fbpx

Hubert Klimko-Dobrzaniecki: Kulinarnie

Hubert Klimko-Dobrzaniecki: Mikołaj imion wiele ma

Wszyscy jemy. Ci, którzy przestają – marnie kończą. To jest, oczywiście, oczywista oczywistość. Bohaterowie książek też jedzą. Zadrukowany papier pełen jest różnych potraw. Są też książki o niejedzeniu, czyli o głodzie.
Zastanawiające jest to, że najczęściej o głodzie piszą najedzeni. Jakaś tęsknota za nieosiągalnym? U niektórych, na przykład u świętej pamięci Knuta Hamsuna, słowo „głód” stało się tytułem znakomitej powieści. Lubię Hamsuna i lubię jego książki, choć jest mało prawdopodobne, że Hamsun w swoim życiu głodny był.

Następnym od literackiego głodu jest również mój ulubiony autor, i też ze Skandynawii, a mianowicie Halldór Laxness. W jego powieściach często znajdujemy ludzi biednych, niedożywionych, marzących o pełnym brzuchu. Sam autor był notorycznie najedzony. Pochodził z kupieckiej rodziny i kiedy Islandia należała do najbiedniejszych zakątków Europy, on sobie jadł udźce z jagnięcia. Jak się mu znudziło, a baranina przejadła, wyjechał w podróż po starym kontynencie, a potem do Ameryki. Nie słyszałem, żeby w pocie czoła zarabiał na swoje papu. Wręcz przeciwnie. W luksemburskim konwencie, do którego na chwilę wstąpił, michę stawiał kościół, a gdy opuścił mury klasztoru, wypchany portfel jego rodzinki czuwał nad nim ciągle. Prawdą jest, że trafił do Hollywood, napisał scenariusz i dostał za niego kasę, ale to było potem. Przedtem – nigdy nie głodował. Są na to dokumenty. Kiedy go amerykańska miska znudziła i stał się chwilowym komunistą, nawet z radzieckiego stołu jadł. Ten też był obfity. Wreszcie dostał Nobla i już do końca życia posiadał pieniądze, żeby współczuć biednym, głodnym i pisać o nich.

Jeszcze dwa nazwiska najedzonych, piszących o nędzy dorzucę. Zacznę od kolejnego Skandynawa. Jest nim współczesny, bardzo ceniony (również przez piszącego te słowa) pisarz- Sjón. Sjón, to pseudonim i znaczy tyle co Wizja. Ksywa jest też skrótem jego imienia, ale ja nie o tym chciałem. Chciałem o tym głodzie. Więc Sjón w roku 2008 napisał świetną powieść pod tytułem „Rökkurbysnir”. W trzy lata po islandzkiej premierze książka wyszła w Anglii nakładem Telegramu i nosi bajkowy tytuł „From the mouth of the whale”. Czekam na polski przekład. Może się kiedyś doczekam…No tak, u Sjóna też jest nędza i tylko śnieg i śnieg i śnieg. Sam autor jest zapalonym kucharzem i degustatorem wina. Widziałem go kilka razy w islandzkiej telewizji, gotował na antenie, albo zapraszał do siebie do mieszkania i też gotował. I nie była to wcale mizeria lokalnej kuchni. Podczas przyrządzania potraw wspominał, jak to sobie lata do Hiszpanii i pichci razem z piosenkarką Björk różne smaczne rzeczy.

Na koniec, bo nie wypada tak tylko o innych… Ja, drodzy Państwo, byłem w życiu kilka razy głodny. Najdłuższy mój okres głodu przypadł na czas mego odchudzania.. Tak, przyznaję się. Zdarzało mi się zapomnieć drugiego śniadania, gdy chodziłem do liceum, i żadna z koleżanek nie chciała mi oddać swojej kanapki. Teraz mieszkam w kraju katolickim, nie takim jak Polska. Tutaj dzień święty się święci. W niedzielę sklepy są zamknięte, więc kilkukrotnie byłem głodny, ponieważ nie zrobiłem zakupów w sobotę. Znów, razu pewnego, wsiadłem do pociągu pośpiesznego ze Szczecina do Opola. W okolicach Poznania okazało się, że nie ma Warsu. To była istna tragedia. Nie jadłem i nie piłem od wczesnego rana do godzin popołudniowych. A teściowa mówiła: weź kanapki…Więcej grzechów nie pamiętam. Pamiętam tylko, że kilka stron w swoich książkach poświęciłem głodowi… No i jak każdy pisarz od głodu uwielbiam jeść i gotować, ale najbardziej lubię dzielić się tym, co przyrządzę!