Hubert Klimko-Dobrzaniecki: Słowackie klimaty

Hubert Klimko-Dobrzaniecki: Mikołaj imion wiele ma

Janosik nie żyje! Pamiętam, że mieszkałem wtedy na Islandii, gdy mój kolega wypowiedział przez telefon to straszliwe zdanie.
Chodziło o aktora, Marka P., który wcielił się w postać tatrzańskiego zbójnika. W sumie zagrał nie tego Janosika co trzeba, bo prawdziwy, ten powieszony za pośrednie ziobro, na sto procent autentico, był Słowakiem. W miasteczku, w którym się urodził, stoi nawet pomnik.

Pomyłek językowych mamy też sporo. Przytoczę tylko jedną, ale nagminną, a mianowicie słowo „szukać”. W polskim wiadomo, o co chodzi, w słowackim też, tyle, że nie wypada o tym głośno… Choć, jeśli się bliżej przyjrzeć, nie jest to wcale takie głupie. Jak się chłop z babą szukają, to czasami się odnajdą. W łóżku na przykład. A czy w trakcie będzie pięknie, czy brzydko, to już od chłopa i baby zależeć powinno.

Drodzy Państwo, ja wiem, że Słowacja leży za górami, za lasami i za dolinami. Wiem, że to obszar na Marsie, bo dojechać trudno. Owszem, jedzie polski bus z Warszawy do Wiednia i zatrzymuje się w Bratysławie. Jakiś pociąg z Katowic też jest, czy inny autobus z Zakopanego. To rzeczywiście niewiele, jak na sąsiadujące kraje. A przecież Słowacja jest blisko i język ma bliski do tego stopnia, że mój kolega, wypiwszy odpowiednią ilość napoju rozwiązującego mowę, zaryzykował twierdzenie mówiąc: polski jest słowackim dialektem, a Polacy zapisują go z błędami ortograficznymi i czasami źle odmieniają. Ja może mógłbym się z tym zgodzić, gdyby nie fakt wcześniejszej kodyfikacji polszczyzny.

Cholera, mówię Państwu, ci Słowacy mnie zaskoczyli. Okazało się, że nie żywią się wyłącznie bryndzą i haluszkami. Jedzą normalne jedzenie. Rzadziej produkty importowane z Polski. W sumie się nie dziwię. Solić jajka solą do posypywania dróg? Też bym nie chciał. Więcej, Słowacy produkują całkiem dobre wino. Ale my wolimy włoskie. Wiadomo – Włochy leżą bliżej i dlatego wszystkim taniej wychodzi…

Teraz sprawa, która mnie najbardziej interesuje, a w Polsce, tak samo jak zatatrzańskie wino, znana jest tylko nielicznym. Choć, mam nadzieję, za kilka lat ktoś mi powie: mylił się pan! Chodzi oczywiście o literaturę. Otóż, nasi krewni piszą świetne książki. Powieści nawet piszą. Takie prawdziwe, pokaźne, na 460 stron. Właśnie jestem po lekturze „nówki” przekładowej. Książka nosi tytuł „Zdarzyło się pierwszego września (albo kiedy indziej)”, autorstwa Pavla Rankova (Europejska Nagroda Literacka 2009). Tłumacz też nie jest od macoszki. Tomasz Grabiński, słowacysta, wicedyrektor Polskiego Instytutu w Bratysławie, od wielu lat działa sprawnie, nie tylko na rzecz nieupowszechniania stereotypów pomiędzy naszymi narodami, ale też sporo tłumaczy (nie tylko literaturę piękną). Powieść Rankova wydało wrocławskie wydawnictwo Słowackie Klimaty. Polska premiera będzie miała miejsce podczas tegorocznych targów książki w Warszawie. Radzę się wybrać i nabyć egzemplarz. Murowana frajda czytelnicza. I do tego nie o Janosiku, bryndzy i haluszkach. No, może czasami o szukaniu w niej jest. Ale to dobrze akurat, w tym wypadku.