fbpx

Lot – spokojnie to tylko awaria

"Lot"
Paramount

„Lot” Roberta Zemeckisa to jeden z tych filmów, w których napięcie już na samym początku gwałtownie rośnie, by potem tylko pozornie zacząć opadać, aż do zaskakującego finału.

"Lot"
Paramount

Gdy ma się za sobą trochę filmów katastroficznych, wydaje się, że można przewidzieć ich fabułę. Oto mamy mężczyznę, który budzi się w pokoju hotelowym. Odbywa nieprzyjemną rozmowę przez telefon ze swoją byłą żoną, a w tym czasie jego domniemana naga kochanka zaczyna się ubierać. On sam, jeszcze zanim wstanie z łóżka, wciągnie kreskę koki, żeby pozbyć się kaca. Wychodząc z pokoju, zakłada czapkę i okulary i już wiemy, że ten człowiek jest pilotem i za chwilę doprowadzi nas do katastrofy.

Gdyby nie fakt, że tym pilotem jest Denzel Washington, a tacy jak on nie umierają na początku filmu. Do katastrofy faktycznie dochodzi, przyczyną jest awaria samolotu, ale z ponad stu osób na pokładzie ginie zaledwie sześć, a naszemu pilotowi – Whipowi Whitakerowi, udaje się dokonać niemożliwego wręcz manewru, by nie dopuścić do rozbicia maszyny. Potem testy wykażą, że miał alkohol i narkotyki w organizmie. Wykażą też, że żaden z pilotów na symulatorze lotu nie zdołał powtórzyć tego manewru. Ludzie żyją, bo maszyną kierował pijany alkoholik. I od tej myśli zaczynamy tę opowieść.

Film Roberta Zemeckisa z jednej strony prowadzi nas do rozprawy sądowej, podczas której Whip Whitaker będzie musiał udowodnić, że nie jest winny katastrofy; z drugiej – pokazuje człowieka, który jest na tym etapie uzależnienia alkoholowego, że choć ma wokół siebie wielu życzliwych mu ludzi, trawi całą energię na ukrywanie skutków nałogu. I wychodzi mu to świetnie. Scena tuż przed decydującą rozprawą, kiedy prawnik i przyjaciel Whipa stawiają go na nogi za pomocą sprowadzonego dilera narkotykowego, jest mistrzowska. Bo to co Whip – wybitny pilot z wieloletnim doświadczeniem – potrafi najlepiej to kamuflaż, zachowanie twarzy, gra w pozory. W jednej z kluczowych scen nasz bohater mówi: „Straciłem żonę i syna, bo wybrałem picie”. To „wybrałem picie” przewija się przez film, a Whip wydaje się zdeterminowany, by z pełną świadomością stoczyć się, choć nie tak szybko jak bohater pamiętnego „Zostawić Las Vegas”, któremu chodziło po prostu o śmierć. Whipowi chodzi o to, by pić i zachować pozory, pić i latać, pić i sobie żyć. I pozwolić, by wszyscy wokół chronili jego tyłek. Jedną z tych osób jest Katerina Marquez, stewardesa, której nagie oblicze poznajemy w pierwszej scenie, a która ginie we wspomnianej katastrofie.

Lustrzanym odbiciem Whitakera staje się Nicole (Kelly Reilly), uzależniona od narkotyków była fotografka, która jest na tym etapie upadku, do jakiego Whip konsekwentnie zmierza. Nicole postanawia jednak chwycić się ostatniej szansy, jaką daje życie i spróbować na nowo – ale nawet ona nie jest w stanie wpłynąć na pilota, którego scena po scenie oglądamy w stanie, w jakim sami nie chcielibyśmy być widziani. I choć ma poczucie winy co do katastrofy, co do śmierci kochanki, to jednak wie, że technicznie nie zawinił. Wręcz przeciwnie. My też to wiemy. I ta myśl pozwala mu sięgnąć po kolejną butelkę.

Robert Zemeckis wydaje się być takim reżyserem, który zupełnie uodpornił się na to, że na pięć kiepskich filmów robi wspaniałą perłę. Pod tym względem jest trochę jak jego bohater – kiedy już niczego pozytywnego poza wyciągnięciem zza pazuchy jeszcze jednej butelki alkoholu – on nagle dokonuje zwrotu, który, mam wrażenie, zaskakuje nas w równym stopniu jak jego. Od serii „Powrót do przyszłości” aż do „Forresta Gumpa”, od „Ze śmiercią jej do twarzy” po „Cast away”. I teraz „Lot”. Podejrzewam, że Zemeckis lubi robić filmy, które – poza koniecznością dokonania moralnych wyborów – mówią wiele o mężczyźnie w punkcie zwrotnym, w którym można upaść, ale można też się podnieść, choć to drugie jest znacznie trudniejsze.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze