fbpx

Szymon Majewski -Trochę bym ludziom poluzował

Szymon Majewski -Trochę bym ludziom poluzował
Szymon Majewski z żoną podczas gali Kryształowych Zwierciadeł 2011

Szymon Majewski, satyryk, showman i aktor, przestrzega przed czytaniem książek
o kreatywności i błaga, abyśmy nie dali powsadzać się do szuflad rozmawia Krzysztof Boczek.

– Powiedzmy, że to ty jesteś Bogiem, wielkim kreatorem, możesz zmienić rzeczywistość…

– Szymon Majewski: śmiech

– Jaki świat byś stworzył, co byś zmienił w obecnym?

– Ja bym trochę ludziom poluzował.

– Czyli?

– Polakom odjąłbym trochę tych traum, mniej: „z popiołu powstałeś i w proch się obrócisz”, a więcej: „stary, uśmiechnij się i idź do przodu”. Ująłbym tego ciężaru i stworzyłbym autostrady w Polsce. By na mapie naszego kraju nie było widać tylko jakichś małych ślimaczków, wyrostków, ale by te autostrady tworzyły siatkę i w końcu można było spojrzeć bez obciachu na taką mapę.

– Politycy by istnieli?

– Taaaaak, oni muszą być, bo służą zbiorowej psychoterapii. Polityk generuje wszystkie nasze tęsknoty, nienawiści, miłości, jest katalizatorem naszych frustracji. Oni muszą być, byśmy odwracali uwagę od własnych niedostatków. Nie ma większej radości niż przyglądanie się bliźniemu niedoskonałemu, zwłaszcza jeśli tego bliźniego polityka wybrali sąsiedzi.

– A kobiety jakie by były?

– Wyglądałyby jak moja żona. Magda to w 50 proc. kobieta tradycyjna, a w drugiej połowie jest absolutnie nowoczesna duchem, idąca do przodu, silna. Strasznie to lubię… Ech… Jest taką supermatką Polką i to jest piękne.

– W nowym świecie byłbyś Szymonem Majewskim?

– Absolutnie tak. Można mnie lepiej wykonać, ale ja bym siebie nawet nie udoskonalał, bo te swoje wady już polubiłem. Może jedynie byłbym mniej hipochondryczny.

– A jeśli nie byłbyś Majewskim, to kim?

– Mickiem Jaggerem – od lat myślę dokładnie tak samo. Nie wiem, co bym śpiewał, ale gdy widzę go na scenie, mam wrażenie, że mógłbym robić dokładnie to samo co on. A jeśli chodzi o ruchy, to może robiłbym to nawet fajniej. Nie ma nic lepszego niż stworzenie piosenki i słuchanie, jak inni ją potem śpiewają. To jest fantastyczne uczucie, radość, która daje poczucie ognia.

Właściwie to, co robię, jest podobne do tworzenia piosenek. Kiedy nagle coś mnie nachodzi, podskakuję, ruszam się w jakimś szale, gdzieś na boku robię notatki, boję się zasnąć, bo rano zapomnę, o czym myślałem wieczorem. Czasami notuję nawet w łazience.

– Od zawsze byłeś twórczym człowiekiem?

– W dzieciństwie miałem tysiąc pomysłów na miesiąc. Kiedyś wymyśliłem, by zrobić prototyp kapsuły lądującej. Ten moment kreacji był najfajniejszy – nagle ogarniał mnie taki żar, robiło mi się gorąco, dostawałem takiej energii, że jeślibym z nią czegoś nie zrobił, tobym eksplodował. Biegałem, rysowałem, brałem płytę pilśniową, szukałem narzędzi… a gdy już miałem wszystko, co niezbędne do pracy, to kończyła się moja radość i zapał.

Byłem mistrzem świata w nudzeniu się i nieodrabianiu lekcji. Dla mnie ciekawą rzeczą było palenie samochodzików plastikowych na parapecie, ale gdy pojawił się podręcznik, to od razu ziewałem, wpadałem nosem w kartki i zasypiałem. Byłem zaszufladkowany jako zdolny, nadpobudliwy leń.

Do głowy przychodziło mi tysiąc pomysłów na swoje życie, żaden konkretny, ale miałem przeczucie, że będę robił w życiu coś fajnego, niesamowitego. W rodzinie uchodziłem za kompletnego mitomana, tak uważał także wujek psycholog.

– Rodziny nie cieszyła twoja kreatywność?

– Dziadek zawsze śpiewał mojej mamie taką przedwojenną piosenkę: „A że Szymon nie jest kiep, to z tej mąki będzie chleb”. On we mnie wierzył, ale inni tłumaczyli mamie, że ze mnie nic nie będzie. Mama nawet zabrała mnie do poradni psychologicznej. Coś tam rysowałem, dopasowywałem, składałem kwadraty i powiedziano mi, że mam iść do technikum kolejowego, 200 metrów od mojego domu. Wówczas był taki trend, że wszyscy szli do szkół, które dawały konkretne zawody, mało kto szedł na uczelnię.

– Wykręcałeś innym jakieś fajne numery?

– Pewnie. Miałem z tego tytułu same kłopoty. Mój dziadek kiedyś powiedział, że zegar za głośno bije, więc go rozkręciłem i zaniosłem mu w nylonowej torbie. „To ode mnie, w prezencie”. Dziadek się załamał, bo zegar był zabytkowy. Kiedy miałem dziesięć lat, w Ustroniu przywiązałem góralowi nogę do krzesła. Wstał, wywrócił się, a potem trzasnął mnie butem w łeb. Góralka błagała mnie, bym nie mówił o tym ojcu, bo byłaby totalna awantura. Cały czas wyczyniałem takie historie.

– To prawda, że ze względu na mizerną posturę uwagę kobiet zdobywałeś śmiechem?

– Faceci próbowali wówczas zdobywać kobiety à la macho: swoją sprawnością fizyczną czy fajnymi dżinsami. Ja nie miałem nic z tego – byłem chudy, w okularach, słabo się prezentowałem, więc stwierdziłem, że postawię na romantyzm i pójdę w nenufary. Zresztą zawsze miałem w głowie, by robić coś inaczej niż inni. Teraz mówię to też moim dzieciom: jeśli nie wiesz, jak coś zrobić, zrób to inaczej niż reszta. Nie myśl standardowo. Dzieciom powinno dać się nudzić.

– A to czemu?

– Bo nuda jest kreatywna. Dzieci zostawione same ze sobą rozgrzewają sobie głowę, szukają swoich ścieżek, pomysłów, zaczynają coś robić. Czasami mam wrażenie, że przerwa w szkole jest ważniejsza niż lekcje, dlatego jestem zwolennikiem tego, by lekcje trwały 15 minut, a przerwa 45. Gdy powiedziałem to dyrektorowi szkoły, do której chodzi mój syn, był zdziwiony (śmiech).

Jeszcze bardziej zdziwiło go co innego. Gdy rozmawialiśmy o moim 12-letnim synu, który ma problemy z tabliczką mnożenia, poprosiłem dyrektora, by zapytał mnie, ile jest 7 razy 8. „Ile jest 7 razy 8? Nie wiem!”. Nie znam całej tabliczki mnożenia i nie jest mi ona potrzebna. Mam komórkę z kalkulatorem i wspaniale sobie z nią radzę.

– Z których swoich wad nie jesteś zadowolony?

– Bałaganiarstwa. Ale gdyby pojawił się we mnie porządek, to może nie byłbym Szymonem Majewskim, bo on jest złożony z chaosu. Wkurza mnie też, że od 25 lat nie jestem w stanie nauczyć się angielskiego. Czytam książki, tłumaczę teksty piosenek, umawiam się na konwersacje i ciągle jestem na tym samym poziomie.

– Brak ci konsekwencji w nauce?

– Absolutnie. I jakiegokolwiek planu. Dziadek mi zawsze mówił, że plan to poważna sprawa i że sto koni nie dogoni straconego czasu. A ja zawsze wyobrażałem sobie moich znajomych, którzy są tymi końmi pędzącymi przez rzekę, a ja nie jestem w stanie ich dopaść – kiedy w końcu dostałem się na studia, i to jako wolny słuchacz, to wszyscy moi znajomi już je kończyli.

– Mówiłeś, że chciałeś studiować psychologię, by dowiedzieć się więcej na swój temat.

– Wszyscy tam po to idą. To może świadczyć m.in. o tym, że większość psychoterapeutów jest do bani, bo myśli głównie o sobie (śmiech). Kiedy chodziłem do psychologów, twierdziłem, że oni powinni mi płacić za rozmowę ze mną, bo słuchali naprawdę fajnych historii (śmiech).

Byłem wówczas wrażliwym, otwartym chłopakiem, zachwyconym teatrem, psychologią, filozofią. Czytałem Witkacego, słuchałem mrocznej muzyki Joy Division, przeżywałem rozterki, bo odeszła ode mnie dziewczyna, która później do mnie wróciła i została moją żoną. Tak naprawdę na tę psychologię chciałem iść z braku pomysłu na życie i dlatego, że wiele osób na nią szło. Stwierdziłem, że jako student psychologii będę fajnie wyglądał, ubierał się na czarno, nosił spięte włosy i że świetnie podrywa się dziewczyny na ten kierunek. „Co studiujesz? Meliorację” – to już nie brzmi tak ciekawie jak „psychologię”.

– Jesteś człowiekiem z wyobraźnią?

– Absolutnie, to moja jedyna mocna strona.

– Czy sam siebie zaskoczyłeś jakimś pomysłem i jesteś z niego do teraz dumny?

– Kiedyś zobaczyłem napis: „Blach cięcie gięcie” i wpadłem na pomysł nazwy mojego pierwszego programu telewizyjnego: „Słów cięcie gięcie”. Ta nazwa zaczęła żyć swoim życiem, weszła do języka: pojawiły się tytuły prasowe wykorzystujące ten zwrot, trafił do Internetu i do potocznej mowy. To było dla mnie kapitalne osiągnięcie.

– Używasz jakiegoś dopalacza kreatywności?

– Moim głównym dopalaczem jest 10–15 minut snu około 3–4 po południu, na kanapie w pracy. Kiedyś nie spałem całą noc i gdy przyszedłem do studia, byłem totalnie nieprzytomny. Zdrzemnąłem się na pół godziny i prosto z kanapy poszedłem na nagranie. Wszyscy byli przerażeni, że nie dam rady. Gdy zaczął się program i zobaczyłem publiczność, poczułem ich energię, ta mi się udzieliła, a zmęczenie przeszło. Ta energia to także mój dopalacz. Nic bardziej nie nakręca niż energia ludzi, którzy przychodzą do studia, by cię zobaczyć. Nie ma nic piękniejszego niż dawanie ludziom radości. Bardzo udany dzień w moim życiu to taki, gdy idę sobie ulicą i jakaś pani mnie mija, uśmiecha się i z tym uśmiechem idzie dalej. Myślę sobie, że oto podarowałem jej trochę radości, bo kojarzę jej się z dobrym humorem, zabawą.

– Podróżujesz?

– Zaliczyłem taką podróż do Ameryki Południowej z moim przyjacielem Tomkiem Gorazdowskim – żona mnie puściła, mimo że dzieci były wówczas małe. Byliśmy w Peru, Boliwii przez sześć tygodni. Supersprawa. Lubię obserwować inne kultury, miejsca, ale nie nazwałbym się podróżnikiem. W czasie podróży mam taki niepokój bliźniaczy – fajnie, że jestem w tym miejscu, ale kto wie, czy nie byłoby jeszcze fajniej, gdybym był w innymi. Poza tym… najfajniejszy jest dla mnie moment, gdy siedzę z żoną na kanapie, obok leży pies i oglądamy dobry film.

– „Spożyć przed terminem – oto moje motto życiowe. Szukałem go w wielu mądrych księgach, znalazłem na kefirze”. Bardzo mi się to spodobało.

– To akurat lansuje mnie na maksa i pamiętam, jak na nie wpadłem. To był piękny majowy dzień, miałem kaca i właśnie się zakochałem – takich dni się nie zapomina. Siedziałem na ławce gdzieś na Ochocie i delektowałem się kefirem. Wtedy przeczytałem na opakowaniu owo „spożyć przed terminem”. O kurde, jak ktoś mądrze napisał! Jeśli się tak jeszcze zastanowić, to także „data wybita na wieczku” jest ciekawym hasłem. Niedawno byłem na cmentarzu i tam każdy ma datę wybitą na swoim wieczku.

– „Szymon Majewski show” jest programem autorskim, ale jakoś nie wierzę, by wszystkie pomysły były twoje.

– Czasami 90 proc. programu to moje pomysły, czasami tylko 10 proc., innym razem w ogóle nic. Zdarza się, że chłopaki wpadną na coś fajnego, ja to zaakceptuję, dorzucę coś od siebie czy jakoś to przekręcę. Jesteśmy takim tyglem ośmiu–dziesięciu twórczych osobowości, które ze sobą pracują od paru lat i się nakręcają. Kiedy oni widzą, że mi się nie chce akurat nic robić, to mnie pobudzają do pracy: „Szymon, zróbmy to, zróbmy tamto”. „Nieeee, może nie róbmy tego”. Potrafimy się kłócić, trzaskać drzwiami, panuje u nas rodzaj twórczej demokracji.

– Rozdajesz bardzo oryginalne prezenty, sam też dostajesz, na przykład akt zdania matury od Giertycha…

– …i reklamówkę z kanapkami od pani Marii Kaczyńskiej. Borowiec specjalnie ją przywiózł do biura. W środku była informacja: „Smacznego, proszę nie nakruszyć” – kiedyś w programie żartowałem z żony prezydenta, bo wsiadała do samolotu z reklamówką.

– Są osoby, które imponują ci swoją kreatywnością?

– Lubię kabaret Mumio za ich twórczość i reklamówki, które robią – rzadko się zdarza takie spotkanie komercji i fajnego pomysłu. Lubię też kabaret Dno i Łowcy.B – superekipa. Ale czasami nie chciałbym oglądać tych młodych kabaretów, bo wkurza mnie, jak zrobią coś fajnego. Wtedy sobie myślę: cholera, przecież ja mogłem na to wpaść i to zrobić!

– Poseł Palikot jest według ciebie kreatywny, ma wyobraźnię?

– Myślę, że ma, i parę z tych jego numerów sam miałbym ochotę zrobić. Pytanie brzmi: gdzie jest granica dla jego zachowań? Palikot to postać barwna i sprytna, ale czasami zastanawiam się, czy gdyby nie miał takiego majątku, jaki ma, i utrzymywał się z posłowania, też by tak szalał. Mam wrażenie, że któregoś dnia Donald wezwie go do siebie, powie mu: „Do widzenia, kolego”, i zabierze mu słoneczko Platformy.

– A taki Pawlak jest kreatywny?

– Chyyyyba nie. Chociaż nigdy nie wiadomo – a nuż jest takim rozbrykanym wariatem domowym jak Janusz Palikot, tylko za każdym razem, gdy wychodzi do pracy, mówi sobie: „Tylko pamiętaj, że masz grać Pawlaka”. I wychodzi.

– A gdyby było tak: Hojarska wygrywa wybory i żąda usunięcia ciebie z telewizji…

– …ale ona ostatnio kazała mnie pozdrowić przez jakiegoś znajomego.

– Aha. Ale powiedzmy, że mimo to żąda usunięcia, TVN cię wyrzuca, a ty dostajesz ofertę pracy jako wykładowca studentów, w których miałbyś rozwijać kreatywność. Co byś im zalecał?

– Żeby nie czytali książek o kreatywności.

– Dlaczego?

– Bo chyba wpadliby w sztampę. Jeśli już mieliby je czytać, to radziłbym, żeby starali się spojrzeć poza nie, by nie dawali się wsadzić w szufladę. Kreatywności nie znajdzie się w książkach, to ogień, który każdy z nas ma w sobie, w środku. Nie można czuwać nad tym ogniem jak nad jakimś bylejakim grillem.