1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Medium

Medium

Forum Fot. Kuba Dabrowski
Forum Fot. Kuba Dabrowski
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Kiedy usłyszała, że wygrała ten casting, nie było jej do śmiechu: „Ja Danutą Wałęsą? Żoną Lecha, legendy "Solidarności"? Ja matką ośmiorga dzieci?". Mistrz Wajda nie miał wątpliwości. Wybrał Agnieszkę Grochowską, bo zobaczył w niej siłę.

Grasz w filmie o samym Wałęsie u samego Wajdy. Może to nie dość dużo dla osoby, która odmówiła Spielbergowi, ale te dwa znane światu polskie nazwiska sprawiają, że o Robercie Więckiewiczu, filmowym Lechu, już rozpisuje się prasa zachodnia. Naprawdę nie ucieszył cię ten angaż?

O Robercie głośno jest teraz w związku z serią wspaniałych, mocnych postaci, które zagrał. Także z powodu jego fantastycznej roli w filmie „W ciemności”. A ze Spielbergiem to nie całkiem tak...

Jeszcze do niego wrócimy.

Wiadomość, że mam zagrać Danutę Wałęsę, początkowo mnie sparaliżowała. Moja reakcja nie miała nic wspólnego z tym, jak przyjęłam wejście do obsady „W ciemności” Agnieszki Holland. Wtedy gdy odebrałam telefon i usłyszałam, że gram, skakałam po łóżku z radości jak dziecko. Bardzo czekałam na tę rolę. W przypadku filmu o Wałęsie nie sądziłam, że mam szansę. Przecież nie jestem podobna do pani Danuty, a poza tym dlaczego miałam wyobrażać sobie, że pan Andrzej Wajda wybierze właśnie mnie? To wielki zaszczyt, ale i kolosalna odpowiedzialność. I zanim zaczęło mnie cieszyć to pierwsze, przeraziło to drugie. Napięcie spadło dopiero po przeczytaniu autobiografii Danuty Wałęsy, a jeszcze bardziej po spotkaniu z nią. Ciepła, serdeczna – powiedziała, żebym się niczym nie przejmowała. Mogłam się tego spodziewać po lekturze jej książki. Połknęłam tę opowieść w jedną noc i – jak ręką odjął – przestałam się bać.

Ponieważ?

Ponieważ zobaczyłam niesamowitą, piękną, bardzo prawdziwą osobę. Szczerą. Myślę, że nie tylko dla mnie te cechy są bardzo ważne. Ale, niestety, coraz ich mniej dookoła nas.

Bo wszyscy jesteśmy aktorami?

W amerykańskiej szkole aktorskiej pytają na wstępie: „jaką dziś rolę grałaś?”. „Dziś? Nie, dziś nie byłam ani na planie, ani na próbach w teatrze” – odpowiada się zwykle. A przecież każdy kogoś zagrał od rana: żonę, matkę, spóźnionego pracownika, adwokata swoich koncepcji na zebraniu w pracy, zagubionego przechodnia, kierowcę samochodu, pasażera metra, klienta kawiarni, sklepu itd. Codziennie wbijamy się w setki ról, choćby epizodycznych. Właściwie w relacji z każdym człowiekiem jesteśmy jakoś inni.

Danuta Wałęsa też była inna, gdy przemawiała przed Akademią Noblowską, niż w swoim mieszkanku na Zaspie.

Myślę, że ten moment był zupełnie wyjątkowy. Pani Danuta opisuje go w swojej książce. Pisze o życiowej nauce, o dowartościowaniu. O chwili niepowtarzalnej, przełomowej, w której reprezentowała miliony Polek, jednocześnie tak mocno będąc sobą.

Rozumiem, że to z szacunku dla tej prawdy, jaka tkwi w bohaterce, zdecydowałaś się do roli obciąć swój piękny warkocz.

Chowanie go czy upinanie pod treskami wyglądałoby zdecydowanie nienaturalnie. Włosy odrosną, a te obcięte, mam nadzieję, nie pójdą na marne.

I trafią do fundacji Rak’n’Roll, gdzie powstanie z nich peruka dla jednej z kobiet po chemioterapii. Nie jest to twój pierwszy gest dla tej sprawy, że wspomnę udział w albumie „PIERwSI w Polsce”. W ogóle jesteś dobrym ambasadorem istotnych spraw. Według tego klucza wybierasz role? Najpierw w „80 milionów”, potem „W ciemności”, teraz w filmie o Wałęsie.

Nie wiem, czy to ja wybieram te role. Czasem wygrywam zdjęcia próbne. Raczej więc role wybierają mnie. Mogę się tylko cieszyć, że są bardzo interesujące, bo rzeczywiście wymienione filmy opowiadają o niezwykłych ludziach, o których powinno się uczyć w szkole. Męczy mnie, że u nas każde zwycięstwo jest podejrzane i bagatelizowane, a potrafimy czcić głównie poległych bohaterów. A przecież bez Lecha Wałęsy nie żylibyśmy w takim kraju, w jakim żyjemy, nie byłoby Solidarności ani okrągłego stołu.

Idea stołu skłaniającego do porozumienia jest ci bliska, co widać na Stalowej 1 w Warszawie.

To od początku do końca miejsce Miki, mojej siostry. My z Darkiem [Gajewskim, reżyserem, mężem Agnieszki – przyp. red.] tylko podrzuciliśmy pomysł, że w restauracji mógłby być jeden duży stół. Widzieliśmy takie w Belgii i Moskwie. Mika nawet pojechała do Moskwy, żeby zobaczyć, jak tam ten pomysł się sprawdza. Chodzi o sprowokowanie ludzi do nawiązywania kontaktów, do bycia razem, z czym Polacy mają pewien problem. Jak się okazało, już w trakcie remontu dokładnie w tym samym miejscu, gdzie powstało bistro Miki, była przed wojną knajpka Setka, do której przychodził Wiech. A po wyzwoleniu właśnie w Setce, u zbiegu dzisiejszych: Stalowej, 11 Listopada i Inżynierskiej, warszawiacy wracający do miasta szukali bliskich, zostawiając tam kartki o treści: „Przeżyłem, szukajcie mnie tu i tu...”.

Więc to miejsce już kiedyś służyło nawiązywaniu kontaktów. Genius loci nadal sprzyja?

Tak. Bo sprzyja temu klimat całej Pragi.

Z moich doświadczeń wynika, że klimat Pragi sprzyja raczej złodziejskim napadom.

Coraz mniej, mam nadzieję. W tej ocalałej po wojnie części Warszawy został duch dawnego miasta nie tylko w architekturze, ale głównie w mentalności ludzi. Są otwarci, łatwo nawiązują rozmowę, szybko cię zapamiętują, trochę jak w mniejszym miasteczku. Za mostem zaczyna się stolica z ambicjami do metropolii. Anonimowość i wielki pośpiech.

A ty pochodzisz z której strony Wisły?

Z tej odbudowanej. Wczesne dzieciństwo spędziłam na Ochocie, młodość też, bo biegałam tam do Teatru Ochoty na zajęcia w ognisku państwa Machulskich, i teraz znowu mieszkam w okolicy. Z okien mojego obecnego mieszkania widać wejście do domu, w którym mieszkałam jako niemowlę. Uświadomiłam to sobie całkiem niedawno. A po drugiej stronie rzeki spędziłam większą część mojego życia: trochę na Saskiej Kępie, wcześniej na Gocławiu.

Który fragment Warszawy zagrał Lwów w filmie „W ciemności”?

To nie Warszawa, ale Łódź, a konkretnie – prawdziwe kanały przelewowe pod miastem, do których prowadził właz przy Manufakturze. Część bliskich planów graliśmy w scenografii w wytwórni w Lipsku. Ale wszystkie sceny zbiorowe – pod ziemią.

Musiało być niełatwo.

Kiedy schodziliśmy na dół i towarzyszyły temu różne niedogodności, a czasem niespodzianki, bo nagle okazywało się, że w prawdziwych kanałach jest kolosalny pogłos uniemożliwiający praktycznie nagrywanie – starałam się dać z siebie chociaż tyle, żeby nie ulegać nerwom i irytacji.

Z respektu wobec tematu?

Myślałam sobie, że uciążliwość, jaką my napotykamy, pracując przy tym filmie, jest niczym wobec trudności, z jakimi mierzyli się nasi bohaterowie. To niewyobrażalne, nieporównywalne. I zastanawiałam się też nad złożonością tej sytuacji, że wcielam się w kogoś, kto istniał naprawdę. Żył, czuł, przeżywał i reagował. Starałam się wyobrazić sobie, jak to przebiegało, jakie ta sytuacja mogła wywoływać reakcje i emocje. Ale przecież nie wiem, czy ja sama w analogicznym położeniu zachowałabym się równie dzielnie. Dziś nie wiesz, jak byś postąpił, nic o sobie nie wiesz.

„Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono” pisała Wisława Szymborska.

Właśnie tak.

Chodziło ci więc o poczucie, że może jesteś niegodna swojej bohaterki?

Może. Ale w tym jest jeszcze coś więcej. Udostępniam siebie, staję do zadania aktorskiego, a wychodzi na to, że moja praca łączy pokolenia. Bez mojej woli czy świadomości. Staję się rodzajem medium. Podobne odczucia towarzyszyły mi, kiedy w polsko-belgijskim filmie „Stepy” zagrałam kobietę matkę, która w Kazachstanie rusza w długą drogę po pomoc dla chorego dziecka. Ona w końcu to dziecko traci, ale rusza dalej, nie upada, nie załamuje się. I też nie wiem, czy mnie byłoby stać na to samo. Ona po wszystkim, co przeszła, a usłyszałam jej autentyczną, bardzo trudną historię, potrafiła jeszcze stworzyć silną, zwartą rodzinę. Jakim więc musiała być pięknym, dobrym, mądrym człowiekiem! Poznałam jej rodzinę, podobnie jak i wnuczki Klary, którą zagrałam w filmie Agnieszki Holland. Dwie młode, piękne dziewczyny przyszły do mnie po pokazie w Kanadzie i powiedziały, że żyły legendą babci, legendą pielęgnowaną przez ich mamę.

To dopiero egzamin dla aktora.

I dodały, że zagrałam dokładnie to, o czym słyszały w dzieciństwie. Dokładnie tak to widziały, tak wyobrażały sobie na podstawie opowiadań matki. Ale jak to jest możliwe, skoro wcześniej nic o tej babci nie wiedziałam? Dziwne... Oczywiście, zagrałam najlepiej jak umiałam, według dobrze skonstruowanego scenariusza. A jednak w tym jest…

...metafizyka?

W każdym razie historia zatoczyła niesamowite koło, skoro na pokazie w Toronto, gdzie film został przyjęty owacyjnie, spotykałam wnuczki Klary, w której postać się wcieliłam – one mają tyle samo lat co ja, i to było, jakby one właśnie zeszły z ekranu. Z takich spotkań rodzą się czasem zdumiewające więzi. Bliscy mojej bohaterki ze „Stepów” właściwie traktują mnie jak członka rodziny. Jestem tym zresztą zaszczycona.

To nagroda. Ale takie role muszą przecież również wiele kosztować.

Nawet jeśli po wielu godzinach pracy w kanałach wraca się do pokoju hotelowego i ciepłego łóżka z czystą pościelą. Nie wystarczy wyjść z włazu, rozejrzeć się, upewnić, że jest 2011 rok, i w jednej chwili odetchnąć całkiem beztrosko. Taka rola w człowieku zostaje, prowokuje do wielu pytań o siebie, o życie. Tak być musi, skoro zeszło się z tą postacią tak głęboko: bo i pod ziemię, i w podświadomość. Nie zapomnę, jak w trakcie ujęcia w kanałach, z których na przerwy często też nie wychodziliśmy, napisałam kilka słów na kartce. Julka Kijowska grająca Chaję przeczytała i zamarła. „Gdzie to znalazłaś”– zapytała pewna, że to odkryte przeze mnie w czyichś wspomnieniach autentyczne słowa. Zdumiała się, kiedy powiedziałam jej, że sama to napisałam. Przed chwilą, bezwiednie.

Jakie to słowa?

Dokładnie nie powtórzę, ale chodziło w nich o to, że ja, czyli Klara, nie chcę już wyjść z kanałów. Nie umiem sobie wyobrazić karuzeli, oranżady, normalnego życia teraz, po tym wszystkim. Bez tych wszystkich. Zwłaszcza bez siostry. Więc wolę nie wychodzić już nigdy, chcę tu zostać.  Podczas przygotowania do tej roli nie myślałam w ten sposób. Ale taka myśl przyszła w trakcie sceny. Sama.

Wyobrażam sobie, że wielogodzinna praca w kanale, choć zaledwie imituje sytuację prawdziwych bohaterów, powinna ujawniać – trochę jak w eksperymencie psychologicznym – pewne reakcje mówiące coś o dynamice grupy.

Odezwała się psychologia tłumu. W scenie, w której z mieszkania schodzimy do kanałów i nie wiadomo, czy wszystkim uda się tam znaleźć schronienie, ja, Agnieszka Grochowska, krzyczę powodowana moimi własnymi emocjami, które udzieliły mi się od innych. I wrzeszczę na człowieka, który omal mnie nie zepchnął przy włazie, krzyczę do niego, że sama zejdę po drabinie, żeby się nie pchał, bo tłum napierał tak, że jeszcze chwila, a pewnie bym poleciała w dół. I podobne zapisy prawdziwych emocji są w tym filmie.

Powiedziałaś, że taka rola skłania do zastanowienia się nad sobą, nad życiem. Do jakich wniosków doszłaś?

Kiedy zagrałam w „Stepach”, kiedy znalazłam się w ich bezkresie, najpierw myślałam, że oszaleję, nie wytrzymam tej przestrzeni, tej pustki. A potem przyszła refleksja, że człowiek jest tak naprawdę bardzo samotny, zdany na siebie w znaczeniu szukania i znajdowania oparcia w sobie. W pierwszej chwili ta refleksja wydała mi się bolesna, ale potem nie. Potem poczułam, że to jest coś, co paradoksalnie zbliża nas do natury, do całego wszechświata. I również do siebie.

Roman Paszke spotyka się z absolutem na morzu, Mirosław Hermaszewski w kosmosie poczuł istnienie Boga...

Myślę, że jest w tym analogia. W każdym razie mój mąż twierdzi, że żadną rolą nie zaskoczyłam go tak, jak w tym właśnie filmie, i żadna inna rola mnie samej tak nie odmieniła. A po „W ciemności” widzę, że aktorstwo nie polega wcale na zakładaniu masek, ale na ich zdejmowaniu. Na docieraniu do głębi siebie od coraz innej strony.

Dlaczego odmówiłaś Spielbergowi, który zadedykował ci 40 minut rozmowy w Wielki Piątek, gdy całe Hollywood nie pracuje?

Nie odmówiłam, bo nie złożył mi konkretnej propozycji, zapytał tylko, czy chciałabym grać w amerykańskich serialach. Wytłumaczyłam mu, że interesują mnie filmy, a nie seriale i nie tylko praca, ale też rodzina. Więc nie przeniosę się do Ameryki na trzy lata. To nie ja. Miałam wrażenie, że doskonale mnie zrozumiał.

Czyli będzie rola w jego filmie fabularnym?

Nie, nie wiem, na pewno na to nie czekam.

Operator Spielberga Janusz Kamiński, w którego filmach zagrałaś dwukrotnie, opowiadał mi kiedyś, jak to po latach w Hollywood, już z Oscarami, odwiedził Mysłowice i rodzinne mieszkanie w familokach. Wszedł i przez to samo co kilkanaście lat wcześniej okno wyjrzał na to samo podwórko. A potem przez okno naprzeciwko zajrzał do innego mieszkania, w którym ta sama co przed laty kobieta stała przy tym samym zlewie. Twoje życie zdecydowanie nie upływa „przy zlewie”.

Ostatnio rzeczywiście ciągle dzieje się coś fascynującego. I nie mogę powiedzieć, że mnie to nie cieszy. Ale jednocześnie fantastyczne jest, że mieszkam w domu, z okna którego widać „bramę” mojego dzieciństwa. Bardzo to lubię.

Agnieszka Grochowska rocznik 1979, jedna z najzdolniejszych polskich aktorek. Doceniona również np. w Niemczech nagrodą dla gwiazdy jutra – Shooting Stars w 2007 roku. Za role w spektaklach choćby Zbigniewa Brzozy w teatrze Studio nominowana do Feliksa. Zagrała m.in. w dramacie „Warszawa” w reżyserii męża Dariusza Gajewskiego.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

"Mayerling" w Teatrze Wielkim Operze Narodowej. Poleca szefowa działu kultury „Zwierciadła”

"Mayerling", Vladimir Yaroshenko i Chinara Alizade jako Arcyksiąże Rudolf i Mary Vetsera. (Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)
Sceny znowu są dostępne na żywo dla publiczności, a Teatr Wielki Opera Narodowa w Warszawie świętuje wystawiając „Mayerlinga”. Baletową opowieść o jednej z bardziej intrygujących zagadek przeszłości, tajemniczej śmierci słynnej pary kochanków.

Tytułowy „Mayerling” to nazwa pałacu myśliwskiego w Austrii, w którym 30 stycznia 1889 roku arcyksiążę Rudolf, następca tronu austro-węgierskiego, jedyny syn Franciszka Józefa I i cesarzowej Elżbiety, zmarł w tajemniczych okolicznościach z 19-letnią baronówną Marią Vetserą u boku. Podwójne samobójstwo czy zabójstwo? Zagadka śmierci tych dwojga nie została rozwikłana do dzisiaj i z miejsca stała się pożywką dla plotek, teorii spiskowych, a także niewyczerpaną inspiracją dla pisarzy i scenarzystów. Najsłynniejsza ekranizacja tej historii to „Mayerling” Terence’a Younga z Omarem Sharifem i Catherine Deneuve rolach głównych. Film do kin trafił w 1968 roku, a dokładnie dekadę później swoją prapremierę w londyńskim Royal Opera House miała baletowa wersja „Mayerlinga”.

'Mayerling', Vladimir Yaroshenko jako Arcyksiąże Rudolf.(Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)"Mayerling", Vladimir Yaroshenko jako Arcyksiąże Rudolf.(Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)

Balet w czterech aktach stworzony przez sir Kennetha MacMillana, słynnego brytyjskiego choreografa do muzyki Ferenca Liszta. Porywczy, kochliwy, z obsesją na punkcie rewolwerów i śmierci Rudolf i zapatrzona w niego młodziutka Vetsera. To historia ich miłości, namiętności, romansu bez szans na szczęśliwe zakończenie, historia życia pod presją konwenansów i monarszych powinności, aż w końcu decyzji kochanków o wspólnej śmierci. „Mayerling” grany jest rzadko, tylko na wybranych scenach baletowych świata, do słynnych jego wystawień należy choćby to z 2013 roku z „pierwszym bad boyem baletu” Siergiejem Połuninem w roli Rudolfa. Premierę w warszawskim Teatrze Wielkim Operze Narodowej ma spektakl pod batutą Patricka Fournilliera, w wykonaniu tancerzy Polskiego Baletu Narodowego. A w obsadzie największe gwiazdy warszawskiej sceny – Władimir Jaroszenko, Yuka Ebihara i Chinara Alizade.

Fot. materiały prasoweFot. materiały prasowe

  1. Kultura

"Boginie" – premiera w Teatrze Słowackiego w Krakowie

Fot. Bartek Barczyk/materiały prasowe Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie
Fot. Bartek Barczyk/materiały prasowe Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie
Teatr Słowackiego w Krakowie zaprasza na kolejną premierę, tym razem spektaklu "Boginie" opartego na mitach Orfeusza i Eurydyki oraz Demeter i Kory. – Archetypiczna energia mitów greckich, stwarza przestrzeń do poszukiwań wspólnych płaszczyzn dla antyku i świata dzisiejszego, co wydaje mi się szczególnie fascynujące – wyjaśnia reżyser Jan Jeliński.

„Boginie” to spektakl oparty na mitach Orfeusza i Eurydyki oraz Demeter i Kory, które łączy motyw wędrówki między światami żywych i umarłych. Moment przejścia oraz liczne w kulturze przedstawienia Hadesu zainspirowały twórców do postawienia pytania o kondycję bogów i bogiń. To opowieść o cielesności, bólu, chorobie, ale również o poszukiwaniu tożsamości, wracaniu do zdrowia i nauce rozumienia własnego ciała. Czym jest Hades dla Demeter, bogini urodzaju i opiekunki pięknych narodzin? Czym jest Hades dla jej córki Kory, jedynej żywej wśród umarłych? Czym jest Hades dla Eurydyki nieustannie wyciąganej z zaświatów? Czym jest Hades dla Orfea, w mitologii sławnego poety i argonauty? Czym jest Hades dla Karen Carpenter? Czym i kim jest Hades współcześnie?

– Wybrałem temat czerpiący ze świata mitycznego, ponieważ interesuje mnie badanie kondycji bóstw w kontekście współczesności. Archetypiczna energia mitów greckich, stwarza przestrzeń do poszukiwań wspólnych płaszczyzn dla antyku i świata dzisiejszego, co wydaje mi się szczególnie fascynujące – wyjaśnia Jan Jeliński, reżyser spektaklu, student V roku Wydziału Reżyserii warszawskiej Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza, laureat nagrody głównej Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu podczas 10. Forum Młodej Reżyserii za wrażliwość i autorską drogę w rozczytywaniu i redefiniowaniu archetypów kultury za reżyserię spektaklu „Nimfy 2.0” wyreżyserowanym w Starym Teatrze.

Obsada:
Natalia Strzelecka
Alina Szczegielniak
Magdalena Osińska
Karol Kubasiewicz
Rafał Szumera

Pozostali twórcy:
reżyseria: Jan Jeliński
tekst i dramaturgia: Alicja Kobielerz
scenografia i kostiumy: Rafał Domagała
muzyka: Filip Grzeszczuk
wideo: Adam Zduńczyk
projekty multimedialne: Tomasz Gawroński
inspicjent: Bartłomiej Oskarbski
producentka: Oliwia Kuc

Premierowy set: 4,5,6 czerwca
Spektakle w lipcu: 1,2,3,4 lipca

Bilety i więcej informacji na www.teatrwkrakowie.pl.

  1. Kultura

Nowy dokument z udziałem Davida Attenborougha już niedługo trafi na Netflix

Kadr z filmu dokumentalnego
Kadr z filmu dokumentalnego "Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców". (Fot. materiały prasowe Netflix)
"To właśnie teraz jest dekada decydująca o przyszłości ludzkości na Ziemi" - słyszymy w zwiastunie filmu dokumentalnego "Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców". David Attenborough i naukowiec Johan Rockström badają w nim degradację bioróżnorodności Ziemi i sprawdzają, czy możemy jeszcze zapobiec kryzysowi.

„Świat na granicy” opowiada o ustaleniach naukowych profesora Johana Rockströma, który cieszy się uznaniem na całym świecie. To historia o najważniejszym odkryciu naukowym naszych czasów — o tym, że ludzkość maksymalnie przesunęła granice zapewniające stabilność życia na Ziemi przez 10 000 lat, od zarania cywilizacji.

Podczas 75 minut filmu wybierzemy się w podróż, podczas której dowiemy się, jakich granic absolutnie nie wolno nam przekroczyć, nie tylko ze względu na stabilność naszej planety, ale przede wszystkich z uwagi na przyszłość ludzkości. Poznamy rozwiązania, które możemy i musimy wdrożyć już teraz, jeżeli chcemy chronić mechanizmy utrzymujące życie na Ziemi.

Narratorem filmu dokumentalnego „Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców” jest sir David Attenborough. Za produkcję odpowiada uhonorowany wieloma nagrodami zespół z wytwórni Silverback Films, która stworzyła przełomowy serial „Nasza planeta” oraz dokument „David Attenborough: Życie na naszej planecie”. Film przedstawia podstawy naukowe obu tych wpływowych produkcji.

„Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców” będzie można obejrzeć od 4. czerwca na platformie Netflix.

(Fot. materiały prasowe Netflix)(Fot. materiały prasowe Netflix)
  1. Kultura

"Proste rzeczy" – czuła opowieść o poszukiwaniu życiowych fundamentów

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Proste rzeczy", na zdjęciu Błażej Sitowski. (Fot. Jarosław Sosiński/Before my eyes)
Mówią: rzuć wszystko i wyjedź z miasta. Ale co dalej? Ucieczka z miejskiej dżungli to dopiero początek, zwłaszcza wtedy, gdy zabieramy ze sobą bagaż nierozwiązanych spraw rodzinnych, tak jak bohater filmu "Proste rzeczy" Grzegorza Zaricznego.

Nagrodzony na prestiżowym festiwalu Sundance Grzegorz Zariczny to reżyser, który odważnie eksploruje terytorium na granicy fabuły i dokumentu. W „Prostych rzeczach”, czułej opowieści o poszukiwaniu życiowych fundamentów, podpatruje autentyczną relację Błażeja (Błażej Kitowski), Magdy (Magdalena Sztorc) i ich córki Ali, wprowadzając do historii katalizator w postaci fikcyjnego wujka (Tomasz Schimscheiner) – brata zmarłego ojca Błażeja, który pojawia się, by pomóc młodym w remoncie wiejskiego domu. To punkt wyjścia do refleksji nad rodzinnymi relacjami i uporządkowania bolesnych spraw z przeszłości. Zariczny w umiejętny sposób zderza tu słodko-gorzką codzienność z bezmiarem uniwersalnych problemów.

Grzegorz Zariczny, ur. w 1983 roku absolwent reżyserii filmowej Wydziału Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego oraz kursu dokumentalnego w Szkole Wajdy. W 2012 roku jego dokument krótkometrażowy „Gwizdek” miał premierę światową i otrzymał Grand Prix na festiwalu filmowym w Sundance. W 2016 roku zrealizował debiut fabularny „Fale”, który miał premierę w Konkursie Głównym MFF w Karlovych Varach. W 2020 roku ukończył swój drugi film fabularny „Proste rzeczy”, który miał polską premierę w Konkursie Głównym MFF Nowe Horyzonty. (Fot. Jarosław Sosiński/Before my eyes)Grzegorz Zariczny, ur. w 1983 roku absolwent reżyserii filmowej Wydziału Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego oraz kursu dokumentalnego w Szkole Wajdy. W 2012 roku jego dokument krótkometrażowy „Gwizdek” miał premierę światową i otrzymał Grand Prix na festiwalu filmowym w Sundance. W 2016 roku zrealizował debiut fabularny „Fale”, który miał premierę w Konkursie Głównym MFF w Karlovych Varach. W 2020 roku ukończył swój drugi film fabularny „Proste rzeczy”, który miał polską premierę w Konkursie Głównym MFF Nowe Horyzonty. (Fot. Jarosław Sosiński/Before my eyes)

Rozmowa z odtwórcami głównych ról: Magdaleną Sztorc i Błażejem Kitowskim

Jaką rolę w filmie odegrały wasze doświadczenia?
Grzegorz Zariczny zaprosił nas do udziału w filmie „Proste rzeczy” w momencie, kiedy byliśmy świeżo upieczonymi rodzicami. Nasza córka Alicja miała niecały rok. W tym czasie również zdecydowaliśmy się przeprowadzić na wieś i zaadaptować tam sobie część domu. Byliśmy w trakcie prac, kiedy zaczęły się rozmowy o wspólnej realizacji filmu. Najważniejszą postacią w tym układzie był Błażej. Grzegorz chciał opowiedzieć o jego trudnej relacji z ojcem i pokazać, jak młody mężczyzna – ojciec i partner - mierzy się z bolesnymi doświadczeniami z przeszłości, by odnaleźć spokój i siłę do działania w teraźniejszości.

Czy kamera w sferze intymnej jest rodzajem terapii? Przejrzeniem się w lustrze?
Kamera w sferze intymnej jest na pewno dużym przeżyciem, przynajmniej w życiu naturszczyków. Podeszliśmy do tematu z dużym zaangażowaniem, z wiarą, że historia, którą chce opowiedzieć Grzegorz, bazująca na naszych doświadczeniach, ale jednocześnie pozostająca fabułą, współgrająca z wrażliwością i wizją Grześka, będzie miała sens i będzie ważna dla widza. Chcielibyśmy, żeby ta historia kogoś poruszyła. Włożyliśmy w to dużą część siebie. Błażej na pewno musiał otworzyć swoją puszkę Pandory – dużo go to kosztowało. Czy film okazał się terapią? Nie, to tylko film.

Kadr z filmu 'Proste rzeczy', na zdjęciu Magdalena Sztorc i Błażej Sitowski. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Proste rzeczy", na zdjęciu Magdalena Sztorc i Błażej Sitowski. (Fot. materiały prasowe)

Mieliście precyzyjny scenariusz czy improwizowaliście?
Bazowaliśmy raczej na treatmencie. Rozpisaliśmy historię, którą chcieliśmy opowiedzieć na sceny. Każdą scenę Grzegorz z nami omawiał, każda miała swój cel. My również inspirowaliśmy Grześka – przez wiele tygodni spotykaliśmy się weekendami, opowiadaliśmy o naszej codzienności, działaniach, planach, wspomnieniach. Oprócz nas i Grzegorza, w spotkaniach brał udział Tomasz Schimscheiner (filmowy wujek), Weronika Bilska (autorka zdjęć) i Bartosz Świderski (drugi reżyser).Podczas planu zdjęciowego każda scena była improwizowana. Mówiliśmy własnym językiem, niemieliśmy rozpisanych dialogów. Najczęściej wszystko działo się w jednym dublu, w długich ujęciach – jedna kłótnia, jedna scena na rybach, itd. Ogromne znaczenie w tym projekcie i jego finalnym kształcie miał też montaż – trwał ponad rok.

Czy film wpłynął na waszą rodzinę?
Cieszymy, że mogliśmy wziąć udział w takim przedsięwzięciu. Nie da się tego wymazać. To też ważna rodzinna pamiątka. Jednocześnie był to eksperyment, trochę igranie z ogniem, z emocjami, z przeszłością. Nie zawsze czuliśmy się na to gotowi. Do dziś prowadzimy dyskusje, czy to miało sens, czy ten film nie utrudnił nam pewnych spraw. Czy to tak naprawdę nie było wywoływanie duchów, które dopiero teraz zaczynają nas nękać. Czy dopiero teraz nie nadszedł czas, żeby pewien rozdział zamknąć.

Film Grzegorza Zaricznego „Proste rzeczy” w kinach od 4 czerwca.

  1. Kultura

Laurie Anderson – niekończąca się opowieść

Laurie Anderson nigdy nie powtórzyła komercyjnego sukcesu singla „O Superman”, centralnej kompozycji z debiutanckiego albumu. Dokonała jednak czegoś innego. Jej twórczość stała się przestrzenią, w której przecinają się ścieżki różnych dyscyplin. (Fot. materiały prasowe)
Laurie Anderson nigdy nie powtórzyła komercyjnego sukcesu singla „O Superman”, centralnej kompozycji z debiutanckiego albumu. Dokonała jednak czegoś innego. Jej twórczość stała się przestrzenią, w której przecinają się ścieżki różnych dyscyplin. (Fot. materiały prasowe)
Właśnie ukazała się reedycja na czerwonym winylu legendarnego albumu Laurie Anderson „Big Science”. Piękny prezent dla jej fanów. Czyli dla kogo? Znawców muzyki awangardowej? Słuchaczy popu? Publiczności galerii sztuki współczesnej? Entuzjastów nowych technologii? Miłośników poezji czy filmu?

Dobry wieczór. Tu wasz kapitan. Za chwilę podejdziemy do próby awaryjnego lądowania”. Tak zaczyna się utwór „From the Air” otwierający „Big Science”. Utwór, który zabiera słuchacza w podróż bez powrotu – w rejs spadającym samolotem. Na tle zapętlonej jak spirala muzyki unosi się elektronicznie przetworzony głos Laurie Anderson, narratorki snującej katastroficzną opowieść. Ten głos, pozornie beznamiętny, obiektywny, zdający się należeć raczej do jakiejś zaawansowanej sztucznej inteligencji niż do żywej kobiety, potrafi hipnotyzować, rozbudzać wyobraźnię, grać na emocjach. W przyszłości opowie jeszcze wiele historii, które układają się w wielką sagę o współczesności, lataniu, polityce i świecie, w którym jutro nadeszło już dziś.

Rzucam to

Kiedy Laurie Anderson tworzyła „From the Air” i inne utwory z płyty „Big Science”, była postacią znaną, ale wyłącznie w wąskim kręgu nowojorskiej awangardy. Był przełom lat 70. i 80.; Anderson przybyła do miasta dziesięć lat wcześniej, szukając odpowiedzi na pytanie, kim tak naprawdę chce być w życiu. Urodziła się w 1947 roku na przedmieściach Chicago, jako jedno z ośmiorga dzieci pary, która postanowiła stworzyć rodzinną orkiestrę. Wszyscy bracia i siostry Laurie uczyli się zatem grać na instrumentach. Jej przypadły w udziale skrzypce. Jako nastolatka ćwiczyła po sześć godzin dziennie, szykując się do kariery zawodowej wirtuozki. W wywiadach wspomina spotkanie z pewną wybitną skrzypaczką, które sprawiło, że ten plan się nie ziścił.

„Zaczęłyśmy rozmowę i ze zdumieniem odkryłam, że ona błędnie wymawia co drugie słowo, nie potrafi się wyrazić – opowiada artystka. – Zrozumiałam, że nie chcę być taka jak ona. Chcę nauczyć się mówić! Pojęłam nagle, jak wiele jest rzeczy, których się nie nauczę, jeżeli dalej będę grała na skrzypcach. Decyzja o tym, żeby przestać grać, należy do kilku rzeczy, z których w swoim życiu jestem naprawdę dumna”.

Laurie miała w przyszłości znów wziąć skrzypce do ręki, ale był to już zupełnie inny instrument – urządzenie, które sama wynalazła i zbudowała, z elektroniczną głowicą zamiast progu i smyczkiem, na którym zamiast końskiego włosia rozpięta była taśma magnetofonowa. Na razie decyduje się na studiowanie biologii. Odkrywa jednak, że bardziej od nauki zajmuje ją ekstrahowanie chlorofilu z roślin i tworzenie tym naturalnym pigmentem rysunków. Przypomina sobie wówczas, jaką przyjemność sprawiało jej zawsze malarstwo. Rzuca więc i biologię, po czym przenosi się do Nowego Jorku, na historię sztuki. Studia kontynuuje na wydziale rzeźby, ucząc się u takich ówczesnych gigantów w tej dziedzinie jak Carl Andre i Sol LeWitt. To artyści, którzy zarażają ją zamiłowaniem do estetyki minimal – upodobaniem, któremu wierna pozostaje do dziś.

Dopóki nie roztopi się lód

W Nowym Jorku dołączyła do legionu aspirujących artystek i artystów, którzy tworzyli największą cyganerię świata sztuki lat 70. Pracowała jako instruktorka rysunku, ilustrowała książki dla dzieci, pisała krytyki do magazynów artystycznych. Wszystkie te dorywcze prace miały wspierać jej eksperymenty twórcze pokazywane w niszowych galeriach. Widywano ją na ulicy podczas publicznych performance’ów. Występowała obuta w łyżwy, które były przymarznięte do bryły lodu, artystka stała na niej niczym na postumencie. W rękach miała wspomniane elektroniczne skrzypce własnej konstrukcji. Specjalny tryb opóźniania dźwięku sprawiał, że mogła na nich grać duety z samą sobą. Koncert trwał, dopóki lód, w którym zatopione były łyżwy, nie roztopił się. Wtedy uwolniona performerka mogła zakończyć występ.

Ta i podobne akcje oraz instalacje pod koniec lat 70. zapewniły Laurie uznanie w świecie eksperymentalnej sztuki. Dla szerokiej publiczności pozostawała reprezentantką egzotycznego plemienia awangardzistów robiących rzeczy, których nie pojmie nikt, kto na co dzień nie żyje w świecie alternatywnych galerii i klubów na Manhattanie. Wkrótce jednak ten stan miał się radykalnie zmienić.

Fot. Zwierciadlo.plFot. Zwierciadlo.pl

Cud

W 1981 roku w domowym studiu, w na wpół partyzanckich warunkach, Laurie nagrała utwór „O Superman”. Szykowała go jako ścieżkę dźwiękową do nowego, operowego performance’u „United States”. Znajomi namówili ją jednak, by wydać piosenkę jako singiel w limitowanej edycji. Był to raczej konceptualny gest niż próba podbijania rynku muzycznego. Monotonna, hipnotyczna, minimalistyczna ośmiominutowa kompozycja, w której Anderson przetworzonym elektronicznie głosem robota bardziej recytuje, niż śpiewa rodzaj katastroficznej litanii o samotności, lękach i obsesjach Ameryki, wydawała się ostatnią rzeczą, która nadaje się na hit. Artystka nie była więc zaskoczona, kiedy w Stanach jedna rozgłośnia po drugiej odmawiały grania utworu jako zbyt trudnego dla masowej publiczności. Tym większe było więc jej zdumienie, kiedy dowiedziała się, że w Wielkiej Brytanii „O Superman” dociera do drugiego miejsca na liście przebojów, deklasując po drodze klasyczne rockowe i popowe kawałki.

Cud dokonał się za sprawą Johna Peela, brytyjskiego prezentera radiowego, który od lat 60. był wyrocznią w kwestii nowej muzyki. Peel, słynący z tego, że za nic ma konwencje i potrafi słuchać muzyki w sposób równie wizjonerski, w jaki nowatorscy artyści ją tworzą, puścił „O Supermana” w swojej audycji i za chwilę zastęp didżejów na Wyspach także chciał ten utwór grać. W tym czasie Anderson dystrybuowała swój wydany w nakładzie tysiąca egzemplarzy singiel metodą sprzedaży wysyłkowej. Osobiście pakowała i zanosiła na pocztę każdą zamówioną płytę. Pewnego dnia odebrała telefon z Wielkiej Brytanii, dzwonił facet z zamówieniem. „Odpowiedziałam mu: »Jasne, ile kopii wysłać?« – wspomina artystka. – A Brytyjczyk odparł: »No, na wtorek potrzebowałbym 40 tysięcy, a do następnego poniedziałku drugie tyle«”. Chwilę później artystka była już w biurze Warner Bros z prośbą o pomoc w wyprodukowaniu 80 tysięcy „O Supermanów”. Koncern odpowiedział propozycją kontraktu na siedem następnych albumów. Pierwszym z nich była płyta „Big Science”.

Fot. materiały prasoweFot. materiały prasowe

Wehikuły

Laurie Anderson nigdy nie powtórzyła komercyjnego sukcesu singla „O Superman”, centralnej kompozycji z debiutanckiego albumu. Dokonała jednak czegoś innego. Jej twórczość stała się przestrzenią, w której przecinają się ścieżki różnych dyscyplin. Jej koncerty to hybryda muzyki, performance’u, wideo artu i multimedialnej instalacji. Co ważniejsze, w sztuce, którą tworzy, znika granica dzieląca eksperymentalną awangardę i kulturę popularną. Ceniona w świecie sztuki wysokiej za innowacyjną formę, Anderson przemawia jednocześnie do publiczności, która z większości koncertów muzyki współczesnej wymknęłaby się przy pierwszej dogodnej okazji. Zawsze fascynowały ją nowe technologie, w latach 80. jej nagrania brzmiały, jakby pochodziły z przyszłości, ale nigdy nie robiły wrażenia obcych współczesnej wrażliwości. Jako muzyk Anderson wróciła do gry na skrzypcach, ale spełniła też swoje młodzieńcze marzenie o nauczeniu się mówienia: realizuje multimedialne performance’y, od lat 90. reżyseruje w teatrze i operze. Uniwersytet Harvarda powierzył jej wykładanie poezji. Na tym nie koniec, w 2015 roku festiwale filmowe triumfalnie objechał jej film „Heart of a Dog”. Artystka swobodnie przemieszcza się między różnymi środkami wyrazu, podporządkowując je zawsze swojemu najważniejszemu medium – opowieści.
Piosenka, film, instalacja – to tylko wehikuły, którymi opowiadane przez Anderson historie mają dotrzeć do odbiorcy. I to właśnie na gruncie opowieści, tej najważniejszej ze sztuk, w twórczości Anderson odnajdują się tak różne grupy fanów.

„Chalkroom”, czyli pokój-instalacja i praca VR Laurie Anderson we współpracy z Hsin-Chien Huangiem, pokazywana w Muzeum Sztuki Współczesnej Stanu Massachusetts MASS MoCA (2017). (Fot. materiały prasowe)„Chalkroom”, czyli pokój-instalacja i praca VR Laurie Anderson we współpracy z Hsin-Chien Huangiem, pokazywana w Muzeum Sztuki Współczesnej Stanu Massachusetts MASS MoCA (2017). (Fot. materiały prasowe)

Zaproszenie do lewitacji

Jeszcze w 2003 roku została pierwszą oficjalną artystką rezydentką przy NASA. Bezpośrednim owocem tej współpracy był performance „The End of Moon” z 2004 roku. W kolejnej dekadzie wyposażona w nowe cyfrowe narzędzia artystka powróciła na Księżyc w VR-owej instalacji „To the Moon”. To jedna z dwóch pionierskich prac w tej technice, które Anderson zrealizowała we współpracy z tajwańskim artystą Hsin-Chien Huangim. Pierwszą był „Chalkroom” z 2017 roku, uważany za jedno z najciekawszych VR-owych dzieł, jakie do tej pory powstały w sztuce. Odbiorca zostaje zaproszony do lewitacji w przestrzeni utkanej z rysunków i tekstów Anderson. Przemierzamy uniwersum wypełnione dźwiękiem i przestrzennym głosem artystki – świat, który jest jedną wielką szkatułkową opowieścią. To historia, która dla większości z nas zaczęła się wraz z pierwszym odtworzeniem płyty „Big Science”, albumu, który wtedy brzmiał, jakby nagrano go jutro, a dziś wydaje się idealnie pasować do dnia dzisiejszego. To opowieść o człowieczeństwie w futurystycznym świecie. I choć ów świat wydaje się coraz bardziej szalony, a nawet nieludzki, ta historia – podobnie jak opowieść Laurie Anderson – pozostaje wciąż aktualna i na szczęście jeszcze się nie kończy.