1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura

Tego nie da się wybaczyć, czyli recenzja instrumentalnie powielającego stereotypy filmu biograficznego „Bob Marley: One Love”

(Fot. materiały prasowe)
(Fot. materiały prasowe)
Była tu szansa na dobrą sensację, trzymający w napięciu kryminał, fascynujący dramat historyczny, poruszającą komedię romantyczną i nowatorski musical. Mnogość możliwości poprowadzenia narracji zamiast jednak dodać wiatru w żagle, przytłoczyła twórców pierwszej fabularyzowanej biografii ikony muzyki reggae. W najlepszym razie produkcję „Bob Marley: One Love” można potraktować jako przyjemny dla oka prawie dwugodzinny klip do składanki wybitnych hitów artysty, w najgorszym – jako gatunkową sztampę o zmarnowanym potencjale opowiadanej historii.

Muzyka reggae, z całym swym uginającym się pod ciężarem etykietek anturażem, z niszowej stała się wręcz niezauważalna. Przynajmniej w Polsce. Z kilkunastu festiwali muzycznych poświęconych jamajskim brzmieniom ostał się tylko jeden, ten w Ostródzie. A i jemu daleko już do wydarzenia z czasów swojej świetności. Niegdyś zrzeszający dziesiątki tysięcy samozwańczych rastamanów i rastamanek – dziś świeci pustkami. Możecie wierzyć mi na słowo. Byłam (i wciąż jestem!) jedną z nich.

Pierwszy raz pojechałam do Ostródy jako nastolatka. I z miejsca na zabój pokochałam utopię zapisaną w rozluźniających dźwiękach oraz masujących organy wewnętrze wibracjach basu. Filmowa biografia Boba Marleya, ikony kurczącej się w zastraszającym tempie społeczności fanów muzyki reggae, takiego wrażenia niestety nie robi. Mimo że ze wszech miar powinna.

Twórcy wybudowali pomnik muzyka, zapominając zupełnie, że przede wszystkim był on przecież człowiekiem. Poruszający, pełen zwrotów akcji, pikanterii i dramatyzmu scenariusz, który napisało samo życie Skippera (jak nazywali Marleya przyjaciele), nie wydał się reżyserowi i scenarzystom filmu wystarczająco atrakcyjny. Z jakiegoś powodu postanowili oni napisać go od nowa. I nie zrozumcie mnie źle – nie zobaczycie tu żadnych przekłamań. Losy Boba oraz kluczowe dla nich tło zostały pokazane przez Reinaldo Marcusa Greena oraz Terrence’a Wintera, Franka E. Flowersa i Zacha Baylina dość rzetelnie. Tyle tylko że rzetelności towarzyszy mniej lub bardziej uzasadniona fragmentaryczność, a co gorsza – absolutnie frustrująca powierzchowność. O ile bowiem wybiórcze podejście do niedługiego, lecz jakże barwnego życia Marleya można by potraktować nawet w kategoriach sukcesu, o tyle chaotyczne ślizganie się po powierzchni znaczeń, zdarzeń i kontekstów jest już niewybaczalnym błędem w sztuce.

Twórcy filmu skupiają się na najbardziej przełomowym okresie życia Skippera, w którym ten, po zamachu na życie swoje i swoich bliskich, opuszcza Jamajkę, aby w targanej punkową rewolucją Wielkiej Brytanii nagrać bijącą rekordy popularności płytę „Exodus”, po czym powrócić w chwale do kraju i zagrać w Kingstone legendarny koncert One Love Peace. Ustanowione na lata 1976–1978 ramy czasowe prowadzonej narracji uzupełniają teledyskowo zrealizowane retrospekcje. Paradoksalnie to właśnie dzięki tym migawkom film – a przynajmniej grana przez Kingsleya Ben-Adira postać – nabiera głębi i uzasadnionego magnetyzmu. Poznajemy w nich – choć sformułowanie to wydaje się dużym nadużyciem – młodego Bobby'ego pełnego pasji (do muzyki i charyzmatycznej Rity, którą w końcu poślubi), zachłannej ciekawości otaczającej go kultury, ale i rozterek, bólu oraz wątpliwości.

Marley dorosły odarty jest przez Greena ze wszystkich powyższych. Przedstawiony zostaje jako karykatura szeregowego przedstawiciela ruchu Rastafari. Apatycznie odpala jointa za jointem, nonszalancko gardzi systemem i niczym niewzruszony korzysta z uroków życia i sławy. Protekcjonalny ton wybrzmiewający wyraźnie, choć rzecz jasna niedosłownie, dziwi tym bardziej, że w proces tworzenia filmu od samego początku zaangażowana była rodzina nieżyjącego muzyka. Ale nie doceniono tu nie tylko bohatera, ale i widza. O społeczno-politycznym kontekście historii życia Marleya dowiadujemy się nie z fabuły, a z otwierających całą opowieść napisów. Auć!

Jestem o to wszystko na reżysera i producentów zwyczajnie zła. Pomijana w mainstreamie muzyka i kultura rasta miała bowiem szanse dzięki wysokobudżetowej, fabularyzowanej biografii ich ikony zaistnieć na nowo. A mam obawę granicząca z pewnością, że tak się niestety nie stanie.

Czy jest to film kategorycznie zły? No nie. Tak jednoznaczna ocena nie byłaby pewnie sprawiedliwa. Pozostawia on jednak ogromny niedosyt. Niesiona muzyką Marleya filozofia czystego dobra, równości i braku podziałów zmieniła świat. Wyczekiwany od ponad 40 lat biopic Greena nie zmieni niczego. Szansa na zaszczepienie reggae’owego bakcyla w nowym pokoleniu, mimo dalekiej od subtelności promocji marihuany, przepadła. Oby niebezpowrotnie.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze