1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Michał Szpak wspomina swoje dzieciństwo: "Byłem synkiem mamusi"

Michał Szpak wspomina swoje dzieciństwo: "Byłem synkiem mamusi"

Michał Szpak (fot. materiały prasowe Sony Music Poland)
Michał Szpak (fot. materiały prasowe Sony Music Poland)
Od czasu, kiedy zelektryzował Polskę występem w talent show minęło osiem lat. Był jak papierek lakmusowy, test na tolerancję w naszym kraju. A co było wcześniej? Skąd się wziął Michał Szpak?

Z dzieciństwa mam bardzo mało zdjęć. Został jeden album, i to że zdjęciami nie tylko moimi, ale całej naszej rodziny. Najbardziej lubię to, na którym jestem między bratem a siostrą, z rodzicami. Dużo klisz albo poginęło, albo się poniszczyły. Próbowałem nawet jakieś później wywoływać, ale już się nie dało. Album rodzinny został w Jaśle u taty, za to ja mam trochę starszych zdjęć mamy. Widać na nich, jak bardzo jesteśmy do siebie podobni. Nie tylko z rysów twarzy, mama miała podobną sylwetkę, szerokie ramiona jak ja, przez lata trenowała karate i gimnastykę artystyczną. Przestała trenować, kiedy zaszła w pierwszą ciążę, ale nigdy nie straciła formy. Szpagat potrafiła zrobić bez problemu i robiła, jak tylko miała ochotę. No i chodziła tak, że ledwo za nią byłem w stanie nadążyć. Byłem synkiem mamusi. Jak myślę o dzieciństwie, to widzę taki obrazek: idzie mama, a ja obok, zawsze przy jej nodze.

Pierwsze

Pamiętam śmierć Freddiego Mercury’ego. Listopad 1991 roku, czyli miałem wtedy dokładnie rok. Wiem, trudno w to uwierzyć, ale ja to pamiętam na sto procent. Oczywiście, wtedy nie wiedziałem, kogo pokazują w telewizji. Ale wiedziałem, że stało się coś bardzo złego, i tamten obraz został mi w głowie. Mama dużo słuchała Queenu, więc pewnie to ona mi później, jak już coś więcej rozumiałem, powiedziała, że to był Freddie. Kiedy dorastałem, został jednym z moich najważniejszych idoli.

Gamrat

Dopóki nie poszedłem do zerówki, mieszkaliśmy na osiedlu Gamrat. To jest właściwie już za Jasłem, nad Wisłoką, wkoło lasy, ale administracyjnie przynależy do miasta. Nazwa Gamrat wzięła się od fabryki – Zakładów Tworzyw Sztucznych. Najpierw pracowała tam moja babcia, w czasach, kiedy w Gamracie produkowało się jeszcze między innymi proch do broni dla wojska. Ponieważ to była praca wysokiego ryzyka, babcia dostawała oprócz pensji przydział cukru, towar deficytowy. Wspominała, że dzięki temu przydziałowi żyło się im w PRL-u naprawdę dobrze, bo cukier można było wymieniać na różne cenne rzeczy.

Potem w zakładach zaczął pracować mój tata. Widziałem czasem, jak znika za szlabanem. Nam wchodzić nie było wolno. To był ogromny zakład, mnóstwo budynków, a między nimi wielkie odległości. Mieszkaliśmy zaraz obok. W hotelu, w którym nocowały między innymi delegacje wizytujące fabrykę. Mama pracowała tam jako recepcjonistka, a na ostatnim piętrze znajdowały się prywatne mieszkania. Pamiętam, że w długim korytarzu na podłodze zamiast wykładziny, jak w części dla gości, było linoleum.

Hotel to było moje królestwo. Do przedszkola nie chodziłem, więc całymi dniami siedziałem na recepcji albo w kanciapie na tyłach, gdzie zawsze pachniało kawą i fajkami. W recepcji stał komputer, na którym można było grać w „Prince of Persia”, i maszyna do pisania, na której moja mama pisała raporty. Ja też godzinami coś tam pisałem. Kiedy przychodziła odpowiednia pora, szedłem sobie na piętro do drink-baru, gdzie od jednej z „cioć” dostawałem swoją codzienną wyprawkę, czyli galaretkę w cukrze w kształcie cząstek pomarańczy i cytryn i coca-colę w wysokiej szklanej butelce.

Jakim byłem dzieckiem? Podobno śmiech miałem taki, że hotelowe ciocie były mi w stanie przebaczyć absolutnie wszystko, co narozrabiałem, słysząc, jak się śmieję. Byłem też nieźle pucułowaty. Klucha. Wyszczuplałem dopiero w gimnazjum.

Magnetowid i meblościanka

W wakacje mama brała w hotelu wolne i jechała na miesiąc, dwa do pracy do Niemiec, gdzie mieszkał jej brat. Po jednym z takich wyjazdów kupiliśmy samochód – czerwonego fiata 125. Super jeździło się za nim w zimie na sankach, mama zarządzała kulig i pół osiedla przyczepiało się i szalało po okolicy. To było wtedy normalne, dorośli organizowali ogniska, trzymali się razem. A mama była wyjątkowo otwarta i kontaktowa. Jak coś wymyśliła, potrafiła do swojego pomysłu przekonać każdego.

Mnie z kolei po jednym z takich wyjazdów do Niemiec przywiozła wielkie zabawkowe auto. Takie, do którego się wsiadało, na pedały, z ruchomą kierownicą. A potem prawdziwy komputer Amiga 500. To było coś! Nie da się ukryć, że jestem dzieckiem lat 90. Mieliśmy w domu meblościankę, magnetowid, niską ławę, przy której przyjmowało się gości. I mnóstwo zieleni – paprotki, monstery, które podobno miały pochłaniać nikotynę. Mama uwielbiała rośliny. Zwierząt też zawsze mieliśmy mnóstwo. Chomiki, królika miniaturkę, rybki, papużkę falistą.

Wspaniale wspominam lata w Gamracie, ale już wtedy było wiadomo, że się przeprowadzimy. Do centrum Jasła. Do zerówki miałem dziesięć minut drogi. Od początku miałem fory, po tym jak wyszło na jaw, że jestem wnuczkiem swojego dziadka. Dziadek był mleczarzem i dopóki jeszcze rozwoziło się mleko w butelkach, woził je między innymi do budynku przedszkola. Zapamiętały go wszystkie panie, od opiekunek po sprzątaczki. Taki był szarmancki.

Mało, prawie nic

Zmienili się ludzie wokół mnie. Nie było już lasu, Wisłoki, tylko podwórko i ulice. Zacząłem odkrywać miasto na własną rękę, trochę się włóczyć. Czasem sam, czasem z kimś, nigdy większą grupą. Do dzisiaj wychodzę z założenia, że jak masz dużo przyjaciół, to znaczy, że nie masz ich wcale. Mama po odejściu z hotelu założyła własną działalność. Lokal gastronomiczny. Przez jakiś czas funkcjonował, ale potem został zamknięty. Nie wiem zresztą, jak to dokładnie było, dzieciom się takich rzeczy nie mówiło. Tego, że mama wyjeżdża do pracy do Włoch, dowiedziałem się chyba ostatni z rodzeństwa.  Ile z tego, co się dzieje, co to dla nas znaczy, rozumiałem? Mało, prawie nic. Wszystko przysłoniły emocje. Większość czasu z tamtego okresu wyparłem. Koniec podstawówki i prawie całe gimnazjum. Chodziło tylko o to, żeby dotrwać do świąt i do wakacji. Żeby być z mamą.

Chlebodawca

W domu zostaliśmy z tatą. Pomagała mu babcia. Jak szedł do pracy, przyjeżdżała do nas z samego rana, budziła nas do szkoły, ogarniała dom. Na mnie, jak nie można było mnie dobudzić, nieraz wylała kubeł zimnej wody. Dosłownie. Inaczej bym nie wstał.

Ale też tata był bardzo zaradny. Robił pranie, gotował, ogarniał bez problemu moją najmłodszą siostrę, która miała wtedy dwa lata. Niesamowity człowiek, w pewnym momencie całkowicie poświęcił życie dla nas.

Nie byliśmy w Jaśle wyjątkowi. Tata mojego kolegi z podwórka wyjechał do Grecji, inni emigrowali do Anglii. Część zakładów, które tworzyły Gamrat, zamknięto, a to był największy chlebodawca w Jaśle. Czasy transformacji były dla naszego miasta bardzo trudne.

Mój tato nie stracił pracy. Przeszedł do prywatnej firmy, która powstała z jednej z części dawnych zakładów. Do fabryki styropianu. Jak były święta, przynosił nam styropianowe choinki, mikołaje, bombki do malowania.

Coś ty na siebie włożył!

Pierwszy raz pojechaliśmy do mamy do Włoch z tatą, ale drugi raz pojechałem sam. Byłem już nastolatkiem, zaczynał się mój okres dorastania i nagle zobaczyłem coś, co na mnie zrobiło totalne wrażenie. Ludzi w kolorowych puchowych kurtkach, wariacko poubieranych, facetów w dzwonach.

Poszliśmy z mamą do sklepu i nakupowaliśmy mi ciuchów. Przywiozłem sobie wtedy między innymi wybrokatowane szwedy. Do tego kamizelka – tak się pojawiłem w szkole. A potem było coraz bardziej hardcorowo.

Nie wiem, czy mama to rozumiała, ale to właśnie było w niej fajne. Nigdy nie usłyszałem, że przeginam. Dla niej liczyła się wolność. Sama zresztą zawsze zwracała na siebie uwagę ubraniem.

Ojciec? Potrafił powiedzieć: „Coś ty na siebie włożył!”. Tylko że i on zawsze był wyrazisty. Uwielbiał długie płaszcze, buty z wysokimi cholewkami. Teraz na przykład chodzi z wielką gęstą brodą i podwiniętym wąsem. Pamiętam, jak miał szopę włosów. Tata ma ksywkę „Anioł”. Odpowiedzialny, opanowany, ale jak „odepnie wrotki”, to potrafi zaszaleć. Mamy to w genach.

Na nutę kantyczek

Wszyscy w mojej rodzinie mieli coś wspólnego z muzyką. Tato w młodości był perkusistą, mama z regionalnym zespołem pieśni i tańca jeździła na tournée po Europie. Wożę ze sobą w samochodzie jej zdjęcie z któregoś z tamtych występów w stroju ludowym. Moja siostra Marlena – tak jak mama – uczyła się grać na skrzypcach (w liceum wyjechała do Krakowa uczyć się śpiewu, a potem dostała się do konserwatorium we Włoszech), a mój brat Damian – na saksofonie. Najmłodsza Ewa chodziła do ogniska muzycznego. Mnie to jakoś ominęło. Do gimnazjum praktycznie nie śpiewałem. No, poza występem w szkolnej „Szansie na sukces”. No i na Konkursie Kolęd i Pastorałek „Na Nutę Kantyczek” w Jasielskim Domu Kultury. Zaciągnęła mnie tam Marlena, która zdobyła tam zresztą grand prix. Ja na scenie zapomniałem w pewnym momencie słów. Ale wybrnąłem, udałem, że mikrofon nie działa. Marlena natychmiast się zorientowała, w czym rzecz, podeszła, podrzuciła mi słowa. Wszyscy inni myśleli, że naprawdę coś nie tak było z mikrofonem.

No więc nie śpiewałem praktycznie w ogóle, aż trafiłem do hardrockowego zespołu Whiplash. Akurat szukali kogoś na wokal. Poleciła mnie koleżanka z klasy, widocznie słyszała mnie w szkolnej „Szansie na sukces”. Przyszedłem na spotkanie z Kamilem z zespołu do parku. Ubrany byłem w czerwoną bluzę z długim rękawem i spodnie założone na spodnie, jedne z rozpiętym rozporkiem, oba spięte pasem. Kamil do dziś się śmieje, że się na mój widok przeżegnał. Głos dałem tydzień później na próbie. Darłem ryja potwornie. Zaśpiewałem „Czarny chleb i czarną kawę” Strachów na Lachy, „Rock You Like a Hurricane” Scorpionsów, „Harley mój” Dżemu.

Zaprosili mnie później do domu, wypili po browarku, ja – do 22. roku życia nie miałem w ustach ani kropli alkoholu – siedziałem na parapecie. Usłyszałem: „No, w sumie… chyba możesz zostać”. I zostałem.

Oni mieli ponad 20 lat, ja byłem jeszcze w gimnazjum. Pierwszy koncert daliśmy dwa tygodnie później, Kamil mi podpowiadał na scenie teksty, bo miałem za mało czasu, żeby nauczyć się wszystkich. Miałem wtedy na sobie fioletowy T-shirt i dużo pieszczoch na ręku, włosy do ramion. Jeśli umalowane oko, to może tylko kreska. Rok lub dwa lata później było znacznie bardziej „na grubo”.

Gdziekolwiek pojechaliśmy, zaczynałem od wizyty u fryzjera. Panie mnie czesały, zwykle kosztowało to nie więcej niż 15 zł. Ciuchy sceniczne kupowałem w szmateksach, do dzisiaj mam czerwony gorset z lateksu z tamtego czasu. Miałem też suknię ślubną połączoną z obcisłymi spodniami. Już wtedy wychodziłem z założenia, że ludzie przychodzą na show.

Zawsze

Do liceum trafiłem do Zespołu Szkół Chemicznych. Na początku było spoko, ale dość szybko miałem dosyć.

Głupie zaczepki, popchnięcia na korytarzu, typowe nastoletnie zagrania. Bez przerwy słyszałem: „Zaraz ci wyj…ę”. A ja jak to ja. Słyszę coś takiego i daję jeszcze do pieca. „Spoko, uderz”. Albo: „Może byś się zmierzył z kimś równym sobie?”. Myślę, że to, że nigdy mi nikt nie spuścił wp…dolu, zawdzięczam przede wszystkim Damianowi.

Wszyscy prędzej czy później dowiadywali się, że jestem jego bratem. Damian miał posłuch, szacunek na dzielnicy. I mimo że nie mieliśmy wtedy ze sobą wzorowego kontaktu, to wiem, że nie zawahałby się stanąć w mojej obronie. To był mój klosz. Wiem, że on też płacił za to jakąś cenę. Że się o mnie nasłuchał i że go wkurzałem. Ciężko mu było przekonać się do tego, jak wyglądam, obracał się w zupełnie innym środowisku. Dawał mi to do zrozumienia i ja też go rozumiałem. Miałem świadomość, że przekraczam barierę wizerunkową, i to mocno.

A wracając do liceum, w pewnym momencie powiedziałem tacie, że nie będę już tam chodził. Tatko to przyjął, zawsze stawał za mną murem. Zawsze. Poszliśmy do pedagoga, zaproponował mi dwie inne szkoły. Wybrałem tę w Kołaczycach, 10 km od Jasła. 
20 minut PKS-em, a szkoła bardzo dobra. Zresztą dojeżdżać też było fajnie.

Ręce zaciśnięte w pięści

Jeździliśmy z zespołem, graliśmy po klubach, zlotach motocyklowych. Krosno, Gorlice, Kraków, Tarnów, Brzesko. Zarabiać nie zarabialiśmy, ale udawało się chociaż zwrócić koszty podróży, czasem trzeba było do tego dopłacać, ale byliśmy szczęśliwi. Pamiętam, że non stop głodowałem, bo nie jadłem fast foodu, a tylko to było na trasie.

W trzeciej klasie prawie w ogóle nie byłem w szkole. Jeździliśmy do Warszawy, wygraliśmy konkurs na cover piosenki zespołu Wilki. Ale Warszawa była trudna do zdobycia, w pewnym momencie podjęliśmy decyzję, że zawieszamy działalność.

Wróciłem do Jasła, zdałem maturę. Nie było tak źle. W legginsach, koszuli z rozszerzanymi rękawami i z pomalowanymi paznokciami wszedłem na ustny z polskiego. Nie chcieli mnie dopuścić, ale ja wybroniłem się tym, że mój wygląd ma związek z tematem mojej prezentacji „Władcy w literaturze i sztuce”. Na angielski musiałem zmyć makijaż, a ręce miałem zaciśnięte w pięści, żeby nie widać było lakieru.

Podwózka

Chwilę później dowiedziałem się, że w Zabrzu są eliminacje do „X Factora”. Znalazłem hotel robotniczy na wylotówce z Zabrza, w którym mogłem się zatrzymać, i zadzwoniłem do właściciela. Powiedziałem mu, co i jak, że nie mam jak dostać się z dworca do hotelu. Zaproponował, że może przyjechać. Nie byłem zdziwiony. Mam ogromne szczęście do ludzi. Zresztą właściciel hotelu zawiózł mnie też rano na casting i powiedział, że skoro jadę z nim tym autem, to znaczy, że się dostanę do następnego etapu. Casting był po Nowym Roku, a ja już przed świętami wiedziałem, że moje życie się zmieni. Czy tak sobie wyobrażałem show-biznes?

Myślałem, że będzie trochę łatwiej, że mimo wszystko mój wizerunek nie będzie całkowicie przysłaniał tego, co realnie będę robił. Wtedy Polska jeszcze nie była tak tolerancyjna. Ale coś się ruszyło i uważam, że w jakimś stopniu przyczyniłem się do tego, że te granice się przesunęły.

Masz jeszcze czas

Z jednej strony jak na swój wiek dużo przeżyłem, z drugiej – patrzę na swoich rówieśników z Jasła i widzę, że oni są ustabilizowani, a ja jestem lekkoduchem, wciąż powtarzam sobie: „Michał, przecież ty masz dopiero 29 lat. Masz jeszcze czas”.

Koniec mojego dzieciństwa? Trzy lata temu, kiedy umarła mama. Wiedzieliśmy, że jest chora, ale nie starczyło nam wyobraźni, że to się może tak szybko skończyć. Czy kiedykolwiek miałem do niej żal? Nigdy. Nie przyszłoby mi to do głowy. Zresztą to nie w moim stylu.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Retro

Lise Meitner – wybitna naukowczyni, o której świat nie chciał usłyszeć

Lise Meitner w 1959 roku. (Fot. BEW Photo)
Lise Meitner w 1959 roku. (Fot. BEW Photo)
Nie uczą o niej w szkołach. Nie ma jej na liście laureatów Nagrody Nobla, choć jej badania pomogły rozszczepić jądro atomu. Lise Meitner, posiadaczka jednego z najtęższych umysłów swojej epoki, dla potomności wywalczyła wiele. Dla siebie – niemal nic.

W wiedeńskim domu Meitnerów łatwo było zginąć w tłumie. Lise, trzecia z ósemki dzieci Philippa i Hedwig, chętnie z tego korzystała. W hałaśliwej, rozdyskutowanej rodzinie, do której ciągle przychodzili goście i przyprowadzali jeszcze więcej dzieci, nikt nie zwracał uwagi na nieśmiałą dziewczynkę, która podbierała starszemu bratu książki do matematyki. „Chowała je pod poduszką, żeby rodzice nie przyłapali jej na lekturze do późnej nocy” – wspominała jej siostra Frieda. Prawnik i wolnomyśliciel Philipp Meitner zachęcał wszystkie swoje dzieci do nauki. Nie dlatego, że tak kazano w synagodze, bo Meitnerowie przeszli z judaizmu na protestantyzm. Jak przystało na przedstawicieli wiedeńskiej klasy średniej, równą wagę przywiązywali do osiągnieć akademickich co do polityki starzejącego się cesarza i najnowszego wykonania „Wesela Figara” w operze.

„Słuchaj matki i ojca, ale myśl samodzielnie. Doskonal swój talent, jakikolwiek by był” – wpajała dzieciom Hedwig Meitner.

Suknia krępuje ruchy

Lise próbowała pójść za radą matki, tyle że czasy nie bardzo temu sprzyjały. Zdaniem ówczesnych elit edukacyjnych kobiety nie były stworzone do nauk ścisłych. Nikt nie miał nic przeciwko uczeniu się matematyki w szkole, ale liczyło się głównie to, by Lise zdobyła odpowiedni zawód. Mogła przecież wybierać: zostać nauczycielką gry na pianinie? Francuskiego? Dla świętego spokoju padło na francuski. „Austria była wówczas tak boleśnie patriarchalna, że kobiety były skazane na cierpienie” – napisze Meitner wiele lat później. „Każda część żeńskiej anatomii musiała być okryta strojem tak krępującym ruchy, że nie sposób było samodzielnie się ubrać. Zachowanie wymagane od kobiet było równie nienaturalne. A społeczeństwo nie zezwalało im na edukację powyżej poziomu, który uważano za niezbędny.

Obowiązkowa edukacja dziewcząt kończyła się, gdy miały 14 lat. Nie mogły pójść do gimnazjum, które przygotowywało kandydatów na uniwersytet.

Kiedy w 1899 roku kobietom w Austrii pozwolono studiować na wyższej uczelni, Philipp Meitner zacisnął pasa. Nie będzie łatwo, ale jego córki będą jednymi z pierwszych studentek. Wydatki na prywatnych nauczycieli opłaciły się, starsza Gisela dostała się na medycynę. Lise, po kilku latach pracy jako nauczycielka, zdała prywatnie maturę i dostała się na wymarzoną uczelnię. Tu będzie studiować ukochaną fizykę. Świat nauki stanie przed nią otworem – wtedy naprawdę w to wierzyła.

Żadnych pytań

Na uczelni profesorowie sami wybierali sobie pupilów. Ci, którzy im się spodobali, mieli szansę zajść wysoko. Inni, którzy nie spełniali prywatnych kryteriów mentorów, nigdy nie wychodzili poza asystenturę. Lise się udało. Może pomógł fakt, że nie interesowała się niczym poza nauką. Jej siostry twierdziły, że nie umiałaby flirtować nawet pod groźbą śmierci. Inteligentna, rzeczowa, nie zdradzała się z poczuciem humoru. Profesorowie traktowali ją prawie na równi z jej kolegami. Prawie, bo wymagali od niej znacznie więcej. Codziennie musiała udowadniać, że spódnica nie przeszkadza jej w myśleniu. To właśnie ją Anton Lampa, dyrektor jednego z laboratoriów, wysyłał zawsze po lód niezbędny do eksperymentów. Zdrapywała go z ośnieżonych chodników, bo w prymitywnym zakładzie nie było chłodni. Na jej szczęście Ludwig Boltzmann, fizyk badający strukturę i właściwości atomów, nie miał rozterek, czy przyjąć do pracowni bystrą kobietę, która za wszelką cenę chciała pracować pod jego skrzydłami. Przyjmował każdego, kto akceptował kontrowersyjną jak na te czasy teorię struktury atomowej materii. Lise szybko dała się też poznać nie tylko jako doskonała studentka, ale i wymarzona członkini zespołu badawczego. Nie była gwiazdą: skoro chodziło o powodzenie eksperymentu, wolała działać na rzecz wspólnego dobra. Koledzy chętnie korzystali z jej notatek i traktowali ją jak kumpla. Po jakimś czasie dali sobie też spokój z podrywaniem jej.

Lise nigdy nie reaguje na żartobliwe zaczepki, nie umawia się z nikim na spacery. Od weekendowych zabaw ciekawsze jest przewodnictwo cieplne materiałów ciał stałych. Nie cierpi, gdy pytają ją o życie prywatne. Może dlatego, że prawie go nie ma. „Druga kobieta z naukowym tytułem doktora w 500-letniej historii Uniwersytetu Wiedeńskiego ma 28 lat. To Lise Meitner” – doniosła austriacka gazeta codzienna w 1906 roku. Philipp Meitner oprawił ją w ramki i powiesił u siebie w gabinecie.

Ciekawostka

Samobójstwo Boltzmanna było dla niej ciosem. Straciła mentora i przyjaciela, kierunek badań. Nic nie wydawało się wystarczająco ciekawe. Jakieś eksperymenty z zakresu optyki, kilka publikacji. Wreszcie nowy trop: radioaktywność. Przecież tak mało o niej wiadomo. Meitner uważała, że to, co robi małżeństwo Curie w Paryżu, jest niezmiernie ciekawe. Stefana Meyera, nowego dyrektora Instytutu Fizyki, który zastąpił Boltzmanna, też interesowała ta dziedzina. Wśród wspomnień Lise z tamtych czasów znajdzie się takie: „Pamiętam, jak robiłam eksperyment z promieniami alfa. Ilekroć Stefan był w pobliżu, wkładał rękę w strumień promieni i śmiał się, że na pewno jest radioaktywny. To niesamowite, jak bardzo byliśmy wtedy nieostrożni, ale tak się wówczas pracowało”.

Prawdziwie interesujące rzeczy działy się jednak gdzie indziej. W Berlinie Max Planck, opierając się na pracach pewnego urzędnika patentowego ze Szwajcarii Alberta Einsteina, opracował teorię kwantową. Lise znała dokonania ich obu. Gdyby tylko udało się pojechać do Plancka na stypendium, nie tylko miałaby wreszcie szansę na odkrywcze badania, ale ulżyłaby rodzicom. Chociaż na pół roku! Wyprowadziłaby się z domu. Nie musieliby odpowiadać na pytania sąsiadów, czy ich nieszczęsna 29-letnia córka wreszcie ma narzeczonego. Philipp Meitner znów sięgnął do kieszeni. „Opłacę ci pokój w przyzwoitym pensjonacie i dam miesięczną pensję, ale musisz regularnie donosić nam o swojej pracy”.

Berlin – wymarzone intelektualne i naukowe centrum Europy. Tygiel idei, nowych teorii naukowych. Szkoda tylko, że nie dla kobiet. W Reichstagu, podczas debaty o kobiecej edukacji, jeden z posłów zawyrokował, że „nic nie da się zrobić, aby zachęcić kobiety do samodzielnego myślenia i działania”. Słynny chemik Wilhelm Ostwald twierdził, że kobiety mają prawo do zdobywania wiedzy, ale z racji tego, że tak niewiele z nich wybiera naukę, powinny być traktowane jak anomalie i w żadnym wypadku nie warto ich do niej zachęcać.

Max Planck całkowicie się z nim zgadzał. Pannę Meitner przyjął na swoje wykłady z czystej ciekawości. Może nada się na asystentkę? Jest w wieku jego córek – bliźniaczek – mogą się nią zaopiekować. Lise, z typową dla siebie skromnością, nie chwaliła się swoimi publikacjami naukowymi, a on nie pytał.

Nie wzniecać pożaru

Szybko zrozumiała, że nikt nie będzie jej prowadził za rękę. Musi sama znaleźć sobie pole do eksperymentów, wychodzić ścieżki do laboratoriów. Zapukała do każdych drzwi, za którymi mówiło się o radioaktywności. Zrobi studia postdoktoranckie, otworzy przewód habilitacyjny. „Pół roku minęło, ale ojciec zgodził się, abym została dłużej. Przekonałam go, że jestem na dobrej drodze” – pisała. Sama miała jednak wątpliwości. Dyrektor Instytutu Fizyki Eksperymentalnej przyjął ją w końcu do zespołu, ale wymagał, aby pracowała dla niego. Znowu ma pracować na cudze konto? Już miała grzecznie odmówić, kiedy do sali wszedł nowy członek tego samego zespołu, chemik doktor Otto Hahn. Przekonał ją, aby po godzinach pracowali razem. Przecież interesują ich te same zagadnienia, choć reprezentują inne dziedziny. Zgodziła się nie dlatego, że był uroczym gentlemanem. Po prostu potraktował ją serio.

Mówili do siebie per Herr i Fräulein. Najpierw na serio – Lise nalegała na zachowanie profesjonalizmu – a potem na żarty. Hahn prędko zrozumiał, z jakimi uprzedzeniami musiała zmagać się Meitner. Nie wolno jej było wchodzić do laboratorium, kiedy mężczyźni – członkowie instytutu i studenci – przeprowadzali w nim eksperymenty. Otto musiał osobiście prosić o pozwolenie dla Lise i dostał je, gdy obiecał dyrektorowi, że Meitner „nie pójdzie do laboratorium chemicznego, gdzie pracuje się z otwartym ogniem. Żeby nie spaliła sobie długich włosów i nie spowodowała pożaru”. Ze wstydu jej tego nie powtórzył.

W zagospodarowanym przez Hahna starym warsztacie stolarskim na prymitywnym sprzęcie pracowali z izotopami. Meitner nie wyobrażała sobie ciekawszych eksperymentów i lepszego partnera do badań. Przenosiny zespołu do Instytutu Cesarza Wilhelma (KWI) też były wybawieniem od zatęchłych uprzedzeniami korytarzy Uniwersytetu Berlińskiego. Jak długo jednak mogła wymagać od ojca, aby ją finansowo wspierał? Nie miała zamiaru zakładać rodziny ani łapać bogatego męża, ale w KWI znów nie oferowano jej pensji. Była wolontariuszką u boku zarabiających normalnie kolegów.

Pierwszą wypłatę jako etatowy naukowiec dostanie dopiero pięć lat później, jako 35-latka. I to tylko dlatego, że uczelnia w Pradze oferowała jej posadę profesora, a Niemcy nie chcieli być gorsi.

Pierścionek z diamentem

Odkrycie przez zespół Hahn – Meitner trwałego izotopu protaktynu w 1917 roku zaczęło dobrą passę. O przyznaniu jej Medalu Leibniza przez Berlińską Akademię Nauk mówiono w kręgach naukowych w całej Europie. Własna katedra fizyki w KWI, aż wreszcie profesura na Uniwersytecie Berlińskim. „To niemiecka Marie Curie!” – pisał o niej Albert Einstein.

Duet Hahn – Meitner działał dalej. W latach 30., na fali odkrycia neutronu, poświęcili się próbom stworzenia pierwiastka cięższego niż uran. Rok 1933 i dojście Adolfa Hitlera do władzy zastały Lise pogrążoną w pracy do tego stopnia, że postanowiła nie zauważać zwolnień swoich kolegów. Ci z pochodzeniem żydowskim znikali z dnia na dzień. Rezygnowali, wyjeżdżali za granicę. Zamiast protestować, przestała niemal wychodzić z laboratorium. Spędziła tak kolejne sześć lat. „To, że nie wyjechałam natychmiast, było nie tylko głupie, ale i złe” – napisze później. W lipcu 1938 roku nie miała już czasu na zastanawianie się. Za pożyczone od Hahna pieniądze dojechała do granicy holenderskiej. Dał jej też zaręczynowy pierścionek z diamentem swojej matki. „Przekupisz straż graniczną” – tłumaczył. Przeszła ją na piechotę, mając w portfelu dziesięć marek. Znajomi naukowcy pomogli jej przetrwać, ale nie mogli zagwarantować pracy. Ze Sztokholmu doszły wieści, że jest dla niej posada. Tym razem nie wahała się ani chwili.

Nobel, którego nie było

Hahn i Meitner nie dawali za wygraną. Eksperymenty nad bombardowaniem uranu strumieniem neutronów prowadzili niezależnie, a efektami dzielili się w listach. Hahn jako pierwszy miał wymierny rezultat, ale nie potrafił go zinterpretować. Nie było szans, aby mogli razem opublikować wyniki w Niemczech. Hahn wysłał więc swoje wyniki do publikacji, a Meitner i jej siostrzeniec powtórzyli eksperyment i ogłosili go w „Nature” dwa tygodnie później. Świat dowiedział się, że jądro uranu można rozbić na mniejsze części – pierwiastki bar i krypton. Meitner wiedziała też, że to tylko początek. Rozszczepienie jądra atomu było reakcją łańcuchową. Jej potencjał wybuchowy był tyleż wielki co przerażający.

Naukowcy wiedzieli, co może zrobić bomba atomowa, i wiedzieli, że Niemcy mają klucz do technologii jej produkcji. „Dziękuję, ale nie chcę mieć nic wspólnego z żadną bombą” – odpisała Meitner na list z Ameryki. Było to zaproszenie do pracy nad konstrukcją amerykańskiej broni jądrowej w Los Alamos.

„Nagrodę Nobla w dziedzinie chemii za rok 1944 otrzymuje Otto Hahn za badania nad rozszczepieniem jądra atomu” – ogłosił komitet noblowski w listopadzie 1945 roku. O pracującej za rogiem, w instytucie fizyki, Meitner nikt się nie zająknął. Hahn, internowany w Anglii, o nagrodzie dowiedział się z gazety. Odebrał ją rok później. „Całkowicie mu się należała. To wybitny chemik i do rozszczepienia jądra uranu użył tylko chemicznych metod” – tłumaczyła mediom Lise. Ale ich przyjaźń (biografowie powątpiewają, czy było to coś więcej, Hahn miał żonę) nigdy nie odżyła. Meitner odmówiła powrotu do Niemiec i spędziła kolejne 20 lat w Szwecji. Bywała też w Ameryce, gdzie wykładała na Harvardzie.

Nigdy nie wyszła za mąż. Ostatnie lata życia spędziła w Anglii, gdzie mieszkała większość jej rodziny. Nazwiskiem Lise nazwano pierwiastek chemiczny meitner, asteroid, kratery na Księżycu i Wenus.

Korzystałam z książki „Lise Meitner: The Dawn of the Nuclear Age” Patricii Rife i z monografii „Lise Meitner” Anne Hardy i Lore Sexl.

Tekst pochodzi z archiwalnego numeru „Zwierciadła”.

  1. Kultura

Filmy na długi weekend poleca szefowa działu kultury "Zwierciadła"

Kadr z filmu
Kadr z filmu "La Gomera". (Fot. materiały prasowe)
Jakie filmy na długi weekend? Jeśli myślicie o wybraniu się do kina, decyzja może być niełatwa, bo po tygodniach lockdownu namnożyło się nam premier i znakomita większość z nich jest warta zobaczenia. A może by tak spojrzeć na najnowsze kinowe produkcje czysto użytkowo? Czego się dzięki nim dowiecie? Czym was zaskoczą? Jakie drzwi przed wami uchylą? Oto trójka filmów ciekawostek, dzięki którym trochę inaczej spojrzycie na świat.

„Ludzki głos”

Przez ponad 40 lat reżyserowania filmów Pedro Almodovar wyraźnie dał publiczności do zrozumienia, jakie historie i postacie go interesują. Niewielu jest filmowców równie charakterystycznych, o „almodovarowskim klimacie” mówimy, kiedy na ekranie emocje sięgają zenitu, a namiętność uwikłanych w najdziwniejsze uczuciowe układy bohaterów prowadzi ich do niechybnej zguby. Plus wspaniałe kobiece role i dziko kolorowe stylowe wnętrza – oto Almodovar w czystej postaci. W „Ludzkim głosie” nie brakuje żadnego z wyżej wymienionych składników, a jednak to w twórczości reżysera rewolucyjne posunięcie. Po pierwsze Tilda Swinton na ekranie – twórca „Kiki” czy „Wszystkiego o mojej matce” nigdy wcześniej nie nakręcił anglojęzycznego filmu. Celowo nie piszę, że Tilda występuje tu w głównej roli, bo to właściwie filmowy monodram. Występuje tu jeszcze tylko sprzedawca w sklepie z narzędziami, od którego bohaterka grana przez Swinton (kobieta porzucona, na skraju załamania nerwowego) kupuje siekierę, żeby dać upust swojej rozpaczy. I jeszcze długość „Ludzkiego głosu” – pół godziny. Co z pozostałą prawie godziną? Po tym, jak wybrzmi ostatnia scena filmu, w ramach seansu zaglądamy z wizytą do mistrza hiszpańskiego kina i do ikony kina brytyjskiego. Zgodnie z nową pandemiczną tradycją, rozmawiają online, każde od siebie z domu. Chcecie wiedzieć jak mieszka Almodovar, a jak Tilda? Które z nich ma leniwie pozującego do kamery kota, a które psy? Jak się dogadują, jak powstawał film i co jeszcze wspólnie szykują? Wpadajcie do kina na „Ludzki głos”.

Kadr z filmu 'Ludzki głos'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Ludzki głos". (Fot. materiały prasowe)

„La Gomera”

Kryminalna historia gangsterska, opowiadana po części całkiem serio, po części z przymrużeniem oka. Jej reżyser Corneliu Porumboiu to uznany twórca rumuńskiej Nowej Fali, dotychczas kręcił filmy o i w swojej ojczyźnie, tym razem wziął się za produkcję międzynarodową. Jest tu wszystko, czego można się po tego typu kryminalnej historii spodziewać: skorumpowani policjanci, narkotyki, wielkie pieniądze, bezwzględne czarne charaktery, tajemnicza femme fatale. Ale są tu też wątki, których w takim filmie nie spodziewalibyście się wcale. Skąd w tytule „La Gomera”? To właśnie na tej jednej z Wysp Kanaryjskich gangsterzy mają dobić targu. A cała filmowa intryga opiera się na tutejszym el silbo. Czyli tradycyjnym języku tutejszych mieszkańców – gwizdanym. Na mało zaludnionej, a pokrytej dolinami i wzniesieniami, zamglonej i wietrznej Gomerze powstał system porozumiewania się na odległość inny niż rozpalanie ognisk czy bicie w tam tamy, skuteczniejszy i bardziej dokładny. Gwiżdże się głośno, przeciągle i bardzo melodyjnie. Całe sylaby. Dowolne zdanie, nazwy własne, wszystko. Dziś el silbo kultywuje się jako część tradycji regionu, jest wśród obowiązkowych przedmiotów w szkole. A w filmie „La Gomera” przybyłe z Bukaresztu typy spod ciemnej gwiazdy uczą się go jako szyfru, żeby porozumiewać się między sobą i uniknąć wpadki. Oryginalny pomysł? Tak jak i sam film, który niejednego widza skłoni do wycieczki na nie tak popularną – zupełnie niesłusznie – kanaryjską Gomerę.

Kadr z filmu 'La Gomera'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "La Gomera". (Fot. materiały prasowe)

„Ojciec”

O tym filmie wiele mówi się w kontekście rewelacyjnej roli Anthony’ego Hopkinsa i Olivii Coleman i rzeczywiście oboje są świetni. A już szczególnie wznoszący się na wyżyny aktorstwa Hopkins: jeśli wydawało wam się, że znacie wszystkie jego genialne zagrania, możecie wyjść z kina zaskoczeni. Ta rola ma tym większy ciężar, że jest niezwykle osobista, Hopkins gra starszego schorowanego człowieka, w wywiadach sam przyznaje, że czerpał z doświadczeń własnego ojca, ale też oglądając go w tej roli nie sposób oprzeć się wrażeniu, że w jakimś sensie 84-letni brytyjski aktor odgrywa scenariusz, który może przytrafić się także jemu. Jego filmowy imiennik coraz mniej pamięta, coraz częściej mylą mu się fakty, gubi przedmioty, traci orientację. Tak, o starości i demencji opowiadano i w teatrze („Ojciec” to ekranizacja sztuki) i w kinie mnóstwo razy, a jednak ten film zaskakuje. Nakręcono go trochę jak thriller czy kryminał, tak, żeby każdy z nas mógł się wczuć w sytuację głównego bohatera. Razem z nim próbujemy odróżnić prawdę od tego, co tylko się wydaje, rozpoznać, kto jest kim, gdzie się w ogóle znajdujemy. Mieszkanie za każdym razem jest trochę inne, przedmioty zmieniają swoje miejsce. Czy córka Anthony’ego mieszka z mężem czy sama? Komu można ufać? Jaka jest kolejność zdarzeń? Odpowiedzi szukamy aż do finału, kiedy zagadka się rozwiązuje. Genialny pomysł, projekcje „Ojca” powinny być obowiązkowe dla wszystkich , którzy zajmują się bliskimi zmagającymi się z demencją czy chorobą Alzheimera. A właściwie dla każdego z nas, bo to poza wszystkim także po prostu film o byciu z drugim człowiekiem, wspieraniu go, nawet jeśli zupełnie nie rozumiemy jego zachowania.

Kadr z filmu 'Ojciec'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Ojciec". (Fot. materiały prasowe)

  1. Kultura

Seriale – nowości, które warto zobaczyć

Kadr z serialu
Kadr z serialu "Pure". (Fot. materiały prasowe)
Wśród serialowych nowości, są takie, które naprawdę warto zobaczyć. Oto produkcje, które obejrzycie z przyjemnością.

„Witamy na odludziu”, 8 odcinków, HBO GO

Nie spodziewajcie się kolejnego skandynawskiego kryminału. To bardziej czarna komedia w duchu braci Coen z elementami westernu. Akcja „Witamy na odludziu” rozgrywa się na północnych krańcach Norwegii, na dawnym terytorium Samów. Odwiedzamy niewielką, odizolowaną od świata społeczność, która składa się z samych oryginałów. Są tu: skorumpowany szef policji z chorobą Leśniowskiego-Crohna, opętana przez złego ducha sprzedawczyni, fińscy przemytnicy alkoholu, sutener w żałobie, przeklinająca Boga pastorka, no i patrząca na tę zwariowaną zbieraninę nauczycielka, która pojawiła się w Utmark, żeby zacząć nowe życie. Głównym wątkiem jest jednak zacięta rywalizacja między popijającym i niezbyt wygadanym hodowcą owiec Finnem a bezwzględnym Bilzim, dla którego Norwegowie to intruzi na ziemiach jego przodków. Zaczyna się banalnie, od konfliktu o owce, na które poluje ukochany pies Lapończyka. Sprawy się komplikują, gdy żona Finna opuszcza go i wraz z ich 12-letnią córką, najdojrzalszą z całego towarzystwa, wprowadza się do domu Bilziego.

„Nierealne”, 6 odcinków, HBO i HBO GO

W Londynie roku 1896 na skutek tajemniczego zjawiska część mieszkańców zostaje obdarzonych nadprzyrodzonymi zdolnościami. Chodzi głównie o kobiety, które bynajmniej nie zjednują sobie sympatii ogółu, są traktowane jako zagrożenie, a nawet prześladowane. Głównym bohaterkom serialu – skorej do bitki wieszczce i pomysłowej wynalazczyni – dzięki wsparciu filantropki z wyższych sfer udaje się stworzyć dla „dotkniętych” azyl. Serial jest jak ćwiczenie z wyobraźni, co by było, gdybyśmy przenieśli fabułę „X-Men” do wiktoriańskiej Anglii i wzbogacili ją feministycznym podtekstem. Produkcyjny rozmach robi wrażenie, ale mnożenie w nieskończoność wątków i pomysłów trochę nuży.

„Pure”, 6 odcinków, BBC First

Nerwica natręctw może się przejawiać kompulsywnym myciem rąk albo ciągłym sprawdzaniem, czy zakręciliśmy wodę. W przypadku 24-letniej Marnie manifestuje się obsesyjnymi myślami na temat seksu. Kiedy na 25-leciu ślubu rodziców wyobraźnia podsuwa jej pornoscenki z rodziną w rolach głównych, Marnie pęka. Ucieka do Londynu. Chce się w końcu dowiedzieć, co z nią nie tak. Może podświadomość daje jej do zrozumienia, że jest lesbijką albo seksoholiczką? Twórcy umiejętnie łączą komediową konwencję o dojrzewaniu grupy 20-latków z tematem wpływu nerwicy na życie, w tym relacje z bliskimi i przyjaciółmi.


  1. Kultura

Katarzyna Gintowt: "Bez sztuki byłabym wrakiem człowieka"

Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan” i „She”. (Fot. archiwum prywatne)
Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan” i „She”. (Fot. archiwum prywatne)
Bez sztuki byłabym dziś wrakiem człowieka − mówi malarka Katarzyna Gintowt. Kiedyś malarstwem i rysunkiem zajmowała się „przy okazji”, po wyprowadzce na Suwalszczyznę poświęca się im w pełni. Powstałe w tym czasie obrazy pokaże wkrótce w Galerii Leonarda w warszawskim centrum Koneser.

Czy sztuka jest dla ciebie formą rozwoju osobistego?
Sztuka jest dla mnie nie tylko formą rozwoju, ale także rodzajem terapii. W domu na suwalskiej wsi mogę zamknąć się w pracowni i potraktować ten czas jako medytację. Mam w głowie zanotowane jakieś obrazy i wrażenia, i jestem na tym skoncentrowana. I powiem ci, że już bym bez tego nie mogła żyć. W czasach pracy w luksusowych magazynach, malarstwo i rysunek były tylko „przy okazji”, teraz mogę wreszcie pokazać obrazy, które wtedy powstały, ponieważ dałam im całą moją uwagę, energię i talent.

W większości są to abstrakcyjne plenery...
Tak, ale nie malowałam ich w naturze. Nasycam się krajobrazami, porami roku, pogodą, nastrojem i potem w pracowni wyrzucam na płótno lub papier to, czego doświadczyłam, przetworzone już przeze mnie. Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest. Żeby wyjaśnić, czym są dla mnie, opowiem ci o moim dniu. A więc wstaję, biorę psa i ruszam na spacer po okolicy, czyli Wigierskim Parku Narodowym. Jest tu naprawdę pięknie. Mamy dwa jeziora, plażę, wieżę widokową, las… No a ja idę z psem i obserwuję. Co roku na przykład przyjeżdża tu, jak mogę już powiedzieć, nasza znajoma, rozbija namiot niedaleko wieży widokowej i tak sobie żyje kilka miesięcy z całą rodziną. Jeden z obrazów powstał tak, że po ich przyjeździe wróciłam do domu i z pamięci namalowałam ten moment, kiedy oni się już kąpali, odpoczywali po podróży.

- Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest - mówi Katarzyna Gintowt.- Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest - mówi Katarzyna Gintowt.

Pamiątką z wakacji jednak bym go nie nazwała. Mnie niepokoi.
No właśnie, to, co robię, to tylko pogranicze sztuki przedstawiającej i abstrakcyjnej. Niektóre obrazy są bardziej abstrakcyjne, inne mniej. Ale wszystkie są naładowane tym, co przeżyłam, co widzę, co czuję. Na przykład idę z psem na spacer, patrzę na rytmy brzóz, na rytmy innych drzew, a potem przenoszę je na płótno. Podobnie znajduję inspiracje w zaoranej ziemi. To nowy etap mojego malarstwa, który narodził się tutaj, na Suwalszczyźnie, i zapewne nigdzie indziej by się nie narodził w takiej formie.

Pejzaże i emocje – malarstwo, które leczy duszę?
Kiedy się zabieram do malowania, muszę być wewnętrznie naładowana. Muszę też mieć ochotę malować. Profesorowie mówią, że w malarstwie trzeba unikać anegdoty, ale dla mnie jest ona ważna. Aby ją jednak dobrze pokazać, muszę skupić się na świetle, zastanowić nad kolorami, kompozycją – zwłaszcza że mnie kompozycja bardzo kręci.

Kompozycje na twoich obrazach, w moim odczuciu, po mistrzowsku oddają postrzeganie świata, kiedy przeżywamy trudne emocje.
Dla mnie najbardziej przerażający moment to ten, kiedy staję przed czystym płótnem. Zazwyczaj wtedy mam jednak już w głowie, co zrobię że na przykład: „na tym płótnie opowiem o zimie”, i zaczynam. A wtedy jak podczas medytacji kompletnie odcinam się od zewnętrznego świata. Zaczynam tworzyć na płótnie świat, który wychodzi ode mnie, a nie jest tylko odwzorowaniem tego wokół mnie. W swoim świecie czuję się bezpieczna. Ten zewnętrzny budził zawsze we mnie różne lęki, na przykład boję się ludzi, jestem introwertyczką. Malarstwo mnie koi, a doświadczenie życia na wsi zmieniło także moje obrazy. Mniej zainteresowania człowiekiem, a więcej – naturą.

- Wszystkie moje obrazy są naładowane tym, co przeżyłam, co czuję. Idę z psem na spacer, patrzę na rytm drzew, a potem przenoszę je na płótno - mówi Katarzyna Gintowt.- Wszystkie moje obrazy są naładowane tym, co przeżyłam, co czuję. Idę z psem na spacer, patrzę na rytm drzew, a potem przenoszę je na płótno - mówi Katarzyna Gintowt.

Jak jeszcze zmieniłaś się przez te trzy lata?
Przestałam się spieszyć. Mam swój stały rytm, ale jest to rytm narzucony przez naturę. Nie chcę, żeby to brzmiało w sposób egzaltowany, ale to prawda. Wstaję razem ze słońcem, bo to jest dla mnie magiczny moment. Lubię się wtedy napatrzeć na świat, lubię się ładować tym specyficznym światłem wschodzącego słońca, tymi kolorami. Żyję też porami roku. Zima jest bardzo trudna. Ale potem jest nagroda – wiosna i lato. Pojawiają się kwiaty i ptaki. Magicznym momentem jest na przykład ten, na który czekam i którego staram się nie przegapić, a jest nim przylot żurawi. Zawsze zjawiają się trzy. Śmieję się, że to albo trójkąt, albo małżeństwo z dzieckiem, które – jak to teraz u ludzi bywa – nie chce się wyprowadzić.

Udało ci się tej wiosny złapać ten moment, kiedy przylatują?
Do tej pory zawsze mi się udawało. A wtedy dostaję takiego speedu, że chce mi się żyć jak nigdy! Bo tu jest życie. Przychodzą jelenie, a ja codziennie kupuję w sklepie pięć kilogramów kartofli i pięć kilogramów marchwi, i im wysypuję. Mój rytm życia reguluje też prowadzenie ogrodu na zasadach permakultury, a więc nie stosuję pestycydów, a uprawy dobieram tak, aby nawzajem się chroniły przed szkodnikami. Nauczyłam się tych zasad, i to się sprawdza. Wszystko samo rośnie, a ja nie mam problemu z kretami czy ze ślimakami. Nie zaburzam ekologicznej równowagi, nie tępię żadnych zwierząt i dlatego do mojego ogrodu przylatują ptaki, które te ślimaki zjadają. Sąsiadka, która prowadzi ogród tradycyjny, wciąż na nie narzeka…

Permakultura zakłada troszczenie się o ziemię, ale także o innych ludzi i sprawiedliwy podział dóbr…
Tutaj postanowiłam kultywować wszystko, co jest zgodne z naturą i co jest dobre. Oraz ograniczyć konsumpcję. Kiedy mam wybrać: czy wydam pieniądze na buty czy na farby albo filtr do aparatu, bo robię dużo zdjęć, to nigdy nie wybiorę butów.

Samo niespieszenie się może wiele zmienić…
Dokładnie tak, gdybym się spieszyła, nie miałabym czasu na permakulturę, na czekanie na żurawie, karmienie jeleni. Nauczyłam się tu kochać ziemię, kochać naturę, a to naprawdę wszystko zmienia. Ale też z tego powodu zaczynam świrować, bo tu są myśliwi, którzy zabijają zwierzęta. Są rolnicy, którzy zatruwają pola, a ja mam ule i szkoda mi pszczół. Nie chcę, żeby umierały załatwione chemią. A na przykład jutro jadę do wsi Szwajcaria pod Suwałkami walczyć o to, aby nie wycinali drzew.

Zamiast rozgrywek w redakcji, które często przypominały to, co znamy z „Diabeł ubiera się u Prady”, robisz coś bardzo sensownego.
Kiedyś sensem mojego życia było latte na soi. Tak, mam poczucie zmarnowanego czasu. No ale każdy z nas ma taki czas, kiedy „musi”, bo ma rodzinę, kredyt, ma dzieci. Na szczęście ja już nic nie muszę. Tu czuję się częścią natury, a to daje poczucie wewnętrznej równowagi…

Twoje malarstwo i rysunki tego nie pokazują. Mimo sielankowych miejsc i sytuacji jest w nich dużo trudnych emocji, depresyjnych, może nawet traumatycznych?
Zdecydowanie tak, choć wolałabym o tym nie mówić, wolę malować. Chciałabym, aby każdy mógł samodzielnie te moje prace odczytać. Powiem ci jednak, że moje życie i twórczość to była do niedawna ciągła walka z tym, co trudne, ciemne, chaotyczne. Teraz zaczynam odnosić w niej zwycięstwo, które polega na odzyskiwaniu wewnętrznej równowagi. Jestem pewna, że to zasługa czasu, jaki ofiarowałam mojemu malarstwu. Ale i miejsca, w którym żyję. Wróciłam do natury i to mnie leczy.

Miejskie życie nie służy spokojowi, wciąż o coś zabiegamy, rywalizujemy…
Jak mówi moja przyjaciółka, Hania Samson, w mieście trzeba wciąż: „kupywać, kupować, kupywać!”. Ale kiedy stajesz się częścią natury, wszystko wraca do normy, bo natura jest bardzo mądra.

Żyjesz ze sztuki?
Nie, ale mało o to dbam. Mam, jak wspominałam, taki problem, że ciężko mi się rozstawać z obrazami. Kontrakty, jakie dostają koleżanki artystki: powstaje hotel i w każdym pokoju powinien być obraz, a więc właściciel kupi płótna hurtem – mnie nie interesują. Z jednej strony to fajne, taka stała wystawa w hotelu, ale z drugiej – moje obrazy są zbyt intymne. Ja bym chciała, żeby kupowali je ci, którym one się naprawdę podobają. Jak ktoś powie: „o rany, jakie fajne, ja chcę to mieć” – to jest dla mnie największa zapłata!

„O rany, jaki fajny jest ten obraz z kilkoma psami, chciałabym go mieć!”. No właśnie, czy psy na obrazach to także zysk z zamieszkania na wsi?
Psy były ze mną już w Warszawie. Kocham te zwierzaki i zawsze je miałam. Dlatego zazwyczaj na każdym moim obrazie znajdzie się jakiś piesek. Kiedy boisz się ludzi, to bywa, że pies jest twoim jedynym przyjacielem…

Ale tu, na wsi, malując, pokonałaś swoje lęki?
Bez sztuki byłabym dziś wrakiem człowieka, tyle ci powiem…

Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan”, „She”.

  1. Kultura

"Mayerling" w Teatrze Wielkim Operze Narodowej. Poleca szefowa działu kultury „Zwierciadła”

"Mayerling", Vladimir Yaroshenko i Chinara Alizade jako Arcyksiąże Rudolf i Mary Vetsera. (Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)
Sceny znowu są dostępne na żywo dla publiczności, a Teatr Wielki Opera Narodowa w Warszawie świętuje wystawiając „Mayerlinga”. Baletową opowieść o jednej z bardziej intrygujących zagadek przeszłości, tajemniczej śmierci słynnej pary kochanków.

Tytułowy „Mayerling” to nazwa pałacu myśliwskiego w Austrii, w którym 30 stycznia 1889 roku arcyksiążę Rudolf, następca tronu austro-węgierskiego, jedyny syn Franciszka Józefa I i cesarzowej Elżbiety, zmarł w tajemniczych okolicznościach z 19-letnią baronówną Marią Vetserą u boku. Podwójne samobójstwo czy zabójstwo? Zagadka śmierci tych dwojga nie została rozwikłana do dzisiaj i z miejsca stała się pożywką dla plotek, teorii spiskowych, a także niewyczerpaną inspiracją dla pisarzy i scenarzystów. Najsłynniejsza ekranizacja tej historii to „Mayerling” Terence’a Younga z Omarem Sharifem i Catherine Deneuve rolach głównych. Film do kin trafił w 1968 roku, a dokładnie dekadę później swoją prapremierę w londyńskim Royal Opera House miała baletowa wersja „Mayerlinga”.

'Mayerling', Vladimir Yaroshenko jako Arcyksiąże Rudolf.(Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)"Mayerling", Vladimir Yaroshenko jako Arcyksiąże Rudolf.(Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)

Balet w czterech aktach stworzony przez sir Kennetha MacMillana, słynnego brytyjskiego choreografa do muzyki Ferenca Liszta. Porywczy, kochliwy, z obsesją na punkcie rewolwerów i śmierci Rudolf i zapatrzona w niego młodziutka Vetsera. To historia ich miłości, namiętności, romansu bez szans na szczęśliwe zakończenie, historia życia pod presją konwenansów i monarszych powinności, aż w końcu decyzji kochanków o wspólnej śmierci. „Mayerling” grany jest rzadko, tylko na wybranych scenach baletowych świata, do słynnych jego wystawień należy choćby to z 2013 roku z „pierwszym bad boyem baletu” Siergiejem Połuninem w roli Rudolfa. Premierę w warszawskim Teatrze Wielkim Operze Narodowej ma spektakl pod batutą Patricka Fournilliera, w wykonaniu tancerzy Polskiego Baletu Narodowego. A w obsadzie największe gwiazdy warszawskiej sceny – Władimir Jaroszenko, Yuka Ebihara i Chinara Alizade.

Fot. materiały prasoweFot. materiały prasowe