1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura

Na wzgórzach nie zawiało: Wichrowe wzgórza - recenzja

fot. Krzysztof Bieliński
fot. Krzysztof Bieliński
Zobacz galerię 6 zdjęć
Kiedy w 1847 roku Emily Brontë publikowała pod męskim nazwiskiem Elis Bell swoją pierwszą i jedyną zresztą powieść, od kontrowersji aż huczało. Bez wątpienia historia nie należała ani do łagodnych, ani tym bardziej łagodnie opowiedzianych.

</a>

Miłość dwójki podrostków – Katy, histerycznej, pełnej tupetu dziewczyny z tzw. dobrego domu i Heathcliffa, przybłędy, „dzikusa” przez ów dobry dom przygarniętego – przepuszczona zostaje przez labirynt meandrów i zakrętów, zza których wyłaniają się coraz to dziwaczniejsze w swych przyzwyczajeniach, namiętnościach i żądzach persony.

W latach dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku ta drapieżna, przesycona niepokojącym napięciem narracja została roztopiona w morzu melodramatycznego cukru i z etykietą Hollywood wypuszczona w świat. Pewnie dlatego większość osób słysząc hasło "Wichrowe Wzgórza" natychmiast kojarzy je z pięknymi pejzażami i nastrojowymi, filmowymi scenami uniesień na wzór "Rozważnej i romantycznej". Tymczasem tekst na pewno w takim sensie romantyczny nie jest. Raczej zmysłowo-jadowity, wywołujący bóle głowy, przynoszący wybuchową mieszankę erotycznej fascynacji i pełnej wyrafinowanego sadyzmu gry, domagający się ironicznej lektury – tylko taka pozwala przetrwać.

Niestety, wydaje się, że nic z tej intensywności, ambiwalencji i ostro-kwaśnego smaku nie przeniknęło do adaptacji z Teatru Studio. Nie mówiąc już o ironii. Nieszczęśliwa miłość uwikłana w konflikt między rodzinami, niuanse psychologicznych dewiacji (nie tak znowu rzadkich) i gorąca temperatura okresu dojrzewania to tematy, które są niezmiernie kuszącym materiałem dramaturgii. Pod warunkiem, że dramaturgia podejmie wyzwanie i, co za tym idzie, niezbędne decyzje, co do sposobu obchodzenia się z tekstem.

Tymczasem wydaje się, że w spektaklu Kuby Kowalskiego i Julii Holewińskiej narracja Brontë  traktowana jest raz całkiem serio, jeden do jednego, innym razem znów z nonszalancką dowolnością łączenia wszystkiego ze wszystkim (zarówno pod względem fabuły, estetyki, formy). Bez żadnego pomysłu interpretacyjnego. Bez krytycznego ostrza przyłożonego do branego na warsztat tekstu. W efekcie mamy trzy i pół godziny nieznośnej szamotaniny, która żenująco próbuje uruchomić psychologiczne narzędzia dużego kalibru. Niestety, aktorzy nie dają rady – jakby sami nie wiedzieli, jaki status ma używany przez nich język: czy jest żartem, kpiną,  grą z dziewiętnastowiecznym tekstem, a może czymś całkiem serio.

Wszystkie aktorskie chwyty są ponad miarę przewidywalne: Katy, główna bohaterka (Anna Smołowik) od początku wchodzi na wysokie rejestry histerii, a potem utrzymuje swoje emocje i głos wciąż na wysokim C. Niestety, tak ambitnie postawiona poprzeczka raz po raz spada – jest coś fałszywego, udawanego i żałosnego we wrzaskach młodej aktorki. Edgar, syn rodziny Lintonów (w tej roli Marcin Januszkiewicz), zamieszkałej na sąsiednim wzgórzu, który wykorzystuje chwile niepewności Katy i ostatecznie czyni ją swoją żoną, jest jak postać z kabaretu, z dziwnego gagu. Poruszając się po cienkiej granicy komizmu wydaje się nie przekraczać konwencji w sposób świadomy, ale raz po raz osuwa się w groteskowo-podobne formy.

Razi sztucznością także przestrzeń, a właściwie jej użycie. To prawda: w pierwszej chwili scenografia urzeka. Utrzymana w barwach szachownicy − z jedną połową sterylnie białą, obleczoną kaflami i ozdobioną plastikowymi meblami, drugą utopioną w piasku, ogromnych jego kopach, nieregularnie usypanych aż po horyzont − może robić wrażenie. Po chwili jednak okazuje się, że ten czarno-biały podział w natrętny i dosłowny sposób będzie tłumaczyć świat, czyniąc go ostatecznie jednowymiarowym i przewidywalnym. To co dzieje się po stronie piaskowych wydm przesiąknięte jest agresją, niezrozumieniem i gorączką emocjonalną. Nad wzgórzami unosi się chmura niespełnienia, ciemności i brudu – tak ciężka i wyraźnie zaznaczona w każdym geście, dialogu i działaniu postaci, że trzeba by chyba połowę spektaklu przespać, by nie załapać tej topornej wykładni sensu.

Druga strona to świat pozornie czystych, porcelanowo-plastikowych etykiet i sztucznie doklejonych uśmiechów. Ekscentryczne rodzeństwo – Edgar, mąż Katy i jego lalkowa siostra Izabela (Monika Obara) - to szafarze przedziwnej neurozy, która przesiąknięta jest dziecięcymi fantazjami. Ostatecznie oboje ulegają terrorowi wprowadzanemu przez Katy. Wraz z nią na białą posadzkę wsypuje się piasek – wyraźny sygnał dla widza, na wypadek gdyby nie zrozumiał – że światy te wchodzą w przedziwny konflikt, czy raczej toksyczny romans. Całość kończy sekwencja z serii „po latach”, gdy dzieci głównych bohaterów, podobne do nich jak bliźnięta dwujajowe lub odbicia z krzywego lustra wkraczają do akcji, by przypieczętować historię kolejnym nieszczęśliwym zwrotem akcji.

Bez wątpienia niemałym osiągnięciem jest zmieszczenie wszystkich wątków powieści w trzygodzinnym przedstawieniu. Jednak bardziej sensownym byłoby chyba obranie spójnej strategii dramaturgicznej i zadanie sobie pytania: po co na nowo opowiadać "Wichrowe Wzgórza"? Czy tylko po to, by przypomnieć widzom fabułę? To chyba nieco za mało, a wydaje się, że przynajmniej kilka dobrych powodów sięgnięcia po ten tekst i sposobów jego odczytania, przynoszących ważne odpowiedzi na temat relacji międzyludzkich, czy choćby kultury wiktoriańskiej Anglii, by się znalazło. Szkoda.

"Wichrowe wzgórza", reż. Kuba Kowalski, Teatr Studio

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze