1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Sławomir Mrożek: Opowiem zza grobu

Sławomir Mrożek: Opowiem zza grobu

Wielki dramaturg i prześmiewca absurdów zdobywa kolejne pokolenia młodych. Jest punktem odniesienia. Latarnią. Autorytetem. Wywiady z nim są jak walka z Muhammadem Alim. Kiedyś tłumaczył za Proustem, że rozmowa to pustoszenie siebie. Zamiast niej dostałem wywiad „jak z Mrożka”. Antywywiad. Leżąc na macie, po tych wszystkich intelektualnych prawych i lewych sierpowych, wciąż jeszcze podnosiłem głowę, żeby zadać kolejne pytanie. Aż Sławomir Mrożek zechce ze mną skończyć.

Wszedłem dzisiaj do paru księgarni w Krakowie i zobaczyłem wokół pana książek młodych ludzi.

To jest fenomen. Ja teraz byłem w Katowicach i było wielu młodych ludzi, na przykład dziewczyna, która miała 14 lat, też była na tej imprezie. Pokładam sporą nadzieję w tym fenomenie.

Co mówią?

Nie rozmawiałem długo, bo to problem, w tych kolejkach są też osoby starsze. Siłą faktu nie rozmawiałem z nimi długo, bo były jeszcze osoby kolejne i kolejne, i kolejne. Ale co mogą mówić? [śmieje się]. Jak przyszli, to są pełni uznania dla mnie. I koniec.

Czuje się pan młodym autorem?

Nie, nie czuję się młody. Czuję się coraz starszy.

Z tego zainteresowania młodych wynika, że im jest pan starszy, tym teksty są młodsze.

Tak się składa. Tak.

Umie pan to wytłumaczyć?

Nie. Nie umiem tego wytłumaczyć, bo tyle jest myśli rozmaitych, nie umiem zatrzymać się na tym temacie.

Sam stałem kiedyś w dwugodzinnej kolejce do pana po autograf i zastanawiałem się, czy łatwo jest być Sławomirem Mrożkiem?

Wie pan, też się nad tym zastanawiam, bo jestem Sławomirem Mrożkiem od 82 lat, więc w końcu muszę się nad tym zastanowić.

A co jest najtrudniejsze w byciu Mrożkiem?

Powtarzam to samo.

Czy ludzie pytają pana czasami, jak żyć.

Powtarzam to samo. Nie pytają, bo nie mają okazji. Nie jestem stale z ludźmi.

W Katowicach, gdzie otrzymał pan tytuł doktora honoris causa Uniwersytetu Śląskiego, mówił pan bardzo osobiście o swojej żonie Marii Obrembie [zmarłej w Berlinie w 1969 roku – przyp. R.G.]: „Za komunizmu ani dla zdrajczyni, ani dla jej męża nie było w Polsce miejsca nawet na pogrzeb”. Wyznał pan, że „dopiero, kiedy Polska osiągnęła niepodległość po raz drugi”, ciało żony zostało przeniesione z Berlina do Katowic.

Wszystko, co robię, jest osobiste. Poza tym, że pewne rzeczy są ogólne.

Powtarzał pan wiele razy, że w życiu najważniejsze jest życie. Są sprawy, których pan żałuje?

Nie odpowiem, bo nie wiem, dlaczego miałbym powiedzieć. Rozumiem, że czytelnicy „Zwierciadła” są ciekawi, tak jak każdy czytelnik tekstu, który pan napisze. Ale ja na to nie jestem w stanie odpowiedzieć.

Czy wokół siebie znajduje pan tematy, na które chciałby pisać?

Człowiek z wiekiem się przekonuje, że widzi bardzo wąsko. Ja też już widzę bardzo wąsko. Więc o jakie tematy panu chodzi?

Polityka? Absurdy rzeczywistości? To, co warto wyśmiać.

Po pierwsze, ja już nie widzę tematów wartych wyśmiania czy niewyśmiania, bo odchodzę, jak pan dobrze rozumie. To znaczy, moje życie jeszcze trwa, oczywiście, ale nie przywiązuję wagi do tego, co warte opisania lub nie. Po prostu zakończona sprawa.

Czym jest dla pana starość?

Ja panu nie powiem. Jak pan dożyje, to się pan przekona i pan zobaczy

Widzi się świat inaczej niż w przeszłości?

Też nie odpowiem, bo jak odpowiedzieć? Każdy, kto się zestarzeje, będzie przekonany. A to nadchodzi.

Kiedy patrzy pan na siebie wstecz, na młodego Sławomira Mrożka, jakiego człowieka pan widzi?

[Śmieje się] Innego. Po prostu innego.

W czym?

Jak to w czym? Jak pan pożyje dostatecznie długo, to się pan przekona, że człowiek jest inny, stale inny.

Czytał pan po latach swój dziennik?

Pewnie, że czytałem.

I jak zobaczył pan siebie?

Zobaczyłem siebie tylko do drugiego tomu, bo trzeci jeszcze nie wyszedł. Zobaczymy po następnym.

Lubi pan tego człowieka?

Ani lubię, ani nie lubię.

Co to jest głód inności?

Nie odpowiem na to, bo to z dzienników, nad którymi już nie panuję.

Napisał pan o sobie, że ma talent do bycia rezydentem. Czy tak jest nadal?

Wie pan, ja napisałem tyle, między innymi dzienników, że nie pamiętam dosłownie, które teksty się ukazały.

To prawda, że nie chce pan wrócić do Paryża, w którym tak długo mieszkał?

Oczywiście, że nie chcę. Paryż jest poza mną. Mieszkałem 21 lat w Paryżu i na starość już nie chcę, bo jest mi lepiej w Nicei.

A w czym Paryż jest niewłaściwy?

W ogóle dla mnie jest niewłaściwy.

Jakie są powody?

Jeszcze raz powtarzam: starość. Pan nie rozumie, co to starość? Starość jest moim powodem. A Nicea jest nad morzem. Jest w niej bardzo ciepło. Jest mi dobrze w Nicei.

Jako młody pan ją krytykował.

Nie pamiętam.

Jak wygląda pana dzień w Nicei?

Nie powiem panu, bo nie wygląda w ogóle [milczenie]. To znaczy wstaję rano, wychodzę, dużo myślę. I tak to wygląda. Ale myślenie zabiera dużo czasu. Wystarczy się położyć albo przejść.

Jakie są pana ukochane miejsca?

Nie powiem panu.

Julia Hartwig powiedziała, że ucieka nad morze, bo morze poszerza jej duszę.

Dla mnie jasne są słowa Julii Hartwig.

Czym jest dla pana morze?

Między innymi poszerzaniem duszy.

Codziennie wychodzi pan nad morze?

Niecodziennie, bo cierpię na wiele dolegliwości, ale staram się.

Jest w panu afirmacja życia?

Co to znaczy afirmacja życia? Nie zamierzam popełnić samobójstwa i to wystarczy.

Co ostatnio sprawiło panu przyjemność?

Nie wiem, proszę pana. Tak dorywczo, żebym na to odpowiedział, to musiałbym się zastanawiać.

Pana żona mówiła…

Proszę się zapytać mojej żony. Moja żona jest sprawą osobną i ja jestem osobną. Proszę nas nie mieszać.

Czy zdarzało się panu często wzruszać w teatrze?

[Śmieje się] Oczywiście, jeżeli sztuka, czy też moja sztuka, jest dobrze wystawiona i tak dalej, i tak dalej. Ale to należy do techniki teatru.

Był pan niedawno na festiwalu teatralnym Raport w Gdyni. Jaki jest pana zdaniem nowy polski teatr?

Godny najwyższego polecenia.

Coś pana wzruszyło?

[Poirytowany] Tak, byłem bardzo wzruszony. Rzadko bywam w teatrze. Jest godny najwyższego polecenia z mojej strony.

Czy literatura to też teren wzruszeń?

Nie powiem panu, bo nie obchodzi mnie to.

Literatura?

Tak.

Co pan ostatnio czytał?

Też panu nie odpowiem.

Czytając pana wydaną korespondencję i dzienniki, miałem wrażenie, że punktem odniesienia jest dla pana Gombrowicz.

Był punktem odniesienia. Ale proszę zważyć, że nie żyje wiele lat. Był punktem odniesienia z powodu czasu, w którym żył, przez pewien sposób myślenia.

Dzisiaj pan wraca do Gombrowicza?

Nie wracam, bo wszystko przemija i nadchodzą inne sprawy.

Słyszałem, że kiedy spotkał się pan z Beckettem, to przez półtorej godziny milczeliście. To prawda?

Jest taka legenda. Ale to jest tylko legenda.

Rozmawialiście?

Jak panu powiedzieć? Milczeliśmy, więc jaka legenda?

O czym było to milczenie?

Proszę mnie nie pytać o to.

A miał pan ochotę zadać jakieś pytanie Beckettowi?

Nie.

Zdarza się panu przeżywać momenty euforii, szczęścia?

Ile minut już rozmawiamy?

Nie mam zegarka.

A o której pan tutaj przyszedł?

Na dwunastą.

Na dwunastą. Ale nie od razu zaczęliśmy rozmawiać, bo miałem tu inne sprawy. No, powiedzmy, rozmawiamy 10 minut, przyjmijmy 20. No to ja będę rozmawiał z panem jakieś 10 minut.

Nie lubi pan rozmów?

Nie lubię.

A z czego to wynika?

Z postaci. [Śmieje się] Zauważyłem, że pan się gubi w rozmowie ze mną.

No, stresująca jest ta rozmowa dla mnie.

Pan się może nie orientuje, ale ja nie lubię rozmów. Na ogół.

[Teraz ja zamilkłem na dłużej, Sławomir Mrożek nadal uśmiechnięty. Próbuję znaleźć temat, który byłby trafiony. Lem! Myślę, że tym tematem jest Lem!]

Czytałem pana korespondencję ze Stanisławem Lemem. Przeczytał pan te listy po latach?

Nie czytałem po latach, bo po pierwsze, Lem nie żyje już od dość dawna, a po drugie, nie wracam do listów, bo ich tyle było, wiele już zniszczyłem. Myślę, że tych listów było za dużo, nie czytuję ich. Czytam raz, może drugi raz i odkładam na półkę.

Nie złościł się pan na Lema, że prosił pana nieustannie o kupowanie części do swoich aut, na przykład uszczelkę do jego Fiata 1800. Wiele listów poświęciliście panowie tej uszczelce. A zdarzały się też dużo cięższe zakupy.

Nie, nie złoszczę się na Lema, ponieważ z Lemem żyłem bardzo blisko, jak to wynika z tych listów. Nie zastanawiałem się nad tym, bo byłem w takiej sytuacji, że mogłem to załatwiać.

Lem to nadal dla pana ważny autor?

Tak by pan mógł zapytać o wielu autorów, którzy już nie żyją.

A ta przyjaźń była jedną z najbliższych?

To była jedna z przyjaźni, ale byliśmy razem na różnych kontynentach od 1953 roku. No więc niech pan to obliczy, bo do rachunków już nie jestem zdolny.

Miałem wrażenie, że Lem był bardzo krytyczny w stosunku do pana tekstów.

O, wymieniliśmy tyle tych listów od 1953 roku, że już nie policzę w tej chwili. Było bardzo wiele tych listów.

W którym momencie krytyka przestała mieć dla pana znaczenie?

Kiedy w ogóle było zabronione mnie krytykować lub nie krytykować. Kiedy byłem na wygnaniu.

Ile razy rezygnował pan z literatury?

Nigdy.

Zawsze pan wierzył?

Nie, nie wierzyłem. Po prostu robiłem swoje.

W swoim dzienniku z pewnym zwątpieniem napisał pan o literaturze: „Literatura to było kiedyś dla mnie wszystko. Umiałem w tym żyć”.

Nie pamiętam, co to było.

Pisanie dawało panu więcej przyjemności czy więcej sprawiało problemów?

Jak mowa o pisaniu, to ja się zgadzam odpowiedzieć, że przez całe życie pisanie stwarzało mi bardzo wiele problemów i dalej stwarza. Już nie tak bardzo, bo przestaję pisać. Ale pisanie i problemy to jest nieustająca sprawa.

Brakuje panu pisania?

A, tak. Bardzo mi brakuje, bo od 20. roku życia byłem przyzwyczajony do pisania.

Próbuje pan to przemóc w sobie?

Nie, nie próbuję, bo jestem za stary.

Kiedyś ogłosił pan, że już nie pisze, a jednak całkiem niedawno napisał pan nową sztukę. Czy zostanie niebawem zrealizowana?

To jest tajemnica wystawiającego i będzie tajemnicą, dopóki ten człowiek nie zgodzi się, żebym o tym mówił.

Czy pan często zmienia zdanie?

Powoli się orientuję, o co panu chodzi. Zdanie, zdanie… Jeżeli piszę, a już nie piszę, to się zastanawiam, jakie jest moje zdanie. Ale jak już nie piszę, to przyznam się, to jest moja ulga.

Niepisanie?

Oczywiście, ponieważ pisałem przeszło 60 lat czy coś takiego. Więc nareszcie czas, żebym już nie pisał.

Ale mówił pan też, że trochę tęskni.

Oczywiście, tęsknię od czasu do czasu. Ale coraz rzadziej.

A ulga jest większa czy tęsknota jest większa?

Zastanawiam się, jak odpowiedzieć. Raz tak, raz tak.

Czy skoro pan nie pisze, zdarza się panu siadać do biurka?

Wiele razy.

Jak wygląda pana biurko?

Nie powiem panu. Dlaczego mam panu opowiadać o moim biurku?

Jestem ciekawy, czy jest uporządkowane, czy zabałaganione… Może coś by o panu powiedziało.

Nie jest żadne, nie odpowiem na to.

A o czym chciałby pan rozmawiać?

Zależy, o czym chciałbym rozmawiać. Może pan zada jakieś pytanie jeszcze?

Powiedział pan: „Paryż jest za mną”. A co jest przed panem?

Gombrowicz odpowiedział dosłownie: grób.

Czego pan się boi?

Na pewno nie grobu. [Po chwili wspólnego milczenia] To jest bardzo nudne.

Który temat naprawdę pana pasjonuje.

Mój temat. Jak każdego literata. Pana też. Pana pasją jest pan.

Jest pan tematem, do którego wraca?

Do czego tu wracać?

Jest pan swoją pasją?

Jak umrę, to panu odpowiem zza grobu.

To teraz muszę zapytać, w co pan wierzy?

Nie wiem, w co wierzę. Proszę mnie o to również nie pytać.

Czy muzyka może być ratunkiem ostatecznym?

Ostatecznym? Wiele rzeczy jest ostatecznych. Bardzo lubię muzykę. To wszystko.

A którego kompozytora słucha pan najchętniej?

Pan mnie nudzi.

Zapytałem o to po lekturze trzeciego tomu „Dzienników” Iwaszkiewicza i po lekturze „Dziennika” Julii Hartwig.

A to już coś ciekawego.

Iwaszkiewicz, niepogodzony z rzeczywistością, jest stale poirytowany. Ratunek znajduje w pejzażu i w muzyce. To samo znalazłem u Julii Hartwig. Jej ukochanym kompozytorem jest Haydn.

Tak, bardzo dobra odpowiedź i do rzeczy. Potwierdzam to.

Pan też szuka ratunku w muzyce?

Ratunku nie. Ale lubię.

Dużo pan słucha muzyki?

Nie.

A jeżeli jeszcze raz spytam o kompozytora, to znów pan nie odpowie?

Nie odpowiem. Tak wielu było kompozytorów w moim życiu. Musiałbym przebierać zbyt dokładnie.

Czytał pan „Dzienniki” Iwaszkiewicza?

Czytałem.

Rozumie pan jego sytuację?

Jako literaturę rozumiem. Tak.

Myślę raczej o człowieku, który jest sam, którego drażni rodzina, sytuacja polityczna, również pisanie, które nie jest tym pisaniem, jakie chciałby uprawiać.

Bardzo dobrze go rozumiem.

Pytałem jego córkę Marię, skąd u niego tak zmienny stosunek do wielu pisarzy… Dlaczego jednego dnia pisał o kimś dobrze, a drugiego źle...

Być może był hipokrytą. To było bardzo szerokie życie i hipokryzja była w „Dziennikach” Iwaszkiewicza.

Pani Maria mająca ponad 80 lat powiedziała: „Ja ojca rozumiem doskonale, ponieważ jestem wiecznie poirytowana”.

Pani Maria jest mojego zdania.

Jest pan wiecznie poirytowany?

Nie wiecznie, ale zdarza mi się.

Co irytuje najbardziej?

Zależy od sytuacji.

Dziennikarze?

Między innymi dziennikarze. Ale w ogóle dużo rzeczy mnie irytuje. Rozumiem to bardzo dobrze.

Wielu pisarzy mówi, że przestaje wierzyć w prozę. Na starość wybierają raczej literaturę faktu. Nawet Philip Roth, choć pisze powieści, w ogóle powieści nie czyta.

Być może. To jest bardzo możliwe.

A pan nadal wierzy w prozę?

Nie. Nie. Nie. Nie wierzę ani w prozę, ani… Proszę mnie nie pytać. Powiedziałem, że kończę, i prawdopodobnie będę kończył z panem rozmowę.

Naprawdę staram się znaleźć temat, który byłby dla pana interesujący.

Pan przyjechał dzisiaj z Warszawy?

Tak.

O której pan wstał?

O piątej.

[Śmieje się] No, to ma pan wywiad. Przepraszam, chociaż nie wiem, za co. Ale przepraszam. Proszę to zrzucić na karb mojej starości.

Rozmowa odbyła się w Wydawnictwie Literackim w Krakowie.

Sławomir Mrożek dramaturg, prozaik, rysownik. Jego dramaty, m.in. „Tango”, „Męczeństwo Piotra Oheya”, „Na pełnym morzu”, „Rzeźnia”, „Emigranci”, „Garbus”, „Krawiec”, „Vatzlav”, „Ambasador”, „Letni dzień”, „Kontrakt”, „Miłość na Krymie”, były tłumaczone na wiele języków i wystawiane na całym świecie. Wydał m.in. autobiograficzne książki „Dziennik powrotu”, o swoim powrocie z emigracji w Meksyku do Krakowa (gdzie mieszkał w latach 1996–2008), i „Baltazar. Autobigrafia”, którą pisał, walcząc z utratą zdolności posługiwania się językiem w wyniku udaru mózgu. W ostatnich latach ukazały się tomy jego korespondencji z Erwinem Axerem, Janem Błońskim, Adamem Tarnem, Stanisławem Lemem, a także dwa (1962–1969 i 1970–1979) z trzech tomów „Dziennika”. Mieszka w Nicei.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

"Boginie" – premiera w Teatrze Słowackiego w Krakowie

Fot. Bartek Barczyk/materiały prasowe Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie
Fot. Bartek Barczyk/materiały prasowe Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie
Teatr Słowackiego w Krakowie zaprasza na kolejną premierę, tym razem spektaklu "Boginie" opartego na mitach Orfeusza i Eurydyki oraz Demeter i Kory. – Archetypiczna energia mitów greckich, stwarza przestrzeń do poszukiwań wspólnych płaszczyzn dla antyku i świata dzisiejszego, co wydaje mi się szczególnie fascynujące – wyjaśnia reżyser Jan Jeliński.

„Boginie” to spektakl oparty na mitach Orfeusza i Eurydyki oraz Demeter i Kory, które łączy motyw wędrówki między światami żywych i umarłych. Moment przejścia oraz liczne w kulturze przedstawienia Hadesu zainspirowały twórców do postawienia pytania o kondycję bogów i bogiń. To opowieść o cielesności, bólu, chorobie, ale również o poszukiwaniu tożsamości, wracaniu do zdrowia i nauce rozumienia własnego ciała. Czym jest Hades dla Demeter, bogini urodzaju i opiekunki pięknych narodzin? Czym jest Hades dla jej córki Kory, jedynej żywej wśród umarłych? Czym jest Hades dla Eurydyki nieustannie wyciąganej z zaświatów? Czym jest Hades dla Orfea, w mitologii sławnego poety i argonauty? Czym jest Hades dla Karen Carpenter? Czym i kim jest Hades współcześnie?

– Wybrałem temat czerpiący ze świata mitycznego, ponieważ interesuje mnie badanie kondycji bóstw w kontekście współczesności. Archetypiczna energia mitów greckich, stwarza przestrzeń do poszukiwań wspólnych płaszczyzn dla antyku i świata dzisiejszego, co wydaje mi się szczególnie fascynujące – wyjaśnia Jan Jeliński, reżyser spektaklu, student V roku Wydziału Reżyserii warszawskiej Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza, laureat nagrody głównej Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu podczas 10. Forum Młodej Reżyserii za wrażliwość i autorską drogę w rozczytywaniu i redefiniowaniu archetypów kultury za reżyserię spektaklu „Nimfy 2.0” wyreżyserowanym w Starym Teatrze.

Obsada:
Natalia Strzelecka
Alina Szczegielniak
Magdalena Osińska
Karol Kubasiewicz
Rafał Szumera

Pozostali twórcy:
reżyseria: Jan Jeliński
tekst i dramaturgia: Alicja Kobielerz
scenografia i kostiumy: Rafał Domagała
muzyka: Filip Grzeszczuk
wideo: Adam Zduńczyk
projekty multimedialne: Tomasz Gawroński
inspicjent: Bartłomiej Oskarbski
producentka: Oliwia Kuc

Premierowy set: 4,5,6 czerwca
Spektakle w lipcu: 1,2,3,4 lipca

Bilety i więcej informacji na www.teatrwkrakowie.pl.

  1. Kultura

Nowy dokument z udziałem Davida Attenborougha już niedługo trafi na Netflix

Kadr z filmu dokumentalnego
Kadr z filmu dokumentalnego "Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców". (Fot. materiały prasowe Netflix)
"To właśnie teraz jest dekada decydująca o przyszłości ludzkości na Ziemi" - słyszymy w zwiastunie filmu dokumentalnego "Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców". David Attenborough i naukowiec Johan Rockström badają w nim degradację bioróżnorodności Ziemi i sprawdzają, czy możemy jeszcze zapobiec kryzysowi.

„Świat na granicy” opowiada o ustaleniach naukowych profesora Johana Rockströma, który cieszy się uznaniem na całym świecie. To historia o najważniejszym odkryciu naukowym naszych czasów — o tym, że ludzkość maksymalnie przesunęła granice zapewniające stabilność życia na Ziemi przez 10 000 lat, od zarania cywilizacji.

Podczas 75 minut filmu wybierzemy się w podróż, podczas której dowiemy się, jakich granic absolutnie nie wolno nam przekroczyć, nie tylko ze względu na stabilność naszej planety, ale przede wszystkich z uwagi na przyszłość ludzkości. Poznamy rozwiązania, które możemy i musimy wdrożyć już teraz, jeżeli chcemy chronić mechanizmy utrzymujące życie na Ziemi.

Narratorem filmu dokumentalnego „Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców” jest sir David Attenborough. Za produkcję odpowiada uhonorowany wieloma nagrodami zespół z wytwórni Silverback Films, która stworzyła przełomowy serial „Nasza planeta” oraz dokument „David Attenborough: Życie na naszej planecie”. Film przedstawia podstawy naukowe obu tych wpływowych produkcji.

„Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców” będzie można obejrzeć od 4. czerwca na platformie Netflix.

(Fot. materiały prasowe Netflix)(Fot. materiały prasowe Netflix)
  1. Kultura

"Proste rzeczy" – czuła opowieść o poszukiwaniu życiowych fundamentów

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Proste rzeczy", na zdjęciu Błażej Sitowski. (Fot. Jarosław Sosiński/Before my eyes)
Mówią: rzuć wszystko i wyjedź z miasta. Ale co dalej? Ucieczka z miejskiej dżungli to dopiero początek, zwłaszcza wtedy, gdy zabieramy ze sobą bagaż nierozwiązanych spraw rodzinnych, tak jak bohater filmu "Proste rzeczy" Grzegorza Zaricznego.

Nagrodzony na prestiżowym festiwalu Sundance Grzegorz Zariczny to reżyser, który odważnie eksploruje terytorium na granicy fabuły i dokumentu. W „Prostych rzeczach”, czułej opowieści o poszukiwaniu życiowych fundamentów, podpatruje autentyczną relację Błażeja (Błażej Kitowski), Magdy (Magdalena Sztorc) i ich córki Ali, wprowadzając do historii katalizator w postaci fikcyjnego wujka (Tomasz Schimscheiner) – brata zmarłego ojca Błażeja, który pojawia się, by pomóc młodym w remoncie wiejskiego domu. To punkt wyjścia do refleksji nad rodzinnymi relacjami i uporządkowania bolesnych spraw z przeszłości. Zariczny w umiejętny sposób zderza tu słodko-gorzką codzienność z bezmiarem uniwersalnych problemów.

Grzegorz Zariczny, ur. w 1983 roku absolwent reżyserii filmowej Wydziału Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego oraz kursu dokumentalnego w Szkole Wajdy. W 2012 roku jego dokument krótkometrażowy „Gwizdek” miał premierę światową i otrzymał Grand Prix na festiwalu filmowym w Sundance. W 2016 roku zrealizował debiut fabularny „Fale”, który miał premierę w Konkursie Głównym MFF w Karlovych Varach. W 2020 roku ukończył swój drugi film fabularny „Proste rzeczy”, który miał polską premierę w Konkursie Głównym MFF Nowe Horyzonty. (Fot. Jarosław Sosiński/Before my eyes)Grzegorz Zariczny, ur. w 1983 roku absolwent reżyserii filmowej Wydziału Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego oraz kursu dokumentalnego w Szkole Wajdy. W 2012 roku jego dokument krótkometrażowy „Gwizdek” miał premierę światową i otrzymał Grand Prix na festiwalu filmowym w Sundance. W 2016 roku zrealizował debiut fabularny „Fale”, który miał premierę w Konkursie Głównym MFF w Karlovych Varach. W 2020 roku ukończył swój drugi film fabularny „Proste rzeczy”, który miał polską premierę w Konkursie Głównym MFF Nowe Horyzonty. (Fot. Jarosław Sosiński/Before my eyes)

Rozmowa z odtwórcami głównych ról: Magdaleną Sztorc i Błażejem Kitowskim

Jaką rolę w filmie odegrały wasze doświadczenia?
Grzegorz Zariczny zaprosił nas do udziału w filmie „Proste rzeczy” w momencie, kiedy byliśmy świeżo upieczonymi rodzicami. Nasza córka Alicja miała niecały rok. W tym czasie również zdecydowaliśmy się przeprowadzić na wieś i zaadaptować tam sobie część domu. Byliśmy w trakcie prac, kiedy zaczęły się rozmowy o wspólnej realizacji filmu. Najważniejszą postacią w tym układzie był Błażej. Grzegorz chciał opowiedzieć o jego trudnej relacji z ojcem i pokazać, jak młody mężczyzna – ojciec i partner - mierzy się z bolesnymi doświadczeniami z przeszłości, by odnaleźć spokój i siłę do działania w teraźniejszości.

Czy kamera w sferze intymnej jest rodzajem terapii? Przejrzeniem się w lustrze?
Kamera w sferze intymnej jest na pewno dużym przeżyciem, przynajmniej w życiu naturszczyków. Podeszliśmy do tematu z dużym zaangażowaniem, z wiarą, że historia, którą chce opowiedzieć Grzegorz, bazująca na naszych doświadczeniach, ale jednocześnie pozostająca fabułą, współgrająca z wrażliwością i wizją Grześka, będzie miała sens i będzie ważna dla widza. Chcielibyśmy, żeby ta historia kogoś poruszyła. Włożyliśmy w to dużą część siebie. Błażej na pewno musiał otworzyć swoją puszkę Pandory – dużo go to kosztowało. Czy film okazał się terapią? Nie, to tylko film.

Kadr z filmu 'Proste rzeczy', na zdjęciu Magdalena Sztorc i Błażej Sitowski. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Proste rzeczy", na zdjęciu Magdalena Sztorc i Błażej Sitowski. (Fot. materiały prasowe)

Mieliście precyzyjny scenariusz czy improwizowaliście?
Bazowaliśmy raczej na treatmencie. Rozpisaliśmy historię, którą chcieliśmy opowiedzieć na sceny. Każdą scenę Grzegorz z nami omawiał, każda miała swój cel. My również inspirowaliśmy Grześka – przez wiele tygodni spotykaliśmy się weekendami, opowiadaliśmy o naszej codzienności, działaniach, planach, wspomnieniach. Oprócz nas i Grzegorza, w spotkaniach brał udział Tomasz Schimscheiner (filmowy wujek), Weronika Bilska (autorka zdjęć) i Bartosz Świderski (drugi reżyser).Podczas planu zdjęciowego każda scena była improwizowana. Mówiliśmy własnym językiem, niemieliśmy rozpisanych dialogów. Najczęściej wszystko działo się w jednym dublu, w długich ujęciach – jedna kłótnia, jedna scena na rybach, itd. Ogromne znaczenie w tym projekcie i jego finalnym kształcie miał też montaż – trwał ponad rok.

Czy film wpłynął na waszą rodzinę?
Cieszymy, że mogliśmy wziąć udział w takim przedsięwzięciu. Nie da się tego wymazać. To też ważna rodzinna pamiątka. Jednocześnie był to eksperyment, trochę igranie z ogniem, z emocjami, z przeszłością. Nie zawsze czuliśmy się na to gotowi. Do dziś prowadzimy dyskusje, czy to miało sens, czy ten film nie utrudnił nam pewnych spraw. Czy to tak naprawdę nie było wywoływanie duchów, które dopiero teraz zaczynają nas nękać. Czy dopiero teraz nie nadszedł czas, żeby pewien rozdział zamknąć.

Film Grzegorza Zaricznego „Proste rzeczy” w kinach od 4 czerwca.

  1. Kultura

Laurie Anderson – niekończąca się opowieść

Laurie Anderson nigdy nie powtórzyła komercyjnego sukcesu singla „O Superman”, centralnej kompozycji z debiutanckiego albumu. Dokonała jednak czegoś innego. Jej twórczość stała się przestrzenią, w której przecinają się ścieżki różnych dyscyplin. (Fot. materiały prasowe)
Laurie Anderson nigdy nie powtórzyła komercyjnego sukcesu singla „O Superman”, centralnej kompozycji z debiutanckiego albumu. Dokonała jednak czegoś innego. Jej twórczość stała się przestrzenią, w której przecinają się ścieżki różnych dyscyplin. (Fot. materiały prasowe)
Właśnie ukazała się reedycja na czerwonym winylu legendarnego albumu Laurie Anderson „Big Science”. Piękny prezent dla jej fanów. Czyli dla kogo? Znawców muzyki awangardowej? Słuchaczy popu? Publiczności galerii sztuki współczesnej? Entuzjastów nowych technologii? Miłośników poezji czy filmu?

Dobry wieczór. Tu wasz kapitan. Za chwilę podejdziemy do próby awaryjnego lądowania”. Tak zaczyna się utwór „From the Air” otwierający „Big Science”. Utwór, który zabiera słuchacza w podróż bez powrotu – w rejs spadającym samolotem. Na tle zapętlonej jak spirala muzyki unosi się elektronicznie przetworzony głos Laurie Anderson, narratorki snującej katastroficzną opowieść. Ten głos, pozornie beznamiętny, obiektywny, zdający się należeć raczej do jakiejś zaawansowanej sztucznej inteligencji niż do żywej kobiety, potrafi hipnotyzować, rozbudzać wyobraźnię, grać na emocjach. W przyszłości opowie jeszcze wiele historii, które układają się w wielką sagę o współczesności, lataniu, polityce i świecie, w którym jutro nadeszło już dziś.

Rzucam to

Kiedy Laurie Anderson tworzyła „From the Air” i inne utwory z płyty „Big Science”, była postacią znaną, ale wyłącznie w wąskim kręgu nowojorskiej awangardy. Był przełom lat 70. i 80.; Anderson przybyła do miasta dziesięć lat wcześniej, szukając odpowiedzi na pytanie, kim tak naprawdę chce być w życiu. Urodziła się w 1947 roku na przedmieściach Chicago, jako jedno z ośmiorga dzieci pary, która postanowiła stworzyć rodzinną orkiestrę. Wszyscy bracia i siostry Laurie uczyli się zatem grać na instrumentach. Jej przypadły w udziale skrzypce. Jako nastolatka ćwiczyła po sześć godzin dziennie, szykując się do kariery zawodowej wirtuozki. W wywiadach wspomina spotkanie z pewną wybitną skrzypaczką, które sprawiło, że ten plan się nie ziścił.

„Zaczęłyśmy rozmowę i ze zdumieniem odkryłam, że ona błędnie wymawia co drugie słowo, nie potrafi się wyrazić – opowiada artystka. – Zrozumiałam, że nie chcę być taka jak ona. Chcę nauczyć się mówić! Pojęłam nagle, jak wiele jest rzeczy, których się nie nauczę, jeżeli dalej będę grała na skrzypcach. Decyzja o tym, żeby przestać grać, należy do kilku rzeczy, z których w swoim życiu jestem naprawdę dumna”.

Laurie miała w przyszłości znów wziąć skrzypce do ręki, ale był to już zupełnie inny instrument – urządzenie, które sama wynalazła i zbudowała, z elektroniczną głowicą zamiast progu i smyczkiem, na którym zamiast końskiego włosia rozpięta była taśma magnetofonowa. Na razie decyduje się na studiowanie biologii. Odkrywa jednak, że bardziej od nauki zajmuje ją ekstrahowanie chlorofilu z roślin i tworzenie tym naturalnym pigmentem rysunków. Przypomina sobie wówczas, jaką przyjemność sprawiało jej zawsze malarstwo. Rzuca więc i biologię, po czym przenosi się do Nowego Jorku, na historię sztuki. Studia kontynuuje na wydziale rzeźby, ucząc się u takich ówczesnych gigantów w tej dziedzinie jak Carl Andre i Sol LeWitt. To artyści, którzy zarażają ją zamiłowaniem do estetyki minimal – upodobaniem, któremu wierna pozostaje do dziś.

Dopóki nie roztopi się lód

W Nowym Jorku dołączyła do legionu aspirujących artystek i artystów, którzy tworzyli największą cyganerię świata sztuki lat 70. Pracowała jako instruktorka rysunku, ilustrowała książki dla dzieci, pisała krytyki do magazynów artystycznych. Wszystkie te dorywcze prace miały wspierać jej eksperymenty twórcze pokazywane w niszowych galeriach. Widywano ją na ulicy podczas publicznych performance’ów. Występowała obuta w łyżwy, które były przymarznięte do bryły lodu, artystka stała na niej niczym na postumencie. W rękach miała wspomniane elektroniczne skrzypce własnej konstrukcji. Specjalny tryb opóźniania dźwięku sprawiał, że mogła na nich grać duety z samą sobą. Koncert trwał, dopóki lód, w którym zatopione były łyżwy, nie roztopił się. Wtedy uwolniona performerka mogła zakończyć występ.

Ta i podobne akcje oraz instalacje pod koniec lat 70. zapewniły Laurie uznanie w świecie eksperymentalnej sztuki. Dla szerokiej publiczności pozostawała reprezentantką egzotycznego plemienia awangardzistów robiących rzeczy, których nie pojmie nikt, kto na co dzień nie żyje w świecie alternatywnych galerii i klubów na Manhattanie. Wkrótce jednak ten stan miał się radykalnie zmienić.

Fot. Zwierciadlo.plFot. Zwierciadlo.pl

Cud

W 1981 roku w domowym studiu, w na wpół partyzanckich warunkach, Laurie nagrała utwór „O Superman”. Szykowała go jako ścieżkę dźwiękową do nowego, operowego performance’u „United States”. Znajomi namówili ją jednak, by wydać piosenkę jako singiel w limitowanej edycji. Był to raczej konceptualny gest niż próba podbijania rynku muzycznego. Monotonna, hipnotyczna, minimalistyczna ośmiominutowa kompozycja, w której Anderson przetworzonym elektronicznie głosem robota bardziej recytuje, niż śpiewa rodzaj katastroficznej litanii o samotności, lękach i obsesjach Ameryki, wydawała się ostatnią rzeczą, która nadaje się na hit. Artystka nie była więc zaskoczona, kiedy w Stanach jedna rozgłośnia po drugiej odmawiały grania utworu jako zbyt trudnego dla masowej publiczności. Tym większe było więc jej zdumienie, kiedy dowiedziała się, że w Wielkiej Brytanii „O Superman” dociera do drugiego miejsca na liście przebojów, deklasując po drodze klasyczne rockowe i popowe kawałki.

Cud dokonał się za sprawą Johna Peela, brytyjskiego prezentera radiowego, który od lat 60. był wyrocznią w kwestii nowej muzyki. Peel, słynący z tego, że za nic ma konwencje i potrafi słuchać muzyki w sposób równie wizjonerski, w jaki nowatorscy artyści ją tworzą, puścił „O Supermana” w swojej audycji i za chwilę zastęp didżejów na Wyspach także chciał ten utwór grać. W tym czasie Anderson dystrybuowała swój wydany w nakładzie tysiąca egzemplarzy singiel metodą sprzedaży wysyłkowej. Osobiście pakowała i zanosiła na pocztę każdą zamówioną płytę. Pewnego dnia odebrała telefon z Wielkiej Brytanii, dzwonił facet z zamówieniem. „Odpowiedziałam mu: »Jasne, ile kopii wysłać?« – wspomina artystka. – A Brytyjczyk odparł: »No, na wtorek potrzebowałbym 40 tysięcy, a do następnego poniedziałku drugie tyle«”. Chwilę później artystka była już w biurze Warner Bros z prośbą o pomoc w wyprodukowaniu 80 tysięcy „O Supermanów”. Koncern odpowiedział propozycją kontraktu na siedem następnych albumów. Pierwszym z nich była płyta „Big Science”.

Fot. materiały prasoweFot. materiały prasowe

Wehikuły

Laurie Anderson nigdy nie powtórzyła komercyjnego sukcesu singla „O Superman”, centralnej kompozycji z debiutanckiego albumu. Dokonała jednak czegoś innego. Jej twórczość stała się przestrzenią, w której przecinają się ścieżki różnych dyscyplin. Jej koncerty to hybryda muzyki, performance’u, wideo artu i multimedialnej instalacji. Co ważniejsze, w sztuce, którą tworzy, znika granica dzieląca eksperymentalną awangardę i kulturę popularną. Ceniona w świecie sztuki wysokiej za innowacyjną formę, Anderson przemawia jednocześnie do publiczności, która z większości koncertów muzyki współczesnej wymknęłaby się przy pierwszej dogodnej okazji. Zawsze fascynowały ją nowe technologie, w latach 80. jej nagrania brzmiały, jakby pochodziły z przyszłości, ale nigdy nie robiły wrażenia obcych współczesnej wrażliwości. Jako muzyk Anderson wróciła do gry na skrzypcach, ale spełniła też swoje młodzieńcze marzenie o nauczeniu się mówienia: realizuje multimedialne performance’y, od lat 90. reżyseruje w teatrze i operze. Uniwersytet Harvarda powierzył jej wykładanie poezji. Na tym nie koniec, w 2015 roku festiwale filmowe triumfalnie objechał jej film „Heart of a Dog”. Artystka swobodnie przemieszcza się między różnymi środkami wyrazu, podporządkowując je zawsze swojemu najważniejszemu medium – opowieści.
Piosenka, film, instalacja – to tylko wehikuły, którymi opowiadane przez Anderson historie mają dotrzeć do odbiorcy. I to właśnie na gruncie opowieści, tej najważniejszej ze sztuk, w twórczości Anderson odnajdują się tak różne grupy fanów.

„Chalkroom”, czyli pokój-instalacja i praca VR Laurie Anderson we współpracy z Hsin-Chien Huangiem, pokazywana w Muzeum Sztuki Współczesnej Stanu Massachusetts MASS MoCA (2017). (Fot. materiały prasowe)„Chalkroom”, czyli pokój-instalacja i praca VR Laurie Anderson we współpracy z Hsin-Chien Huangiem, pokazywana w Muzeum Sztuki Współczesnej Stanu Massachusetts MASS MoCA (2017). (Fot. materiały prasowe)

Zaproszenie do lewitacji

Jeszcze w 2003 roku została pierwszą oficjalną artystką rezydentką przy NASA. Bezpośrednim owocem tej współpracy był performance „The End of Moon” z 2004 roku. W kolejnej dekadzie wyposażona w nowe cyfrowe narzędzia artystka powróciła na Księżyc w VR-owej instalacji „To the Moon”. To jedna z dwóch pionierskich prac w tej technice, które Anderson zrealizowała we współpracy z tajwańskim artystą Hsin-Chien Huangim. Pierwszą był „Chalkroom” z 2017 roku, uważany za jedno z najciekawszych VR-owych dzieł, jakie do tej pory powstały w sztuce. Odbiorca zostaje zaproszony do lewitacji w przestrzeni utkanej z rysunków i tekstów Anderson. Przemierzamy uniwersum wypełnione dźwiękiem i przestrzennym głosem artystki – świat, który jest jedną wielką szkatułkową opowieścią. To historia, która dla większości z nas zaczęła się wraz z pierwszym odtworzeniem płyty „Big Science”, albumu, który wtedy brzmiał, jakby nagrano go jutro, a dziś wydaje się idealnie pasować do dnia dzisiejszego. To opowieść o człowieczeństwie w futurystycznym świecie. I choć ów świat wydaje się coraz bardziej szalony, a nawet nieludzki, ta historia – podobnie jak opowieść Laurie Anderson – pozostaje wciąż aktualna i na szczęście jeszcze się nie kończy.

  1. Kultura

Musical "Waitress" – premiera w Teatrze Muzycznym ROMA

Fot. materiały prasowe Teatru Muzycznego ROMA
Fot. materiały prasowe Teatru Muzycznego ROMA
Broadwayowski musical „Waitress” opowiadający o kobiecie, która próbuje wyrwać się z nieudanego małżeństwa, zadebiutuje dziś na deskach Teatru Muzycznego ROMA. Wzruszająca i zabawna opowieść spotkała się z uznaniem publiczności i krytyków na całym świecie. Czy równie ciepło zostanie przyjęta przez polskich widzów?

Premiera musicalu „Waitress” odbyła się na nowojorskim Broadwayu w 2016 roku. Muzykę i teksty piosenek napisała Sara Bareilles, a libretto przygotowała Jessie Nelson (w oparciu o film według scenariusza i w reżyserii Adrienne Shelly). Spektakl przedstawia historię kobiety, która próbuje wyrwać się z toksycznego małżeństwa, odzyskać wolność i możliwość samodzielnego decydowania o własnym losie. Jej historia pokazuje, że „odchodzenie” to bardzo złożony proces, a istotną rolą odgrywają w nim przyjaciele, zapewniający kobiecie wsparcie.

Musical jest bardzo współczesny, nie tylko jeśli chodzi o fantastyczną muzykę, charakterystykę postaci i znakomicie poprowadzoną fabułę, ale także o nadrzędną tematykę. Bo oprócz tego, co dzieje się pomiędzy bohaterami na poziomie zwykłych wydarzeń, jest to spektakl o roli kobiet w dzisiejszym świecie, o ich emancypacji, która cały czas trwa – i o tym, że mają same prawo do decydowania o sobie. Te sprawy są cały czas aktualne, bo, niestety, ciągle nieoczywiste.

Autorki i realizatorki doskonale wiedziały, o czym robią spektakl – bo libretto, muzykę i teksty piosenek napisały dwie kobiety, a kolejne spektakl wyreżyserowały i zrobiły do niego choreografię. Inscenizacja, wydobywając te poważne kwestie, nie skupia się jednak tylko i wyłącznie na nich. Musical koncentruje się na konkretnych postaciach, bo tylko opowiadanie fabuły przez pryzmat indywidualnych doświadczeń ma sens i sprawia, że widz może sam odnieść się do tego, co widzi na scenie.

– Nie chcemy moralizować, osądzać wyborów bohaterów. Niech widzowie dokonają tych ocen sami, jeśli mają na to ochotę. Warto jednak najpierw spojrzeć w głąb własnego „ja” – i dopiero potem oceniać innych. To też jest ważne przesłanie „Waitress”. W tym musicalu sprawy układają się dokładnie tak jak w życiu: chwile złe przeplatają się dobrymi, a uśmiech z momentami załamania. Ale to wszystko do czegoś prowadzi. Jak śpiewa główna bohaterka: „momenty złe zyskują sens, gdy kończą się przemianą”. Właściwie nie oglądamy na scenie bohaterów idealnych, bez skazy. Dlatego historia, którą opowiadamy jest taka prawdziwa – mówi reżyser Wojciech Kępczyński.

Polska premiera musicalu „Waitress” już dziś w Teatrze Muzycznym ROMA.