1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Przed kamerą mogę wszystko

Przed kamerą mogę wszystko

Mówią o niej: libański Pedro Almodóvar w spódnicy. Tak jak on z czułością pochyla się nad historiami kobiet. Tyle że w innej oprawie i kontekście. Współczesne Libanki w filmach Nadine Labaki to kobiety rozdarte między indywidualnymi pragnieniami a narzuconymi im rolami społecznymi. Szukające własnej tożsamości.

Choć nie uważa się za feministkę, to jej kino dotyka wielu tabu i hipokryzji tłamszących swobodę życia w Bejrucie uchodzącym za najbardziej tolerancyjne miasto arabskie. Najpierw sukces „Karmelu”. Ostatnio film „Dokąd teraz?” – znakomicie przyjęty na festiwalu w Cannes. Nadine Labaki opowiada w nim o absurdzie wojny z kobiecego punktu widzenia. Z zaskakującą lekkością, wdziękiem i humorem. Nie interesuje jej kino polityczne. Chce wyrażać w nim siebie. Kobietę, matkę, artystkę, indywidualność.

Byłaś w ciąży, kiedy zaczęłaś pisać scenariusz do filmu „Dokąd teraz?”. Macierzyństwo cię natchnęło?

Tak! Można to tak ująć. Była wiosna 2008 roku. Z powodu mojej ciąży ograniczyłam obowiązki zawodowe i sporo czasu spędzałam w domu, w Bejrucie. To podyktowane było także zamieszkami ulicznymi, kolejnym konfliktem na tle religijnym. Wychodzenie z domu nie było bezpieczne. Widziałam przez okno, jak ludzie do siebie strzelają, płoną barykady, słyszałam nieustające sygnały karetek pogotowia. To było przerażające. Myślałam wtedy o matkach chłopców i mężczyzn, którzy do niedawna byli sąsiadami, a teraz zabijali się i ranili nawzajem na ulicach. Dręczyło mnie, co te kobiety czują. Ja też przecież nosiłam pod sercem mojego synka. Myśl, że za kilkanaście lat on również mógłby narażać swoje życie z powodu kolejnego błahego konfliktu, wydawała mi się nie do zniesienia. Czy byłabym w stanie go powstrzymać? Po co wydawać na świat życie, które tak łatwo i głupio może zostać zmarnowane? Tymczasem egzystencja w Bejrucie to nieustające pasmo okresów pokojowych i bratobójczych wojen. Tutaj niczego nie da się planować. Nie ma kobiety czy rodziny, która nie opłakuje straty syna, męża, brata. Ten film zadedykowałam więc wszystkim libańskim matkom i w ogóle kobietom z mojego kraju.

Absurd wojny z kobiecego punktu widzenia to temat bolesny i trudny. Mimo to twój film zaskakuje połączeniem tragedii i komedii, humoru i powagi, realizmu i magii w jednym.

Życie w Bejrucie ma właśnie taki słodko-gorzki smak, że przywołam tytuł mojego filmu „Karmel”. Jeśli całe twoje dzieciństwo i młodość upływały na obserwowaniu wojen przeplatanych okresami względnego spokoju, to uczysz się przystosowania. Żyje się dniem dzisiejszym, mocno i intensywnie. Jeśli jest pokój, potrafisz się nim cieszyć bardziej niż ktoś, dla kogo taki stan jest na porządku dziennym. Cieszą drobiazgi – wspólna kolacja z rodziną, plotki z przyjaciółkami. Radość przeplata się z bólem, chwile szczęścia z cierpieniem. Ja też tak mam. Jestem ekstremalna w wyrażaniu moich emocji. Kiedy coś dobrego mnie spotyka, to śmieję się pełną piersią. A jeśli płaczę, to całkowicie zatracam się w szlochu... Naprawdę! Dlatego taniec, musical czasem pełniej oddaje tak wielką skalę emocji kobiet libańskich niż słowa. A humor? To, jak wiesz, broń ludzi, którzy czują się marginalizowani. Jeśli nie mogę czegoś zmienić w moim życiu albo nie mam na to wpływu, mogę to obśmiać, zadrwić z tego, także z siebie samej. I to daje siłę, by przetrwać. Tak samo jak poczucie solidarności z innymi libańskimi, podobnie doświadczanymi przez los kobietami. Nie chciałam zrobić filmu politycznego i martyrologicznego. Chciałam, by powstała opowieść uniwersalna, która zdarzyć się może wszędzie. Wtedy to był konflikt religijny, ale zarzewiem walk może być polityka, spór między rodzinami czy sąsiadami, nietolerancja dla odmiennych poglądów itd.

Kobiety z libańskiej wioski odmawiają seksu swoim mężczyznom, aby powstrzymać ich od angażowania się w kolejne krwawe konflikty między muzułmanami a chrześcijanami. Świadomie sięgnęłaś do komedii Arystofanesa „Lizystrata”?

Tak. Znam Arystofanesa. Odmowa seksu to faktycznie najstarsza i najskuteczniejsza broń kobieca. Jednak ja jestem bardziej perfidna niż grecki mistrz, ponieważ ten wątek trochę zmodyfikowałam. Moje bohaterki nie dość, że odmówiły małżeńskiego obowiązku, to na dodatek zaprosiły do wioski ukraińskie tancerki brzucha...

Mężczyznom dostało się podwójnie. Czy reżyserowanie filmów i bycie w nich aktorką jest dla ciebie rodzajem terapii?

Mimo iż Liban uchodzi za jeden z najbardziej otwartych i tolerancyjnych krajów arabskich, to jednak pozycja kobiety nadal daleka jest od tej, jaką cieszą się kobiety z Europy Zachodniej. Wprawdzie Libanki ubierają się niemal po europejsku, chętnie korzystają z dobrodziejstw chirurgii plastycznej i salonów piękności i wyczuwa się tu bardziej ducha kultury śródziemnomorskiej niż arabskiej, to prawda jest taka, że tylko na planie czuję się bezpiecznie. Jako aktorka mogę odgrywać role kobiet, w które nigdy nie miałabym odwagi wcielić się w realnym życiu. W filmie „Karmel” zagrałam właścicielkę salonu piękności, która jest rozdarta między miłością do żonatego mężczyzny a wiernością religii oraz szacunkiem dla rodziców, którzy nie uznają takich związków. Przed kamerą mogę robić to bez poczucia winy. Jako reżyserka opowiadam o tym, co mnie dręczy, boli, niepokoi. Mogę wyrażać siebie na różne sposoby. I w tym sensie uprawianie tego zawodu jest dla mnie terapią. Pomaga mi zrozumieć siebie, moje miejsce w świecie. Pozwala mi on także podróżować, zdobywać doświadczenie za granicą. Właściwie nie wyobrażam sobie, bym mogła robić coś innego.

Czy kobiecie reżyserce w kraju arabskim jest jednak trudniej, czy musi pokonać o wiele więcej barier niż mężczyzna filmowiec?

Pewnie cię zaskoczę, ale moje problemy z uprawianiem zawodu reżysera nigdy nie wynikały z tego, że jestem kobietą. To po prostu bardzo ciężka praca sama w sobie i nie należy jej łączyć z płcią. Jest w Libanie kilka kobiet reżyserek, ale nie zawsze się znamy, bo prawie nie ma w tym kraju przemysłu filmowego, szkół, pedagogów, wytwórni, ekip technicznych, producentów. Ja sama uczyłam się kina, oglądając kasety wideo i zagraniczne stacje telewizyjne. Na uniwersytecie w Bejrucie zapisałam się na kierunek dziennikarski, bo wydziału reżyserii nie było w programie. Jestem więc samoukiem, a warsztat filmowca zdobywałam, kręcąc muzyczne teledyski i telewizyjne reklamy. By zrealizować swój pierwszy film, musiałam znaleźć producenta zagranicznego, i to są znacznie większe przeszkody niż to, czy jesteś kobietą, czy mężczyzną. Dzięki francuskiej producentce otrzymałam stypendium w Cannes. A poza tym niezależnie od płci trzeba mieć w sobie cechy przywódcze, umieć zdobywać pieniądze, organizować aktorów. Ja często korzystam z amatorów, potrafię zjednywać sobie ludzi, negocjować. Łączę chyba w sobie cechy męskie i kobiece. No i nigdy nie bałam się marzyć. Zawsze wierzyłam w siebie i wiedziałam już od dziecka, co chcę w życiu robić. Dlatego mi się udało. Czułam, że jako reżyserka mogę kreować światy, które są moją ucieczką od polityki i wojny, moim sprzeciwem, buntem, marginesem wolności.

Na planie towarzyszy ci rodzina. To chyba też bardzo duże wsparcie?

Tak, mój mąż Khaled Mouzanar jest kompozytorem muzyki do moich filmów, a siostra Caroline – kostiumologiem. Khaled dobrze mnie zna. Jesteśmy małżeństwem już od pięciu lat. Jego muzyka zawsze pobudzała moją wyobraźnię. Właściwie to najpierw pokochałam jego kompozycje, a dopiero potem ich autora. Khaled doskonale wie, jak wpleść muzykę w scenariusze moich filmów. Zdarzało się, że nie musiałam nawet z nim rozmawiać, żeby zrozumiał, o co mi chodzi, co chciałabym usłyszeć w filmie. Nie rywalizujemy ze sobą, ale się uzupełniamy, inspirujemy. Jest moim przyjacielem i pierwszym krytykiem. Nie zawsze we wszystkim się zgadzamy, natomiast zawsze się wysłuchujemy. Jego muzyka rodzi się w sposób naturalny. Pamiętam, kiedyś robiłam kolację, a Khaled bawił się z naszym synkiem. I nagle odstawił małego do kojca, a sam, jak w gorączce, zaczął zapisywać nuty. Powstało coś fantastycznego, co na pewno wykorzystam.

Nie uważasz, że mężczyźni, którzy nieustannie dążą do wojen i konfrontacji, jak ci w twoim filmie, są mniej dojrzali od kobiet?

Może, ale ja patrzę na to trochę inaczej niż ty. Uważam, że mężczyźni są z natury bardziej impulsywni, łatwiej i szybciej ulegają emocjom. My zaś jesteśmy bardziej powściągliwe, bo kieruje nami instynkt opiekuńczy wobec tych, których kochamy. Mężczyźni w mniejszym stopniu myślą o konsekwencjach swojej rywalizacji czy ambicji niż kobiety. To ma związek z instynktem macierzyńskim. Nigdy nie było moją intencją ośmieszanie mężczyzn czy też udowadnianie wyższości kobiet. To, jacy oni są, i różnice między nami wynikają z naszej natury i biologii. Zresztą zarówno libańscy mężczyźni, jak i ci z Europy Zachodniej tak samo przechodzą dziś kryzys tożsamości. Są może w mniejszym stopniu niż kobiety rozdarci między różnymi modelami życia a rolami społecznymi. Z jednej strony – jest presja, by traktowali kobiety po partnersku. Z drugiej – ojcowie mówią im, że kobietę trzeba trzymać krótko. Kiedy słyszę, że w Europie czy USA kobiety są silniejsze psychicznie od mężczyzn i lepiej sobie radzą zawodowo, to wiadomo, że dotyczy to tylko niewielkiej grupy kobiet świetnie wykształconych i dobrze zarabiających, często, niestety, płacących za to samotnością. Tymczasem i na Wschodzie, i na Zachodzie mamy o wiele większy odsetek kobiet nieaktywnych lub programowo niechętnych braniu udziału w wyścigu szczurów. Myślę, że ludzie Zachodu łatwo ulegają propagandzie i stereotypom w rodzaju – jak Arabka, to tylko w czadorze i w domu, a jak Europejka, to kobieta wyzwolona.

To pytanie musiało w końcu paść. Jesteś feministką?

Nie wiem. Nigdy nie myślałam o sobie jako o feministce. Są tematy, które widzę inaczej i które, mam nadzieję, zostaną przepracowane na nowo. Nie jestem jednak jakąś wojowniczką o prawa kobiet. Oczywiście, robię kino kobiece, bo mam inne doświadczenia życiowe niż moi koledzy reżyserzy. Dlatego nie mogę powiedzieć tak jak kobiety filmowcy z Europy, że albo robi się dobre, albo złe kino, i płeć w wyborze tematu (podkreślam tematu, a nie drogi zawodowej) nie ma żadnego znaczenia. Nie zamierzam się na siłę unowocześniać, ale chciałabym, by dzięki moim filmom ludzie w Libanie i na świecie inaczej spojrzeli na sytuację kobiet.

To znaczy jak?

Problemem, który pokazałam już w „Karmelu”, było rozdwojenie kobiety libańskiej między wartościami świata zachodniego a tradycjami arabskimi. Z jednej strony – moje bohaterki marzą o tym, by wreszcie być sobą i realizować się swobodnie, a z drugiej – cierpią, obawiając się reakcji otoczenia, rodziny, sąsiadów. To jest szarpanie się między indywidualnymi pragnieniami a rolami społecznymi kobiet. Bejrut to nie jest miasto moloch, w którym każdy może się zaszyć i czuje się anonimowy, a więc żyje, jak chce. Dorosłe dzieci, a zwłaszcza niezamężne córki, nawet po ukończeniu 30. roku życia mieszkają z rodzicami. Życie towarzyskie sprowadza się głównie do odwiedzin rodzinnych czy sąsiedzkich. W ten sposób wszystko jest pod kontrolą. Libańscy żonaci mężczyźni mają kochanki, ale te zawsze muszą pozostać w ukryciu. Wiele młodych kobiet, które współżyły przed ślubem, poddaje się operacjom przywracania dziewictwa. Tematem tabu są także związki homoseksualne albo miłość kobiet dojrzałych. Za wielki problem i hańbę dla rodziny uchodzą także związki między chrześcijanami a muzułmanami. Jest w tym wszystkim sporo hipokryzji, bo w całym świecie arabskim uchodzimy za najbardziej europejski kraj, wolny i tolerancyjny, a tymczasem borykamy się z przesadą. To wynika jednak z tego, że wciąż szukamy własnej tożsamości.

A może problemem jest paradoksalnie bliskość w rodzinach, czego niepełne rodziny europejskie wam zazdroszczą. Że oto w krajach arabskich nikt nie jest pozostawiony sobie.

Coś w tym jest. Łączy nas niewidoczna pępowina, która jednak tłamsi naszą indywidualność i pragnienia, bo domaga się respektowania tradycji. Ja sama, chociaż jestem aktorką i reżyserką, mimo iż na planie robię, co chcę, nie czuję się wolna. Cały czas nadsłuchuję, co o mnie mówią inni. Sąsiedzi i rodzina są bardzo ważni w Libanie. Jeśli w restauracji poprosisz kelnera o stolik dla jednej osoby, to upewni się, czy dobrze usłyszał. Chodzimy wszędzie z rodzicami, rodzeństwem, kuzynami. I zawsze staramy się ich nie zranić, nie rozczarować, nie sprawić im przykrości.

Czy rewolucje w krajach arabskich, które obserwujemy ostatnio, wpłyną twoim zdaniem na zmiany obyczajowości?

Popieram te zrywy, bo budzą nadzieje na zmiany, ale jednocześnie jestem ostrożna w sądach. Nie wiem jeszcze, jak to się przełoży na sprawy obyczajowe, a tym bardziej na przemiany społeczne i polityczne. Zależy, jakie ugrupowania przejmą władzę i czy będą popierały reformy demokratyzacji tych krajów. To wciąż duża niewiadoma i niepokój. Pytanie, które jest tytułem mojego filmu „Dokąd teraz?”, nadal więc pozostaje bez odpowiedzi.

Powiedziałaś, że nie czujesz się feministką. A jak reagujesz, gdy słyszysz o sobie: „libański Almodóvar w spódnicy”?

Och, to mi ogromnie pochlebia. Kocham jego filmy, ale one w znacznym stopniu opierają się na jego fantazjach i obsesjach, podczas gdy moje historie są wzięte z życia. Na pewno łączy nas to, że oboje opowiadamy o kobietach z wielką miłością i czułością, ale to niejedyny mój mistrz. Uwielbiam także kino Larsa von Triera, braci Coen, Woody’ego Allena oraz kurdyjskiego reżysera Bahmana Ghobadiego.

Czy po spektakularnych sukcesach obu twoich filmów nie kusi cię realizacja filmu poza Libanem? Może w Hollywood?

A wyobrażasz mnie tam sobie? Wyglądałabym jak papuga w klatce, zwłaszcza że nadal chcę robić filmy w języku arabskim, według scenariuszy, które sama napiszę. To jest mój świat, moja rzeczywistość, która z amerykańskim snem, poza kreskówkami Disneya zapamiętanymi z dzieciństwa, nie ma absolutnie nic wspólnego.

NADINE LABAKI libańska aktorka i reżyserka. Urodziła się w 1974 roku. Pierwszy teledysk nakręciła w 2001 roku. Do 2006 roku zrealizowała ich 18. Jej debiutanckim filmem pełnometrażowym był „Karmel”, który zachwycił krytyków i publiczność festiwalu filmowego w Cannes w 2007 roku. Z entuzjazmem w ubiegłym roku przyjęto jej kolejny obraz „Dokąd teraz?”. Jako aktorka wzięła udział m.in. w: „Ramad”, „Seventh Dog” i „Karmelu”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

„Artystka. Anna Bilińska 1854–1893” – nowa wystawa w Muzeum Narodowym w Warszawie

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Nad morzem , 1886, olej, tektura , Muzeum Narodowe w Warszawie; Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893) Jedyna pociecha, 1891, pastel, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie; Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Ulica Unter den Linden w Berlinie 1890, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (Fot. Piotr Safjan, Piotr Ligier, Krzysztof Wilczyński; Muzeum Narodowe w Warszawie)
Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Nad morzem , 1886, olej, tektura , Muzeum Narodowe w Warszawie; Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893) Jedyna pociecha, 1891, pastel, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie; Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Ulica Unter den Linden w Berlinie 1890, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (Fot. Piotr Safjan, Piotr Ligier, Krzysztof Wilczyński; Muzeum Narodowe w Warszawie)
„Artystka. Anna Bilińska 1854–1893” - to pierwsza polska artystka, która osiągnęła międzynarodową sławę. Jej twórczość będzie można podziwiać niebawem na wystawie w Muzeum Narodowym w Warszawie.

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893) to pierwsza polska artystka, która osiągnęła międzynarodową sławę. Jej twórczość była prezentowana na najważniejszych europejskich wystawach i doceniania przez krytyków sztuki z wielu krajów. Także dziś obrazy i fascynujące losy malarki wzbudzają duże zainteresowanie publiczności, a wiele dzieł Bilińskiej trafiło do kanonu polskiej sztuki. Jednak całokształt twórczości i biografia artystki wciąż czekają na opracowanie.

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893) Portret własny, 1887, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Krakowie. (fot. Pracownia Fotograficzna Muzeum Narodowego w Krakowie)Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893) Portret własny, 1887, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Krakowie. (fot. Pracownia Fotograficzna Muzeum Narodowego w Krakowie)

Celem wystawy jest prezentacja możliwie najszerszego wyboru prac malarskich i rysunkowych Bilińskiej (w tym dzieł do tej pory nieznanych), pochodzących z polskich i zagranicznych muzeów oraz kolekcji prywatnych. Głównym wątkiem wystawy będzie artystyczna kariera Bilińskiej, wiodąca od pierwszych prób malarskich w Warszawie poprzez naukę w paryskiej Académie Julian ku udziałowi w międzynarodowych wystawach sztuki.

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), W oknie, 1890, pastel, płótno, Musée d’art modern et contemporain de Saint-Etienne Métropole (fot. Joëlle Villa, Musée d’art modernę et contemporain de Saint-Etienne Métropole)Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), W oknie, 1890, pastel, płótno, Musée d’art modern et contemporain de Saint-Etienne Métropole (fot. Joëlle Villa, Musée d’art modernę et contemporain de Saint-Etienne Métropole)

Prezentacja będzie poruszać zagadnienia natury artystycznej, takie jak akademizm w twórczości Bilińskiej, portret jako preferowany przez nią temat malarski czy technika pastelu, w której wypowiadała się równie często jak w malarstwie olejnym. Inne kwestie, które zamierzamy podjąć, to samoświadomość artystki i jej widzenie pozycji twórcy w świecie, wyrażające się m.in. w kreowaniu własnego wizerunku w autoportretach.

