fbpx

Danuta Stenka: To jakiś cud

Rafał Masłow

O, kurczę! Chyba dokonałam wielkiego odkrycia prostej rzeczy! Jakiej? Czytaj dalej! Opowieść pewnej dziewczyny z Kaszub o jej walce z nieśmiałością zanotowała Hania Halek.
Kiedy zrodziła się w pani pewność siebie? Przed laty w Kaszubskim Parku Krajobrazowym czy dopiero w dorosłym życiu na scenie?

Pewność siebie… Człowiek, przychodząc na świat, jest w nią pewnie w jakimś mniejszym czy większym stopniu wyposażony. Mnie los jej poskąpił. Do tego doszło wychowanie wedle zasad „skromność skarb dziewczęcia” i „siedź w kącie, znajdą cię”, które mogło przepłoszyć najdrobniejsze błąkające się we mnie okruchy pewności siebie. Pamiętam to dziecko, którym byłam. Zawsze pełne lęku, ilekroć trzeba się było oderwać od maminej spódnicy. To dziecko nadal we mnie jest. Lęk, że nie udźwignę, że się nie nadaję, że zawiodę – jest moim codziennym towarzyszem.

Co powiedziała mama, gdy poszła pani do studium aktorskiego?

Że decyzja oczywiście należy do mnie. Choć myślała, że pójdę w jej ślady i zostanę nauczycielką. Tak planowałam przez całe dzieciństwo i liceum. Nie miałam innego pomysłu, nawet go nie szukałam. Po latach mama przyznała się, że była trochę przerażona, bo nie wiedziała, co mnie w tym aktorskim świecie może spotkać. I sądzę, że nie chodziło o to, czy uda mi się zrobić karierę, a raczej o to, czy się nie pogubię jako człowiek.

Pani wiedziała, jak to będzie?

Skąd! Nawet nie przeczuwałam. Przez wiele lat, od studium w Gdańsku, przez teatry w Szczecinie, Poznaniu i jeszcze długo w Warszawie, towarzyszyła mi myśl, że znalazłam się na obcej planecie. Nie interesowałam się wcześniej tym światem, nie znałam go, nie planowałam siebie w nim, a jednak z każdym kolejnym rokiem nabierałam przekonania, że przez przypadek trafiłam na właściwą planetę. Oczywiście, czułam się na niej Koziołkiem Matołkiem. Często wracałam do domu z próby z płaczem. Żaliłam się mężowi, że nie mam siły bronić się przed pomysłami kolegów, w które nie wierzę, które są atrakcyjne dla ich ról, ale niekoniecznie służą mojej i, co gorsza, osłabiają scenę, czyli wspólną sprawę. Janusz radził: „To powiedz jutro, że nie będziesz tak grać, bo to nie ma sensu”. Ale brakowało mi też odwagi, żeby proponować swoje. Zakładając, że jestem jakimś podrzutkiem, który przyszedł znikąd i z niczym, nie dawałam sobie prawa ani do racji, ani do popełnienia błędu. Nasiliło się to w Warszawie. Skoro oni, ci z W a r s z a w y, myślą inaczej, to na pewno mój pomysł jest głupi. Na wszelki wypadek nie ujawnię go, żeby się nie zbłaźnić. O, to ten sam mechanizm! W liceum na lekcjach matematyki, kiedy nauczycielka prosiła jakiegoś ochotnika, żeby na tablicy rozwiązał zadanie, często miałam pomysł, jak je zrobić, ale nie zgłaszałam się ze strachu przed ewentualną kompromitacją.

Pamiętam taką sytuację z moich warszawskich początków – Teatr Telewizji, w którym miałam zagrać ze sławnym aktorem, pod skrzydłami znanego reżysera. Jedna z naszych ważnych scen szła źle od samego początku. Graliśmy ją według propozycji tego aktora. Nie udawało się. Coś było nie tak. Oczywiście on grał świetnie, a ja próbowałam się ratować. Jednak coś mi mówiło, że błąd tkwi w złych założeniach, które przyjęliśmy dla sceny. Prymitywnie mówiąc: „nie ten gonił i nie ten uciekał, kto powinien”. Próbowałam nawet jakoś delikatnie podzielić się swoimi wątpliwościami, dać do zrozumienia, że przy takich ustaleniach nie jestem w stanie zagrać tego, czego ode mnie oczekują, bo moja postać w tej sytuacji kłamie, a to jest wbrew scenie. Nikt nie zwrócił na to uwagi, bo widać było gołym okiem, kto tu jest dobry, a kto psuje. Minął jakiś czas, spotkaliśmy się z reżyserem i rozmowa zeszła na tę scenę. Tym razem powiedziałam mu, na czym według mnie polegał błąd, a on na to: „Masz rację. Tylko dlaczego się wtedy nie odezwałaś?!”.

A dziś? Jak to wygląda?

Pewność siebie – czy coś na jej kształt – zawsze najczęściej dawała o sobie znać, gdy kurtyna szła w górę, kiedy na widowni zamiast reżysera i kolegów zasiadali widzowie. I tak zdarza się i dziś. Wtedy przede wszystkim nie jestem sobą, jestem postacią. Mimo że to ja.
To dziwne uczucie, czasem jest tak, jakbym siedziała w mojej roli niczym w opancerzonym wozie, czołgu – to ja prowadzę, ja myślę, ja widzę, ja czuję, ale ona pozwala mi dotrzeć w najbardziej niebezpieczne rejony, toczyć boje, jakich nie umiałabym i nie miałabym odwagi stoczyć pod własnym imieniem i nazwiskiem. W tym miejscu, w tym czasie, w tej relacji z widzem, w tej sprawie, o której z nim właśnie „rozmawiam”, wszystko jest w idealnej harmonii, wszystko się wzajemnie dopełnia, a ja JESTEM. I to jest jakieś takie… niezwykle pełne. I pewne.
Nie tylko to, co jest zwieńczone spektakularnym sukcesem, ma sens. W gruncie rzeczy, gdy przyglądam się swojemu życiu, widzę, że największa radość i poczucie szczęścia pojawiają się, gdy działam, a nie kiedy odbieram laury. One, owszem, są przyjemne, ale to tylko pianka.

A jak jest w życiu?

W życiu…? Hm. Teraz dotarło do mnie, czy mówiąc o pewności siebie, nie myślę o odwadze, która ma swoje źródło w arogancji, pozwalającej torować sobie drogę, otwierać drzwi „taranem”? Hm. Obawiam się, że powszechnie tak się właśnie myśli. Ale to raczej pozorna pewność siebie. Jakaś nieprawdziwa… Jest chyba maską, przykrywką dla czegoś zupełnie przeciwnego. A w moim życiu pewność siebie daje o sobie znać wtedy… gdy jestem w zgodzie z sobą. No tak! Wygląda na to, że kiedy idę za głosem intuicji, głosem mojego Wewnętrznego Człowieka, w sposób zupełnie naturalny pojawia się PEWNOŚĆ. Ona niczego nie burzy, nie niszczy… Ona jest wielką siłą, która ma swoje źródło w spokoju mojego ducha. W przekonaniu, że wszystko jest na swoim miejscu, na właściwym miejscu. Pewność, że JESTEM i że cała reszta jest tylko dodatkiem. O, kurczę! Chyba dokonałam wielkiego odkrycia prostej rzeczy. (śmiech)

Swoją drogą, kiedy myślę o całej swojej drodze życiowej, o tym Koziołku Matołku, o tej Dance Stence po mat-fizie, która wypadła z tej swojej wsi na Kaszubach i nagle znalazła się w teatrze, o którym nie miała zielonego pojęcia… to jakiś cud. Przecież to wymyśliła moja nauczycielka w liceum. Pani profesor Philipp. Nigdy się nie dowiem, bo już nie żyje, skąd się u niej pojawiła taka myśl. My, z mat-fizu, nie braliśmy nawet udziału w akademiach szkolnych. Słyszała mnie jedynie na polskim, kiedy prosiła o przeczytanie jakiegoś wiersza albo fragmentu prozy, które przerabialiśmy. Aż tu nagle… w czwartej klasie, ni z tego, ni z owego, posłała mnie na konkurs recytatorski. Zajęłam drugie miejsce na etapie wojewódzkim. Więc zaczęła mnie namawiać, żebym zdawała egzaminy do szkoły teatralnej, ale do tego zabrakło mi odwagi. Pani profesor była jednak nieugięta. Dowiedziała się, że istnieje studium aktorskie w Gdańsku i któregoś dnia – a była to epoka przedinternetowa – wyruszyła ze mną na poszukiwania… Skąd jej się to wzięło?! To naprawdę cud, spotkałam na swojej drodze człowieka, który właściwie sprezentował mi przyszłość.

I po iluś latach stoi pani na scenie, jest aplauz. Co się dzieje z pewnością siebie?

Mój mąż mówi, i to prawda, że mam ucho otwarte na oścież, słuch absolutny i genialną pamięć do wszelkich uwag krytycznych. Mam dla nich w sobie specjalny apartament, pielęgnuję je. Natomiast pochwały, owszem, jak każdy człowiek, przyjmuję z przyjemnością i… odstawiam „na półkę”. Ale to ma także swoją dobrą stronę, bo „woda sodowa” nie ma u mnie szans (śmiech).

A jak pani się czuje, gdy zerkają na panią fajni mężczyźni?

Fantastycznie! Jakbym dostała z bazooki w splot słoneczny kulą dobrej energii. Przypominam sobie sytuację, która miała miejsce lata temu, ale utkwiła mi dobrze w pamięci. Wracałam z Londynu i czekając na swój samolot, czytałam książkę, gdy nagle poczułam na sobie czyjś wzrok. Spojrzałam. Po przeciwnej stronie, w grupie oczekujących siedział mężczyzna. Dzieliło nas przejście pomiędzy blokami krzeseł stojącymi do siebie en face. Oboje wróciliśmy do swoich lektur. Przez jakiś czas trwało wzajemne przyglądanie się sobie i przyłapywanie się na tym, wreszcie spojrzeliśmy sobie w oczy i… odbyła się między nami rozmowa. Bez słów. To trwało, dopóki nie usłyszał wezwania do samolotu. Pożegnał się ze mną – także bez słów – i poszedł. Niezwykłe spotkanie, za którym nic nie musi iść, po prostu wymiana energii.

Wiadomo, z upływającym czasem tych oglądających się za mną na trotuarze mężczyzn jest coraz mniej. Niebawem pewnie zanikną. Wymrą (śmiech). Pewnie będzie jakoś pusto bez nich, ale coraz częściej łapię się na tym, że z bezpośredniego odbiorcy zamieniam się w obserwatora i kiedy oglądam takie sytuacje z boku, też wywołują uśmiech na mojej twarzy, też mnie ładują dodatnio. Ale zdarzają się takie spojrzenia, które męczą. Zwłaszcza wtedy, gdy ktoś mnie rozpoznaje i zapomina, że nie dzieli nas rampa teatralna czy szyba telewizora. Jestem prywatną osobą, która, oglądana od stóp do głów, czuje się jak małpa w klatce, jak towar w sklepie, jak kawał mięsa na haku. To przykre, tego nie lubię. Szczególnie w sytuacji, kiedy nie mogę odejść. Czasem po prostu zaczynam patrzeć temu człowiekowi w oczy, dopóki nie nastąpi przebudzenie. Dopóki sam nie poczuje, że to nieprzyjemne, kiedy ktoś bez przyzwolenia i bez opamiętania narusza granicę twojej prywatności. Na ogół jednak umiem nie widzieć spojrzeń. Kiedy moje córki były małe, wołały: „mamo, mamo, patrzą na ciebie”, teraz już i one nie zwracają na to uwagi.

Robiłam kiedyś wywiad z pani mężem i…

Tak? No to ładnie! To ma nas pani na talerzu (śmiech).

Klub studencki „Azyl” w Toruniu, wieczór. Wchodzi młoda kobieta, włosy upięte w kucyk, uśmiech, pewność siebie. A on tylko patrzy.

I to jest zadziwiające. Wielokrotnie spotykałam się z tym, że ludzie bali się do mnie podejść, a najczęściej był to moment, kiedy ja sama czułam się niepewnie: zagubiona, przestraszona. Z Januszem było podobnie. Powiedział mi później, że podobałam mu się, chciał się ze mną umówić, ale wydawałam mu się taka silna i niedostępna. Bał się, że go zmiotę jednym zdaniem i będzie się musiał odczołgać.

A w rzeczywistości byłam śmiertelnie zdenerwowana, ponieważ następnego dnia mieliśmy zagrać spektakl konkursowy, w którym grałam główną rolę, a tuż przed naszym spotkaniem jeden z moich kolegów z zespołu opowiedział mi dokładnie, kto zasiada w jury i jaka ta moja rola jest w gruncie rzeczy słaba. Chwalić Boga dostałam za nią nagrodę, ale pamiętam, że on mnie kompletnie rozłożył na łopatki. I z tym poczuciem beznadziei i zbliżającej się klęski poszłam do „Azylu”, żeby przewietrzyć myśli. Mój przyszły mąż próbował ze mną flirtować, a ja, skazana przed chwilą na śmierć, wysyłałam głównie sygnał: „stój, bo strzelam”. Jak przerażone zwierzę, które musi wprowadzić w błąd otoczenie, żeby przeżyć.

A jednak spotkanie w „Azylu” trwa do dziś.

Tak, trwa do dziś (śmiech). I mam nadzieję, że potrwa. I przetrwa. Myślę o moich córkach. Chciałabym, żeby spotkały i rozpoznały swoje drugie połówki. A jeśli tak się stanie, nie roztrwoniły tego. Przypominam sobie wypowiedź pewnego psychologa, który stwierdził, że kryzys, przez który przechodzi gospodarka na całym świecie, ma swoje odbicie również w relacjach między ludźmi. Rzeczy obliczone są na szybkie zużycie, mają krótki okres „przydatności do spożycia”, więc kupowanie nowych stało się codziennością, naszym chlebem powszednim. Mało tego, kupujemy kolejne, nie tylko wtedy, gdy poprzednie się wyczerpały, popsuły, po prostu przyjęło się wymieniać na nowe. Telefony, samochody, sprzęty elektroniczne i gospodarstwa domowego, ciuchy… Należę jeszcze do pokolenia, które oddawało rajstopy do repasacji, cerowało skarpetki, łatało spodnie, majsterkowało przy sprzęcie, samochodach. Tego nas uczono, bo taka była konieczność. Teraz nie mamy potrzeby, czasu i przede wszystkim nie umiemy naprawiać. Ja jeszcze potrafię uratować sweterek, w którym poszło oczko, wiem, jak się posługiwać szydełkiem, igłą, nożyczkami, umiem szyć na maszynie. Pamiętam, że w czasach, kiedy nie było nas stać na butelkę coca-coli, porwałam się nawet na uszycie mężowi z jakiegoś zdobycznego materiału dwu marynarek. Na podszewce, z kieszonką wewnętrzną!
Mam potrzebę naprawiania. Kiedyś się naprawiało, teraz się wyrzuca. Jeśli coś się psuje, nudzi czy przestaje podobać – wymienia się na nowe. I nie zatrzymaliśmy się na rzeczach, tę samą zasadę stosujemy wobec ludzi.

Teraz już produkuje się przede wszystkim po to, by wyrzucić.

Jak najszybciej wyrzucić i jak najczęściej sprawić sobie nowe. Mój kolega przesłał mi link do filmu: „Spisek żarówkowy – nieznana historia zaplanowanej nieprzydatności”. Ten film powinno pokazywać się dzieciakom w szkołach. Każdy mieszkaniec cywilizowanego świata powinien to obejrzeć. W moim domu, tak jak w tym filmie, popsuła się kolejna drukarka i nie można było jej naprawić. Szukaliśmy części nawet za granicą. Nie istnieją. Trzeba więc było ją wyrzucić i kupić nową. Okazuje się, że są wyposażone w specjalny czip, który skraca ich życie. Produkuje się rzeczy, które w określonym czasie muszą się popsuć, więc kupujemy kolejne. Wielkie wysypiska z pralkami, komputerami, lodówkami zapełniają ziemię. Ludzie żyją teraz od punktu A do punktu B. Bez refleksji, jakie skutki przyniesie nasze obecne działanie, co zostawimy po sobie naszym dzieciom. I tak jak lodówkę czy samochód, wymieniają partnera, przyjaciół… To bardzo niebezpieczny proces, bo wreszcie dojdzie się przecież do ściany: „to nie, tamto też nie, no to w końcu co?”. Zostaje pustka. A tymczasem w Stanach w 2001 roku obchodzono hucznie urodziny żarówki, która od stu lat wisiała w jakiejś straży pożarnej i nadal działała!

Naprawianie relacji wymaga wysiłku, cierpliwości, woli i pewności tego, czego się chce.

Pewności swojego Wewnętrznego Człowieka i celu. TEJ pewności szukam. Zaliczam bocznice, ślepe ulice, ale niestrudzenie wracam na szlak, bo już wiem, dokąd zmierzam, dokąd chcę dojść.

Dokąd?

Do wewnętrznej harmonii, do spokoju ducha. Moja świadomość jest zdecydowanie większa niż lata temu. Kiedy jestem rozchwiana, wiem już, w jakim kierunku mam pójść, żeby mnie znów nie wyniosło w maliny.

Depresja również miała w tym budowaniu świadomości udział?

To była czeluść, a ja długo broniłam się przed tym, żeby z niej wyjść. Należę do ludzi, którzy nie znoszą chodzić do lekarza i łykać pigułek. Pamiętam, jak przyjaciółka próbowała mi uświadomić, że moja kilkuletnia bezsenność nie znaczy nic innego tylko depresję. Powiedziałam: „Dobrze, dobrze, jakoś dam radę” i minęły kolejne trzy lata. Aż doszło do tego, że zawaliłam sprawę zawodową. Znalazłam się w sytuacji bez wyjścia. Jestem sumienna i wiedziałam, że jeżeli nie pojadę do pracy, umrę z poczucia winy, a jednocześnie, że nie mogę tam pojechać, bo jestem w takim stanie, że umrę ze strachu przed tą pracą i wszystko wszystkim popsuję.

Żałuje pani, że się do tego publicznie przyznała?

Nie. Miałam telefony od ludzi, którzy zmagają się z tym samym problemem i – tak jak ja kiedyś – czekają na cud. Pojawiły się również głosy, że niepotrzebnie to zrobiłam, że może ucierpieć na tym mój wizerunek. Wizerunek?! A cóż to w ogóle za odważnik na TAKIEJ szali! Pieprzyć wizerunek! Ludzie zapadają na depresję jak na katar. Okazuje się, że nie tylko dorośli, którzy się „przepalają” w pracy, nie dźwigają tempa życia. Depresja dopada nastolatki, dzieci z podstawówki, a nawet przedszkolaki. To klęska naszej cywilizacji. W Polsce w powszechnym obiegu depresja ma wciąż status wstydliwej choroby. Jak rzeżączka, syfilis. A tymczasem to choroba, która może zakończyć się śmiercią, więc trzeba o niej nie tylko mówić, trzeba wręcz krzyczeć. Wszystko zdarza się w jakimś celu. Moja depresja uświadomiła mi, w jak ślepą ulicę się zapędziłam.

Spędza też pani więcej czasu w domu.

Cała ta historia sprawiła, że zwolniłam. Może nie zawsze udaje mi się zapanować nad moim kalendarzem, choć i tu, siłą rzeczy zwalniam, ale pojawił się nowy rytm wewnętrzny.

Ilekroć mam wolne przedpołudnie, łapię się na tym, że w zwolnionym tempie spędzam czas… w łazience. Uwielbiam ją! Jest przestronna, z oknami, również dachowymi, więc widać niebo. Przynoszę sobie kubas wody z sokiem z cytryny, miodem i pyłkiem pszczelim z pasieki mojej mamy, włączam ulubioną stację radiową, w której do mnie mówią jak za dawnych czasów, i zaczynam ablucje. Kiedy danego dnia idę do pracy, lubię nawet wstać trochę wcześniej, byleby nie musieć gnać z samego rana, byleby się choć przez chwilę posnuć po łazience. To moja kryjówka, moje królestwo, mój „plac zabaw”. Mam tam swoją toaletkę, której często używam jako biurka, stawiam na niej laptop, kalendarz, teksty, których się uczę, przynoszę kawę i zamiast w gabinecie pracuję w łazience, tak długo, dopóki światło pozwala. Jest też ławeczka, na której od czasu do czasu ćwiczę. Na przyjemność łazienkowego rytuału składają się również te wszystkie babskie czary-mary i zabawki – szczotki, balsamy, kremy, a zwłaszcza moja ukochana ostatnio seria Anti-Redness Xylogic, a konkretnie krem i serum na zaczerwienienia, które ratują mi skórę po scenicznych makijażach, czy naturalne, ręcznie robione przez moją koleżankę mydełka, a to z kozim mlekiem, a to z żywokostem, których zapach wypełnia pół domu i które pokochała cała moja rodzina.

Swoją drogą, ciekawe, dlaczego łazienka? Może dlatego, że tam spłukuję z siebie każde „wczoraj”, tam się codziennie odnawiam, odradzam? I tam zawsze mogę zacząć od początku.

Danuta Stenka, ur. w 1961 roku w Sierakowicach. Aktorka teatralna i filmowa. Debiutowała na deskach teatru Wybrzeże w Gdańsku. Była związana z Teatrem Dramatycznym w Warszawie, obecnie jest w stałym zespole Teatru Narodowego. Zagrała m.in. w takich filmach jak: „Prowokator”, „Chopin. Pragnienie miłości”, „Nigdy w życiu!”, „Wszyscy święci” czy „Katyń”. Zabłysnęła także w serialach, m.in. w: „Bożej podszewce”, „Czasie honoru”, „Instynkcie” czy obecnie emitowanych na antenie TVN „Lekarzach”. Została odznaczona Srebrnym Medalem Zasłużony Kulturze Gloria Artis oraz ważnym w środowisku kaszubskim Medalem Stolema. Prywatnie jest żoną Janusza Grzelaka oraz mamą Pauliny i Wiktorii.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>