fbpx

Leszek Możdżer – Jak oszukałem polski show – biznes

Leszek Możdżer - Jak oszukałem polski show - biznes
fot. Łukasz Gawroński / Leszek Możdżer w sopockim klubie Sfinks

Ma w życiorysie – jak twierdzi – parę czarnych kart. Bywało też, serio mówiąc, że leżał krzyżem. Zdarzały się historie ponure jak znalezienie z kolegami wisielca w lesie… Najbardziej białą kartą w życiu Leszka Możdżera jest to, co zrobił przez MIŁOŚĆ do jazzu.
Jako dziecko wyglądałem mniej więcej tak samo. Chudy, w okularach. Nosiłem jeszcze aparat, bo miałem krzywy zgryz. Wtedy nie było drutów na stałe jak teraz, tylko takie wkładki ze sztucznym podniebieniem. Zakładało się je na noc. Muszę powiedzieć, że nawet lubiłem ten aparat zakładać, bo wszyscy mnie bardzo chwalili, że tak systematycznie noszę. Faktycznie pomogło.

Ciocia Henia

Jak to było z ciocią Henią? Widzę, że ta legenda do mnie przylgnęła. Kiedyś coś chlapnąłem i teraz muszę się tłumaczyć. No dobrze, niech będzie. Ciocia Henia i wujek Jasiu to boska emanacja, która pojawiła się w moim życiu po to, żebym został pianistą. Pianino cioci Heni było pierwszym pianinem, które w życiu zobaczyłem. Mogłem mieć jakieś trzy, cztery lata. To był niemiecki instrument, nigdy potem takiego nie widziałem. Kwadratowe, przedziwnej konstrukcji, z klapą łamaną na pół. Myśmy w końcu od cioci kupili to pianino. Spędzałem przy nim mnóstwo czasu i mama w pewnym momencie uznała chyba, że je zepsuję, waląc w kółko w klawisze, i zamknęła klapę na klucz. Pamiętam dokładnie. Wróciłem z podwórka, chciałem sobie coś zagrać, ale nie mogłem. Byłem naprawdę rozczarowany. Rodzice odebrali sygnał, że mi naprawdę zależy. I posłali mnie na lekcje.

Komunikacja zastępcza

Kiedy trafiłem do pierwszej klasy, miałem już za sobą dwa lata regularnego grania. Poszedłem do szkoły przy ulicy Gnilnej 3. Ogólnokształcąca Szkoła Muzyczna im. Feliksa Nowowiejskiego. Nie wiem, czy byłem lubiany w klasie. Generalnie miałem dosyć duże problemy z komunikacją społeczną. Moim sposobem na funkcjonowanie wśród rówieśników było granie. We wszystkich salach, w których mieliśmy lekcje, gdzieś w kącie zawsze stało pianino. I ja na każdej przerwie, zamiast nawiązywać jakiekolwiek więzi, nie wiem – zagadać z kimś, cokolwiek – siadałem i grałem przeboje. Zawsze tworzyła się wokół jakaś grupka. Jakaś fajna dziewczyna się znalazła, na przykład Alicja. Była śliczną brunetką. Piękny uśmiech, cudowne czarne oczy, ładnie zarysowane brwi. Kochałem się w niej przez całą podstawówkę. To moje granie okazało się skutecznym sposobem komunikacji zastępczej. Stosuję go do dzisiaj.

Idol

Umiałem odtworzyć różne hity zasłyszane w radiu. Każdy potrafił zagrać „Białą flagę” Republiki, ale już na przykład „Cyfrową grę” zespołu Kombi – niekoniecznie. Od samego początku moim idolem był klawiszowiec Kombi Sławomir Łosowski. Imponowała mi ilość klawiatur, którymi był otoczony. No i ta jego łysa głowa i ciemne okulary. Marzyłem, żeby być kimś takim jak on. Niestety, jako nastolatek poszedłem na koncert Kombi i pod sceną jacyś kolesie wzięli mnie w koło i spuścili mi łomot. Można powiedzieć, że od tej pory traktuję ten zespół już z większym dystansem.

Akt łaski pani Geni

Wszyscy ze szkoły przy Gnilnej pamiętają panią Genię. Człowieka instytucję, postać kultową. Pani Genia miała fartuchy w różnych deseniach, piękną twarz, siwe włosy, które czasami farbowała na lekko fioletowobłękitny odcień, zawsze bardzo starannie i elegancko ułożone. Była przedziwna, bo potrafiła być bardzo ciepła, ale też chwilami bezlitosna. Przypuszczam, że chodziło o to, żeby nikt nie wszedł jej na głowę. Pani Genia była bardzo ważną postacią, bo to od niej zależało, czy dostaniesz do ćwiczenia salę numer siedem czy piętnaście. W piętnastce znajdował się najlepszy fortepian, to była sala dla wybranych, ale jak miałeś dobry układ z panią Genią, mogłeś poćwiczyć tam dwie godziny. Tylko że to zależało od jej aktu łaski. O ósmej zaczynały się już regularne zajęcia. Dlatego, mimo że nigdy nie lubiłem wcześnie wstawać, miałem taki okres w życiu, kiedy budziłem się nawet przed piątą, żeby SKM-ką dotrzeć na szóstą do szkoły, poćwiczyć w piętnastce.

Sztormowa

Wychowałem się na gdańskiej Żabiance, która jest na granicy Gdańska i Sopotu, na ulicy Sztormowej. To blokowisko, ale akurat nasz blok był czteropiętrowy, bardziej może przypominał kamienicę. Wszyscy sąsiedzi z klatki się znali. Ludzie wieszali obrazki na korytarzach, stawiali kwiaty w doniczkach. Takie klimaty. W pobliżu było przedszkole, popołudniami przełaziliśmy sobie przez dziurę w płocie, żeby pobawić się na placu zabaw. Moi rodzice nadal mieszkają w tym samym miejscu. Sporo się przez te lata zmieniło, blok jest ocieplony, drzewa urosły, pojawił się w pobliżu stadion Ergo Arena na kilkadziesiąt tysięcy osób. Ale sentyment pozostał.

Morze

Morze było zawsze czymś oczywistym. Jak niebo. Nikt się nie zastanawiał, czy to dobrze, że mieszkamy akurat w Gdańsku, a nie w Zakopanem. Ja kocham morze, choć nie robi na mnie wrażenia. Ale gdziekolwiek jestem, w Warszawie czy Krakowie, nieważne, wydaje mi się, że kawałek bym się przespacerował i na pewno dojdę do morza. Zawsze tak było.

Droga na skróty

Jak chłopaki z mojego podwórka chciały iść nad morze, szły przez tzw. górkę pedałów. Miejsce owiane legendą. Nie wiem, skąd się wzięła ta nazwa, ale funkcjonowała między dzieciakami. Na górce był lasek, zagajniki. Mówiło się, że jest niebezpiecznie, że dzieją się tam niesamowite rzeczy. Oczywiście dlatego wybierało się właśnie tę trasę. Chodziłem tamtędy z moimi kumplami Adamem i Jackiem. No i na tej górce faktycznie skoczyła nam kiedyś adrenalina. Znaleźliśmy wisielca. Prawdziwego, nieżywego wisielca. Mieliśmy z dziesięć, 12 lat. Najodważniejszy był Jacek, on podszedł do wisielca bardzo blisko, my z Adamem trzymaliśmy się z daleka. Nie chcieliśmy patrzeć. Potem polecieliśmy na osiedle, znaleźliśmy milicjanta, któremu zgłosiliśmy całą sprawę. Byliśmy potwornie przejęci. Nie przestaliśmy po tym zdarzeniu chodzić na „górkę pedałów”. Mało tego, nakręciliśmy tam własny film, ze scenariuszem. Adaś skołował kamerę. VHS-ów jeszcze wtedy nie było, musiała to być chyba jakaś szesnastka, na taśmy. Film opowiadał o wisielcu. Ja grałem złodzieja, który go okrada.

Rytuały

Zawsze byłem religijny. Dyrektor naszej szkoły miał dobry układ z księdzem i chociaż oficjalnie w szkole nie było lekcji religii, dzieci dwa razy w tygodniu chodziły do sali katechetycznej po drugiej stronie ulicy. Dla mnie w tamtym czasie wszystkie rytuały katolickie były niezwykle ważne. Modlitwa, roraty, post, różaniec, koronki, próbowałem nawet leżenia krzyżem. Z nikim o tym nie rozmawiałem. Miałem wrażenie, że nikt mnie nie zrozumie. W pewnym momencie zorientowałem się, że te rytuały – może nieumiejętnie je stosowałem – nie zmniejszały poziomu niepokoju w moim życiu. Dopiero później zorientowałem się, że są też inne sposoby duchowej praktyki.

Wyrzucanie

Mam w życiorysie parę czarnych kart. Byłem raz na wagarach i raz uciekłem z lekcji pianina. Zdarzało nam się podkładać monety na tory kolejowe, żeby jadący pociąg je rozwałkował jak ciasto. Kiedyś z jednym kolegą robiliśmy też konkursy, kto więcej wyrzuci kubków ze szkolnej stołówki przez okno. Tam za oknem był trawnik i błoto, było miękko, więc one się nie tłukły. Chodziło o samą akcję. Dziennie dochodziliśmy nawet do siedmiu kubków. Ktoś musiał je potem zbierać, bo rano były w komplecie, ale nikt nigdy nie doszedł, kto to robi. Nikt nas nigdy nie złapał. Była też deska klozetowa. Wyrzuciłem ją z pierwszego piętra. Również nikt mnie nie przyłapał. O co chodziło z tą deską? Myślę, że to był akt tłumionej agresji. To znaczy, że z jednej strony jesteś tym prymusem z czerwonym paskiem, zaprzęgniętym w ten kierat: ćwiczenia, nauka od ósmej, budzenie co rano, marsz na kolejkę bez względu na to, czy jest ciepło, czy zimno – to jest forma przemocy. W końcu budzi się w tobie zwierz. Jakieś ujście ta agresja musiała znaleźć.

Życie nocne

Pamiętam, kiedy pierwszy raz wszedłem do SPATiF-u. Zadymionego totalnie. I to uczucie, że się jest już dorosłym. Albo do innego kultowego miejsca w Sopocie – klubu Sfinks. Ale życie nocne Trójmiasta odkryłem późno. Jako 18-, 19-latek, kiedy inni szaleli, ja za bardzo wieczorami nie wychodziłem. Alkoholu od 22. do 28. roku życia nie piłem w ogóle. Wcześniej mi się zdarzyło i obiecałem sobie, że z tym koniec.

Jazz po berlińsku

W akademii muzycznej udało mi się skutecznie przez kilka lat kryć przed moimi profesorami z tym, że gram jazz. Jazz nie był specjalnie dobrze widziany. Uważany za nurt niższy, grywany po knajpach. Nikt nie traktował tego gatunku muzyki poważnie. U mnie w domu też nie było płyt jazzowych, rodzice słuchali innych rzeczy. Skąd u mnie takie ciągoty? Miałem z 16 lat, kiedy była wymiana szkolna z Berlinem. Zachodnim. Mój pierwszy wyjazd za granicę. To znaczy nie, wcześniej byłem we Włoszech, w Rzymie, wyjechaliśmy z chórem na koncert do papieża. 100 osób, dwa autokary, byliśmy w polskim środowisku, spaliśmy po klasztorach, kościołach. Woziliśmy ze sobą konserwy, pumpernikiel, przelicznik zachodniej waluty do złotówki był druzgocący. A tam w Berlinie po raz pierwszy widziałem, jak żyją ludzie, jak naprawdę wygląda ten Zachód.

Mieszkaliśmy u niemieckiej rodziny, u dwóch braci. Jeden z nich nazywał się Olaf, nagrałem z nim później płytę. Ojciec chłopaków był stomatologiem, mieszkali w eleganckiej dzielnicy Charlottenburg. I ten ojciec zabrał nas kiedyś na jakąś wycieczkę. Wsiadłem do samochodu, on włączył płytę. Zaniemówiłem, jak usłyszałem tę muzykę. To był Miles Davis, album „Kind of Blue”. Olaf też miał mnóstwo nagrań: Jonasa Hellborga, Anthony’ego Coksa. Pokopiowałem to na kasety. Zrozumiałem, że grając muzykę klasyczną, nie będę sobą. Wróciłem do Polski i zacząłem intensywnie szukać. Odkryłem Chicka Coreę, Herbiego Hancocka, Johna Coltrane’a. Szukałem wśród kolegów kogoś, kto chciałby ze mną tak grać. Słyszałem o Ireneuszu, który grał jazz na saksofonie. Klasy saksofonu wtedy jeszcze w ogóle nie było, uczono tylko gry na klarnecie. Był też Tomek, bębniarz. Pytałem po szkole i próbowałem skręcić jakiś skład.

Zespół miłość

Byłem już na studiach, rok 1993, dopiero co dostałem angaż do jazzowego kwartetu Emila Kowalskiego. Tam poznałem Jacka Oltera. I to Jacek dał cynk Tymonowi Tymańskiemu, że jest taki koleś, co gra na pianinie. Kim jest Tymon, wiedziałem, jego zespół Miłość był już wtedy znany w Trójmieście. Tylko że mnie się ten zespół nie bardzo podobał. Ale Tymon był duży i przekonujący, któregoś dnia po prostu przyszedł na próbę kwartetu, położył mi plik nut z własnymi kompozycjami na pianinie i zapytał, czybym nie wpadł w czwartek zobaczyć, jak grają. Ja na to drżącym głosem, że przyjdę. Byłem wystraszonym chłopakiem, w dodatku z różańcem w kieszeni, który nosiłem tak, żeby nikt nie widział, bo to jednak krępujące. A oni mówili takie słowa jak „marihuana”, mieli tatuaże i kolczyki.

Próby odbywały się u mnie, bo miałem fortepian. I perkusję. Kupił mi ją ojciec, z wykształcenia inżynier elektronik, ale muzyka była jego hobby. Zrobił swego czasu jakiś wynalazek chroniony w Urzędzie Patentowym i dostał sporą wypłatę. Kupił więc kontrabas, perkusję, mnóstwo płyt winylowych, nut, albumów, książek o kompozytorach.

Próby Miłości u mnie w domu skończyły się po tym, jak Jacek Olter wypił mojemu ojcu z lodówki piwo.

Panu dziękujemy

Jak dojrzałem do tego, że chcę nagrywać swoje rzeczy, zacząłem chodzić do wytwórni płytowych, a były to czasy, kiedy wytwórnie były potęgą. Na początku menedżerowie rysowali sobie kółko na czole. Fortepian solo? To się nie sprzeda! Nie mamy czasu, mamy za chwilę następne spotkanie, życzymy powodzenia.

Oszustwo

Rodzice nazwali mnie Lesław. Nikt mnie ani razu tak nie nazwał, przez całe moje życie. Przypętał się do mnie ten Leszek. Producent pierwszej mojej płyty napisał Leszek na okładce i dał mi do zrozumienia, że nie mam nic do gadania, a ja powiedziałem: „no dobrze, niech tak będzie”. Potem były jeszcze różne zalawirowania, narobiło się tyle bałaganu, że do dziś muszę nosić ze sobą decyzję Urzędu Miasta Gdańsk o zmianie imienia na Leszek, bo w końcu oficjalnie je zmieniłem. Ostatnio interesowałem się pochodzeniem tego imienia. Sprawdziłem, okazało się, że pochodzi od staropolskiego „Lestek”, czyli oszust, cwaniak, kłamca, złodziejaszek. Wydaje mi się, że pasuje. Dlaczego? Moje oszustwo w show-biznesie polega na tym, że ludzie myślą, że ja gram pop, a ja tak naprawdę nie gram popu. Gram muzykę, która nie powinna się sprzedawać, a się sprzedaje.