1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Dorota Kędzierzawska - już jest za późno, nie jest za późno

Dorota Kędzierzawska - już jest za późno, nie jest za późno

</a> Kadr z filmu
Kadr z filmu "Jutro będzie lepiej"
„Zawsze interesował mnie pewien typ człowieka, który na pozór wydaje się słabszy od innych, tymczasem jest dużo ciekawszy wewnętrznie od większości przebojowych osób” - z polską reżyserką Dorotą Kędzierzawską, o jej najnowszym filmie „Jutro będzie lepiej”, rozmawia Anna Bielak.

- Filmem „Jutro będzie lepiej” po krótkiej przerwie wraca pani do dziecięcych bohaterów. Twierdzi pani, że ma świetny kontakt z dziećmi, ponieważ w przeciwieństwie do dorosłych, one nie zakładają masek. Pani też tego nie robi?

Nawiązywanie kontaktu z dziećmi rzeczywiście nieźle mi się udaje. Czy zawdzięczam to niezakładaniu przez siebie maski? Nie wiem, staram się tego nie robić, ale zdaję sobie sprawę, że wraz z upływem czasu wszyscy się zmieniamy. Udajemy coś, choćby po to, by bronić się przed światem. 

- Zabiera pani dzieci poza obręb tego świata, obserwuje je nad morzem, w lesie – na otwartej przestrzeni, nie wpisuje ich w oczywisty sposób w ramy kultury, która zmusza do gry i udawania.

- Przestrzeń w moich filmach jest ściśle związana z opowiadaną historią. Zwykle dotyczy ona dzieci wędrujących, a z poszukiwaniem – innego świata, innego życia czy innych ludzi – wiąże się podróż, czyli wyjście z domu i opuszczenie oswojonych miejsc.

- W „Jutro będzie lepiej” podróż prawdopodobnie skończy się w miejscu, w którym się zaczęła. W tym względzie film ma bardzo pesymistyczny wydźwięk, bo jeśli nie ma przyszłości dla dzieci, to dla kogo jest?

Kadr z filmu 'Jutro będzie lepiej' Kadr z filmu "Jutro będzie lepiej"

- Zupełnie nie zgadzam się z taką interpretacją. Sam fakt, że dzieci mają tak nieprzystające do rzeczywistości marzenia, pozornie niemożliwe do zrealizowania, świadczy o ich ogromnej wewnętrznej sile, którą nie wszyscy dysponują. To, że dwójce małych chłopców udało się przejść przez rosyjsko-polską granicę jest niewiarygodne. Prawdziwa historia, która wydarzyła się kilka lat temu, potwierdza, że jest to możliwe. Koniec opowieści jest oczywiście istotny ze względu na dalsze losy chłopców, myślę jednak, że powinniśmy zwrócić szczególną uwagę na to, czego doświadczyli po drodze, co byli w stanie dać sobie nawzajem, jakich ludzi spotkali. Wszystko to daje im niesłychane predyspozycje do bycia silnym w przyszłości. Tytuł filmu ma na to wskazywać. Nie chciałam pokazywać stłamszonych dzieci, którym rzekomo się nie udało. Jest wręcz odwrotnie – oni odnieśli sukces, w finale zawinił ktoś inny. Ich powrót jest wynikiem reguł panujących w świecie dorosłych, winą systemu, prawa. Dzieci dokonały jednak czegoś absolutnie niezwykłego. Jestem pewna, że takie rzeczy są ogromnie motywujące. W podobnie różnorodny sposób interpretowane były na przykład „Wrony” (1994). Los bohaterki filmu niby kończy się w miejscu, z którego wyszła. Dziewczynka wraca do domu i swojej matki, jej samotność nie ulega redukcji. Przygoda, którą ma za sobą daje jej jednak siłę do spojrzenia na życie z innej perspektywy. W przypadku chłopców z „Jutro będzie lepiej” jest dokładnie tak samo i to jest najważniejsze. Dzieciom nie musi się udać, jednak ci, którzy mają marzenia – pozornie nie do spełnienia, wbrew wszystkiemu dokonują czegoś absolutnie niebywałego, mają więcej szans na to, by stać się naprawdę fajnymi ludźmi.

- Pozbawia pani swoich małych bohaterów matek – tak było w filmie „Wrony”, gdzie mała dziewczynka sama starała się przejąć rolę matki, później zarówno w „Jestem” jak i w pani najnowszym filmie postać matki nie istnieje.

- W „Jutro będzie lepiej” nie ma matek, ponieważ nie było ich w prawdziwej historii. Opowiadała ona o bezdomnych, dworcowych, rosyjskich dzieciach, które postanowiły uciec do Polski. Chciały tutaj mieszkać, uczyć się, zmienić swoje życie. W rzeczywistości wszystko skończyło się tak, jak w filmie. Zwykle znam jakiś okruch czyjegoś życia, na jego podstawie powstaje cały scenariusz.

- „Jutro będzie lepiej” jest oparte na faktach, ma też nieco socjologiczny wydźwięk. Dlaczego oglądamy film fabularny, a nie dokument?

- Myślę, że głównym powodem takiej decyzji jest fakt, że ja tak naprawdę nie chcę opowiadać o bezdomnych dzieciach, tylko o silnych ludziach. O tych, którzy mają marzenia i dzięki nim przechodzą przez góry, przepływają oceany.

- Dzieci mają w sobie piękną naiwność, starsi ludzie tzw. życiową mądrość. Dzieciństwo i starość to dwa graniczne punkty w życiu. Kim jest człowiek, który znajduje się pomiędzy nimi?

- Trudno w tej kwestii mówić o regułach, to zależy od człowieka. Możemy spotkać kogoś takiego, jak bohaterka „Pora umierać”, kto zachowuje w sobie młodość mimo, że fizycznie jest osobą bardzo starą. Cechuje ją jednak ciekawość świata, pragnienie życia – to coś pięknego, to powoduje, że niesłychanie szanujemy taką osobę i jest nam ona bliska. Zazdroszczę takim ludziom tak pięknej starości. Los każdego człowieka układa się jednak inaczej. Moim zdaniem najsmutniejsze w wieku średnim jest to, że dużo ludzi właśnie wtedy zapomina o swoich marzeniach, o tym, kim chcieli być, co mieli robić. Wpadają wówczas w rutynę, usypiają i budzą się z marazmu dopiero stając nad grobem. Wtedy okazuje się jednak, że jest już za późno na cokolwiek.

- W pani filmach jedną z głównych ról odgrywa przemijanie, dotyczy dziecięcych marzeń, iluzji snutych w codziennym życiu.

- Jasne, że tak. Choć trzeba pamiętać, że to, o czym chcemy opowiadać jest dosyć skomplikowane, składa się z wielu podtekstów. Każdy dialog można interpretować na kilka różnych sposobów. Uważam jednak, że film skończony, zmontowany i oddany w ręce publiczności powinien bronić się sam. Opowiadana historia jest otwarta na interpretacje, ponieważ każdy widz patrzy na film z perspektywy własnego życia, kształtowanego przez odmienne sytuacje i przeżycia. Z tego względu jedni będą ją odrzucać, innym się spodoba. Odmiennych reakcji mogą być tysiące.

- Każdy filtruje film przez własne doświadczenia i swoje obsesje. Jakie są pani obsesje?

- Staram się nad tym nie zastanawiać. Zwykle nie patrzę wstecz, ale wciąż zajmuję się kolejnymi projektami. Już teraz zapominam o swoim ostatnim filmie. Każdy z nich można poprawiać w nieskończoność, nie sposób tego robić. Nie wiem, czy nazywać to obsesją, ale zawsze interesował mnie pewien typ człowieka, który na pozór wydaje się słabszy od innych, tymczasem jest dużo ciekawszy wewnętrznie od większości przebojowych osób. Wydaje się, że one łatwiej radzą sobie w życiu, ale czy zauważają, jak wiele przy tym tracą? Zwykle przechodzą obok rzeczy i ludzi nie zauważając tak naprawdę ich wartości.

- Żałuje pani, że czegoś nie zauważyła w życiu?

- Nie. Zmieniam się z każdym dniem, każdym rokiem tak jak wszyscy ludzie. Uważam, że każdy ma swoją porę, żeby dostrzec pewne sprawy.

- Niezmiennie tylko wzrusza się pani w kinie. W teatrze jest odwrotnie, twierdzi pani, że teatr wzmaga poczucie sztuczności. Jednocześnie przyznaje pani, że dokładnie pokazuje swoim aktorom, jak powinni zachowywać się przed kamerę. W kinie, w pani kinie też jest sztuczność.

- Kiedy byłam kiedyś w Moskwie na „Mewie” Antoniego Czechowa oczywiście bardzo się wzruszyłam. Spektakl był tak zagrany, że nie dało się zareagować inaczej. Współczesny teatr jest jednak trochę inny niż dawniejszy, nie daje mi tego, czego oczekuję. Podczas jednej z berlińskich projekcji „Jutro będzie lepiej” bardzo zróżnicowana publiczność zgodnym chórem stwierdziła, że tak naturalnych dzieci, jak w moim filmie, nikt jeszcze nie widział. Fakt, że moi aktorzy byli znalezieni na ulicy przed domem nie świadczy jednak o tym, że dzieci przed kamerą po prostu „są”. W filmie nie ma scen improwizowanych, wszystkie są zagrane. Wiem, że wiele osób było przekonanych, że scena na targu rozegrała się w taki sposób, że chłopiec podszedł do pani i ją zaczepił, a my filmowaliśmy. Nic bardziej mylnego, scena była montowana z kawałków, jej realizacja trwała bardzo długo. Podpowiadam dzieciom, jak się zachować, dialogi są zapisane w scenariuszu, one uczą się ich na pamięć i powtarzają przed kamerą.

- Dzieci są zatem niezwykle utalentowane aktorsko. Będzie się z nimi działo coś dalej, czy wróciły na swoje podwórka, gdzie zostały znalezione?

- Dwójka młodszych aktorów mieszka na Ukrainie z rodzicami. Ze starszym chłopcem, Czeczenem, niestety straciliśmy kontakt. Mieszkał w ośrodku dla uchodźców, jest więc szansa, że wrócił z rodziną do kraju.

- Zastanawia mnie tylko fakt, co wspólnego z opowiadaną historią ma Japonia, która jest współproducentem filmu?

- Naszym koproducentem jest fantastyczny człowiek, dystrybutor filmów w Japonii. Wprowadził na ekrany tamtejszych kin „Jestem” (2005), w kwietniu premierę w Tokio miał film „Pora umierać”. Postanowił on zaryzykować i po raz pierwszy w życiu zająć się produkcją filmu, czego – jak twierdzi – nie żałuje i co więcej, chce z nami współpracować nadal. Jest podobno zakochany w tym, co robimy – to zdarza się bardzo rzadko.

- Jak zaś na plan „Jutro będzie lepiej” trafił Stanisław Soyka, grający rolę policjanta?

- Ze Staszkiem znamy się od dawna, bardzo się lubimy. Już w momencie pisania scenariusza zaczęłam się zastanawiać, czy nie zaproponować mu wspomnianej roli. Postanowiliśmy z Arturem [Reinhartem, przyp. red] się do niego odezwać w tej sprawie. W pierwszej chwili odmówił, zgodził się jednak po przeczytaniu scenariusza. Przyjechał na plan na cztery dni. Gra nie była dla niego dużym kłopotem, ponieważ jest obyty z kamerą, mikrofonem i ekipą.

- Mam jednak wrażenie, że był autentycznie przerażony, prawdziwy w swoich emocjach i dał się niemal zaszantażować chłopcu, który chciał go przekupić pluszowym misiem…

- To oczywiście też jest zagrane. Staszek był absolutnie fantastyczny! Scena, którą obserwujemy w filmie, nigdy nie odbyła się w rzeczywistości. Najpierw kręciliśmy ją ze strony Staszka – chłopiec wówczas nie siedział przed nim. Potem odwróciliśmy sytuację. Partnerem dla obu aktorów była ja, a nie oni nawzajem dla siebie.

- W planach jest produkcja następnego filmu pt. „Dzikusy”, który też ma być podróżą przez magiczną Polskę.

-Tak, choć jego realizacja jest odsunięta w czasie ze względu na kilka innych filmów. Na pierwszym planie jest projekt, o którym nie chcę jeszcze mówić. Poza tym, szykujemy się do kręcenia historii śląskiej, rozgrywającej się w latach siedemdziesiątych, portretującej moment dorastania dzieci. Choć szczerze mówiąc chciałabym przez sekundę odpocząć od dzieci, zwłaszcza, że jestem przekonana, że podobnie utalentowanych małych aktorów, z jakimi współpracowałam na planie „Jutro będzie lepiej”, długo nie znajdziemy.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Katarzyna Gintowt: "Bez sztuki byłabym wrakiem człowieka"

Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan” i „She”. (Fot. archiwum prywatne)
Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan” i „She”. (Fot. archiwum prywatne)
Bez sztuki byłabym dziś wrakiem człowieka − mówi malarka Katarzyna Gintowt. Kiedyś malarstwem i rysunkiem zajmowała się „przy okazji”, po wyprowadzce na Suwalszczyznę poświęca się im w pełni. Powstałe w tym czasie obrazy pokaże wkrótce w Galerii Leonarda w warszawskim centrum Koneser.

Czy sztuka jest dla ciebie formą rozwoju osobistego?
Sztuka jest dla mnie nie tylko formą rozwoju, ale także rodzajem terapii. W domu na suwalskiej wsi mogę zamknąć się w pracowni i potraktować ten czas jako medytację. Mam w głowie zanotowane jakieś obrazy i wrażenia, i jestem na tym skoncentrowana. I powiem ci, że już bym bez tego nie mogła żyć. W czasach pracy w luksusowych magazynach, malarstwo i rysunek były tylko „przy okazji”, teraz mogę wreszcie pokazać obrazy, które wtedy powstały, ponieważ dałam im całą moją uwagę, energię i talent.

W większości są to abstrakcyjne plenery...
Tak, ale nie malowałam ich w naturze. Nasycam się krajobrazami, porami roku, pogodą, nastrojem i potem w pracowni wyrzucam na płótno lub papier to, czego doświadczyłam, przetworzone już przeze mnie. Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest. Żeby wyjaśnić, czym są dla mnie, opowiem ci o moim dniu. A więc wstaję, biorę psa i ruszam na spacer po okolicy, czyli Wigierskim Parku Narodowym. Jest tu naprawdę pięknie. Mamy dwa jeziora, plażę, wieżę widokową, las… No a ja idę z psem i obserwuję. Co roku na przykład przyjeżdża tu, jak mogę już powiedzieć, nasza znajoma, rozbija namiot niedaleko wieży widokowej i tak sobie żyje kilka miesięcy z całą rodziną. Jeden z obrazów powstał tak, że po ich przyjeździe wróciłam do domu i z pamięci namalowałam ten moment, kiedy oni się już kąpali, odpoczywali po podróży.

- Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest - mówi Katarzyna Gintowt.- Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest - mówi Katarzyna Gintowt.

Pamiątką z wakacji jednak bym go nie nazwała. Mnie niepokoi.
No właśnie, to, co robię, to tylko pogranicze sztuki przedstawiającej i abstrakcyjnej. Niektóre obrazy są bardziej abstrakcyjne, inne mniej. Ale wszystkie są naładowane tym, co przeżyłam, co widzę, co czuję. Na przykład idę z psem na spacer, patrzę na rytmy brzóz, na rytmy innych drzew, a potem przenoszę je na płótno. Podobnie znajduję inspiracje w zaoranej ziemi. To nowy etap mojego malarstwa, który narodził się tutaj, na Suwalszczyźnie, i zapewne nigdzie indziej by się nie narodził w takiej formie.

Pejzaże i emocje – malarstwo, które leczy duszę?
Kiedy się zabieram do malowania, muszę być wewnętrznie naładowana. Muszę też mieć ochotę malować. Profesorowie mówią, że w malarstwie trzeba unikać anegdoty, ale dla mnie jest ona ważna. Aby ją jednak dobrze pokazać, muszę skupić się na świetle, zastanowić nad kolorami, kompozycją – zwłaszcza że mnie kompozycja bardzo kręci.

Kompozycje na twoich obrazach, w moim odczuciu, po mistrzowsku oddają postrzeganie świata, kiedy przeżywamy trudne emocje.
Dla mnie najbardziej przerażający moment to ten, kiedy staję przed czystym płótnem. Zazwyczaj wtedy mam jednak już w głowie, co zrobię że na przykład: „na tym płótnie opowiem o zimie”, i zaczynam. A wtedy jak podczas medytacji kompletnie odcinam się od zewnętrznego świata. Zaczynam tworzyć na płótnie świat, który wychodzi ode mnie, a nie jest tylko odwzorowaniem tego wokół mnie. W swoim świecie czuję się bezpieczna. Ten zewnętrzny budził zawsze we mnie różne lęki, na przykład boję się ludzi, jestem introwertyczką. Malarstwo mnie koi, a doświadczenie życia na wsi zmieniło także moje obrazy. Mniej zainteresowania człowiekiem, a więcej – naturą.

- Wszystkie moje obrazy są naładowane tym, co przeżyłam, co czuję. Idę z psem na spacer, patrzę na rytm drzew, a potem przenoszę je na płótno - mówi Katarzyna Gintowt.- Wszystkie moje obrazy są naładowane tym, co przeżyłam, co czuję. Idę z psem na spacer, patrzę na rytm drzew, a potem przenoszę je na płótno - mówi Katarzyna Gintowt.

Jak jeszcze zmieniłaś się przez te trzy lata?
Przestałam się spieszyć. Mam swój stały rytm, ale jest to rytm narzucony przez naturę. Nie chcę, żeby to brzmiało w sposób egzaltowany, ale to prawda. Wstaję razem ze słońcem, bo to jest dla mnie magiczny moment. Lubię się wtedy napatrzeć na świat, lubię się ładować tym specyficznym światłem wschodzącego słońca, tymi kolorami. Żyję też porami roku. Zima jest bardzo trudna. Ale potem jest nagroda – wiosna i lato. Pojawiają się kwiaty i ptaki. Magicznym momentem jest na przykład ten, na który czekam i którego staram się nie przegapić, a jest nim przylot żurawi. Zawsze zjawiają się trzy. Śmieję się, że to albo trójkąt, albo małżeństwo z dzieckiem, które – jak to teraz u ludzi bywa – nie chce się wyprowadzić.

Udało ci się tej wiosny złapać ten moment, kiedy przylatują?
Do tej pory zawsze mi się udawało. A wtedy dostaję takiego speedu, że chce mi się żyć jak nigdy! Bo tu jest życie. Przychodzą jelenie, a ja codziennie kupuję w sklepie pięć kilogramów kartofli i pięć kilogramów marchwi, i im wysypuję. Mój rytm życia reguluje też prowadzenie ogrodu na zasadach permakultury, a więc nie stosuję pestycydów, a uprawy dobieram tak, aby nawzajem się chroniły przed szkodnikami. Nauczyłam się tych zasad, i to się sprawdza. Wszystko samo rośnie, a ja nie mam problemu z kretami czy ze ślimakami. Nie zaburzam ekologicznej równowagi, nie tępię żadnych zwierząt i dlatego do mojego ogrodu przylatują ptaki, które te ślimaki zjadają. Sąsiadka, która prowadzi ogród tradycyjny, wciąż na nie narzeka…

Permakultura zakłada troszczenie się o ziemię, ale także o innych ludzi i sprawiedliwy podział dóbr…
Tutaj postanowiłam kultywować wszystko, co jest zgodne z naturą i co jest dobre. Oraz ograniczyć konsumpcję. Kiedy mam wybrać: czy wydam pieniądze na buty czy na farby albo filtr do aparatu, bo robię dużo zdjęć, to nigdy nie wybiorę butów.

Samo niespieszenie się może wiele zmienić…
Dokładnie tak, gdybym się spieszyła, nie miałabym czasu na permakulturę, na czekanie na żurawie, karmienie jeleni. Nauczyłam się tu kochać ziemię, kochać naturę, a to naprawdę wszystko zmienia. Ale też z tego powodu zaczynam świrować, bo tu są myśliwi, którzy zabijają zwierzęta. Są rolnicy, którzy zatruwają pola, a ja mam ule i szkoda mi pszczół. Nie chcę, żeby umierały załatwione chemią. A na przykład jutro jadę do wsi Szwajcaria pod Suwałkami walczyć o to, aby nie wycinali drzew.

Zamiast rozgrywek w redakcji, które często przypominały to, co znamy z „Diabeł ubiera się u Prady”, robisz coś bardzo sensownego.
Kiedyś sensem mojego życia było latte na soi. Tak, mam poczucie zmarnowanego czasu. No ale każdy z nas ma taki czas, kiedy „musi”, bo ma rodzinę, kredyt, ma dzieci. Na szczęście ja już nic nie muszę. Tu czuję się częścią natury, a to daje poczucie wewnętrznej równowagi…

Twoje malarstwo i rysunki tego nie pokazują. Mimo sielankowych miejsc i sytuacji jest w nich dużo trudnych emocji, depresyjnych, może nawet traumatycznych?
Zdecydowanie tak, choć wolałabym o tym nie mówić, wolę malować. Chciałabym, aby każdy mógł samodzielnie te moje prace odczytać. Powiem ci jednak, że moje życie i twórczość to była do niedawna ciągła walka z tym, co trudne, ciemne, chaotyczne. Teraz zaczynam odnosić w niej zwycięstwo, które polega na odzyskiwaniu wewnętrznej równowagi. Jestem pewna, że to zasługa czasu, jaki ofiarowałam mojemu malarstwu. Ale i miejsca, w którym żyję. Wróciłam do natury i to mnie leczy.

Miejskie życie nie służy spokojowi, wciąż o coś zabiegamy, rywalizujemy…
Jak mówi moja przyjaciółka, Hania Samson, w mieście trzeba wciąż: „kupywać, kupować, kupywać!”. Ale kiedy stajesz się częścią natury, wszystko wraca do normy, bo natura jest bardzo mądra.

Żyjesz ze sztuki?
Nie, ale mało o to dbam. Mam, jak wspominałam, taki problem, że ciężko mi się rozstawać z obrazami. Kontrakty, jakie dostają koleżanki artystki: powstaje hotel i w każdym pokoju powinien być obraz, a więc właściciel kupi płótna hurtem – mnie nie interesują. Z jednej strony to fajne, taka stała wystawa w hotelu, ale z drugiej – moje obrazy są zbyt intymne. Ja bym chciała, żeby kupowali je ci, którym one się naprawdę podobają. Jak ktoś powie: „o rany, jakie fajne, ja chcę to mieć” – to jest dla mnie największa zapłata!

„O rany, jaki fajny jest ten obraz z kilkoma psami, chciałabym go mieć!”. No właśnie, czy psy na obrazach to także zysk z zamieszkania na wsi?
Psy były ze mną już w Warszawie. Kocham te zwierzaki i zawsze je miałam. Dlatego zazwyczaj na każdym moim obrazie znajdzie się jakiś piesek. Kiedy boisz się ludzi, to bywa, że pies jest twoim jedynym przyjacielem…

Ale tu, na wsi, malując, pokonałaś swoje lęki?
Bez sztuki byłabym dziś wrakiem człowieka, tyle ci powiem…

Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan”, „She”.

  1. Kultura

"Mayerling" w Teatrze Wielkim Operze Narodowej. Poleca szefowa działu kultury „Zwierciadła”

"Mayerling", Vladimir Yaroshenko i Chinara Alizade jako Arcyksiąże Rudolf i Mary Vetsera. (Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)
Sceny znowu są dostępne na żywo dla publiczności, a Teatr Wielki Opera Narodowa w Warszawie świętuje wystawiając „Mayerlinga”. Baletową opowieść o jednej z bardziej intrygujących zagadek przeszłości, tajemniczej śmierci słynnej pary kochanków.

Tytułowy „Mayerling” to nazwa pałacu myśliwskiego w Austrii, w którym 30 stycznia 1889 roku arcyksiążę Rudolf, następca tronu austro-węgierskiego, jedyny syn Franciszka Józefa I i cesarzowej Elżbiety, zmarł w tajemniczych okolicznościach z 19-letnią baronówną Marią Vetserą u boku. Podwójne samobójstwo czy zabójstwo? Zagadka śmierci tych dwojga nie została rozwikłana do dzisiaj i z miejsca stała się pożywką dla plotek, teorii spiskowych, a także niewyczerpaną inspiracją dla pisarzy i scenarzystów. Najsłynniejsza ekranizacja tej historii to „Mayerling” Terence’a Younga z Omarem Sharifem i Catherine Deneuve rolach głównych. Film do kin trafił w 1968 roku, a dokładnie dekadę później swoją prapremierę w londyńskim Royal Opera House miała baletowa wersja „Mayerlinga”.

'Mayerling', Vladimir Yaroshenko jako Arcyksiąże Rudolf.(Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)"Mayerling", Vladimir Yaroshenko jako Arcyksiąże Rudolf.(Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)

Balet w czterech aktach stworzony przez sir Kennetha MacMillana, słynnego brytyjskiego choreografa do muzyki Ferenca Liszta. Porywczy, kochliwy, z obsesją na punkcie rewolwerów i śmierci Rudolf i zapatrzona w niego młodziutka Vetsera. To historia ich miłości, namiętności, romansu bez szans na szczęśliwe zakończenie, historia życia pod presją konwenansów i monarszych powinności, aż w końcu decyzji kochanków o wspólnej śmierci. „Mayerling” grany jest rzadko, tylko na wybranych scenach baletowych świata, do słynnych jego wystawień należy choćby to z 2013 roku z „pierwszym bad boyem baletu” Siergiejem Połuninem w roli Rudolfa. Premierę w warszawskim Teatrze Wielkim Operze Narodowej ma spektakl pod batutą Patricka Fournilliera, w wykonaniu tancerzy Polskiego Baletu Narodowego. A w obsadzie największe gwiazdy warszawskiej sceny – Władimir Jaroszenko, Yuka Ebihara i Chinara Alizade.

Fot. materiały prasoweFot. materiały prasowe

  1. Kultura

"Boginie" – premiera w Teatrze Słowackiego w Krakowie

Fot. Bartek Barczyk/materiały prasowe Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie
Fot. Bartek Barczyk/materiały prasowe Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie
Teatr Słowackiego w Krakowie zaprasza na kolejną premierę, tym razem spektaklu "Boginie" opartego na mitach Orfeusza i Eurydyki oraz Demeter i Kory. – Archetypiczna energia mitów greckich, stwarza przestrzeń do poszukiwań wspólnych płaszczyzn dla antyku i świata dzisiejszego, co wydaje mi się szczególnie fascynujące – wyjaśnia reżyser Jan Jeliński.

„Boginie” to spektakl oparty na mitach Orfeusza i Eurydyki oraz Demeter i Kory, które łączy motyw wędrówki między światami żywych i umarłych. Moment przejścia oraz liczne w kulturze przedstawienia Hadesu zainspirowały twórców do postawienia pytania o kondycję bogów i bogiń. To opowieść o cielesności, bólu, chorobie, ale również o poszukiwaniu tożsamości, wracaniu do zdrowia i nauce rozumienia własnego ciała. Czym jest Hades dla Demeter, bogini urodzaju i opiekunki pięknych narodzin? Czym jest Hades dla jej córki Kory, jedynej żywej wśród umarłych? Czym jest Hades dla Eurydyki nieustannie wyciąganej z zaświatów? Czym jest Hades dla Orfea, w mitologii sławnego poety i argonauty? Czym jest Hades dla Karen Carpenter? Czym i kim jest Hades współcześnie?

– Wybrałem temat czerpiący ze świata mitycznego, ponieważ interesuje mnie badanie kondycji bóstw w kontekście współczesności. Archetypiczna energia mitów greckich, stwarza przestrzeń do poszukiwań wspólnych płaszczyzn dla antyku i świata dzisiejszego, co wydaje mi się szczególnie fascynujące – wyjaśnia Jan Jeliński, reżyser spektaklu, student V roku Wydziału Reżyserii warszawskiej Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza, laureat nagrody głównej Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu podczas 10. Forum Młodej Reżyserii za wrażliwość i autorską drogę w rozczytywaniu i redefiniowaniu archetypów kultury za reżyserię spektaklu „Nimfy 2.0” wyreżyserowanym w Starym Teatrze.

Obsada:
Natalia Strzelecka
Alina Szczegielniak
Magdalena Osińska
Karol Kubasiewicz
Rafał Szumera

Pozostali twórcy:
reżyseria: Jan Jeliński
tekst i dramaturgia: Alicja Kobielerz
scenografia i kostiumy: Rafał Domagała
muzyka: Filip Grzeszczuk
wideo: Adam Zduńczyk
projekty multimedialne: Tomasz Gawroński
inspicjent: Bartłomiej Oskarbski
producentka: Oliwia Kuc

Premierowy set: 4,5,6 czerwca
Spektakle w lipcu: 1,2,3,4 lipca

Bilety i więcej informacji na www.teatrwkrakowie.pl.

  1. Kultura

Nowy dokument z udziałem Davida Attenborougha już niedługo trafi na Netflix

Kadr z filmu dokumentalnego
Kadr z filmu dokumentalnego "Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców". (Fot. materiały prasowe Netflix)
"To właśnie teraz jest dekada decydująca o przyszłości ludzkości na Ziemi" - słyszymy w zwiastunie filmu dokumentalnego "Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców". David Attenborough i naukowiec Johan Rockström badają w nim degradację bioróżnorodności Ziemi i sprawdzają, czy możemy jeszcze zapobiec kryzysowi.

„Świat na granicy” opowiada o ustaleniach naukowych profesora Johana Rockströma, który cieszy się uznaniem na całym świecie. To historia o najważniejszym odkryciu naukowym naszych czasów — o tym, że ludzkość maksymalnie przesunęła granice zapewniające stabilność życia na Ziemi przez 10 000 lat, od zarania cywilizacji.

Podczas 75 minut filmu wybierzemy się w podróż, podczas której dowiemy się, jakich granic absolutnie nie wolno nam przekroczyć, nie tylko ze względu na stabilność naszej planety, ale przede wszystkich z uwagi na przyszłość ludzkości. Poznamy rozwiązania, które możemy i musimy wdrożyć już teraz, jeżeli chcemy chronić mechanizmy utrzymujące życie na Ziemi.

Narratorem filmu dokumentalnego „Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców” jest sir David Attenborough. Za produkcję odpowiada uhonorowany wieloma nagrodami zespół z wytwórni Silverback Films, która stworzyła przełomowy serial „Nasza planeta” oraz dokument „David Attenborough: Życie na naszej planecie”. Film przedstawia podstawy naukowe obu tych wpływowych produkcji.

„Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców” będzie można obejrzeć od 4. czerwca na platformie Netflix.

(Fot. materiały prasowe Netflix)(Fot. materiały prasowe Netflix)
  1. Kultura

"Proste rzeczy" – czuła opowieść o poszukiwaniu życiowych fundamentów

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Proste rzeczy", na zdjęciu Błażej Sitowski. (Fot. Jarosław Sosiński/Before my eyes)
Mówią: rzuć wszystko i wyjedź z miasta. Ale co dalej? Ucieczka z miejskiej dżungli to dopiero początek, zwłaszcza wtedy, gdy zabieramy ze sobą bagaż nierozwiązanych spraw rodzinnych, tak jak bohater filmu "Proste rzeczy" Grzegorza Zaricznego.

Nagrodzony na prestiżowym festiwalu Sundance Grzegorz Zariczny to reżyser, który odważnie eksploruje terytorium na granicy fabuły i dokumentu. W „Prostych rzeczach”, czułej opowieści o poszukiwaniu życiowych fundamentów, podpatruje autentyczną relację Błażeja (Błażej Kitowski), Magdy (Magdalena Sztorc) i ich córki Ali, wprowadzając do historii katalizator w postaci fikcyjnego wujka (Tomasz Schimscheiner) – brata zmarłego ojca Błażeja, który pojawia się, by pomóc młodym w remoncie wiejskiego domu. To punkt wyjścia do refleksji nad rodzinnymi relacjami i uporządkowania bolesnych spraw z przeszłości. Zariczny w umiejętny sposób zderza tu słodko-gorzką codzienność z bezmiarem uniwersalnych problemów.

Grzegorz Zariczny, ur. w 1983 roku absolwent reżyserii filmowej Wydziału Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego oraz kursu dokumentalnego w Szkole Wajdy. W 2012 roku jego dokument krótkometrażowy „Gwizdek” miał premierę światową i otrzymał Grand Prix na festiwalu filmowym w Sundance. W 2016 roku zrealizował debiut fabularny „Fale”, który miał premierę w Konkursie Głównym MFF w Karlovych Varach. W 2020 roku ukończył swój drugi film fabularny „Proste rzeczy”, który miał polską premierę w Konkursie Głównym MFF Nowe Horyzonty. (Fot. Jarosław Sosiński/Before my eyes)Grzegorz Zariczny, ur. w 1983 roku absolwent reżyserii filmowej Wydziału Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego oraz kursu dokumentalnego w Szkole Wajdy. W 2012 roku jego dokument krótkometrażowy „Gwizdek” miał premierę światową i otrzymał Grand Prix na festiwalu filmowym w Sundance. W 2016 roku zrealizował debiut fabularny „Fale”, który miał premierę w Konkursie Głównym MFF w Karlovych Varach. W 2020 roku ukończył swój drugi film fabularny „Proste rzeczy”, który miał polską premierę w Konkursie Głównym MFF Nowe Horyzonty. (Fot. Jarosław Sosiński/Before my eyes)

Rozmowa z odtwórcami głównych ról: Magdaleną Sztorc i Błażejem Kitowskim

Jaką rolę w filmie odegrały wasze doświadczenia?
Grzegorz Zariczny zaprosił nas do udziału w filmie „Proste rzeczy” w momencie, kiedy byliśmy świeżo upieczonymi rodzicami. Nasza córka Alicja miała niecały rok. W tym czasie również zdecydowaliśmy się przeprowadzić na wieś i zaadaptować tam sobie część domu. Byliśmy w trakcie prac, kiedy zaczęły się rozmowy o wspólnej realizacji filmu. Najważniejszą postacią w tym układzie był Błażej. Grzegorz chciał opowiedzieć o jego trudnej relacji z ojcem i pokazać, jak młody mężczyzna – ojciec i partner - mierzy się z bolesnymi doświadczeniami z przeszłości, by odnaleźć spokój i siłę do działania w teraźniejszości.

Czy kamera w sferze intymnej jest rodzajem terapii? Przejrzeniem się w lustrze?
Kamera w sferze intymnej jest na pewno dużym przeżyciem, przynajmniej w życiu naturszczyków. Podeszliśmy do tematu z dużym zaangażowaniem, z wiarą, że historia, którą chce opowiedzieć Grzegorz, bazująca na naszych doświadczeniach, ale jednocześnie pozostająca fabułą, współgrająca z wrażliwością i wizją Grześka, będzie miała sens i będzie ważna dla widza. Chcielibyśmy, żeby ta historia kogoś poruszyła. Włożyliśmy w to dużą część siebie. Błażej na pewno musiał otworzyć swoją puszkę Pandory – dużo go to kosztowało. Czy film okazał się terapią? Nie, to tylko film.

Kadr z filmu 'Proste rzeczy', na zdjęciu Magdalena Sztorc i Błażej Sitowski. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Proste rzeczy", na zdjęciu Magdalena Sztorc i Błażej Sitowski. (Fot. materiały prasowe)

Mieliście precyzyjny scenariusz czy improwizowaliście?
Bazowaliśmy raczej na treatmencie. Rozpisaliśmy historię, którą chcieliśmy opowiedzieć na sceny. Każdą scenę Grzegorz z nami omawiał, każda miała swój cel. My również inspirowaliśmy Grześka – przez wiele tygodni spotykaliśmy się weekendami, opowiadaliśmy o naszej codzienności, działaniach, planach, wspomnieniach. Oprócz nas i Grzegorza, w spotkaniach brał udział Tomasz Schimscheiner (filmowy wujek), Weronika Bilska (autorka zdjęć) i Bartosz Świderski (drugi reżyser).Podczas planu zdjęciowego każda scena była improwizowana. Mówiliśmy własnym językiem, niemieliśmy rozpisanych dialogów. Najczęściej wszystko działo się w jednym dublu, w długich ujęciach – jedna kłótnia, jedna scena na rybach, itd. Ogromne znaczenie w tym projekcie i jego finalnym kształcie miał też montaż – trwał ponad rok.

Czy film wpłynął na waszą rodzinę?
Cieszymy, że mogliśmy wziąć udział w takim przedsięwzięciu. Nie da się tego wymazać. To też ważna rodzinna pamiątka. Jednocześnie był to eksperyment, trochę igranie z ogniem, z emocjami, z przeszłością. Nie zawsze czuliśmy się na to gotowi. Do dziś prowadzimy dyskusje, czy to miało sens, czy ten film nie utrudnił nam pewnych spraw. Czy to tak naprawdę nie było wywoływanie duchów, które dopiero teraz zaczynają nas nękać. Czy dopiero teraz nie nadszedł czas, żeby pewien rozdział zamknąć.

Film Grzegorza Zaricznego „Proste rzeczy” w kinach od 4 czerwca.