fbpx

Martyna Jakubowicz – A dusza sobie pędzi dalej…

Martyna Jakubowicz - A dusza sobie pędzi dalej...
Zosia Zija i Jacek Pióro / Martyna Jakubowicz, wokalistka, gitarzystka, kompozytorka.

Dla wielu to symbol i głos swojego pokolenia. Od zawsze osobna i zbuntowana. Nie jest polską Joan Baez, Janis Joplin ani polskim Bobem Dylanem. Martyna Jakubowicz, prawdziwa diwa z gitarą, w szczerej rozmowie opowiada o spójności swojego różnorodnego świata.

– „Stałem na warcie, na mrozie, i śpiewałem sobie cały czas »Kołysankę dla misiaków«. Naprawdę rozgrzewało”. „Andrzej Nowak, gitarzysta Martyny, mieszkał w akademiku SGGW na Ursynowie, w moim tapczanie trzymał swojego stratocastera, a w piwnicy naszego akademika motor Sokół. Czy mogło wówczas być piękniej?” „Dostałam imię po Martynie Jakubowicz, moja mama ją uwielbiała, ostatnio włączyłam jej piosenki. Uwielbiam ją”. „Ostatnio słuchałam jej 20 lat temu, a teraz razem z moją córką Martyną”. To głosy, jakie znalazłem pod pani piosenkami w Internecie. Co pani na to?

– Mam poczucie, że fani chcą, abym była częścią ich życia. Po koncertach przychodzą do garderoby ze swoimi dziećmi, traktują moje koncerty jak uroczystość domową, opowiadają o sobie, mówią, co przeżywali, słuchając mojej muzyki. Moi słuchacze to fajni ludzie. Nie śpiewam dla elity. Moich słuchaczy spotyka pan codziennie na ulicy. Od pięciu lat praktycznie jestem w trasie i na koncertach zazwyczaj są pełne sale. A przecież nie robię show, aby w ten sposób oddziaływać na publiczność. Wchodzę na scenę z gitarą i jestem z nimi.

– To ludzie z domów z betonu?

– I z domów z betonu, i z domków z ogródkami.

– Dom z ogrodem to pani marzenie?

– Moja babcia miała ogródek, który uwielbiałam. W pewnym sensie do niego wróciłam, bo mieszkam na wsi. Wydaje mi się, że rekonstruuję przeszłość. Chyba zrekonstruowałam sobie ogródek babci, bo posadziłam rośliny, które pamiętam z dzieciństwa. Rekonstruuję dom rodziców. Mam trochę mebli i sprzętów po bliskich, którzy odeszli, więc wciąż ze mną mieszkają. Myślę, że wiedzą, że wpuszczam ich przeszłość do mojej teraźniejszości. To, że ich nie widzimy, to nasza ułomność.

– Zna pani przeszłość domu, w którym mieszka?

– Szukaliśmy czegoś za miastem, bo nie chcieliśmy już mieszkać we Wrocławiu. Byliśmy bez grosza, chcieliśmy wziąć kredyt. Jeździliśmy po Dolnym Śląsku, oglądaliśmy ruiny i wszystkie były za drogie. Któregoś razu pojechaliśmy oglądać kolejną, do niczego się nie nadawała, ale niedaleko mieszkali znajomi. Odwiedziliśmy ich, kolega powiedział, że jest dom do kupienia. Byłam już zrezygnowana, ale powiedziałam: „no dobra, to pójdziemy, zobaczymy”. No i zobaczyliśmy obraz nędzy i rozpaczy. To 200-letnie poniemieckie gospodarstwo obrazowało przeszłość wysiedleńców ze Wschodu wrzuconych w nową rzeczywistość. Nie remontowali swoich domów, nic w nich nie zmieniali, bo byli biedni i spodziewali się, że pewnego dnia Niemcy wrócą. Nie było łazienki, ubikacji, za to był wychodek. W kuchni nie było wody, tylko rura z kranikiem. Gołębie mieszkały w jakiejś budce, więc wszystko było zafajdane. W mojej sypialni jaskółka miała gniazdo. Powiedziałam do mojego faceta: „wiesz co, kochanie, chyba to jednak nie to”. Wróciliśmy do znajomych, wypiłam jeszcze jedno piwo i zaczęłam: „ale ta stodoła taka fajna, co nam zależy, przecież możemy tylko na lato przyjeżdżać, jest miło, zielono”. To był maj. W lipcu dom z pomocą znajomych i dobrych duszków był nasz.

– W którym momencie poczuła się pani u siebie?

– Praca związała nas z tym domem. Energia, którą w niego włożyliśmy. Zaczęliśmy remontować. Zostały gołe mury i było widać dach przez legary. Można albo wpaść w rozpacz, albo uwierzyć, że to jest najważniejsza sprawa, na której ci zależy. Robiliśmy wszystko własnymi rękami, bo nie mieliśmy pieniędzy. Ale kiedy efekty tej pracy zaczęły być widoczne, poczułam się u siebie. Ten dom to dzieło życia. Lubię wstać rano, spokojnie zjeść śniadanie, napić się herbaty, popatrzeć na świat. A kiedy jestem wkurzona, biorę łopatę i kopię ogródek. Ten dom daje mi poczucie bezpieczeństwa i w jakimś stopniu równowagę wewnętrzną.

– Jaka jest trasa pani spaceru w Srebrnej Górze?

– Ograniczona, bo to mała wieś. Poza tym zawsze gdzieś pasą się barany. Mam cztery psy z rozwiniętym instynktem myśliwskim, więc staram się omijać barany. Lubię te spacery, bo pozwalają mi zbliżyć się do absolutu. Zobaczyć, że wszystko stoi niewzruszone, a ja jestem w tym jak ta pchła głupia, która skacze, myśląc, że wszystkie rozumy pozjadała. Natura uczy pokory.

– Kiedy ostatni raz miała pani takie poczucie?

– To się może wydarzyć w każdej chwili. Wystarczy wyjść przed dom i zobaczyć sierpniowe niebo. Staram się przyzwyczaić, że kiedyś stanę się częścią tego wszystkiego i będzie tylko spokój. Obserwowałam, jak moja babcia umierała, widziałam, jak gaśnie, jakby się świeczka wypalała. Pomimo że była sprawna intelektualnie. Ciało się wyłącza, a dusza sobie pędzi dalej.

– Pani w to wierzy?

– Mama opowiadała, że po śmierci ojca, siedząc przy stole, gdzie ojciec siadywał i pisał na maszynie, usłyszała brzęczenie. To przypominało bzyczenie pszczół w ulu, jakby była w ogrodzie. Odwróciła się w tym kierunku i zobaczyła snop światła od podłogi do sufitu.

– Rekonstruuje pani dom rodziców, ale czy chciałaby pani wrócić do tamtego domu?

– Małemu dziecku trudno jest być pod opieką dwójki pourazowych neurotyków, którzy mają ze sobą kłopoty. Moi rodzice byli ludźmi, którzy utracili dzieciństwo, otaczała ich przerażająca rzeczywistość. Ojciec był starszy od mamy. Kiedy wybuchła wojna, mama miała siedem lat, na jej dzieciństwo złożyły się utrata domu, wagony bydlęce, ucieczki, obozy przejściowe. Dziadek, ojciec mamy, miał majątek pod Poznaniem, niedaleko Wrześni. W ich domu pojawił się oficer niemiecki i powiedział, że mają 24 godziny na spakowanie. I to był koniec beztroskiego dzieciństwa. Mój ojciec był w partyzantce. Nie wiedziałam o tym, bo w domu się nie rozmawiało o przeszłości. Długo nie wiedziałam, że był w AK. Tak naprawdę nic nie wiedziałam, bo dzieciom nie wyjawiało się szczegółów – mogłyby coś powtórzyć w szkole i sprowadzić na rodziców nieszczęście. Ojciec liczył się z tym, że któregoś dnia może przyjść po niego SB. Bał się kroków na schodach i dźwięku dzwonka. Historię ojca poznałam już jako dorosła kobieta, późno, z wywiadu, jakiego udzielił Adamowi Michnikowi. Mój dom był katolicki, ojciec był publicystą „Tygodnika Powszechnego”, ale nie był katolikiem pokornym, uznającym bez zastrzeżeń autorytet kościelny. Poszukiwał głębszego sensu w sferze duchowej. Chciał wiedzieć, że jego życie ma sens. Był bardzo zamkniętym człowiekiem. Nie rozmawialiśmy dużo, bo zawsze był w opozycji do mnie, a ja byłam w opozycji do niego. Nasze charaktery i temperamenty były podobne.

– Jakie miała pani marzenia w dzieciństwie?

– Chciałam zostać tancerką. Chodziłam m.in. do studium baletowego przy Operetce Krakowskiej. Taniec dawał swobodę ekspresji, był ucieczką w świat innej rzeczywistości. Pozwolił mi wyrażać ciałem emocje, których nie mogłam wyrazić inaczej. A kiedy ciało zawiodło i przestałam przypominać łabędzia, kiedy okazało się, że będę solidnie zbudowaną brunetką, przeżyłam dramat. Zdałam sobie sprawę, że moje ciało stało się nieprzydatne do tego, co rozumiałam jako sens życia. Takie rozczarowania zawsze są okropne. Ale to doświadczenie doprowadziło mnie do gitary, bo potrzeba uzewnętrznienia emocji i wrażliwości była we mnie bardzo mocna. Odejście od tańca było cierpieniem, a ja już nie chciałam cierpieć. Odrzuciłam taniec, przestałam się nim interesować. Ale blizna została. Kiedy oglądam balet, robię się strasznie zła, bo zazdroszczę tancerkom. I jestem też trochę smutna. To naprawdę poważne, bo granie nigdy nie doprowadzało mnie do takiego stanu euforii, poczucia metafizyki jak taniec. Wiem, że taniec i tak skończyłby się pewnego dnia, bo nie ma we mnie takiej żelaznej dyscypliny, nie umiem się poddawać żadnym rygorom. Taniec to przede wszystkim rygor i praca, też wysiłek fizyczny i ból.

– Miała pani oparcie w rodzicach?

– Nie miałam. Musiałam sobie radzić sama. To nie znaczy, że się nami nie zajmowali. Mówię tylko, że relacje z różnych względów były trudne.

– Brat?

– Też żył w swoim świecie. Wszyscy byliśmy osobni. Byliśmy pozamykanymi światami, każdy zajmował się sobą, żeby się nie rozpaść. Ale nie mam prawa do narzekania. Dostałam wystarczająco dużo, żeby sobie z życiem poradzić. Dostałam upór. Ale dostałam też wrażliwość. Rodzice byli historykami sztuki. Nauczyli mnie umiejętności przeżywania piękna. Myślę, że mam też ich niepokorę.

– Gniew?

– Gniewna pewnie będę zawsze. Gniew mam po ojcu, miał go w sobie bardzo dużo, chociaż starał się go nie okazywać poza domem. Jednak myślę, że ten gniew go zżerał. O tym akurat nie chcę mówić. Wolę, aby ojciec był zapamiętany dzięki temu, co robił, co pisał, a nie przez to, co mogę przypuszczać, że wiem. W relacji twórca – odbiorca nie należy odsłaniać za dużo.

– Dlaczego zawsze będzie pani gniewna?

– Bo nie ma we mnie zgody na pokaleczoną konstrukcję świata i człowieka. Na to, co człowiek potrafi generować. Jest we mnie nieustająca wizja raju, kompletna utopia. Mimo że to wiem, zawsze marzę, że będzie piękniej.

– Przez całe życie pisze dla pani teksty pani były mąż Andrzej Jakubowicz. To ciekawe, że o pani intymnym świecie opowiada mężczyzna.

– To metafizyka. Dzięki niej rzeczywistość nie jest do końca upiorna. Mój były mąż potrafi napisać tekst z wyprzedzeniem czasowym, to znaczy pisze piosenkę, a potem to rzeczywiście się dzieje. Na płycie „Skórka pomarańczy” była piosenka „Pin-up Man”. Już po jej nagraniu poznałam faceta, z którym miałam krótką historię mniej lub bardziej miłosną. Na nowej płycie znalazła się piosenka „Lorca jest snem”, do której Andrzej napisał tekst, nie słysząc nawet muzyki. Idealnie pasowała.

– Myśli pani, że jeśli wasze małżeństwo trwałoby nadal, teksty byłyby idealne?

– Nasze małżeństwo było sytuacją dosyć skomplikowaną. Myślę, że moglibyśmy być dobrymi przyjaciółmi. Nie wierzę, że bylibyśmy w stanie tworzyć dobry układ damsko-męski.

– Kiedy czyta się teksty pani piosenek, można powiedzieć, że Andrzej to Martyna Jakubowicz.

– Albo Martyna to Andrzej.

– Co czuje pani, kiedy staje na scenie z gitarą w ręku?

– Oj, co za pytanie! Myślę, żeby gitara stroiła, żeby nie trzeba było koncertu przerywać. Uniesienia twórcze zdarzają się rzadko. Śpiewając, nie osiągam stanu nieważkości. To moja praca, wykonuję ją z pasją, a nie lewitując. Chociaż owszem, przez 30 lat kilka razy miałam poczucie, że lekko oderwałam się od ziemi.

– Zaczynała pani po uszy zakochana w balladzistce Joan Baez, ale lata później nagrała pani płytę z tekstami Dylana. W czyjej skórze lepiej się pani czuje?

– Będąc młodą dziewczyną, bardzo lubiłam Joan Baez, nawet podobnie do niej śpiewałam, nauczyłam się
różnych jej patentów. Ale zrozumiałam, że trzeba być sobą.

– A Dylan? To pani męska część duszy?

– Myślę, że na początku Dylan był ważniejszy dla mojego męża. To ten moment, kiedy Martyna Jakubowicz jest Andrzejem. Cały czas wracam do Dylana. Jego teksty często są twarde i widzą rzeczywistość taką, jaką ona jest. Dużo nauczył się na bluesie, na muzyce czarnych, którzy śpiewali o swoim życiu. Dużo też zaczerpnął z folku i z folkowych tekstów pisanych przez ludzi takich jak Woody Guthrie. To świat robotników sezonowych. Pracowali dorywczo i przemieszczali się wagonami bydlęcymi po Stanach. Nie mieli stałego zatrudnienia i często byli zamykani do więzienia za włóczęgostwo. Wreszcie śpiewa o swoim życiu i własnych przemyśleniach. Dylan zwyciężył nad głupotą świata, nad hipokryzją i nad konformizmem, który jest śmiertelną chorobą.

– Jaka jest pani nowa płyta?

– To dwanaście różnych opowieści, fragmentów mojego życia. Zresztą ma tytuł „Okruchy życia”. Śpiewam o jego radości, o śmierci, o tym, gdzie jestem, a gdzie mnie nie ma. Śpiewam o World Trade Center, bo to wciąż we mnie siedzi. Po ataku z 11 września przez tydzień płakałam. Kiedy pojechałam do Nowego Jorku, ludzie opowiadali mi o tym, jak długo chodniki na Manhattanie były gorące i jak długo czuli swąd spalonego ciała. Śpiewam, że nie poznamy prawdy. Śpiewam też gniewną piosenkę, którą Andrzej napisał przed laty, poświęconą problemowi segregacji rasowej. Soweto stało się symbolem walki z rasizmem po interwencji białej policji. Zginęło wtedy wiele osób, w tym bardzo dużo dzieci. Zmieniliśmy tekst, aby miał bardziej uniwersalny wydźwięk. Ale gniew pozostał.

– Apartheid, World Trade Center… Punkowe tematy piosenek.

– No, irokez trochę rośnie, jak się pomyśli o tym wszystkim, ale nie popadam w nihilizm. Punk to „no future”.

– Odkryła już pani, kim jest Martyna Jakubowicz?

– To skomplikowane. Myślę, że mój zespół jest odbiciem mojej osobowości, czyli kilka światów w jednej głowie. Przemek jest praktycznie muzykiem jazzowym, Mazi przypomina mnie z czasu, kiedy byłam młoda, jest muzykiem rockowym i blues-rockowym, Darek był heavymetalowcem, miał włosy do pół pupy i jeszcze tatuaże mu zostały z tego okresu. Jest skłonny do różnych zabaw w hotelach, co sama dobrze znam. Łukasz to nadwrażliwiec, muzyk klasyczny. Każdy jest naprawdę z zupełnie innego świata, ale z mojego świata. To jeszcze nie jest cała prawda o Martynie Jakubowicz. Sama nie odkryłam siebie do końca i wciąż coś w sobie poprawiam.

– Jakie są pani marzenia?

– Chciałabym skończyć dom, bo drzewa już zasadziłam, mam córkę Patrycję, która prowadzi klub muzyczny, jaki założyłam przed laty we Wrocławiu.

– Czego się pani boi?

– Cierpienia, fizycznego bólu, bo jeśli się zdarzy, to nie wiem, jak będę sobie z nim radziła.

– A co to znaczy „malować bez farb”? Tak śpiewa pani w „Kołysance dla misiaków”.

– Przecież maluję bez farb. Nieustająco.