1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Salma Hayek: "Wolę dobre życie niż marną sztukę"

Salma Hayek: "Wolę dobre życie niż marną sztukę"

Salma Hayek (fot. BEW PHOTO)
Salma Hayek (fot. BEW PHOTO)
Gdy Salma Hayek została matką, odkryła, że aktorstwo nie definiuje jej ostatecznie. Najważniejsza stała się rodzina. Dziś czuje się wolna od oczekiwań i nie musi sobie nic udowadniać. Wie, na co ją stać, i woli dobre życie od marnej sztuki.

Urodzona w Meksyku amerykańska aktorka z francuskim mężem i dzieckiem, które wychowuje w Londynie.
Wszystko prawda – tak o sobie czasami mówię. Publicznie!

Nie ma pani problemu tożsamościowego?
Niczego takiego nie czuję. Nie widzę też oznak schizofrenii. Nie mieszam języków, a mówię w czterech, nie mylę osób, a mam wielką rodzinę. Myślę, że udało mi się wszystko zgrabnie pogodzić i połączyć.

Jak to się robi?
Przede wszystkim trzeba chcieć. Wciąż czuję się mocno związana z Meksykiem, moją ojczyzną. Tam mam rodzinę, bliskich, tam się urodziłam i wychowałam. Byłam rozpieszczanym przez ojca dzieckiem – miałam wspaniałe dzieciństwo. To mój fundament, który procentował przez całe życie.

Jak tata rozpieszczał? Co robił?
Powtarzał mi, że jestem najlepsza i osiągnę wszystko, co będę chciała. Do dzisiaj tak myślę.

Przydało się pewnie, gdy trafiła pani do Stanów Zjednoczonych?
Ameryka to przede wszystkim moje życie zawodowe. Tu zdobywałam aktorskie szlify: odnosiłam pierwsze sukcesy, znosiłam porażki, uczyłam się siebie i tego, co to znaczy pracować na własne nazwisko i walczyć o przetrwanie. Bardzo cenna lekcja życia. Przeżyłam tam parę niezwykłych lat. Bywało ciężko, ale znacznie ciężej było w szkole z internatem, do której trafiłam jako 12-latka.

Musiała pani tęsknić za domem...
A skąd, po prostu było nudno. Na szczęście szybko odesłano mnie z powrotem. Nie wpisałam się w dyscyplinę, w schemat. Nic nie działało, zawsze byłam wbrew zasadom. A co do Stanów, to myślę, że wiele moich koleżanek miało trudniej. Mnie większe tragedie szczęśliwie ominęły.

A Europa?
To mój dom duchowy. Tu urządziłam swoje życie rodzinne. Meksykanki wierzą, że żona powinna iść za mężem. Mój akurat pochodzi z Francji [François-Henri Pinault jest według rankingu „Forbesa” czwartym najbogatszym biznesmenem we Francji – przyp. red.]. Nie wahałam się długo w kwestii przenosin. Poczułam od razu, że mogę tu zamieszkać: Francja jest bardzo wdzięcznym krajem do życia. Co prawda od jakiegoś czasu mieszkamy w Londynie, ale również nie narzekam. Zżyłam się z Wyspami. Poza tym rodzina jest dla mnie najważniejsza. Rodzina powinna trzymać się razem. Ja chcę i mogę pracować wyłącznie dla przyjemności.

Często pani odmawia?
Głównie odmawiam. Dla mojego męża praca to przyjemność i źródło utrzymania rodziny, ale też powołanie, misja, sposób na niesienie pomocy innym. Ja mogę miesiącami nie grać, spełniam się w czym innym. Odkąd zostałam matką, rodzicielstwo stało się najcenniejszą przygodą.

Dziś dom to Londyn?
Tak. Ale nasz dom jest tam, gdzie jesteśmy. Równie dobrze czujemy się na południu Francji, w naszej letniej posiadłości. Jeśli ludzie lubią ze sobą przebywać, mogą być razem wszędzie, nawet na odludziu. Jeszcze nie zdecydowaliśmy, czy Londyn jest tym miejscem, w którym zostaniemy na stałe. Przyznam pani, że bardzo lubię przeprowadzki. Każdy wyjazd mobilizuje mnie do działania, do szukania czegoś nowego, odkrywania kolejnej fascynującej kultury. Uwielbiam to!

Cały czas mówimy o Europie?
Nie wyobrażam sobie powrotu do Stanów. Już chyba weszłam w europejski rytm, nieco inny niż amerykański czy meksykański. Nie spieszę się, nie bywam, staram się robić tylko to, na co mam ochotę: delektuję się życiem, skupiam na mężu i córce, świadomie wybieram projekty, w których chcę uczestniczyć. Nie muszę już niczego sobie i innym udowadniać. Dzisiaj koncentruję się przede wszystkim na działalności producenckiej i charytatywnej, aktywizuję też środowisko aktorek podczas festiwalu filmowego w Cannes – współorganizuję spotkania, podczas których wpływowe kobiety ze świata kina mówią o drodze, jaką przebyły. Nie jestem już tak aktywna zawodowo jak kiedyś, ale ma to też swoje dobre strony – automatycznie eliminuję ryzyko small talku [śmiech]. Nie muszę być miła na pokaz, nie muszę zabiegać o czyjąś przychylność czy znosić niewłaściwych gestów i zachowań.

Ze strony mężczyzn?

Też, ale nie tylko. Jako napływowa aktorka musiałam przełamać w Stanach kilka dość obrzydliwych stereotypów. Byłam młoda, wolna, nowoczesna i przebojowa. Wiadomo, jak byłam odbierana [śmiech]. Mężczyźni próbowali mnie wielokrotnie wykorzystać, składając różnego rodzaju niewłaściwe propozycje. Ale o tym wszyscy wiedzą w dobie #MeToo, takich kobiet jak ja było wiele, w zasadzie każda z nas wcześniej czy później zetknęła się z jakąś formą opresji. W moim przypadku doszła jeszcze kwestia pochodzenia – urodziłam się w Meksyku, więc dodatkowo musiałam stawić czoła rasistowskim czy protekcjonalnym komentarzom. Schemat był podobny, na początku traktowano mnie jak urocze egzotyczne zwierzątko, które powinno dać się głaskać, ale nie powinno szczekać. Tyle że ja nie chciałam siedzieć cicho. Bolało mnie to, że często czułam się jak aktorka drugiej kategorii: przez wiele lat głównie dostawałam propozycje grania pokojówek, prostytutek i kelnerek. Nie było we mnie na to zgody.

Ale mówi pani, że nie tylko mężczyźni traktowali panią w sposób niegodziwy.
Często miałam do czynienia z kobietami sukcesu czy z kobietami, które piastowały wysokie stanowiska i ich zachowania bywały tak samo karygodne jak kolegów po fachu. Traktowały inne – w szczególności młodsze – kobiety jak rywalki. Nigdy nie oczekiwałam faworyzowania czy pomocy ze względu na płeć, ale te panie zwalczały inne kobiety już na wstępie, nie dając im żadnej szansy. Szybko poczułam wielkie rozczarowanie światem filmu, ale założyłam sobie, że nic mnie nie złamie. Zdarzało się też, że aktorki starszego pokolenia, z którymi grywałam, okazywały się bardzo nieprzyjemne. Były złośliwe, uparte, naburmuszone i zazdrosne, a to naprawdę okropne grać w duecie z nieprzychylną ci osobą. Najgorzej było wtedy, gdy grałam z kimś, kogo uważałam za autorytet i kogo przez lata podziwiałam. Natychmiast dzwoniłam do mamy i żaliłam się jej przez telefon. Tylko ona umiała mnie pocieszyć, dodać mi sił. Tak bardzo za nią tęskniłam! Myślę, że największa lekcja, jaka płynie z akcji #MeToo, dotyczy wszystkich, nie tylko mężczyzn. Dzisiaj już nikt nie może sobie pozwolić na bycie nieprzyjemnym i aroganckim. Ani kobiety, ani mężczyźni. I dobrze!

Myśli pani, że rzeczywiście dojdzie do obyczajowej zmiany w filmowym środowisku?
Ja już to widzę, czytam o tym. Mało gram w Stanach, za to słyszę od koleżanek, że wiele rzeczy uległo zmianie.

Co na przykład?
Reżyserzy nie wymuszają już na aktorkach rozbieranych scen. Nie mogą, a proszę mi wierzyć, to nie jest takie oczywiste. Zdjęcie bluzki i zagranie sceny w staniku albo toples dotychczas traktowano jako normę. Jak zdjęcie koszuli przez aktora, choć to akurat miało zwykle mocne uzasadnienie w scenariuszu.

Jak w kontekście tych zmian wspomina pani słynną scenę w wężem, którą zagrała pani w filmie „Od zmierzchu do świtu” Roberta Rodrigueza?
Czy wzięłabym udział w takiej scenie, gdyby Robert zaproponował mi to dzisiaj? Pewnie tak!

Dlaczego?
Byłam wśród przyjaciół, czułam się na planie bezpiecznie. Choć byłam otoczona przez mężczyzn, wiedziałam, że żaden mnie nie skrzywdzi. Znałam scenariusz, wiedziałam, o czym jest ta scena, zaakceptowałam całą konwencję. Znałam też motywację mojej postaci, od początku nie miałam nic przeciwko temu, że występuję w negliżu. To była część kreacji. Z tego, co pamiętam, najbardziej obawiałam się węża [śmiech]. Proponowałam nawet Robertowi, żeby był sztuczny, ale nie chciał się zgodzić.

Ma pani poczucie, że w Stanach uchodzi więcej niż w Europie?
Trudno mi to oceniać. Amerykanie mają na pewno większy luz na co dzień, z drugiej strony – często okazują się strasznie purytańscy. Niby w swoich talk-show rozmawiają o wszystkim, ale na co dzień tego nie potrafią. Naprawdę nie wyobrażam sobie dzisiaj wychowywania dziecka w Stanach.

W czym jeszcze podoba się pani bardziej Europa?
Zawsze dziwiło mnie amerykańskie podejście do jedzenia. Cenię sposób, w jaki Francuzi traktują kwestie posiłków czy godzin posiłków. Być może jest w tym lekka przesada, ale dla mnie to piękne, że w niektórych domach obiad czy kolacja są niemal rytuałem. Meksykanie mają podobnie, jedzenie to przestrzeń prawie święta: spaja rodzinę, buduje więzi, daje dobrą lub złą energię na całe życie.

To chciałaby pani przekazać córce?
Nie tylko to. Na pewno chciałabym, żeby wiedziała, że zawsze może liczyć na swoich rodziców. Zresztą widzę w małej Valentinie siebie sprzed lat. Widzę, jak jej tata ją rozpieszcza. Co ciekawe, ona tego nie wykorzystuje jak ja w młodości. Jest mądrzejsza, bardziej rozważna.

Pani taka nie była?
Byłam roztrzepana, zbuntowana i chaotyczna. Urocza, ale uparta. Pół życia szukałam księcia z bajki, zupełnie niepotrzebnie. Prawdę mówiąc, cieszę się, że ten etap łowów mam już za sobą. Czuję się wolna od oczekiwań, płonnych nadziei, niepotrzebnych napięć. Czy dzisiaj potrafiłabym wybrać... Nie wiem. Mąż trafił mi się przypadkiem: spotkałam prawdziwego księcia, który – jak się okazało – na co dzień chce być traktowany jak... żaba. Na ogół jest odwrotnie. Jestem szczęściarą!

Jakie jedno zdanie najpełniej dzisiaj określa Salmę Hayek?
To trudne. Może tak: woli dobre życie niż marną sztukę.

Całkiem zgrabnie. Tak jest naprawdę?
Wierzę, że już udaje mi się żyć według tej zasady. Jak gratuluję koleżance świetnej roli czy nagrody, to szczerze, bez skrywanej zazdrości. Nie myślę, jak ja bym to zagrała. Pewnie inaczej. I tyle. Coraz częściej myślę o sobie w pierwszej kolejności jako o producentce i bizneswoman, dopiero potem jako o aktorce. Być może nie dostanę już Oscara, ale nie będę się tym zadręczać. Mogę inaczej się rozwijać, spożytkować energię na pozafilmowe projekty. Czuję, że cały czas jestem jeszcze w grze, ale przede wszystkim – w drodze. Aktorstwo nie zdefiniowało mnie ostatecznie.

To budzi presję, obawy?
Wręcz przeciwnie. Dziś mam już w sobie luz i spokój. Nie angażuję się w sprawy, na które nie mam wpływu lub które zbyt dużo mnie kosztują. Wiem, w czym jestem dobra. Wiedza o sobie i doświadczenie to największy kobiecy kapitał.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Seriale – nowości, które warto zobaczyć

Kadr z serialu
Kadr z serialu "Pure". (Fot. materiały prasowe)
Wśród serialowych nowości, są takie, które naprawdę warto zobaczyć. Oto produkcje, które obejrzycie z przyjemnością.

„Witamy na odludziu”, 8 odcinków, HBO GO

Nie spodziewajcie się kolejnego skandynawskiego kryminału. To bardziej czarna komedia w duchu braci Coen z elementami westernu. Akcja „Witamy na odludziu” rozgrywa się na północnych krańcach Norwegii, na dawnym terytorium Samów. Odwiedzamy niewielką, odizolowaną od świata społeczność, która składa się z samych oryginałów. Są tu: skorumpowany szef policji z chorobą Leśniowskiego-Crohna, opętana przez złego ducha sprzedawczyni, fińscy przemytnicy alkoholu, sutener w żałobie, przeklinająca Boga pastorka, no i patrząca na tę zwariowaną zbieraninę nauczycielka, która pojawiła się w Utmark, żeby zacząć nowe życie. Głównym wątkiem jest jednak zacięta rywalizacja między popijającym i niezbyt wygadanym hodowcą owiec Finnem a bezwzględnym Bilzim, dla którego Norwegowie to intruzi na ziemiach jego przodków. Zaczyna się banalnie, od konfliktu o owce, na które poluje ukochany pies Lapończyka. Sprawy się komplikują, gdy żona Finna opuszcza go i wraz z ich 12-letnią córką, najdojrzalszą z całego towarzystwa, wprowadza się do domu Bilziego.

„Nierealne”, 6 odcinków, HBO i HBO GO

W Londynie roku 1896 na skutek tajemniczego zjawiska część mieszkańców zostaje obdarzonych nadprzyrodzonymi zdolnościami. Chodzi głównie o kobiety, które bynajmniej nie zjednują sobie sympatii ogółu, są traktowane jako zagrożenie, a nawet prześladowane. Głównym bohaterkom serialu – skorej do bitki wieszczce i pomysłowej wynalazczyni – dzięki wsparciu filantropki z wyższych sfer udaje się stworzyć dla „dotkniętych” azyl. Serial jest jak ćwiczenie z wyobraźni, co by było, gdybyśmy przenieśli fabułę „X-Men” do wiktoriańskiej Anglii i wzbogacili ją feministycznym podtekstem. Produkcyjny rozmach robi wrażenie, ale mnożenie w nieskończoność wątków i pomysłów trochę nuży.

„Pure”, 6 odcinków, BBC First

Nerwica natręctw może się przejawiać kompulsywnym myciem rąk albo ciągłym sprawdzaniem, czy zakręciliśmy wodę. W przypadku 24-letniej Marnie manifestuje się obsesyjnymi myślami na temat seksu. Kiedy na 25-leciu ślubu rodziców wyobraźnia podsuwa jej pornoscenki z rodziną w rolach głównych, Marnie pęka. Ucieka do Londynu. Chce się w końcu dowiedzieć, co z nią nie tak. Może podświadomość daje jej do zrozumienia, że jest lesbijką albo seksoholiczką? Twórcy umiejętnie łączą komediową konwencję o dojrzewaniu grupy 20-latków z tematem wpływu nerwicy na życie, w tym relacje z bliskimi i przyjaciółmi.


  1. Kultura

Katarzyna Gintowt: "Bez sztuki byłabym wrakiem człowieka"

Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan” i „She”. (Fot. archiwum prywatne)
Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan” i „She”. (Fot. archiwum prywatne)
Bez sztuki byłabym dziś wrakiem człowieka − mówi malarka Katarzyna Gintowt. Kiedyś malarstwem i rysunkiem zajmowała się „przy okazji”, po wyprowadzce na Suwalszczyznę poświęca się im w pełni. Powstałe w tym czasie obrazy pokaże wkrótce w Galerii Leonarda w warszawskim centrum Koneser.

Czy sztuka jest dla ciebie formą rozwoju osobistego?
Sztuka jest dla mnie nie tylko formą rozwoju, ale także rodzajem terapii. W domu na suwalskiej wsi mogę zamknąć się w pracowni i potraktować ten czas jako medytację. Mam w głowie zanotowane jakieś obrazy i wrażenia, i jestem na tym skoncentrowana. I powiem ci, że już bym bez tego nie mogła żyć. W czasach pracy w luksusowych magazynach, malarstwo i rysunek były tylko „przy okazji”, teraz mogę wreszcie pokazać obrazy, które wtedy powstały, ponieważ dałam im całą moją uwagę, energię i talent.