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Fort Boyard, 1889, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (fot. Krzysztof Wilczyński, Muzeum Narodowe w Warszawie)Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Fort Boyard, 1889, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (fot. Krzysztof Wilczyński, Muzeum Narodowe w Warszawie)

Niezwykle interesujące są również wątki biograficzne: pokonywanie przez malarkę materialnych i osobistych trudności na drodze do zawodowego sukcesu czy jej relacje towarzyskie i uczuciowe. Twórczości Bilińskiej nie sposób przedstawić bez zarysowania ograniczeń, jakich w XIX wieku doświadczały kobiety w ramach instytucji sztuki i kształcenia artystycznego oraz ze względu na normy i oczekiwania społeczne.

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Autoportret niedokończony, 1892 olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (fot. Piotr Ligier, Muzeum Narodowe w Warszawie)Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Autoportret niedokończony, 1892 olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (fot. Piotr Ligier, Muzeum Narodowe w Warszawie)

Ta znakomita malarka i jednocześnie silna kobieta może być interesującą postacią. Kobieta, która zmagała się z przeciwnościami losu (w niedługich odstępach czasu zmarł ojciec artystki, jej przyjaciółka i narzeczony), poważna choroba serca i w rezultacie przedwczesna śmierć uniemożliwiła realizację jej marzenia – planowała otworzyć w Warszawie szkołę malarstwa dla kobiet, wzorowaną na uczelniach paryskich. Bilińska obsypana za życia nagrodami, zapomniana po śmierci, ostatnio cieszy się coraz większym zainteresowaniem. W dobie coraz intensywniejszych badań nad twórczością kobiet artystek końca XIX wieku malarka jawi się jako jedna z najlepszych reprezentantek pokolenia artystek wychodzących z zapomnienia.

„Artystka. Anna Bilińska 1854–1893”, Muzeum Narodowe w Warszawie, 25 czerwca – 10 października 2021

  1. Kultura

Serial "Cień i kość" powróci z drugim sezonem

Archie Renaux jako Malyen Oretsev i Jessie Mei Li jako Alina Starkov w serialu
Archie Renaux jako Malyen Oretsev i Jessie Mei Li jako Alina Starkov w serialu "Cień i kość". (Fot. materiały prasowe Netflix)
Gratka dla miłośników fantasy, których tej wiosny zachwycił nowy serial Netflixa "Cień i kość". Produkcja, oparta na bestsellerowych powieściach Leigh Bardugo o uniwersum Griszów, doczeka się drugiego sezonu.

Pierwsza część opowieści o uniwersum Griszów w ciągu 28 dni od premiery została obejrzana w ponad 55 milionach gospodarstw domowych. Serial znalazł się w zestawieniu TOP 10 w 93 krajach na całym świecie i zajął pierwsze miejsce w 79 krajach, w tym w Australii, Brazylii, Niemczech, Rosji, Hiszpanii, RPA i USA. Po jego premierze trylogia "Cień i kość" oraz składająca się z dwóch części powieść "Szóstka wron" powróciły na listy bestsellerów na całym świecie i przez ponad miesiąc utrzymywały się na pierwszym miejscu listy bestsellerów "New York Timesa". Niewątpliwy sukces wróżył kontynuację serialu - teraz jest to już oficjalne. „Cień i kość” doczeka się drugiego sezonu, a poinformowali o tym członkowie jego obsady.

- Piszę o uniwersum Griszów już od prawie dziesięciu lat, więc jestem zachwycona, że będziemy mogli kontynuować tę przygodę. Jest tak wiele miejsc, które ledwo zdążyliśmy odwiedzić i nie mogę się doczekać, aby przedstawić widzom więcej świętych, żołnierzy, bandytów, złodziei, książąt i szeregowców, którzy sprawiają, że ten świat jest tak zabawny do odkrywania. To będzie prawdziwa magia widzieć, jak nasza genialna, utalentowana obsada się powiększa - mówi autorka książek i producentka wykonawcza serialu Leigh Bardugo.

Drugi sezon serialu „Cień i kość” ma składać się z ośmiu godzinnych odcinków. Jessie Mei Li (Alina Starkov), Archie Renaux (Malyen Oretsev), Freddy Carter (Kaz Brekker), Amita Suman (Inej), Kit Young (Jesper Fahey), Ben Barnes (Generał Kirigan), Danielle Galligan (Nina Zenik) i Calahan Skogman (Matthias Helvar) ponownie wcielą się w swoje role. Dodatkowe szczegóły dotyczące castingu zostaną podane w późniejszym terminie.

"Cień i kość" miał swoją premierę na platformie Netflix w kwietniu tego roku. Serial jest osadzony w rozdartym wojną świecie, a jego główną bohaterką jest osierocona w dzieciństwie Alina Starkov, szeregowa żołnierka, która odkrywa w sobie nadzwyczajną moc mogącą być kluczem do wyzwolenia jej kraju. Ogromne zagrożenie ze strony Fałdy Cienia wisi nad krajem, a Alina zostaje odcięta od wszystkiego, co znała do tej pory, aby odbyć szkolenie wojskowe jako żołnierka elitarnej armii władających magią Griszów. Opanowanie nowych zdolności przychodzi jej z trudem i stopniowo zdaje sobie sprawę, że sojusznicy i wrogowie są dwiema stronami tej samej monety i nic nie jest tym, na co wygląda w tym niezwykłym świecie. Toczy się konflikt między niebezpiecznymi przeciwnikami, wśród których znajduje się także szajka charyzmatycznych przestępców. Przetrwanie będzie wymagało czegoś więcej niż tylko magii.

  1. Kultura

Festiwal Młodzi i Film – przegląd filmów, które warto zobaczyć

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Pollywood". (Fot. materiały prasowe)
Młodzi i Film to najstarszy w Polsce festiwal, podczas którego można zobaczyć tylko debiuty. Debiutowali na nim m.in. Krzysztof Zanussi, Agnieszka Holland, Xawery Żuławski, Łukasz Palkowski, Katarzyna Rosłaniec, Maria Sadowska, czy Jan P. Matuszyński.

Koszaliński Festiwal Debiutów Filmowych Młodzi i Film na stałe wpisał się już na mapę filmowych festiwali Polski, i jako jedyny w takim zakresie skupia się na najnowszych dokonaniach debiutujących reżyserów. Impreza obejmuje dwa konkursy: Pełnometrażowych i Krótkometrażowych Debiutów Filmowych, a także pokazy pozakonkursowe w sekcjach: Debiut zagraniczny, Na dłuższą metę (Debiut dokumentalny), Retrospektywy, czy pokazy filmów jurorów oraz pokazy specjalne, ale też spotkania Szczerość za szczerość z ekipami filmów konkursowych, spotkania branżowe dla uczestników festiwalu, czy klub festiwalowy, w którym odbywają się koncerty oraz autorskie spotkania Macieja Buchwalda pod hasłem "Zawód: aktor”. Wstęp na wszystkie wydarzenia otwarte festiwalu jest bezpłatny.

Plakat 40. edycji Koszalińskiego Festiwalu Debiutów Filmowych Młodzi i Film. Jego twórcą jest Wilhelm Sasnal.Plakat 40. edycji Koszalińskiego Festiwalu Debiutów Filmowych Młodzi i Film. Jego twórcą jest Wilhelm Sasnal.

Każdego roku liczba zgłoszonych filmów do dwóch konkursów wzrasta - w tym to około 200 tytułów. Festiwal stał się też miejscem spotkań młodych twórców filmowych oraz aktorów. Gośćmi w ostatnich latach byli m.in.: Agata Buzek, Sylwia Chutnik, Jacek Borcuch, Zofia Wichłacz, Karolina Czarnecka, Bartosz Gelner, Marcin Kowalczyk, Bartosz Bielenia, Eliza Rycembel, Dorota Masłowska, Agnieszka Grochowska, Ewa Kasprzyk, Andrzej Grabowski, Katarzyna Herman, ale też Wojciech Pszoniak, Jerzy Bończak i Anna Dymna.

W tym roku szczególnej uwadze polecamy sekcję Na dłuższą metę. Debiuty dokumentalne, która powraca po rocznej przerwie. W jej ramach zobaczymy aż siedem pełnometrażowych filmów dokumentalnych:

„Furia”, reż. Krzysztof Kasior

Ola ma 25 lat, pracuje w call center w małym miasteczku. Nie dogaduje się z rodzicami, a w pobliżu nie ma nikogo naprawdę bliskiego. Kiedy problemy przybierają na sile, dostaje skierowanie na terapię. Jednak zamiast na kozetkę, zaczyna chodzić na treningi MMA, brutalne walki w klatce... Dokumentalna opowieść o Aleksandrze Roli, wyjątkowej i bezkompromisowej zawodniczce MMA, która ku zdumieniu całego środowiska, w ciągu roku pokonała wszystkie przeciwniczki w Polsce, mimo że trenować zaczęła niewiele wcześniej. Opowieść o marzeniach i spełnianiu wyznaczonych celów oraz cenie, jaką za to płacimy.

Kadr z filmu 'Furia'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Furia". (Fot. materiały prasowe)

„Krafftówna w krainie czarów”, reż. Maciej Kowalewski, Piotr Konstantinow

Po seansie spotkanie z twórcami i Barbarą Krafftówną

„W tej chwili nie wiem kim jestem. Wiedziałam kim byłam rano” – to zdanie zostaje w sercu na zawsze. Jak i spojrzenie, łagodnych zielonych oczu Barbary Krafftówny. Niech was to nie zmyli – w zaskakującym portrecie bohaterka bez wieku opowiada o sobie i świecie wyobraźni, który był dla niej ratunkiem (w trudnych chwilach) i inspiracją (na scenie). Jej świadectwo wzrusza: mądrej, czułej, na wskroś nowoczesnej i bystrej obserwatorki. Ale też osoby samotnej, która w zmieniającej się rzeczywistości co chwilę musiała definiować własną niezależność, aktorstwo, kobiecość. Krafftówna opowiadając o sobie przekracza granice realizmu, jest najmłodsza z nas wszystkich.

Kadr z filmu 'Krafftówna w krainie czarów'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Krafftówna w krainie czarów". (Fot. materiały prasowe)

„Między nami”, reż. Dorota Proba

Program Pierwszy Dokument

Intymny portret trzech związków. Trzy bardzo różne pary decydują się podjąć szczerą rozmowę, zainicjowaną zestawem pozornie prostych pytań. Powoli tworzy się przestrzeń dla wymiany skrywanych emocji i wyznań, nieoczywistych pragnień. Nie ma przepisu na udany związek, podobnie jest z filmem – coś co mogłoby wypaść jak zestaw truizmów, tutaj staje się prostolinijnym, dowcipnym, ale nade wszystko zaskakującym zapisem kilku wariantów tej samej historii o miłości. Cóż z tego, że opowiadamy cały czas to samo, pytanie jak to robimy. W życiu podobnie jak w kinie – warto się zaskakiwać.

Kadr z filmu 'Między nami'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Między nami". (Fot. materiały prasowe)

„Pollywood”, reż. Paweł Ferdek

Podróż do źródeł kina. Czym jest film? Skąd się wzięło to marzenie, by snuć opowieść na ekranie, by mamić innych swoimi wizjami? Czy kino to iluzja, czy prawda? Co nam daje, a co rekompensuje samym twórcom? I co tak naprawdę oznacza w tym środowisku sukces, jak go osiągnąć, a jednocześnie pozostać wiernym sobie? Autotematyczny film drogi, podczas której reżyser z Polski stara się odpowiedzieć na te najważniejsze z punktu widzenia filmowca pytania. Bo niezależnie od tego skąd pochodzisz, jeśli czujesz magię kina, to stajesz się częścią pewnej społeczności – ludzi światłoczułych.

Kadr z filmu 'Pollywood'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Pollywood". (Fot. materiały prasowe)

„Po złoto. Historia Władysława Kozakiewicza”, reż. Ksawery Szczepaniak

Po seansie spotkanie z twórcami i Władysławem Kozakiewiczem

Władysław Kozakiewicz podczas Igrzysk Olimpijskich w Moskwie w 1980 roku nie dość że zdobył złoto i pobił rekord świata, to jeszcze, pod wpływem emocji i presji, wyprowadzony z równowagi przez sowiecką publiczność, pokazał jej tzw. wała. Niesportowy gest miał swoje symboliczne i polityczne znaczenie. Film w dynamiczny i dowcipny sposób opowiada o drodze jaką przebył słynny tyczkarz, stawia pytania o kryzys formy „Kozaka”, o emigrację, ale też o istotę sportu. Narratorem jest sam Władysław Kozakiewicz, a twórcom udało się wzbogacić jego wypowiedzi o unikatowe materiały archiwalne. Świetny montaż to kolejny atut tej produkcji.

Kadr z filmu 'Po Złoto. Historia Władysława Kozakiewicza'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Po Złoto. Historia Władysława Kozakiewicza". (Fot. materiały prasowe)

„Toomanykicks”, reż. Dawid Wawrzyszyn

Pierwszy polski dokument o kolekcjonerach butów sportowych. Wnikliwa analiza pasji jedenastu bohaterów oraz przemian kulturowo-społeczno-gospodarczych, jakie zaszły w Polsce od 1989 roku. Pytanie o to, ile par to już za dużo, w świecie prawdziwych sneakerheadów nie istnieje. Dzięki nim poznajemy historię rozkwitu polskiego designu w ostatnich trzech dekadach wolności, ale dowiadujemy się też wiele o znaczeniu sportu i muzyki w ich życiu. Wielu bohaterów filmu osiągnęło sukces nie tylko w Polsce, ale także na arenie międzynarodowej.

Kadr z filmu 'Toomanykicks'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Toomanykicks". (Fot. materiały prasowe)

„Xabo, Ksiądz Boniecki”, reż. Aleksandra Potoczek

To nie jest hołd, pomnik, laurka na cześć. To intymny dziennik, który wyraża naszą wspólną, wielką tęsknotę – za pięknym i mądrym przewodnikiem, za doradcą, za człowiekiem, który wie więcej i zachowuje spokój mimo wszystko. Ksiądz Boniecki, który jest solą w oku instytucji kościoła i ma zakaz publicznych wypowiedzi do prasy – poza „Tygodnikiem Powszechnym” – cały czas jeździ na spotkania, rozmawia, pyta, słucha, daje odczyty, przynosi nadzieję. Podczas trzyletniej wędrówki wraz z księdzem Bonieckim ekipa przemierzyła 50 tys. kilometrów.

Kadr z filmu 'Xabo. Ksiądz Boniecki'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Xabo. Ksiądz Boniecki". (Fot. materiały prasowe)

Blok Na dłuższą metę. Debiuty dokumentalne będzie miał osobne otwarcie: w poniedziałek 14.06 o godzinie 16.30 tuż przed galowym otwarciem całego festiwalu. Sekcję dokumentalną zainauguruje w tym roku film „Krafftówna w krainie czarów” – piękny, kreacyjny filmowy portret dokumentalny w reżyserii Macieja Kowalewskiego i Piotra Konstantinowa. Barbara Krafftówna będzie Gościem honorowym wieczoru i wraz z twórcami po seansie spotka się z publicznością. Po rozmowie autorzy i Bohaterka filmu będą obecni na Gali otwarcia Koszalińskiego Festiwalu Debiutów Filmowych Młodzi i Film 2021.

  1. Kultura

Niewidzialna rzeźba włoskiego artysty została sprzedana za 15 tys. euro

Salvatore Garau. (Fot. Instagram @salvatore_garau)
Salvatore Garau. (Fot. Instagram @salvatore_garau)
Dzieło sztuki, które istnieje tylko w wyobraźni włoskiego artysty. Niematerialna i niewidzialna rzeźba stworzona przez Salvatore Garau została sprzedana na aukcji za 15 tys. euro.

"Io sono" (po włosku „Jestem”) – tak Salvatore Garau nazwał swoje wyjątkowe dzieło. Wyjątkowe, bo... niewidzialne. Rzeźba to tak naprawdę próżnia, która według włoskiego artysty jest „niczym innym jak przestrzenią pełną energii”. „Nawet jeśli ją opróżnimy i nic nie zostanie, to zgodnie z zasadą nieoznaczoności Heisenberga, nic nie ma wagi. Dlatego ma energię, która jest skondensowana i przekształcona w cząsteczki, czyli w nas" – tłumaczył Garau hiszpańskiemu serwisowi informacyjnemu Diario AS.

(Screen: art-rite.it)(Screen: art-rite.it)

Rzeźba została wystawiona na sprzedaż w maju we włoskim domu aukcyjnym Art-Rite. Szacowano, że osiągnie cenę pomiędzy 6-9 tys. euro. Ostatecznie rzeźba „Io sono” została sprzedana za 15 tys. euro, a szczęśliwy nabywca jako fizyczny dowód otrzymał jedynie certyfikat autentyczności, podpisany przez samego Garau, oraz wytyczne, według których dzieło musi zostać wystawione w prywatnym domu, na wolnej przestrzeni o wymiarach około pięć na pięć stóp (1,5 x 1,5 metra).

Nie jest to pierwsze tego typu dzieło w dorobku Garau. W lutym tego roku na Piazza Della Scala w Mediolanie artysta wystawił „Budda im contemplation”, podobnie niewidoczną rzeźbę, której granice wyznaczał kwadrat taśmy na brukowanym chodniku. Z kolei przed nowojorską giełdą zainstalował „Afrodite cries”, o którym świadczył pusty biały okrąg - projekt wsparł Włoski Instytut Kultury.

  1. Kultura

„Wszyscy wszystko zjedli” – film o sile kobiet i dzieleniu się dobrem

"Wszyscy wszystko zjedli" opowiada historię Madiny, doświadczonej przemocą domową Czeczenki, która uciekła wraz z rodziną do Polski, aby zbudować nowe życie na nieswojej ziemi. (Fot. materiały prasowe)
"Wszyscy wszystko zjedli" to historia przyjaźni, tolerancji, dokument o udzielaniu i dawaniu pomocy. A przede wszystkim opowieść o sile kobiet i o dzieleniu się dobrem.

Film „Wszyscy wszystko zjedli” opowiada historię dziewczynki, która przeżyła dwie krwawe wojny. Dziewczyny, którą wydano za mąż, wbrew jej woli, bez miłości. Matki, która całą swoją miłość oddaje dzieciom. Dlaczego zabawki wożono jej aż z Kazachstanu? Dlaczego ukończyła tylko trzy klasy podstawówki? Jak przetrwała domowy terror? Skąd znalazła się w Polsce? No, i jak jej mieszka się u rodziny Stuhrów? Dwuosobowa ekipa filmowa (reżyser, operator i dźwiękowiec Kamil Witkowski oraz pomocnik reżysera Marina Hulia) zaprasza do mlaskania, wąchania, dumania.

Madina, doświadczona przemocą domową Czeczenka, uciekła wraz z rodziną do Polski, aby zbudować nowe życie na nieswojej ziemi. Tutaj przygarnęła ją rodzina Stuhrów. Kobieta, wraz z innymi czeczeńskimi matkami, gotuje – nie tylko dla rodziny i przyjaciół; gotuje dla warszawskich bezdomnych oraz dla samotnych staruszek w podwarszawskiej Radości. Miesza w dużym garze smaki i zapachy, losy i opowieści.

– Nareszcie! Jednak marzenia się spełniają! Po wielu latach starań w końcu udało mi się zagrać w filmie u boku samej Madiny Mazalievej! Bo to Dobra Kobieta jest Maciej Stuhr.

– Na całym świecie kobiety walczą o swoje człowieczeństwo, a nie status „samicy gatunku homo sapiens”. Trudno to robić nie mając domu. Nie mając nic. Kobiety takie, jak Madina, zwyciężają ludzką obojętność. Jak to robią? Czym to robią? Talerzem zupy rozdają miłość. Dziękujemy Ci, Madino, że ratujesz świat. Dzięki Tobie ma czym się „najeść” do syta Dorota Sumińska.

Wszyscy wszystko zjedli. Do cna. Bo Madina jest geniuszem gotowania. Będzie kroiła, wałkowała, lepiła, doprawiała. Z ekranu popłynie do Was zapach ziół i przypraw kuchni Madiny. O jedzeniu będzie, o mlaskaniu. O głodzie będzie. O matczynej miłości i o tym, jak Europa wyzwoliła Madinę.

Premiera filmu „Wszyscy wszystko zjedli” 10 czerwca o godzinie 18:00 w warszawskim Kinie Muranów.