.

- Chodzi o 2012 rok, tak? Nadchodzi zapowiedziany przez Majów koniec świata. Zawsze jest jakiś koniec świata. Kiedyś dużo się mówiło o przepowiedniach Nostradamausa, a teraz mamy rok 2012.

- To czysty biznes

- (śmiech) Tak, to biznes końca świata, a jaki jest ten w naszym filmie? Akcja dzieje się w przyszłości – choć nie do końca – bohaterowie dowiadują się, że do Ziemi zbliża się asteroida i nie da się nic na to poradzić. Historia jest więc o tym, jak ludzie wykorzystują ostatnie 20 dni swojego życia.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze