fbpx

Tajny dziennik, Miron Białoszewski – wielkie nic

Prawie trzydzieści lat po śmierci Mirona Białoszewskiego ukazał się jego „Tajny dziennik”. Warto było czekać – dostaliśmy jedną z najbardziej niezwykłych książek diarystycznych w literaturze polskiej.
Białoszewski nie ukrywał, że nieustannie robił notatki, ale nikomu nie pozwolił do nich zajrzeć. Zastrzegł nawet, iż premiera może się odbyć wiele lat po jego pogrzebie. Zapewne chodziło mu nie tylko siebie, ale i o innych bohaterów, sportretowanych w dzienniku członków rodziny, przyjaciół, kochanków, luminarzy życia publicznego i prywatnego. Zwłaszcza ta ostatnia sfera rozpalała wyobraźnię. Homoseksualne skłonności Białoszewskiego w środowisku literackim nie były tajemnicą, mimo że poeta się ze swoim gejostwem nie obnosił. Wietrzono więc towarzyski skandal – kto, z kim, kiedy, za ile… Wszyscy ci, którzy na to liczyli, zawiodą się, choć identyfikacja pojawiających się w zapiskach partnerów Mirona nie nastręcza trudności.

Homo nie wiadomo

W „Tajnym dzienniku” erotyka pojawia się bowiem w śladowych ilościach i to w kontekście osób trzecich, w formie impresji z nowojorskich kin porno. Tej sfery przygód ciała Miron nie eksponuje, serwuje natomiast intymne wyznania na temat swojej homoseksualnej orientacji, której doświadczenie łączy z doświadczeniem pisania. „Traktowałem swoje potrzeby homo jako przejściowe, że niby kiedyś znormalnieję. Mając 15 czy 16 lat zadałem sobie pytanie ,kiedy?’. Niby zmienię się z dnia na dzień? Nie. Wobec tego trzeba przyjąć siebie takiego, jakim się jest. Ustaliłem to, przestałem się tym turbować. I nadal uprawiałem swoje sex-przygody ze świadomością, że jest to mój rodzaj. Wszelkie słyszane określenia i przezwiska owych gustów nie przejmowały mnie specjalnie. W ten sposób szkoliłem swój upór i nieprzemakalność. W seksie i w pisaniu. Nie przejmując się krytyką. Czy nieuznawaniem. Było to dobre i skuteczne samoszkolenie” – zapisał.

Poczucie wyobcowania było podglebiem „Tajnego dziennika”. Białoszewski rozpoczął zapiski po rozstaniu z długoletnim partnerem, malarzem Leszkiem Solińskim, i wyprowadzce z ich wspólnego mieszkania przy placu Dąbrowskiego. Zamieszkał w kawalerce mrówkowca przy Lizbońskiej w opłotkach Saskiej Kępy, na „Chamowie”. Przenosiny z luksusu mieszkania w przestrzeni bezpiecznej w przestrzeń nierozpoznaną i odpychającą, wyobcowanie i wykluczenie, wyzwoliło w nim twórczą witalność. Dziennik jest świadectwem egzystencjalnej metamorfozy, oswajania nowej rzeczywistości, z czasem przechodzącego nie tylko w jej akceptację, lecz także afirmację, autentyczną fascynację miejscem.

Materią prozy Białoszewskiego jest codzienność, najbliższe środowisko – rodzina biologiczna i mentalna, a zwłaszcza krąg zafascynowanych poetą filologów: Escy, czyli Anna i Tadeusz Sobolewscy; niewidoma poetka Jadwiga Stańczakowa; Ludmiła Mariańska i Leszek Hering, współtwórcy Teatru Osobnego, czy Lech Emfazy Stefański. Oni wszyscy stwarzali Mirona, jego opowieść, jego świat w ostatniej dekadzie życia.

Był to barwny, autonomiczny artystyczny świat. Alternatywny nie tylko wobec oficjalnego życia kulturalnego lecz także konspirującej bohemy. Białoszewski nie czytał gazet, nie słuchał radia i nie oglądał telewizji. Nawet nie kupował książek, choć oddawał się lekturze nałogowo – korzystał z dzielnicowej biblioteki. Utyty, wyłysiały, bardziej przypominał księgowego z PGR-u niż poetę lingwistycznego. On i jego artystyczna rodzina żyli poza czasem mód i polemik publicznych, a zarazem byli w ich awangardzie. W sklepach brakowało cukru i chleba, a oni kręcili filmy, urządzali seanse spirytystyczne i narkotykowe, praktykowali jogę i medytację, gadali o sztuce i pisali, pisali i gadali. „Tajny dziennik” to frapujące świadectwo fenomenu tej bohemy, osobnej na tle pomarcowego i pogrudniowego fermentu, który zaowocował powstaniem drugiego obiegu kultury.

Śladów refleksji na temat wydarzeń politycznych prawie w dzienniku nie ma. Miron z rzadka ustępuje pod presją patosu wielkich wydarzeń – na przykład wizytę papieża w Warszawie wzmiankuje kilkoma obojętnymi zadaniami. Podobną migawkę poświęca głodówce podjętej przez opozycję.

Nie mogło być inaczej, bo Białoszewski nie potrafił opisywać świata, do którego nie należał. Obca mu była egzaltacja i wielkie słowa, wolał podpatrywać codzienność i życiowe błahostki. Była jego alfą i omegą.

Wydawnictwo Znak, Kraków 2012, s.920