W większości są to abstrakcyjne plenery...
Tak, ale nie malowałam ich w naturze. Nasycam się krajobrazami, porami roku, pogodą, nastrojem i potem w pracowni wyrzucam na płótno lub papier to, czego doświadczyłam, przetworzone już przeze mnie. Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest. Żeby wyjaśnić, czym są dla mnie, opowiem ci o moim dniu. A więc wstaję, biorę psa i ruszam na spacer po okolicy, czyli Wigierskim Parku Narodowym. Jest tu naprawdę pięknie. Mamy dwa jeziora, plażę, wieżę widokową, las… No a ja idę z psem i obserwuję. Co roku na przykład przyjeżdża tu, jak mogę już powiedzieć, nasza znajoma, rozbija namiot niedaleko wieży widokowej i tak sobie żyje kilka miesięcy z całą rodziną. Jeden z obrazów powstał tak, że po ich przyjeździe wróciłam do domu i z pamięci namalowałam ten moment, kiedy oni się już kąpali, odpoczywali po podróży.

- Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest - mówi Katarzyna Gintowt.- Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest - mówi Katarzyna Gintowt.

Pamiątką z wakacji jednak bym go nie nazwała. Mnie niepokoi.
No właśnie, to, co robię, to tylko pogranicze sztuki przedstawiającej i abstrakcyjnej. Niektóre obrazy są bardziej abstrakcyjne, inne mniej. Ale wszystkie są naładowane tym, co przeżyłam, co widzę, co czuję. Na przykład idę z psem na spacer, patrzę na rytmy brzóz, na rytmy innych drzew, a potem przenoszę je na płótno. Podobnie znajduję inspiracje w zaoranej ziemi. To nowy etap mojego malarstwa, który narodził się tutaj, na Suwalszczyźnie, i zapewne nigdzie indziej by się nie narodził w takiej formie.

Pejzaże i emocje – malarstwo, które leczy duszę?
Kiedy się zabieram do malowania, muszę być wewnętrznie naładowana. Muszę też mieć ochotę malować. Profesorowie mówią, że w malarstwie trzeba unikać anegdoty, ale dla mnie jest ona ważna. Aby ją jednak dobrze pokazać, muszę skupić się na świetle, zastanowić nad kolorami, kompozycją – zwłaszcza że mnie kompozycja bardzo kręci.

Kompozycje na twoich obrazach, w moim odczuciu, po mistrzowsku oddają postrzeganie świata, kiedy przeżywamy trudne emocje.
Dla mnie najbardziej przerażający moment to ten, kiedy staję przed czystym płótnem. Zazwyczaj wtedy mam jednak już w głowie, co zrobię że na przykład: „na tym płótnie opowiem o zimie”, i zaczynam. A wtedy jak podczas medytacji kompletnie odcinam się od zewnętrznego świata. Zaczynam tworzyć na płótnie świat, który wychodzi ode mnie, a nie jest tylko odwzorowaniem tego wokół mnie. W swoim świecie czuję się bezpieczna. Ten zewnętrzny budził zawsze we mnie różne lęki, na przykład boję się ludzi, jestem introwertyczką. Malarstwo mnie koi, a doświadczenie życia na wsi zmieniło także moje obrazy. Mniej zainteresowania człowiekiem, a więcej – naturą.

- Wszystkie moje obrazy są naładowane tym, co przeżyłam, co czuję. Idę z psem na spacer, patrzę na rytm drzew, a potem przenoszę je na płótno - mówi Katarzyna Gintowt.- Wszystkie moje obrazy są naładowane tym, co przeżyłam, co czuję. Idę z psem na spacer, patrzę na rytm drzew, a potem przenoszę je na płótno - mówi Katarzyna Gintowt.

Jak jeszcze zmieniłaś się przez te trzy lata?
Przestałam się spieszyć. Mam swój stały rytm, ale jest to rytm narzucony przez naturę. Nie chcę, żeby to brzmiało w sposób egzaltowany, ale to prawda. Wstaję razem ze słońcem, bo to jest dla mnie magiczny moment. Lubię się wtedy napatrzeć na świat, lubię się ładować tym specyficznym światłem wschodzącego słońca, tymi kolorami. Żyję też porami roku. Zima jest bardzo trudna. Ale potem jest nagroda – wiosna i lato. Pojawiają się kwiaty i ptaki. Magicznym momentem jest na przykład ten, na który czekam i którego staram się nie przegapić, a jest nim przylot żurawi. Zawsze zjawiają się trzy. Śmieję się, że to albo trójkąt, albo małżeństwo z dzieckiem, które – jak to teraz u ludzi bywa – nie chce się wyprowadzić.

Udało ci się tej wiosny złapać ten moment, kiedy przylatują?
Do tej pory zawsze mi się udawało. A wtedy dostaję takiego speedu, że chce mi się żyć jak nigdy! Bo tu jest życie. Przychodzą jelenie, a ja codziennie kupuję w sklepie pięć kilogramów kartofli i pięć kilogramów marchwi, i im wysypuję. Mój rytm życia reguluje też prowadzenie ogrodu na zasadach permakultury, a więc nie stosuję pestycydów, a uprawy dobieram tak, aby nawzajem się chroniły przed szkodnikami. Nauczyłam się tych zasad, i to się sprawdza. Wszystko samo rośnie, a ja nie mam problemu z kretami czy ze ślimakami. Nie zaburzam ekologicznej równowagi, nie tępię żadnych zwierząt i dlatego do mojego ogrodu przylatują ptaki, które te ślimaki zjadają. Sąsiadka, która prowadzi ogród tradycyjny, wciąż na nie narzeka…

Permakultura zakłada troszczenie się o ziemię, ale także o innych ludzi i sprawiedliwy podział dóbr…
Tutaj postanowiłam kultywować wszystko, co jest zgodne z naturą i co jest dobre. Oraz ograniczyć konsumpcję. Kiedy mam wybrać: czy wydam pieniądze na buty czy na farby albo filtr do aparatu, bo robię dużo zdjęć, to nigdy nie wybiorę butów.

Samo niespieszenie się może wiele zmienić…
Dokładnie tak, gdybym się spieszyła, nie miałabym czasu na permakulturę, na czekanie na żurawie, karmienie jeleni. Nauczyłam się tu kochać ziemię, kochać naturę, a to naprawdę wszystko zmienia. Ale też z tego powodu zaczynam świrować, bo tu są myśliwi, którzy zabijają zwierzęta. Są rolnicy, którzy zatruwają pola, a ja mam ule i szkoda mi pszczół. Nie chcę, żeby umierały załatwione chemią. A na przykład jutro jadę do wsi Szwajcaria pod Suwałkami walczyć o to, aby nie wycinali drzew.

Zamiast rozgrywek w redakcji, które często przypominały to, co znamy z „Diabeł ubiera się u Prady”, robisz coś bardzo sensownego.
Kiedyś sensem mojego życia było latte na soi. Tak, mam poczucie zmarnowanego czasu. No ale każdy z nas ma taki czas, kiedy „musi”, bo ma rodzinę, kredyt, ma dzieci. Na szczęście ja już nic nie muszę. Tu czuję się częścią natury, a to daje poczucie wewnętrznej równowagi…

Twoje malarstwo i rysunki tego nie pokazują. Mimo sielankowych miejsc i sytuacji jest w nich dużo trudnych emocji, depresyjnych, może nawet traumatycznych?
Zdecydowanie tak, choć wolałabym o tym nie mówić, wolę malować. Chciałabym, aby każdy mógł samodzielnie te moje prace odczytać. Powiem ci jednak, że moje życie i twórczość to była do niedawna ciągła walka z tym, co trudne, ciemne, chaotyczne. Teraz zaczynam odnosić w niej zwycięstwo, które polega na odzyskiwaniu wewnętrznej równowagi. Jestem pewna, że to zasługa czasu, jaki ofiarowałam mojemu malarstwu. Ale i miejsca, w którym żyję. Wróciłam do natury i to mnie leczy.

Miejskie życie nie służy spokojowi, wciąż o coś zabiegamy, rywalizujemy…
Jak mówi moja przyjaciółka, Hania Samson, w mieście trzeba wciąż: „kupywać, kupować, kupywać!”. Ale kiedy stajesz się częścią natury, wszystko wraca do normy, bo natura jest bardzo mądra.

Żyjesz ze sztuki?
Nie, ale mało o to dbam. Mam, jak wspominałam, taki problem, że ciężko mi się rozstawać z obrazami. Kontrakty, jakie dostają koleżanki artystki: powstaje hotel i w każdym pokoju powinien być obraz, a więc właściciel kupi płótna hurtem – mnie nie interesują. Z jednej strony to fajne, taka stała wystawa w hotelu, ale z drugiej – moje obrazy są zbyt intymne. Ja bym chciała, żeby kupowali je ci, którym one się naprawdę podobają. Jak ktoś powie: „o rany, jakie fajne, ja chcę to mieć” – to jest dla mnie największa zapłata!

„O rany, jaki fajny jest ten obraz z kilkoma psami, chciałabym go mieć!”. No właśnie, czy psy na obrazach to także zysk z zamieszkania na wsi?
Psy były ze mną już w Warszawie. Kocham te zwierzaki i zawsze je miałam. Dlatego zazwyczaj na każdym moim obrazie znajdzie się jakiś piesek. Kiedy boisz się ludzi, to bywa, że pies jest twoim jedynym przyjacielem…

Ale tu, na wsi, malując, pokonałaś swoje lęki?
Bez sztuki byłabym dziś wrakiem człowieka, tyle ci powiem…

Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan”, „She”.

  1. Kultura

"Mayerling" w Teatrze Wielkim Operze Narodowej. Poleca szefowa działu kultury „Zwierciadła”

"Mayerling", Vladimir Yaroshenko i Chinara Alizade jako Arcyksiąże Rudolf i Mary Vetsera. (Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)
Sceny znowu są dostępne na żywo dla publiczności, a Teatr Wielki Opera Narodowa w Warszawie świętuje wystawiając „Mayerlinga”. Baletową opowieść o jednej z bardziej intrygujących zagadek przeszłości, tajemniczej śmierci słynnej pary kochanków.

Tytułowy „Mayerling” to nazwa pałacu myśliwskiego w Austrii, w którym 30 stycznia 1889 roku arcyksiążę Rudolf, następca tronu austro-węgierskiego, jedyny syn Franciszka Józefa I i cesarzowej Elżbiety, zmarł w tajemniczych okolicznościach z 19-letnią baronówną Marią Vetserą u boku. Podwójne samobójstwo czy zabójstwo? Zagadka śmierci tych dwojga nie została rozwikłana do dzisiaj i z miejsca stała się pożywką dla plotek, teorii spiskowych, a także niewyczerpaną inspiracją dla pisarzy i scenarzystów. Najsłynniejsza ekranizacja tej historii to „Mayerling” Terence’a Younga z Omarem Sharifem i Catherine Deneuve rolach głównych. Film do kin trafił w 1968 roku, a dokładnie dekadę później swoją prapremierę w londyńskim Royal Opera House miała baletowa wersja „Mayerlinga”.

'Mayerling', Vladimir Yaroshenko jako Arcyksiąże Rudolf.(Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)"Mayerling", Vladimir Yaroshenko jako Arcyksiąże Rudolf.(Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)

Balet w czterech aktach stworzony przez sir Kennetha MacMillana, słynnego brytyjskiego choreografa do muzyki Ferenca Liszta. Porywczy, kochliwy, z obsesją na punkcie rewolwerów i śmierci Rudolf i zapatrzona w niego młodziutka Vetsera. To historia ich miłości, namiętności, romansu bez szans na szczęśliwe zakończenie, historia życia pod presją konwenansów i monarszych powinności, aż w końcu decyzji kochanków o wspólnej śmierci. „Mayerling” grany jest rzadko, tylko na wybranych scenach baletowych świata, do słynnych jego wystawień należy choćby to z 2013 roku z „pierwszym bad boyem baletu” Siergiejem Połuninem w roli Rudolfa. Premierę w warszawskim Teatrze Wielkim Operze Narodowej ma spektakl pod batutą Patricka Fournilliera, w wykonaniu tancerzy Polskiego Baletu Narodowego. A w obsadzie największe gwiazdy warszawskiej sceny – Władimir Jaroszenko, Yuka Ebihara i Chinara Alizade.

Fot. materiały prasoweFot. materiały prasowe

  1. Kultura

"Boginie" – premiera w Teatrze Słowackiego w Krakowie

Fot. Bartek Barczyk/materiały prasowe Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie
Fot. Bartek Barczyk/materiały prasowe Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie
Teatr Słowackiego w Krakowie zaprasza na kolejną premierę, tym razem spektaklu "Boginie" opartego na mitach Orfeusza i Eurydyki oraz Demeter i Kory. – Archetypiczna energia mitów greckich, stwarza przestrzeń do poszukiwań wspólnych płaszczyzn dla antyku i świata dzisiejszego, co wydaje mi się szczególnie fascynujące – wyjaśnia reżyser Jan Jeliński.

„Boginie” to spektakl oparty na mitach Orfeusza i Eurydyki oraz Demeter i Kory, które łączy motyw wędrówki między światami żywych i umarłych. Moment przejścia oraz liczne w kulturze przedstawienia Hadesu zainspirowały twórców do postawienia pytania o kondycję bogów i bogiń. To opowieść o cielesności, bólu, chorobie, ale również o poszukiwaniu tożsamości, wracaniu do zdrowia i nauce rozumienia własnego ciała. Czym jest Hades dla Demeter, bogini urodzaju i opiekunki pięknych narodzin? Czym jest Hades dla jej córki Kory, jedynej żywej wśród umarłych? Czym jest Hades dla Eurydyki nieustannie wyciąganej z zaświatów? Czym jest Hades dla Orfea, w mitologii sławnego poety i argonauty? Czym jest Hades dla Karen Carpenter? Czym i kim jest Hades współcześnie?

– Wybrałem temat czerpiący ze świata mitycznego, ponieważ interesuje mnie badanie kondycji bóstw w kontekście współczesności. Archetypiczna energia mitów greckich, stwarza przestrzeń do poszukiwań wspólnych płaszczyzn dla antyku i świata dzisiejszego, co wydaje mi się szczególnie fascynujące – wyjaśnia Jan Jeliński, reżyser spektaklu, student V roku Wydziału Reżyserii warszawskiej Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza, laureat nagrody głównej Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu podczas 10. Forum Młodej Reżyserii za wrażliwość i autorską drogę w rozczytywaniu i redefiniowaniu archetypów kultury za reżyserię spektaklu „Nimfy 2.0” wyreżyserowanym w Starym Teatrze.

Obsada:
Natalia Strzelecka
Alina Szczegielniak
Magdalena Osińska
Karol Kubasiewicz
Rafał Szumera

Pozostali twórcy:
reżyseria: Jan Jeliński
tekst i dramaturgia: Alicja Kobielerz
scenografia i kostiumy: Rafał Domagała
muzyka: Filip Grzeszczuk
wideo: Adam Zduńczyk
projekty multimedialne: Tomasz Gawroński
inspicjent: Bartłomiej Oskarbski
producentka: Oliwia Kuc

Premierowy set: 4,5,6 czerwca
Spektakle w lipcu: 1,2,3,4 lipca

Bilety i więcej informacji na www.teatrwkrakowie.pl.

  1. Kultura

Nowy dokument z udziałem Davida Attenborougha już niedługo trafi na Netflix

Kadr z filmu dokumentalnego
Kadr z filmu dokumentalnego "Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców". (Fot. materiały prasowe Netflix)
"To właśnie teraz jest dekada decydująca o przyszłości ludzkości na Ziemi" - słyszymy w zwiastunie filmu dokumentalnego "Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców". David Attenborough i naukowiec Johan Rockström badają w nim degradację bioróżnorodności Ziemi i sprawdzają, czy możemy jeszcze zapobiec kryzysowi.

„Świat na granicy” opowiada o ustaleniach naukowych profesora Johana Rockströma, który cieszy się uznaniem na całym świecie. To historia o najważniejszym odkryciu naukowym naszych czasów — o tym, że ludzkość maksymalnie przesunęła granice zapewniające stabilność życia na Ziemi przez 10 000 lat, od zarania cywilizacji.

Podczas 75 minut filmu wybierzemy się w podróż, podczas której dowiemy się, jakich granic absolutnie nie wolno nam przekroczyć, nie tylko ze względu na stabilność naszej planety, ale przede wszystkich z uwagi na przyszłość ludzkości. Poznamy rozwiązania, które możemy i musimy wdrożyć już teraz, jeżeli chcemy chronić mechanizmy utrzymujące życie na Ziemi.

Narratorem filmu dokumentalnego „Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców” jest sir David Attenborough. Za produkcję odpowiada uhonorowany wieloma nagrodami zespół z wytwórni Silverback Films, która stworzyła przełomowy serial „Nasza planeta” oraz dokument „David Attenborough: Życie na naszej planecie”. Film przedstawia podstawy naukowe obu tych wpływowych produkcji.

„Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców” będzie można obejrzeć od 4. czerwca na platformie Netflix.

(Fot. materiały prasowe Netflix)(Fot. materiały prasowe Netflix)