1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Dorota Kędzierzawska - już jest za późno, nie jest za późno

Dorota Kędzierzawska - już jest za późno, nie jest za późno

Kadr z filmu "Jutro będzie lepiej"
„Zawsze interesował mnie pewien typ człowieka, który na pozór wydaje się słabszy od innych, tymczasem jest dużo ciekawszy wewnętrznie od większości przebojowych osób” - z polską reżyserką Dorotą Kędzierzawską, o jej najnowszym filmie „Jutro będzie lepiej”, rozmawia Anna Bielak.

- Filmem „Jutro będzie lepiej” po krótkiej przerwie wraca pani do dziecięcych bohaterów. Twierdzi pani, że ma świetny kontakt z dziećmi, ponieważ w przeciwieństwie do dorosłych, one nie zakładają masek. Pani też tego nie robi?

Nawiązywanie kontaktu z dziećmi rzeczywiście nieźle mi się udaje. Czy zawdzięczam to niezakładaniu przez siebie maski? Nie wiem, staram się tego nie robić, ale zdaję sobie sprawę, że wraz z upływem czasu wszyscy się zmieniamy. Udajemy coś, choćby po to, by bronić się przed światem. 

- Zabiera pani dzieci poza obręb tego świata, obserwuje je nad morzem, w lesie – na otwartej przestrzeni, nie wpisuje ich w oczywisty sposób w ramy kultury, która zmusza do gry i udawania.

- Przestrzeń w moich filmach jest ściśle związana z opowiadaną historią. Zwykle dotyczy ona dzieci wędrujących, a z poszukiwaniem – innego świata, innego życia czy innych ludzi – wiąże się podróż, czyli wyjście z domu i opuszczenie oswojonych miejsc.

- W „Jutro będzie lepiej” podróż prawdopodobnie skończy się w miejscu, w którym się zaczęła. W tym względzie film ma bardzo pesymistyczny wydźwięk, bo jeśli nie ma przyszłości dla dzieci, to dla kogo jest?

Kadr z filmu "Jutro będzie lepiej"

- Zupełnie nie zgadzam się z taką interpretacją. Sam fakt, że dzieci mają tak nieprzystające do rzeczywistości marzenia, pozornie niemożliwe do zrealizowania, świadczy o ich ogromnej wewnętrznej sile, którą nie wszyscy dysponują. To, że dwójce małych chłopców udało się przejść przez rosyjsko-polską granicę jest niewiarygodne. Prawdziwa historia, która wydarzyła się kilka lat temu, potwierdza, że jest to możliwe. Koniec opowieści jest oczywiście istotny ze względu na dalsze losy chłopców, myślę jednak, że powinniśmy zwrócić szczególną uwagę na to, czego doświadczyli po drodze, co byli w stanie dać sobie nawzajem, jakich ludzi spotkali. Wszystko to daje im niesłychane predyspozycje do bycia silnym w przyszłości. Tytuł filmu ma na to wskazywać. Nie chciałam pokazywać stłamszonych dzieci, którym rzekomo się nie udało. Jest wręcz odwrotnie – oni odnieśli sukces, w finale zawinił ktoś inny. Ich powrót jest wynikiem reguł panujących w świecie dorosłych, winą systemu, prawa. Dzieci dokonały jednak czegoś absolutnie niezwykłego. Jestem pewna, że takie rzeczy są ogromnie motywujące. W podobnie różnorodny sposób interpretowane były na przykład „Wrony” (1994). Los bohaterki filmu niby kończy się w miejscu, z którego wyszła. Dziewczynka wraca do domu i swojej matki, jej samotność nie ulega redukcji. Przygoda, którą ma za sobą daje jej jednak siłę do spojrzenia na życie z innej perspektywy. W przypadku chłopców z „Jutro będzie lepiej” jest dokładnie tak samo i to jest najważniejsze. Dzieciom nie musi się udać, jednak ci, którzy mają marzenia – pozornie nie do spełnienia, wbrew wszystkiemu dokonują czegoś absolutnie niebywałego, mają więcej szans na to, by stać się naprawdę fajnymi ludźmi.

- Pozbawia pani swoich małych bohaterów matek – tak było w filmie „Wrony”, gdzie mała dziewczynka sama starała się przejąć rolę matki, później zarówno w „Jestem” jak i w pani najnowszym filmie postać matki nie istnieje.

- W „Jutro będzie lepiej” nie ma matek, ponieważ nie było ich w prawdziwej historii. Opowiadała ona o bezdomnych, dworcowych, rosyjskich dzieciach, które postanowiły uciec do Polski. Chciały tutaj mieszkać, uczyć się, zmienić swoje życie. W rzeczywistości wszystko skończyło się tak, jak w filmie. Zwykle znam jakiś okruch czyjegoś życia, na jego podstawie powstaje cały scenariusz.

- „Jutro będzie lepiej” jest oparte na faktach, ma też nieco socjologiczny wydźwięk. Dlaczego oglądamy film fabularny, a nie dokument?

- Myślę, że głównym powodem takiej decyzji jest fakt, że ja tak naprawdę nie chcę opowiadać o bezdomnych dzieciach, tylko o silnych ludziach. O tych, którzy mają marzenia i dzięki nim przechodzą przez góry, przepływają oceany.

- Dzieci mają w sobie piękną naiwność, starsi ludzie tzw. życiową mądrość. Dzieciństwo i starość to dwa graniczne punkty w życiu. Kim jest człowiek, który znajduje się pomiędzy nimi?

- Trudno w tej kwestii mówić o regułach, to zależy od człowieka. Możemy spotkać kogoś takiego, jak bohaterka „Pora umierać”, kto zachowuje w sobie młodość mimo, że fizycznie jest osobą bardzo starą. Cechuje ją jednak ciekawość świata, pragnienie życia – to coś pięknego, to powoduje, że niesłychanie szanujemy taką osobę i jest nam ona bliska. Zazdroszczę takim ludziom tak pięknej starości. Los każdego człowieka układa się jednak inaczej. Moim zdaniem najsmutniejsze w wieku średnim jest to, że dużo ludzi właśnie wtedy zapomina o swoich marzeniach, o tym, kim chcieli być, co mieli robić. Wpadają wówczas w rutynę, usypiają i budzą się z marazmu dopiero stając nad grobem. Wtedy okazuje się jednak, że jest już za późno na cokolwiek.

- W pani filmach jedną z głównych ról odgrywa przemijanie, dotyczy dziecięcych marzeń, iluzji snutych w codziennym życiu.

- Jasne, że tak. Choć trzeba pamiętać, że to, o czym chcemy opowiadać jest dosyć skomplikowane, składa się z wielu podtekstów. Każdy dialog można interpretować na kilka różnych sposobów. Uważam jednak, że film skończony, zmontowany i oddany w ręce publiczności powinien bronić się sam. Opowiadana historia jest otwarta na interpretacje, ponieważ każdy widz patrzy na film z perspektywy własnego życia, kształtowanego przez odmienne sytuacje i przeżycia. Z tego względu jedni będą ją odrzucać, innym się spodoba. Odmiennych reakcji mogą być tysiące.

- Każdy filtruje film przez własne doświadczenia i swoje obsesje. Jakie są pani obsesje?

- Staram się nad tym nie zastanawiać. Zwykle nie patrzę wstecz, ale wciąż zajmuję się kolejnymi projektami. Już teraz zapominam o swoim ostatnim filmie. Każdy z nich można poprawiać w nieskończoność, nie sposób tego robić. Nie wiem, czy nazywać to obsesją, ale zawsze interesował mnie pewien typ człowieka, który na pozór wydaje się słabszy od innych, tymczasem jest dużo ciekawszy wewnętrznie od większości przebojowych osób. Wydaje się, że one łatwiej radzą sobie w życiu, ale czy zauważają, jak wiele przy tym tracą? Zwykle przechodzą obok rzeczy i ludzi nie zauważając tak naprawdę ich wartości.

- Żałuje pani, że czegoś nie zauważyła w życiu?

- Nie. Zmieniam się z każdym dniem, każdym rokiem tak jak wszyscy ludzie. Uważam, że każdy ma swoją porę, żeby dostrzec pewne sprawy.

- Niezmiennie tylko wzrusza się pani w kinie. W teatrze jest odwrotnie, twierdzi pani, że teatr wzmaga poczucie sztuczności. Jednocześnie przyznaje pani, że dokładnie pokazuje swoim aktorom, jak powinni zachowywać się przed kamerę. W kinie, w pani kinie też jest sztuczność.

