fbpx

Cristiada – krucjata o wolność

"Cristiada"
FT Films

Do kin wchodzi dziś film produkcji meksykańskiej pt. „Cristiada”. Opowiada on o wojnie religijnej w Meksyku. Za niewysokich lotów produkcją kryje się poruszająca historia.

"Cristiada"
FT Film/więcej w galerii

Na wstępie uczciwie zaznaczę, że nie jest to dobry film. Nakręcił go nieznany reżyser, scenariusz napisał równie nieznany scenarzysta, produkcja jest rodzima, bo meksykańska. Film usiłował się przebić do szerszej widowni, posiłkując się plakatem z wizerunkami takich aktorów jak Andy Garcia, którego nie trzeba przedstawiać, i Eva Longoria, znana naszej widowni z serialu „Gotowe na wszystko”. Bez większych sukcesów – także w Polsce żaden z większych dystrybutorów nie podjął się zadania, a film rozpowszechniany będzie dzięki FT Films.

Za to historia, jaką „Cristiada” przedstawia, nieznana jest prawdopodobnie szerszej publiczności. Twórcy skoncentrowali się na kilku latach z historii młodego państwa, jakim w drugiej dekadzie XX wieku był Meksyk, świętując stulecie swojej niepodległości. W tym czasie w kraju panuje polityczna destabilizacja, którą zmienić ma nowa konstytucja. Ogłoszona w 1917 wprowadza, m.in. zakaz publicznych nabożeństw, pozbawia księży prawa wyborczego, konfiskuje mienie kościelne. Wybrany kilka lat później prezydent Plutarco Elías Calles ogłasza tzw. prawa Callesa w 1924, które ma charakter antykościelny i antykatolicki, a on sam nazywa siebie „osobistym wrogiem Boga”. Film „Cristiada” zaczyna się właśnie w momencie wprowadzenia tych praw, pokazując jedynie kilkoma przebitkami sielskie życie sprzed religijnych zakazów. Calles – w filmie pokazany niczym prawdziwy antychrtyst – jest typowym przedstawicielem swoich czasów, kiedy to w Europie zaczynają się kształtować ruchy faszystowskie. Prezydent wychodzi z założenia, że winnym destabilizacji państwa jest Kościół, więc postanawia ukrócić jego działanie. W rezultacie powoli, nieśmiało, zaczynają się tworzyć grupki przeciwników prezydenta, odprawiane są msze za zamkniętymi drzwiami. Do pierwszych niewinnych rozruchów dochodzi w 1926 roku i to one są zaczynem ruchu, który przeszedł do historii jako Powstanie Cristero, o którym to właśnie opowiada meksykańska produkcja. Z powstającego spontanicznie ruchu antyfederalnego rodzi się silna – uświęcona religijnymi pobudkami – armia, która toczy regularne bitwy z siłami rządowymi w latach 1927 – 1929.

W polskiej kinematografii mamy niechlubne przykłady produkcji, których ambicją było pokazanie zrywów narodowościowych. Wiemy, jak zwykle takie ambitne plany się kończą. Trudno jest filmować bohatera, gdy ten występuje zbiorowo, czy to jako naród, czy silny ruch społeczny. Na tym problemie polegli twórcy filmu, próbując za pomocą jednostkowych historii przekazać walkę i tragizm narodu. Opowieść toczy się na kilku planach: w obozach wojskowych Cristeros, w pałacu prezydenckim, gdzie Calles prowadzi rozmowy z amerykańskim dyplomatą, oraz zaciszach domowych naszych bohaterów. Mamy więc postać niewierzącego generała – weterana Velarde (Andy Garcia), który z miłości do żony (ocierająca się o dewocję Eva Longoria) decyduje się stanąć na czele powstańczej armii. Wraz z rozwojem sytuacji, patrząc na poświęcenie żołnierzy w słusznej sprawie, generał jedna się z Bogiem. Obserwujemy 15-letniego chłopca José, który z lokalnego łobuziaka zamienia się głoszącego słowo Boże powstańca, a na koniec – torturowany i zamordowany – staje się męczennikiem. José zresztą był jednym z meksykańskich męczenników, których w 2005 roku beatyfikował papież Benedykt XVI. Sceny torturowania, a potem marszu i upadku Jose przypominają drogę krzyżową i upadającego Jezusa. Wśród bohaterów jest też dzielna Adriana, która reprezentuje grupę meksykańskich żołnierek, jakie podczas wojny domowej pomagały Cristeros, ryzykując życiem swoim i swoich rodzin. Zatem nikt nie został pominięty, jedynie po stronie zła oprócz Callesa stoi bezimienna wojskowa masa.

Irytuje w „Cristiadzie” czarno-biały obraz świata. Księża są łagodni i uciemiężeni, wojsko złe i okrutne, wątpiący w Boga odzyskują wiarę, a nieposłuszni powstańcy szybko składają hołd generałowi Velarde. Taki tendencyjnie pokazany obraz świata staje się jednak łatwiejszy do przełknięcia, gdy sobie uświadomimy, jak bardzo sposób ujęcia tej historii przypomina latynoskie telenowele. W „Cristiadzie” niemal w każdej scenie ktoś płacze lub szklą mu się oczy, generał szlocha na równi ze swoją żoną, prawdziwym zaś wyciskaczem łez jest odwaga i męczeństwo nieletniego Jose. Mamy łzy, wzniosłe słowa, przytulanie do piersi i zamyślone spojrzenia – wypisz wymaluj niczym z telenoweli, ale w tym dla wielu może też tkwić nieeuropejski ani nie amerykański urok filmu.

To natomiast, co ciekawe, choć nie w pełni pokazane w filmie, to wątki poboczne, które – jak się okazuje w finale – odegrają decydującą rolę w całej historii. Mamy tu amerykańskiego dyplomatę, który przybywa do Callesa, ale nie po to, by zapobiec dalszemu rozlewowi krwi, ile umocnić amerykańskie interesy i wydobycie meksykańskiej ropy na szerszą skalę. By dobić targu, oferuje nawet dostarczenie wojskom federacji broń i samoloty. Dopiero widok ofiar reżimu sprawia, że zaczyna on namawiać Callesa do porozumienia. Watykan, który również staje się stroną w tej historii, jest gdzieś daleko, w Rzymie, uchylając się od poparcia Cristeros. Te epizodyczne wątki wiele mówią o nastawieniu świata do tragedii w Meksyku i zdają się powielać smutną prawdę – świata nie obchodzi, co się dzieje na szeroko rozumianym Południu, dopóki nie zagraża to światowym interesom. A taka postawa pozostawia ogromne pole do nadużyć. I dlatego finał w tym filmie jest rozczarowujący – ale wina nie leży tu już po stronie twórców, tylko historii.

?>