Danuta Stenka: To jakiś cud

Rafał Masłow

O, kurczę! Chyba dokonałam wielkiego odkrycia prostej rzeczy! Jakiej? Czytaj dalej! Opowieść pewnej dziewczyny z Kaszub o jej walce z nieśmiałością zanotowała Hania Halek.
Kiedy zrodziła się w pani pewność siebie? Przed laty w Kaszubskim Parku Krajobrazowym czy dopiero w dorosłym życiu na scenie?

Pewność siebie… Człowiek, przychodząc na świat, jest w nią pewnie w jakimś mniejszym czy większym stopniu wyposażony. Mnie los jej poskąpił. Do tego doszło wychowanie wedle zasad „skromność skarb dziewczęcia” i „siedź w kącie, znajdą cię”, które mogło przepłoszyć najdrobniejsze błąkające się we mnie okruchy pewności siebie. Pamiętam to dziecko, którym byłam. Zawsze pełne lęku, ilekroć trzeba się było oderwać od maminej spódnicy. To dziecko nadal we mnie jest. Lęk, że nie udźwignę, że się nie nadaję, że zawiodę – jest moim codziennym towarzyszem.

Co powiedziała mama, gdy poszła pani do studium aktorskiego?

Że decyzja oczywiście należy do mnie. Choć myślała, że pójdę w jej ślady i zostanę nauczycielką. Tak planowałam przez całe dzieciństwo i liceum. Nie miałam innego pomysłu, nawet go nie szukałam. Po latach mama przyznała się, że była trochę przerażona, bo nie wiedziała, co mnie w tym aktorskim świecie może spotkać. I sądzę, że nie chodziło o to, czy uda mi się zrobić karierę, a raczej o to, czy się nie pogubię jako człowiek.

Pani wiedziała, jak to będzie?

Skąd! Nawet nie przeczuwałam. Przez wiele lat, od studium w Gdańsku, przez teatry w Szczecinie, Poznaniu i jeszcze długo w Warszawie, towarzyszyła mi myśl, że znalazłam się na obcej planecie. Nie interesowałam się wcześniej tym światem, nie znałam go, nie planowałam siebie w nim, a jednak z każdym kolejnym rokiem nabierałam przekonania, że przez przypadek trafiłam na właściwą planetę. Oczywiście, czułam się na niej Koziołkiem Matołkiem. Często wracałam do domu z próby z płaczem. Żaliłam się mężowi, że nie mam siły bronić się przed pomysłami kolegów, w które nie wierzę, które są atrakcyjne dla ich ról, ale niekoniecznie służą mojej i, co gorsza, osłabiają scenę, czyli wspólną sprawę. Janusz radził: „To powiedz jutro, że nie będziesz tak grać, bo to nie ma sensu”. Ale brakowało mi też odwagi, żeby proponować swoje. Zakładając, że jestem jakimś podrzutkiem, który przyszedł znikąd i z niczym, nie dawałam sobie prawa ani do racji, ani do popełnienia błędu. Nasiliło się to w Warszawie. Skoro oni, ci z W a r s z a w y, myślą inaczej, to na pewno mój pomysł jest głupi. Na wszelki wypadek nie ujawnię go, żeby się nie zbłaźnić. O, to ten sam mechanizm! W liceum na lekcjach matematyki, kiedy nauczycielka prosiła jakiegoś ochotnika, żeby na tablicy rozwiązał zadanie, często miałam pomysł, jak je zrobić, ale nie zgłaszałam się ze strachu przed ewentualną kompromitacją.