- Kiedy byłam kiedyś w Moskwie na „Mewie” Antoniego Czechowa oczywiście bardzo się wzruszyłam. Spektakl był tak zagrany, że nie dało się zareagować inaczej. Współczesny teatr jest jednak trochę inny niż dawniejszy, nie daje mi tego, czego oczekuję. Podczas jednej z berlińskich projekcji „Jutro będzie lepiej” bardzo zróżnicowana publiczność zgodnym chórem stwierdziła, że tak naturalnych dzieci, jak w moim filmie, nikt jeszcze nie widział. Fakt, że moi aktorzy byli znalezieni na ulicy przed domem nie świadczy jednak o tym, że dzieci przed kamerą po prostu „są”. W filmie nie ma scen improwizowanych, wszystkie są zagrane. Wiem, że wiele osób było przekonanych, że scena na targu rozegrała się w taki sposób, że chłopiec podszedł do pani i ją zaczepił, a my filmowaliśmy. Nic bardziej mylnego, scena była montowana z kawałków, jej realizacja trwała bardzo długo. Podpowiadam dzieciom, jak się zachować, dialogi są zapisane w scenariuszu, one uczą się ich na pamięć i powtarzają przed kamerą.

- Dzieci są zatem niezwykle utalentowane aktorsko. Będzie się z nimi działo coś dalej, czy wróciły na swoje podwórka, gdzie zostały znalezione?

- Dwójka młodszych aktorów mieszka na Ukrainie z rodzicami. Ze starszym chłopcem, Czeczenem, niestety straciliśmy kontakt. Mieszkał w ośrodku dla uchodźców, jest więc szansa, że wrócił z rodziną do kraju.

- Zastanawia mnie tylko fakt, co wspólnego z opowiadaną historią ma Japonia, która jest współproducentem filmu?

- Naszym koproducentem jest fantastyczny człowiek, dystrybutor filmów w Japonii. Wprowadził na ekrany tamtejszych kin „Jestem” (2005), w kwietniu premierę w Tokio miał film „Pora umierać”. Postanowił on zaryzykować i po raz pierwszy w życiu zająć się produkcją filmu, czego – jak twierdzi – nie żałuje i co więcej, chce z nami współpracować nadal. Jest podobno zakochany w tym, co robimy – to zdarza się bardzo rzadko.

- Jak zaś na plan „Jutro będzie lepiej” trafił Stanisław Soyka, grający rolę policjanta?

- Ze Staszkiem znamy się od dawna, bardzo się lubimy. Już w momencie pisania scenariusza zaczęłam się zastanawiać, czy nie zaproponować mu wspomnianej roli. Postanowiliśmy z Arturem [Reinhartem, przyp. red] się do niego odezwać w tej sprawie. W pierwszej chwili odmówił, zgodził się jednak po przeczytaniu scenariusza. Przyjechał na plan na cztery dni. Gra nie była dla niego dużym kłopotem, ponieważ jest obyty z kamerą, mikrofonem i ekipą.

- Mam jednak wrażenie, że był autentycznie przerażony, prawdziwy w swoich emocjach i dał się niemal zaszantażować chłopcu, który chciał go przekupić pluszowym misiem…

- To oczywiście też jest zagrane. Staszek był absolutnie fantastyczny! Scena, którą obserwujemy w filmie, nigdy nie odbyła się w rzeczywistości. Najpierw kręciliśmy ją ze strony Staszka – chłopiec wówczas nie siedział przed nim. Potem odwróciliśmy sytuację. Partnerem dla obu aktorów była ja, a nie oni nawzajem dla siebie.

- W planach jest produkcja następnego filmu pt. „Dzikusy”, który też ma być podróżą przez magiczną Polskę.

-Tak, choć jego realizacja jest odsunięta w czasie ze względu na kilka innych filmów. Na pierwszym planie jest projekt, o którym nie chcę jeszcze mówić. Poza tym, szykujemy się do kręcenia historii śląskiej, rozgrywającej się w latach siedemdziesiątych, portretującej moment dorastania dzieci. Choć szczerze mówiąc chciałabym przez sekundę odpocząć od dzieci, zwłaszcza, że jestem przekonana, że podobnie utalentowanych małych aktorów, z jakimi współpracowałam na planie „Jutro będzie lepiej”, długo nie znajdziemy.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze