fbpx

Django Quentina Tarantino – kij w amerykańskie mrowisko

"Django Unchained"
mat. prasowe

„Django” w reżyserii cudownego „dziecka” Hollywood to kij włożony tym razem we własne gniazdo. Tarantino odgrywa się na białej Ameryce za czasy niewolnictwa.
Wszyscy fani Tarantino dostaną w filmie „Django” ( wersji oryginalnej „Django Unchained”) dokładnie to, co lubią najbardziej: przewrotny dowcip, mnóstwo brutalnych scen, w których ciała sikają krwią, oraz wciągającą historię. Ale też dużo więcej! Bo choć rozkochany w filmach klasy C Quentin od lat opowiada tę samą krwawą historię, to za każdym razem udaje mu się kogoś urazić, sprowokować, wywołać dyskusję. I mimo że zawsze mu się za to dostaje, to i tak tłumy walą na jego filmy, bo nawet jeśli nie obchodzi ich jego ideologiczne stanowisko, dostają to, co lubią: piękne kobiety, bijatykę i dużo krwi. W dodatku tym razem wszystko to – od początkowych napisów, poprzez muzykę i krajobrazy – utrzymane jest w atrakcyjnej stylistyce westernu, który wydarza się na dalekim Południu.

Ostatnio dostało się Tarantino za prześmiewcze przedstawienie czasów wojny – w „Bękartach wojny” pokazał nagonkę na Żydów w okupowanej przez Niemców Europie i okrucieństwo nie do zrozumienia, od którego nie jest wolna żadna ze stron. Krytycy pytali, co Amerykanin może wiedzieć o europejskiej tragedii. A jednak „Bękarty” wpisały się swoją historią do obrazkowej pop -kultury na dobre.

W „Django” niepokorne „dziecko” Ameryki postanowiło wziąć się za sól swojej ziemi i przypomnieć niechlubny okres w historii dzisiaj poprawnych politycznie Stanów Zjednoczonych. Zdarł tym samym maskę z łagodnej wersji tej samej opowieści, czyli „Przeminęło z wiatrem”. Historia zaczyna się w 1859 roku, na dwa lata przed wojną secesyjną, która miała podzielić Północ i Południe. Trafiamy na konserwatywne południe (Texas i Missisipi), gdzie niewolników (w filmie nazywanych powszechnie – i to słowo powtarzane jest w co drugim zdaniu – nigger lub jimmie) traktuje się tradycyjnie – zakuć w łańcuch i na pole. Jednego z nich, tytułowego Django (w tej roli Jamie Foxx), poszukuje drugi bohater, tajemniczy doktor Schultz (rewelacyjny Christoph Waltz). Jak się okazuje, doktor ma niewiele wspólnego z leczeniem – jest łowcą nagród, który ma znaleźć szukanego przez prawo przestępcę, dostarczyć przed sąd (żywego lub martwego) i wziąć za to nagrodę. Gdy okazuje się, że panowie mogą sobie nawzajem pomóc, zaczyna się prawdziwa przygoda na amerykańskim Południu, pełna strzelaniny, krwi, a przy tym niepotrzebnego, ale jakże widowiskowego okrucieństwa.

A jednak im dalej w las, tym robi się gęściej: Tarantino epatuje kolejnymi scenami, w których czarni (posługując się językiem filmu) traktowani są gorzej od zwierząt, gdzie ich ból i krew służy jedynie rozrywce białym Panom. Jak w „Bękartach wojny”, gdzie cała Europa miała służyć nazistom, tak tu rolę tych złych spełniają właściciele plantacji, których nie łączy żadna ideologia oprócz nienawiści do swoich niewolników. Ta analogia między tymi dwoma filmami jest aż nazbyt czytelna, Tarantino mówi wprost: my też gromiliśmy ludzi, tylko trwało to nieco dłużej. Wymownie brzmi scena, w której doktor Schultz, chcąc porozmawiać z żoną Django, służącą w domu pewnego bogatego posiadacza ziemskiego o słodkim nazwisku Candy (w tej roli Leonardo di Caprio), przechodzi na język niemiecki – zabieg podobny do tego w pierwszych scenach „Bękartów wojny” – tam służył wydaniu Żydów, tu – ocaleniu niewolnicy.

Trudno w ogóle oprzeć się wrażeniu, że Tarantino postanowił przyjąć rolę ostatniego sprawiedliwego Hollywood. Niczym sędzia najpierw podejmuje temat indywidualnej zemsty – w „Kill Billu”, by za chwilę skupić się na zemście zbiorowej – kobiety mszczą się za swoje krzywdy w „Grindhouse: Death proof”. W „Bękartach wojny” to żydowska właścicielka kina mści się za zabicie całej rodziny, zaś w „Django” tytułowy bohater dokonuje rozliczenia z białymi panami.

Słowo „nigger” przewija się w „Django” jak mantra przez kolejne krwawe sceny, ustawiając jasną opozycję my – oni. I tak jak w „Bękartach wojny” mieliśmy dobrych Niemców, tak tu mamy złego czarnego. Zresztą nie tylko w tym przypadku Tarantino pozwala sobie na cytowanie własnych filmów. Scena jatki w Candylandzie jest jak żywcem wyjęta z I części „Kill Billa”. Nie brakuje też pojedynczych obrazów, które z jednej strony nawiązują do tradycji westernów (gdy Django uczy się strzelać), z drugiej – do ukochanych przez Tarantino filmów klasy C (tryskające krwią na lewo i prawo z martwych już ciał).

„Django” to mocne, brutalne kino gatunkowe, gdzie obok niewolniczej martyrologii mamy wyraźny, prowokacyjny obraz świata – niby to było wczoraj, ale wciąż jakby dziś.

[iframe src=”http://www.youtube.com/embed/eUdM9vrCbow” frameborder=”0″ allowfullscreen” width=”100%”
height=”315″]