Marta Gessler – Codziennie spektakl

fot. Łukasz Gawroński

Na niektóre pytania Marta Gessler nie odpowiada. Zamiast tego bierze ode mnie kartkę i długopis, które służą mi do notatek, i zaczyna rysować. Kankę z mlekiem, którą nosiła jako dziewczynka do sklepu. Albo harmonię, na której grał jej dziadek. Siedzimy w jej Quchni Artystycznej, słynnej awangardowej knajpie w warszawskim Centrum Sztuki Współczesnej. Przy stołach naokoło nas leżą rozrzucone zielone pomidory

Zabawne, bo z dzieciństwa pamiętam głównie fragmenty związane z jedzeniem. Mam mnóstwo kulinarnych wspomnień. Wyprawy z tatą do jego ogródka. Z idealnymi, równymi grządkami. Albo chwile, jak mama woła mnie na obiad. Zapach zupy ogórkowej, naleśników z białym serem, kuchni węglowej, równe kółka z ciasta, które wycinała babcia Adela. Pamiętam też prawdziwe Prince Polo w żółtym papierku w gwiazdki. I cukierki groszki z pudełka z dziurką. O oranżadzie w proszku już nie wspominając.

Bułki i kiszona kapusta

Wychowałam się w Wołominie pod Warszawą, na ulicy Sienkiewicza. W kamienicy mieszkało jakieś sześć rodzin, my na pierwszym piętrze. Obok mojego domu była piekarnia. W środku stały worki z mąką. Jutowe, porządne. W tych workach razem z chłopakami z podwórka wierciliśmy jakimś patykiem dziurkę. Wysypywaliśmy trochę mąki i robiliśmy z tego swoje ciasto. Na niby. Piekarze nas w końcu na tym przyłapali. Chyba nawet gonili po ulicy, ale jak już dogonili – i to uważam w tej akcji było cudowne – zaprosili nas do swojej piekarni. Wielkie przeżycie. Zaprowadzili na zaplecze, pozwolili robić prawdziwe bułki, pokazali świeże, pachnące bochny. Wyszliśmy z siatkami bułek i chlebów.

Gorzej było z warzywniakiem. W tym wypadku skończyło się laniem. Chociaż może była tylko obietnica klapsa? Warzywniak prowadziła starsza pani. Ja ją zagadywałam, a w tym czasie koledzy podjadali kapustę z beczki. Właścicielka budki poszła w końcu do mojej mamy. Poskarżyła się, że wypytywałam, skąd pomidory, skąd ogórki, żeby odwrócić jej uwagę. A mnie to naprawdę interesowało. Zresztą jak tak pomyślę, to nie była kradzież, tylko degustacja. Mieliśmy wtedy z pięć, sześć lat.

Kuchenn strefa bezpieczeństwa

Moja mama była nauczycielką matematyki. W Szkole Podstawowej nr 1, do której i ja chodziłam. Razem szłyśmy do szkoły i razem z niej wracałyśmy. Za rękę. Niezbyt dla mnie komfortowa sytuacja. Nie zapomnę tego uczucia, jak idę korytarzem i słyszę za drzwiami klasy głos mamy. Co w tym złego? Jakaś presja. Że skoro jestem dzieckiem nauczycielki, to powinnam być lepsza niż inni, bardziej się starać.

Tata pracował w pogotowiu. I jak miał nocną zmianę, w dzień on gotował. A jak mama miała krócej lekcje, obiad przygotowywała ona. Ale też często gotowali razem. Ciekawie było ich wtedy podglądać. To ich przekomarzanie się w kuchni. Nie wiem, jak to wyrazić, ale jest coś uroczego w próbowaniu zupy, czy jest dobra, czy trzeba dosolić. Taki kuchenny teatr. I ścieranie się dwóch żywiołów. Mama była perfekcjonistką. Trzymała się przepisów, wszystko wokół musiało być uporządkowane. Tata w kuchni tworzył. Specjalizował się w robieniu zapasów: robił ogórki, przedziwną sałatkę z zielonych pomidorów, kompoty z porzeczek i truskawek. W ogromnym garze do weków.
Czy kuchnia dawała mi poczucie bezpieczeństwa? Tak. Na pewno miało to na mnie jakiś wpływ.

Imię

Nie tak dawno był u mnie Jacek Santorski. Z żoną. Jego żona ma na imię Małgorzata, a on zwracał się do niej w taki piękny, czuły sposób. Nie wiem, czy Małgosiu, Gosiu, czy Małgorzato, ale tak ładnie, że w pewnym momencie powiedziałam mu: a wiesz, że tak naprawdę ja też się tak nazywam? I jak mówisz w taki sposób, myślę sobie, że to bardzo piękne imię.

Kiedyś uważałam inaczej. Sporą część życia przeżyłam jako Małgosia. Marta miałam na drugie. Przechrzciłam się sama na koloniach letnich w Urlach. Tam było 15 Małgoś. Jak ktoś zawołał jedną, odwracało się pół kolonii. Mogłam mieć wtedy 12 lat. I postanowiłam, że tak być nie może. Dlatego zostałam Martą. Nie pamiętam stanu przejściowego, ale w końcu inni się do tej mojej wizji dostosowali. Ale dla rodziców zostałam Małgosią. Mama mówiła „Marta” tylko w sytuacjach oficjalnych i w moich uszach zawsze brzmiało to nienaturalnie. Tata ani razu się nie ugiął.

Blog

Od małego prowadziłam zeszyty. Teraz powiedziałabym, że blog. Papierowy, formatu A3, w kratkę. Było tam wszystko, co mnie w jakiś sposób inspirowało. Żałuję, że żadnego sobie nie zachowałam. Każdy zeszyt był podzielony na działy: dekoracja, kuchnia i różności. W dziale różności były fragmenty wierszy, artykułów, zdjęcia aktorów. Wycinki z gazet, do tego wykrzykniki, znaki zapytania, wężyki, opisy. Najlepiej pamiętam oczywiście dział kuchnia i teksty z „Życia Warszawy”. Felietony trochę już zapomnianej Ireny Gumowskiej, autorki książki „Czy wiesz, co jesz?”. Już wtedy lubiłam ten sposób pisania o jedzeniu. Zwięzłą krótką formę. W podobny sposób staram się budować własne teksty.

Przed naszą erą

Byłam jedynaczką przez 10 lat. Oczko w głowie, córeczka tatusia. To tata układał ze mną mebelki dla lalek. I jak zrobiłam w rajstopach dziurę, to on chował je w głębi pralki Frani, żeby mama ich nie zauważyła. Miałam swoje miejsce w rodzinie, swoje łóżko, swój świat. Ale po dziesięciu latach na świecie pojawił się mój brat.
Pamiętam, że jak się urodził, byłam na koloniach. Wynika z tego, że zostałam awaryjnie wywieziona z domu. Zobaczyłam go po raz pierwszy u babci Adeli. Małego, pomarszczonego. Nie pamiętam, jak byłam traktowana po jego urodzinach. Nie wiem, czy dużo się zmieniło, wiem tylko, że ta różnica wieku tylko się powiększała. Przychodził taki maluch do nastolatki, która uczyła się historii, i przeszkadzał, czegoś chciał. Mówiłam: Idź, pobaw się. A on łamiącym się głosem: No dobrze, to już mi chociaż poczytaj to „przed naszą erą”.

Osiedle słoneczna

W czasach liceum przeżywałam okres buntu. Mieszkaliśmy już wtedy na osiedlu Słoneczna. Przeprowadziliśmy się do bloków, do M-3. Wreszcie miałam własny pokój. Fajny, z dużym oknem. Nie buntowałam się klasycznie. Nie było pyskówek. Raczej manifestacja. Podkreślanie, że jestem inna, że mam własne życie i swoje pomysły na to, co w nim robić.

Mój pokój był dla mnie miejscem eksperymentów. Bez przerwy przestawiałam w nim meble. Rodzice wracali z pracy do domu i nigdy nie wiedzieli, jak tym razem będzie wyglądał mój pokój. Nie tylko przestawiałam, ale i malowałam. Najpierw krzesła były czerwone, potem czarne. Stół granatowy albo biały. Zresztą pamiętam, że i wcześniej było we mnie coś takiego. Nieustanna potrzeba organizowania przestrzeni wokół siebie. Jako całkiem mała dziewczynka na jakichś wakacjach przestawiałam ławkę w parku. Spadła mi przy okazji na nogę, trochę sobie popłakałam, ale rezultat tego przestawiania został zauważony.

Żółte pociągi do Warszawy

Do liceum dojeżdżałam do Warszawy. 20. LO na warszawskiej Pradze, przy Katedrze Praskiej. Nie wyobrażałam sobie, że mogłoby być inaczej. Nie chciałam zostać w Wołominie. Pamiętam, że Warszawa wydawała mi się wtedy dużo większa. Jeździłam żółtymi podmiejskimi pociągami. Nie mogłam nie mieć w torbie „Życia Literackiego” albo „Kultury”. Siedziałam zaczytana, intelektualistka. Czarne buty, kurtka. Do tego długie włosy. Miałam świetną nauczycielkę od polskiego Larysę Bukowską. To ona zaraziła nas „Kulturą” i „Życiem Literackim”. Sama też dużo pisałam. Jeden mój wiersz wydrukowano w piśmie „Na przełaj”. To było coś o żelazku. Tylko niech mnie pani nie pyta, skąd taki pomysł.

Mój syn Mikołaj był alergikiem. Wzięłam ogromną płachtę pakowego papieru, wypisałam sobie te składniki,
na które Misio nie miał uczulenia. To była moja pierwsza książka kulinarna.

Marta Gessler

Teatr

Marzyłam o aktorstwie. Brałam udział w konkursach recytatorskich, mam nawet odznakę Recytatora Warszawy – Złotą Syrenkę. Zaczęło się w liceum, kiedy poznałam Adama Gesslera, który dziś jest moim eksszwagrem, jeśli tak można powiedzieć. Adam był w czwartej klasie, ja w pierwszej. Kochałam się wtedy w rudym chłopaku obciętym na pazia, którego imienia już teraz niestety nie pamiętam. Koledze Adama z kabaretu szkolnego. I ja też tam trafiłam. Pamiętam też zajęcia w Hybrydach prowadzone przez Zbyszka Brzozę, teraz znanego reżysera teatralnego. Performance na Krakowskim Przedmieściu przed bramą uniwersytetu, gdzie leżeliśmy na ziemi. Oprócz tego w każdą niedzielę pędziłam do ogniska prowadzonego przez państwa Machulskich. Wstawałam o szóstej rano, żeby złapać poranny pociąg i zdążyć do Teatru Ochoty, a i tak zawsze się spóźniałam.

Warkocze

Mam takie zdjęcie. Jestem na nim w sukience w kwiatki przewiązanej paskiem. To już z czasów, kiedy porzuciłam czerń. Ścięłam włosy do połowy szyi, robiłam sobie dwa warkocze i spinałam je u góry. Po tej fryzurze wiem, że to musiały być początki zdawania do szkoły teatralnej. Zdawałam dwa razy. Rok po roku. Krakowskie Przedmieście, uniwersytet, kościół Świętej Anny, Miodowa. Uwielbiałam drogę do szkoły teatralnej. I to uczucie, kiedy przekraczałam jej próg. Jak przeszłam drugi etap egzaminów, czułam się wspaniale. A potem odpadłam. Szłam tą samą drogą, tylko w odwrotnym kierunku, z rozwianymi włosami, zastanawiając się, dlaczego mnie nie chcą.

Płachta papieru pakowego

W 1986 roku na świat przyszedł mój syn Mikołaj. Był alergikiem. Praktycznie niczego nie mógł jeść. Wzięłam ogromną płachtę pakowego papieru, wypisałam sobie te składniki, na które Misio nie miał uczulenia. To była moja pierwsza książka kulinarna. Zaczęłam robić pasztety z kaszy jaglanej, soi, mąki pełnoziarnistej, bez jajek. Wymyślałam kolejne rzeczy. Trochę przypadkiem trafiłam na targi zdrowej żywności, gdzie przyjeżdżała fajna grupa ludzi z pasją. Można było spróbować niepryskanych jabłek, ułamać kawałek chleba, który pachniał ogniskiem. Zapytałam, czy i ja mogę przynosić i sprzedawać jedzenie. Zostałam wtedy sama z dzieckiem, musiałam nas jakoś utrzymać. Brałam za rękę małego Mikołaja i szłam z koszyczkiem na targi. Swoje kotlety pakowałam w szary papier, pisałam na nim „kotlet sojowy Marty” plus składniki, rysowałam trzy kotleciki na patelni. Ludzie zapamiętywali ten papier. I charakterystyczne rysunki. Pamiętam też swoje pierwsze duże zamówienie, przyjęcie dla Fundacji Rockefellera, jeśli się nie mylę. Jakiś czas później wykorzystałam te umiejętności w pierwszej w Polsce restauracji ekologicznej Nowe Miasto na Starówce. Prowadziłam ją rok, sprawdziłam się w tej roli. Restauracja okazała się połączeniem wszystkiego, co kochałam. Tworzyłam, wymyślałam menu. Mogłam przestawiać meble do woli, miałam też swoje karteczki. No i teatr. Co wieczór spektakl. I zmiana scenografii.

Własne miejsce

Jak było z moim własnym miejscem? Zrobiłam Qchnię bez pieniędzy. Teraz są kredyty, banki, wtedy, czyli w połowie lat 90., musiałam pożyczyć pieniądze od osoby prywatnej. Udało się i nawet nie staram się myśleć, co by się stało, gdyby… Po drodze powstał jeszcze Warsztat Woni. Moja twórcza kwiaciarnia. Ale dopiero cztery lata temu zaczęłam prowadzić biznes zupełnie sama. Co to zmienia? Może to dziwnie zabrzmi, ale dopiero teraz czuję się dorosła. Odpowiadam i rozgrzeszam się tylko z własnych błędów. Nie muszę już niczego udowadniać. Za to chciałabym podziękować paru osobom, które spotkałam, i zdarzeniom, które mnie ukształtowały. Pierwsze felietony kulinarne pisałam do „Zwierciadła”. Doskonale to pamiętam.