fbpx

Mały realizm, wielkie słuchanie: Marcin Kołodziejczyk, B Opowieści z planety prowincja

B Opowieści z planety prowincja
mat. prasowe

Czy warto jeszcze mówić o „reportażu literackim”, czyli opowieści skonstruowanej jak klasyczny reportaż i opartej na faktach, ale cechującej się walorami artystycznymi?

B Opowieści z planety prowincja
mat. prasowe

Dzisiaj już chyba nie ma to sensu, zważywszy, jak wiele wspaniałych dokonań etykietuje się tą nazwą. Można się natomiast zastanowić nad tym, czy prozatorski trend określany jako „mały realizm” był tylko chwilową modą, święcącą swoje największe triumfy w II połowie XX wieku, czy też pozostaje poręcznym sposobem na opisanie pewnych obszarów rzeczywistości? Na przykład polskiej prowincji, której życie toczy się jakby poza głównym nurtem, poza tym obszarem, gdzie dochodzi do największych i najbardziej widocznych zmian społeczno-obyczajowych. Obszarem wielkomiejskim oczywiście.

Właściwie sama sobie już odpowiedziałam na to pytanie. „Mały realizm” był, jest i będzie, czego potwierdzenie stanowią kolejne książki, najczęściej zbiory opowiadań, w których eksploruje się życie mieszkańców miasteczek i wsi. I gdyby nie stosowna adnotacja na okładce za taki właśnie zbiór wymyślonych historii można by wziąć „B. Opowieści z planety prowincja” Marcina Kołodziejczyka (co w swoim komentarzu na okładce zaznaczyła zresztą Justyna Sobolewska).

Można by, ale nie wolno. To jednak reportaże. Pytanie należałoby więc postawić w inny sposób: czy tak wspaniale napisane teksty mogłyby zainspirować autorów, którzy tworzą opowieści fikcyjne? I czy w ogóle reportaż literacki mógłby wpłynąć odżywczo na prozę? I znów sama sobie odpowiem, że naturalnie.

Czym imponuje Kołodziejczyk? Przede wszystkim absolutnym wręcz słuchem językowym. Jego bohaterów – najczęściej przemawiających w pierwszej osobie lub przedstawionych jako „osoba dramatu” (czy raczej farsy sądowej, jak w „Realizacji”) – po prostu się słyszy. Autor kapitalnie oddaje specyfikę ich mowy, wyłapuje charakterystyczne powtórzenia czy naleciałości związane z tym, czym się w życiu zajmują lub z jakiego środowiska pochodzą. Każdy mówi inaczej, a z ich głosów ułożona jest zróżnicowana symfonia. Wystarczy porównać ze sobą choćby nadętą i pretensjonalną architektkę („Tadeusz opuszcza dom”) z dowcipkującym bohaterem „Kotów”, obdarzonym zresztą ciekawą wyobraźnią. Albo zestawić ze sobą robotniczy tercet występujący w dwóch tekstach i jakby wyjęty z filmów Kondratiuka oraz bohatera „Erotyku”. Ich nie tyle wiernie oddane, co kapitalnie zredagowane monologi, sprawiają, że przysłowiowa szara prowincja okazuje się nagle niezwykle kolorowa.

Te opowieści w większości „robi” język, ale w wielu przypadkach zabrzmiałyby mocno niezależenie od tego, w jakim stylu zostałyby podane, tak jest choćby w przypadku „Galanta”. Ale i ta opowieść nie miałaby takiej siły rażenia, gdyby została inaczej skonstruowana. Dzięki umiejętnemu rozłożeniu akcentów jej puenta działa jak uderzenie obuchem w głowę.

Celowo nie streszczam żadnej z tych opowieści, bo ich fabuły mają znaczenie drugorzędne. Nie chcę przez to powiedzieć: marginalne, bo z pewnością nie sam język zadecydował o wyborze takich a nie innych bohaterów. Jednak już po lekturze pierwszego tekstu, wsiąka się w tę książkę. Pragnie się jej wysłuchać do końca.

Marcin Kołodziejczyk, „B Opowieści z planety prowincja”, Wielka Litera, Warszawa 2013, s.192

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze