1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Retro
  4. >
  5. Życie w cieniu słynnego brata. Irena Tuwim

Życie w cieniu słynnego brata. Irena Tuwim

Irena Tuwim i Julian Stawiński na kiermaszu książki, Warszawa 1963. (Fot. Danuta B. Łomaczewska/East News)
Irena Tuwim i Julian Stawiński na kiermaszu książki, Warszawa 1963. (Fot. Danuta B. Łomaczewska/East News)
Do tej pory jeśli już o niej pisano, to zawsze z dopełniaczem. Po pierwsze – siostra. Kogo? Słynnego poety. Po drugie – żona sławnego krytyka. I tłumaczka „Kubusia Puchatka”. Tak jakby mianowniki – Irena Tuwim, poetka, autorka – nie wystarczały.

Niemal wszystko, co o niej wiemy, pochodzi z opracowań na temat Juliana Tuwima – licznych biografii, pism autobiograficznych, zbiorów korespondencji, w których Irena pojawia się marginalnie. Sama w latach 50. wydała tylko cieniutką książeczkę „Łódzkie pory roku”. Opisała w niej dzieciństwo w szarej Łodzi. Paradoksalnie dużo więcej wiemy o wychowanej w zasymilowanej żydowskiej rodzinie dziewczynce niż o dorosłej poetce i tłumaczce. Z czasem tropy się gubią, a w jej życiorysie pojawia się coraz więcej białych plam, coraz więcej pytań. Chociaż i dzieciństwo to kilka niewiadomych. Na przykład dlaczego to nie o Juliana, z dużą szpecącą myszką na twarzy, ale właśnie o Irenę zamartwiają się w domu („Mamusię stale gnębi myśl, że Irenka zostanie starą panną”). Czy była aż tak brzydkim dzieckiem? Przecież na późniejszych fotografiach widać urodziwą kobietę o czarnych oczach i wysokim czole. Może raczej chodzi o samą panią Tuwimową? „Mamo, nie rób nam tego! – błagamy Matkę w milczeniu. A potem zawsze, przez długie lata, wraca się z bijącym sercem do domu, potem już strach, strach, że kiedy wrócimy ze szkoły, już będzie po niej” – wspominała dorosła Irena. Szantaż emocjonalny, groźba samobójstwa wisząca w powietrzu, jak dorastało się w takim domu?

Woń spalenizny

Dobrze, że była Antosia. Pod pewnymi względami podobna do Mary Poppins (której przygody przetłumaczy wiele lat potem Irena), choć znacznie cieplejsza niż kostyczna angielska niania. Za to równie zaradna, uwielbiana przez dzieci, dająca im poczucie bezpieczeństwa. Antosia sprząta, pierze, gotuje. Tak jak Mary Poppins ma małe oczka, zadarty nosek, przylizane włosy. Cechuje ją schludność, skrupulatność i zamiłowanie do bibelotów. I zawsze ma w zanadrzu wiele ciekawych historii. „Stwarzała inną rzeczywistość, bo ta, która była jej dana, nie wystarczała jej. Jak skrzętna gospodyni z każdego nieużytku czyniąca jakieś przeznaczenie, tak i ona z każdego najbłahszego zdarzenia jej ubogiego i naszego młodziutkiego życia czyniła jakiś użytek”. Niestety, w domu Tuwimów jest ktoś jeszcze. Wiedźma.

„System wychowawczy Mani Bednarek miał wiele wspólnego z metodami gestapo” – napisze o niej po latach Irena. Mania straszyła, podtykała obrzydliwe rzeczy, zamykała w ciemniej komórce. Pewnego razu jej ręka tak mocno spoczęła na ramieniu Ireny, że „zostawiła ślady czterech palców w postaci małych kropek krwi, które sączyły się uparcie przez kilka godzin”. Wiedźma sprytnie ukrywa swój proceder przed pozostałymi dorosłymi. Udało jej się przekonać dziewczynkę, że ona, Mania, ma moc zaklinania rzeczywistości. I jeśli Irenka choć słowem piśnie o tym, co się stało, "tatuś i mamusia wykolejo się w pociągu" albo zginą w równie tragiczny sposób ("Egzekutorem miał być nikt inny jak sama Bozia"). Terror "okrutnej córki ludu", jak ją potem nazwie Irena, koncentrował się na małej dziewczynce. Juliana zupełnie ignorowała.

Czy to dlatego lata spędzone w kamienicy przy św. Andrzeja 40 w Łodzi Julian i Irena zapamiętali zupełnie inaczej? Julek pisał o idylli. O tym, że pociąg Warszawa - Łódź w niespełna trzy godziny przewozi go "w dzieciństwo sielskie i anielskie", pełne fantazji, zabaw, a nawet obcowania z naturą w Helenowie, który był dla łódzkich dzieci "zaczarowanym ogrodem". I o "zapachu szczęścia" ("Wtedy paloną kawą pachniało w kredensie, A zimne, świeże mleko, jak lody, wanilią. Kiedy się, mrużąc oczy, orzeszynę trzęsie, po gałęziach w olśnieniu pędzi liści milion").

Irena zamiast zieleni i nuty wanilii zapamiętała łódzką szarość, którą czuć było spalenizną ("Łódź najdawniejszą, Łódź ponurego dzieciństwa widzę zawsze w łunie pożarów"). Płonęły fabryki, w których pracowała biedota. W czasie łódzkich przedwiośni (bo wiosen "właściwie nie było") niebo zasnuwały mgły i dym z fabrycznych kominów. Lata i jesienie były równie smętne, a zima "nie była dobrotliwą saneczkową, świętomikołajową porą roku, lecz po prostu jakimś nienawistnym sezonem odmrożeń palców u rąk i nóg". Julian dopiero po latach zda sobie sprawę, że jego idylla była w dużej mierze wyimaginowana. Winą za "smutną i posępną nieraz atmosferę w domu" obarczy jednak nie robotniczą Łódź, tylko "cichą wojnę" niedobranych pod względem charakteru rodziców oraz "prozaiczną sprawę" braku pieniędzy.

Nie patrzysz mi w oczy

Kiedy Julek pierwszy raz wyjeżdża bez Irenki na dłużej z wizytą u wujostwa w Warszawie, ona długo i rzewnie płacze. Odlicza dni do jego powrotu. To zrozumiałe, jest parę lat młodsza, mogłoby się wydawać, że jest z bratem bardziej zżyta niż on z nią. Ale to nieprawda. Przez całe życie będą intensywnie korespondowali, to ona była jego powiernicą, jej zdradzał to, czego nie mówił nawet żonie - w jednym z listów nazwie ją "swoją zewnętrzną duszą". Cenił też jej poezję.

Narzekania matki były, oczywiście, na wyrost. Irena nie tylko wyrasta na urodziwą dziewczynę, okazuje się, że ma talent. Jako poetka debiutuje podczas pierwszej wojny - w 1916 roku w łódzkiej "Godzinie Polski" ukazał się jej wiersz "Panienka". W 1921 wydaje pierwszy tomik "24 wiersze". Dzięki niemu Irena znajdzie sobie męża. A raczej to on znajdzie ją. Stefan Napierski (a właściwie Stefan Eiger), syn majętnego żydowskiego przedsiębiorcy, przenikliwy krytyk, cięty felietonista, autor znakomitych rozpraw o literaturze francuskiej. Ma talent do pisania o twórczości innych, gorzej idzie mu z pisaniem własnych rzeczy. Nawet dobry przyjaciel, pianista Roman Jasiński, kiepskie, wydawane własnym sumptem wiersze Napieralskiego określił jako "dziwaczne, czasem nieznośnie pretensjonalne". W strofach Ireny jest coś, co nie daje Stefanowi spokoju. Specjalnie przyjeżdża z Warszawy do Łodzi, żeby poznać młodą poetkę. Rano po spotkaniu Irena dostaje kosz kwiatów, trzy miesiące później - pierścionek zaręczynowy. Ślub biorą w łódzkim kościele św. Józefa. W podróż poślubną wyjeżdżają najpierw do Berlina, potem na Wyspy Fryzyjskie na Morzu Północnym. Piękny początek, są źródła świadczące o tym, że Irena była szczęśliwa - zakochana, w końcu bez finansowych kłopotów. Zwiedziła z mężem kawał świata; dziś może nam to nie imponuje, ale niemal sto lat temu odległość z Warszawy do Luksemburga, Liechtensteinu czy San Marino wydawała się znacznie większa. Napierscy mieszkali też przez rok w Paryżu, ale większość swojego małżeństwa spędzili w Warszawie, we wspaniałym wielopokojowym mieszkaniu, gdzie i ona, i on mieli swoje miejsce do pisania.

A jednak los wkrótce się odmieni. Podczas trwającego osiem lat małżeństwa w domu (dzielonym z rodziną Eigerów) doszło do dwóch tragedii - młodszy brat odebrał sobie życie, a niedługo potem zmarł jego ojciec. Ale chodzi też o samego Stefana. Nie wiadomo, czy Irena już przed ślubem była świadoma jego homoseksualizmu, czy w ogóle zdawała sobie sprawę, co to dla niej oznacza. A może długo nie chciała wiedzieć? Na początku byli sobą zafascynowani, ale na czym opierała się ta relacja? W 1930 roku Tuwim wydaje tomik "Miłość szczęśliwa", a zaraz potem się rozwodzi. W tytułowym wierszu napisze: "Nie patrzysz mi prosto w oczy. Taisz coś? Powiedz. Nie mów".

To ona odeszła od niego. Na jednym z organizowanych przez męża wieczorów brydżowych poznała prawnika Juliana Stawińskiego. Stefan wspaniałomyślnie pozwolił jej przeprowadzić się do kochanka na rok: "Jeśli nie będziesz szczęśliwa - zawsze możesz wrócić". Już nie wróciła. Co nie znaczy, że zerwali ze sobą kontakty. Irena będzie wspominać lata małżeństwa z nostalgią. Napierski napisał na przykład wstęp do przetłumaczonej przez Irenę książki "Koniec i początek" autorstwa lewicującej arystokratki Hermynii zur Mühlen. Tuwim bardzo przeżyje śmierć byłego męża rozstrzelanego w czasie wojny w Palmirach.

Duduś, Kubuś, Król Ćwieczek

Zdaniem Moniki Woźniak, filolożki i badaczki przekładu, Irena Tuwim należy do "ekskluzywnego grona tłumaczy-których-nazwiska-się-pamięta”. Ale czy na pewno? Juliana Tuwima zna niemal każde polskie dziecko, ale już nie każdy wie, że autor „Lokomotywy” i „Kwiatów polskich” miał siostrę. A nawet jeśli wie, to kojarzy ją niemal wyłącznie z Kubusiem Puchatkiem. Tymczasem praca przekładowa Tuwim obejmuje niemal 50 lat i ponad 50 pozycji. Głównie dla dzieci, ale nie tylko, przede wszystkim z angielskiego i rosyjskiego, ale czasem też z niemieckiego. „Mary Poppins” Pameli L. Travers, „Byczek Fernando” Munro Leafa, „Pięcioro dzieci i coś” Edith Nesbit – tłumaczyła dziecięcą klasykę, ale też wydawane przez Wydawnictwo Przeworskiego książeczki Disneya, w których Donalda Ducka ze względu na charakterystyczny chód nazywa wdzięcznie „Kiwajko”.

Niektórzy zarzucają jej brak szacunku dla oryginału, zbyt daleko idące modyfikacje. Filologowie pieczołowicie tropią błędy i wypaczenia, katalogują zmiany i modyfikacje. Dlaczego Winnie the Pooh jest Kubusiem, skoro u Milne’a miś nosi imię żeńskie (którego wyjaśnienie Irena Tuwim, o zgrozo, wycina)? Skąd w „Mary Poppins” król Ćwieczek, skoro w oryginale jest Guy Fawkes [od jego nazwiska wziął się tzw. Guy Fawkes Day, angielskie święto obchodzone 5 listopada, w rocznicę wykrycia tzw. spisku prochowego, będącego zamachem na życie króla Anglii i Szkocji Jakuba I Stuarta – przyp. red.]? Czemu piesek panny Skowronek – w oryginale Miss Lark – wabi się Duduś, skoro po angielsku nosi dumne imię Andrew?

W jednym z nielicznych tekstów dotyczących swojego warsztatu napisała: „Aby tłumacz mógł dać utwory językowe najwyższej klasy, konieczna jest znaczna swoboda we wszystkich przekładach, a w wielu wypadkach [...] choć będą to z reguły utwory dla najmłodszych, przyjąć należy za zasadę adaptację, nie zaś tłumaczenie”. O to, czy takie podejście się sprawdziło, czy jej pomysły przetrwały próbę czasu, chyba nie trzeba pytać. To przecież Irenie Tuwim zawdzięczamy „małe co nieco”, „krewnych i znajomych Królika” czy „Misia o bardzo małym rozumku”. Były teorie, że w pracy przekładowej pomagali jej obaj Julianowie, brat i drugi mąż, który po wojnie porzucił prawo na rzecz pracy literackiej. Tylko czy autorka trzech tomików wierszy, kilku książek dla dzieci (m.in. „Co okręt wiezie”, „O Pingwinie Kleofasku”) i kilkudziesięciu przekładów rzeczywiście nie radziła sobie bez pomocy? I czy ktokolwiek miałby odwagę wysnuć tezę, że to Irena pomagała bratu w pisaniu?

Kwiaty polskie

W 1939 roku razem z mężem ucieka przez Rumunię do Francji, a stamtąd, po zajęciu kraju przez nazistów, do Anglii. To tu wycyzeluje swój angielski i to tu dociera do niej tragiczna wiadomość o śmierci matki rozstrzelanej i zrzuconej z balkonu przez nazistów. Inną trasę miała emigracyjna tułaczka Tuwima – on z Francji wyjechał do Brazylii, a w 1942 roku do Stanów Zjednoczonych. Spotkają się dopiero w 1945 roku w Kanadzie, dokąd Julian ściąga siostrę i szwagra.

Przez lata rozłąki prowadzą intensywną korespondencję. Irena wie, że brat jest pogrążony w rozpaczy – tęskni za ojczyzną, nie odnajduje się w nowej rzeczywistości, nie jest w stanie żyć w obcym języku. Dzieli się kłopotami z siostrą, pisze o braku weny albo wręcz przeciwnie – o smutku i nostalgii, które przekuwa w „Kwiaty polskie”. Choruje na żołądek i ma napady paniki. Równocześnie tęskni za krajem, ale i boi się, co w nim zastanie.

Ona czyta i pociesza. Lata 1945–47 spędza w Waszyngtonie, gdzie Stawiński pracuje jako attaché w ambasadzie. Do kraju wracają w marcu 1947 roku. Dla Tuwima lata powojenne to próba odnalezienia się w nowej Polsce, zniszczonej, podskórnie antysemickiej, komunistycznej. Staje po stronie nowej władzy, szuka schronienia w komunistycznej utopii. Jaki był jej stosunek do systemu? Irena wstąpi do Związku Literatów Polskich, przyjmuje nagrody z rąk władz: Krzyż Kawalerski, nagrodę za twórczość dla dzieci i od polskiego PEN Clubu za przekłady.

Czy miała kompleks tworzenia w cieniu sławnego brata? Czy wolała przekładać, niż pisać, żeby uniknąć porównań z jego twórczością? Julian Tuwim, znerwicowany, z nawracającymi depresjami, z problemem alkoholowym umiera na atak serca 27 grudnia 1953 roku w pensjonacie w Zakopanem. Irena przeżyje go o ponad 30 lat. Męża o kilkanaście, a ponieważ nigdy nie mieli dzieci, zostaje zupełnie sama. Bratanica Ewa powie, że ciotka „jest załamana i myśli tylko o swoim nieszczęściu”. Do końca mieszka w Warszawie, nieopodal Parku Łazienkowskiego, przy ulicy Litewskiej. Pięknie, wszędzie zielono, a jednak nie lubi tego miejsca. Dokładnie tak jak nie lubiła Łodzi swojego dzieciństwa.

Współpraca Zofia Fabjanowska-Micyk

Korzystałam z: autobiografii „Łódzkie pory roku” Ireny Tuwim, biograficznych „Twarzy Tuwima” autorstwa Piotra Matywieckiego i „Tuwima wylęknionego bluźniercy” Mateusza Urbanka oraz artykułu Moniki Woźniak „Puchata przepustka do sławy. Pochwała Ireny Tuwim” (Przekładaniec 26/2012).

Tekst pochodzi z archiwalnego numeru "Zwierciadła". 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zwierciadło

Słodka niespodzianka pod choinkę

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Rozpakowywanie prezentów to jeden z tych momentów, na który w czasie świąt czekają nie tylko dzieci. Upominki, to przecież dowód na to, że o sobie pamiętamy i chcemy sprawić sobie przyjemność.

Jednym ze sprawdzonych pomysłów na prezent od Świętego Mikołaja jest małe co nieco, czyli paczuszka pysznych słodkości. Ucieszą się z niej zarówno małe łasuchy, jak i dorośli smakosze. Słodycze spod choinki smakują wyjątkowo, zwłaszcza jeśli mają kojarzące się ze świętami smaki - pomarańczy, wanilii i przypraw korzennych. Dekoracyjne opakowanie ozdobione bożonarodzeniowymi motywami tabliczkę czekolady, pudełko pralinek, czy paczkę cukierków przemieniają w wyjątkowy słodki prezent.

Wybierając słodkości pod choinkę trudno pominąć siłę tradycji – są marki, które od lat kojarzą się z jakością i smakiem. Jedną z nich jest E.Wedel. Marka, jak co roku, przygotowuje z okazji świąt specjalną edycję swoich kultowych produktów, wzbogacając je o dodatki takie jak pomarańcza, cynamon, wanilia i żurawin. Z okazji Bożego Narodzenia, znane wedlowskie produkty otrzymają nową, świąteczną szatę graficzną.

Są wśród nich , Torcik Wedlowski, kultowe Baryłki i duże tabliczki czekolady – gorzka z żurawiną, mleczna z cząstkami pomarańczowymi oraz czekolada Cookie, w dwóch świątecznych smakach: korzennym i Orange Mocha. W tegorocznej ofercie Mieszanka Wedlowska, cukierki Pierrot i świąteczne pralinki opakowane będą w nietuzinkowe puszki w kształcie kuli, dzwonka i choinki. Dzięki temu mogą także stanowić idealną świąteczną ozdobę.

Słodkości dla najmłodszych

Dzieciom czas oczekiwania na Boże Narodzenie można umilić kalendarzem adwentowym E.Wedel. W ozdobnym pudełku podzielonym na 24 okienka znajdują się czekoladki w dwóch smakach w kształcie Buźki Krówki. 
Na Mikołajki lub pod choinkę można sprawić im zestawy słodyczy na przykład: pudełko z opaską w kształcie rogów Renifera - bohatera motywu graficznego, Domek Krówki, a także czekolady mleczne z chrupiącymi kawałkami wafelków i chrupek lub z kawałkami pianek marshmallow. Świąteczne produkty dla dzieci E.Wedel ozdobiono postaciami Renifera, Mikołaja, Bałwanka oraz Znajomej Krowy Kucharza.

 

Produkty z portfolio świątecznego E.Wedel są w sprzedaży od początku listopada.

  1. Zwierciadło

Stwórz atmosferę Świąt. Inspiracje od marki Fyrklövern  

Zobacz galerię 23 Zdjęcia
Święta to przede wszystkim wyjątkowa atmosfera, spotkania z bliskimi oraz pyszne potrawy. Smakowanie ich to również delektowanie się pięknem odświętnie nakrytego stołu. Zainspiruj się propozycjami marki Fyrklövern - specjalistą w dziedzinie dekoracji stołu - i stwórz świąteczną aranżację, która oczaruje twoich gości!

ÅSA’S WINTER 

Rajskie jabłuszka, pomarańcze, granaty i pachnące gałązki to elementy doskonałe na świąteczny stół! By całość wyglądała bajecznie warto wybrać perfekcyjną zastawę, która spełni nasze oczekiwania co do dekoracji stołu i zachwyci wszystkich gości! Po raz pierwszy w Polsce, w cudownej aranżacji świątecznej, prezentujemy Serwis ÅSA’S WINTER, zaprojektowany przez skandynawską artystkę Anne Rooslien. Najwyższej jakości, trwała porcelana skaleniowa, urzekające, ręcznie litografowane zdobienia oraz wyjątkowy design tworzą ponadczasowy serwis obiadowy! Dzięki zastawie, dekorowanej skrzatami – wykreowanymi przez znaną w Skandynawii Åsę Götander, uzyskasz wspaniałą zimowo-świąteczną atmosferę. Porcelanę możemy umyć w zmywarce i odgrzać w niej dania korzystając z kuchenki mikrofalowej – to dodatkowy atut tego eleganckiego serwisu.

SANTA CHRISTMAS

Do świątecznej dekoracji stołu warto wybrać nastrojowe świece, serwety i oczywiście doskonałą porcelanę. Serwis SANTA CHRISTMAS ręcznie zdobiony platyną, skrzącymi się płatkami śniegu oraz uroczymi krasnalami to spełnienie świątecznych marzeń zarówno dzieci jak i dorosłych. Klasyczny design kolekcji wypełniają kolorowe, ręcznie malowane wizerunki skrzatów i zwierząt w zimowej scenerii. Pełne fantazji i artystycznego kunsztu, tworzą ciepły i radosny klimat, podkreślając wyjątkową atmosferę świąt.

ÅSA’S CHRISTMAS

Skrzaty i dekor wzbogacony elementami z 18-karatowego złota to przewodnie elementy Serwisu ÅSA’S CHRISTMAS. Zastawa z motywem uroczych ludków idealnie ozdobi świąteczny stół i stworzy atmosferę bajkowego klimatu przywołując wspomnienia beztroskiego dzieciństwa. To serwis, który przykuwa wzrok oryginalnym kształtem przypominającym pofałdowane śnieżne zaspy, na których zagościły urocze skrzaty. Ośnieżone choinki dekorowane prawdziwym złotem stanowią ekskluzywny element ozdobny! Gałązki, pierniki w kształcie serca, gwiazdy z jabłek czy złote szyszki w kieliszkach to elementy dekoracyjne, które komponują się idealnie z tym eleganckim serwisem.

ÅSA’S CHRISTMAS WHITE

Porcelana Åsa’s Christmas White zachwyca klasycznym designem i ręcznie malowanymi krasnalami w białych i srebrnych kapturkach. Serwis przepięknie prezentuje się w monochromatycznym stylu, gdzie na drewnianym stole w odcieniach szarości układamy zielone gałązki przyprószone śniegiem, szyszki i pachnące pierniki.

VICTORIA 

Drewno, pachnący świerk, nastrojowe lampki i przepyszne potrawy podane na luksusowej porcelanie skandynawskiego projektu pomogą nam stworzyć perfekcyjną atmosferę w czasie świąt! Serwis Victoria zachwyca delikatną formą, a zdobienia z 18-karatowego złota nadają mu królewskiego splendoru. Czerwona serweta przyprószona sztucznym śniegiem, pomarańcze, goździki i soczyste, czerwone jabłka w zimowej okrasie w połączeniu z elegancką porcelaną Victoria tworzą dekorację stołu w iście królewskiej aranżacji. Ta zastawa to świetny wybór zarówno na święta jak i inne okazje, jej klasyczny i elegancki design sprawia, że będzie pasowała na każdą uroczystość.

CELEBRATION

Świąteczny stół stanowi doskonałe pole do popisu dla miłośników dekoracji wnętrz. Spektrum możliwości jakie możemy zastosować jest nieograniczone. Pachnące gałązki świerku, złote świece, kryształowe wazony, eleganckie serwety czy też subtelne herbaciane róże i złote sztućce będą prezentować się perfekcyjnie w otoczeniu porcelany Celebration. Serwis o lekko falistym kształcie z ręcznie nanoszonymi platynowymi zdobieniami zachwyca subtelnością i elegancją.

Zobacz więcej na: ,

  1. Zwierciadło

Herbaty Newby - doskonały prezent pod choinkę

Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Kolekcja światowej sławy projektanta mody Matthew Williamson dla Newby to idealny prezent na Święta dla każdej wielbicielki najwyższej jakości herbaty oraz mody.

Przepiękne puszki skrywają w sobie 3 wyjątkowe herbaty: Maharaja’s Breakfast (czarna herbata Assam), Exotic Earl Grey (herbata z olejkiem z gorzkiej pomarańczy i płatkami róży) oraz Jasmine Rose Garden (zielona herbata z różą i jaśminem). Do wyboru będzie także pudełko zawierające wszystkie 3 produkty.

Najwyższej jakości liście herbaty wraz z kwiatowymi dodatkami, ukryte w pięknych opakowaniach będą idealnym prezentem dla bliskiej osoby, a także przyjemnym uzupełnieniem każdego dnia.

Produkty dostępne są na stronie 

  1. Zwierciadło

Rodzina patchworkowa: Jak przeżyć święta?

Rodzina patchworkowa podczas Świąt Bożego Narodzenia musi się zmierzyć z dużym wyzwaniem nie tylko logistycznym, ale przede wszystkim emocjonalnym. (Fot. iStock)
Rodzina patchworkowa podczas Świąt Bożego Narodzenia musi się zmierzyć z dużym wyzwaniem nie tylko logistycznym, ale przede wszystkim emocjonalnym. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
O czym pamiętać, o czym zapomnieć w świąteczny czas – zastanawia się Wojciech Eichelberger, współautor książki „Patchworkowe rodziny. Jak w nich żyć”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Zwierciadło.

Znam dobrze funkcjonujący w ciągu roku patchwork, który rozpruwa się w czasie świąt. Wszyscy zbierają się w jednym miejscu i od razu wybucha awantura. Ostatnio zaczęło się od wyrzutu, że były mąż spóźnił się pół godziny.
Zaczyna się zazwyczaj od błahych spraw – że ktoś czegoś nie kupił, nie zrobił, powiedział o jedno słowo za dużo. To kropla, która przelewa czarę goryczy.

Czyli to preteksty. Co się za nimi kryje?
Zamiatane pod dywan sprawy, niewyjaśnione żale i pretensje, nierozwiązane problemy, do których boimy się wracać. Ale one wcześniej czy później wybuchają, na przykład właśnie w czasie świąt.

Może to i dobrze, bo wreszcie możemy się z nimi skonfrontować.
Porządny kryzys jest dobrym początkiem zmiany. Oczywiście, może mieć pozytywne konsekwencje tylko wtedy, kiedy jego destrukcyjną siłę będziemy potrafili konstruktywnie wykorzystać. Kryzys pokazuje to, czego brakuje w systemie, więc nie ma się co obrażać, tylko trzeba podjąć trud dogadania się i przemiany.

A może dobrym pomysłem jest niespotykanie się w święta zwaśnionych stron? Pewna matka (teściowa, babcia) wymyśliła, że Wigilia odbędzie się według grafiku, w którym każdemu wyznaczyła towarzystwo i godzinę wizyty, z zapasem czasowym, żeby najbardziej zwaśnieni zdążyli się minąć i na siebie nie powpadali. Ta pani jest dumna z autorskiego rozwiązania.
W Wigilię nie chodzi o to, aby się nawzajem unikać. Ale Wigilia sama z siebie nie jest w stanie uczynić nas świętymi. Droga do świętości, czyli do otwartego serca, wymaga od nas podejmowania wysiłku i ryzyka. O tym warto pamiętać. Jeśli jednak nie stać nas jeszcze z jakichś powodów na wysiłek i ryzyko spędzenia Wigilii z ludźmi z naszego rodzinnego systemu, których nie lubimy, bo na tym etapie nasze resentymenty są dla nas ważniejsze niż religijne nakazy, to trudno. Może następnym razem. Więc owa pani z twojego przykładu robi dobrą robotę. Przynajmniej jej serce stanowi przestrzeń, w której skłóceni i zaślepieni ludzie wirtualnie się spotykają. Chwała jej za to.

Ona naprawdę chce dobrze.
W patchworkowym systemie taka osoba odgrywa doniosłą rolę kleju, nici i agrafki. Każdy może do niej przyjść, bo wie, że spotka się z miłym przyjęciem, a ona pozostanie bezstronna. Może też odgrywać rolę rodzinnej skrzynki pocztowej i przekazywać skłóconym stronom ważne informacje. Po jakimś czasie dzielna babcia będzie mogła zrobić krok dalej i skrzyknąć wszystkich członków skłóconego patchworku w jedno miejsce, na przykład przy okazji swoich jubileuszowych urodzin, informując ich o tym, że to jest jej święto, więc zaprasza wszystkich, których kocha, i prosi o to, by wszelkie konflikty na ten czas zawiesić, tak jak kiedyś w dobrej przeszłości ustawały wojny, gdy trwała olimpiada.

Święta są szczególnie ważne dla dzieci, które potem całe życie pamiętają Świętego Mikołaja, choinkę. Więc choćby ze względu na nie dobrze jest zadbać o atmosferę tych dni – pozytywną, przesyconą dobrymi emocjami. O czym jeszcze pamiętać, przygotowując święta?
Boże Narodzenie to dla patchworkowego systemu doskonała okazja i zarazem trudny sprawdzian tego, czy przestrzegana jest w praktyce święta zasada wszelkich patchworków: wszystkie dzieci są nasze. Praktyczna troska o sprostanie tej zasadzie może sprawić, że same święta przestaną być tylko rodzinnym rytuałem objadania się i obdarowywania prezentami, ale ujawnią swój głęboki duchowy wymiar. Bo święta zapraszają każdego do „królestwa nie z tego świata”, czyli do takiego wymiaru istnienia, w którym jednoczą się przeciwieństwa, zasypywane są przepaści dzielące zantagonizowane strony. Gdzie wszystko ujawnia swoją świętą, wspólną z całym istnieniem prawdziwą naturę, gdzie w jednolitej świetlistej przestrzeni rządzą: miłość, szacunek i cisza. A z tego punktu widzenia chciwość, nienawiść, konflikty, resentymenty i wojny jawią się jako wielka, przerażająca egzystencjalna pomyłka i strata czasu. Patchworkowa rodzina jest z pewnością trudniejszą, a przez to lepszą okazją do praktykowania świętości niż stawianie na wigilijnym stole pustego talerza dla symbolicznego zbłąkanego wędrowca. Więc jeśli dojrzali dorośli chcą udzielić patchworkowym dzieciom ważnej duchowej lekcji, to święta Bożego Narodzenia są do tego doskonałą okazją. Będzie się do czego odwoływać przez całą resztę roku.

Gdybyśmy jeszcze mimo konfliktów potrafili spektakularnie przebaczyć sobie nawzajem przy dzieciach, to byłaby dopiero lekcja. 
O tak. Sam fakt, że ludzie podchodzą do siebie i składają sobie dobre życzenia, chociaż jeszcze dzień wcześniej sobie złorzeczyli, to wspaniała nauka dla wszystkich, a szczególnie dla dzieci. Ale nie tylko nauka. Także chwila zasłużonego wytchnienia. Bo dla dzieci najważniejszą wartością i najlepszą glebą do wzrastania jest bezpieczna, harmonijna, spójna społeczność, której członkowie odnoszą się do siebie z szacunkiem i miłością.

Wszystkie niezałatwione problemy i relacje, których rodzina patchworkowa nie przerobiła, wylewają się zwykle „na świąteczny stół”. (Ilustr. Tomasz Wawer) Wszystkie niezałatwione problemy i relacje, których rodzina patchworkowa nie przerobiła, wylewają się zwykle „na świąteczny stół”. (Ilustr. Tomasz Wawer)

Marzeniem dziecka z rozbitej rodziny jest to, żeby mama była z tatą, nawet jeśli nie na zawsze, to chociaż w święta. Czy wspólny wyjazd rozwiedzionych rodziców z ich dziećmi to dobry pomysł?
Pomysł bardzo dobry, ale przy innych okazjach niż święta. W patchworkowej rodzinie dorośli często mają dzieci z dwoma, a nawet z trzema partnerami. Jak te rodziny obsłużyć w kilka dni świąt? Widziałem wielu ojców i wiele matek, którzy z obłędem w oczach starali się pojawić w ciągu kilku godzin na dwóch albo trzech wigiliach w oddalonych od siebie miejscach, wszędzie pozostawiając za sobą żal i zniecierpliwienie. To nie ma sensu. Lepiej organizować wspólnie z innymi chętnymi z tego samego systemu duże rodzinne spędy wigilijne. Natomiast wyjazdy rodziców z biologicznymi dziećmi w uroczystej, świątecznej atmosferze, z dekoracjami mogłyby dawać wspólnym dzieciom nadzieję, że ich rodzice będą znowu razem.

A spotkanie świąteczne obu zwaśnionych rodzin w którymś z domów?
W sytuacjach konfliktu powinni raczej spotkać się na neutralnym gruncie.

Dlaczego?
Jeśli ludzie, którzy niedawno się rozstali, spotykają się w domu, który przesiąknięty jest wspólnymi przeżyciami, a każdy jego fragment jest jakby pamiątką w muzeum ich wspólnej przeszłości i przywołuje jakieś wspomnienia, to trudno się w nim racjonalnie porozumiewać w sprawach bieżących i przyszłych.

Znajoma rozwódka, która ma w miarę poprawne stosunki z byłym mężem i jego żoną, nie chce ich zapraszać ani odwiedzać, a tym bardziej organizować wspólnych świąt, bo obawia się zmiany status quo.
Dorośli i odpowiedzialni ludzie, którym przyszło żyć w patchworkowym systemie, powinni podejmować decyzje służące porozumieniu i zgodzie, a nie jątrzeniu. Skoro patchworkowa rodzina jest faktem, to róbmy wszystko, żeby wykorzystać jej potencjał. Budujmy, a nie dzielmy, troszczmy się o część wspólną, a nie bójmy się na zapas. Nie traktujmy patchworku jako dopustu bożego czy tragedii, którą będziemy się nieustannie karmić i którą będziemy celebrować do końca życia. Egoistyczna troska o status quo swojego zakątka prędzej czy później się zemści. Przetrwanie patchworku w ogromnej mierze zależy od tego, jak szybko dorośli zdadzą sobie sprawę z tego, że wszystko jest w nim ze sobą powiązane.

Owa kobieta zakłada, że jeśli spotka się z rodziną byłego, to odżyją urazy.
Jeśli unikamy kontaktów, to siłą rzeczy komunikujemy się w sprawach błahych i nudnych, a tak naprawdę tracimy czas i potencjał, jaki drzemie w głębinach patchworkowego oceanu. Więc przy każdej okazji, zamiast marzyć o na zawsze minionym status quo, zróbmy cokolwiek, aby wzmacniać patchworkowe szwy.

Może zaapelujemy do patchworków – dajcie się zainspirować świętom!
Apelujemy: wykorzystujcie je do tego, żeby przełamać niechęć, wrogość, urazy. Róbcie to dla siebie i dla wszystkich patchworkowych dzieci. Dajcie im przykład, jak układać relacje mimo trudnej przeszłości.

Czy są jakieś przeciwwskazania do wspólnych świąt rozwiedzionych partnerów?
Jeśli mamy spotykać się po to, żeby się kłócić, a przy okazji ranić uczucia naszych dzieci, to lepiej się nie spotykać. Święta są okazją do propagowania dobrych uczuć i dobrych życzeń. Jakże są teraz deficytowe.

A do obdarowywania się prezentami?
Dobrze jest zachować w tym umiar. Najwspanialszymi prezentami dla patchworkowych dzieci są dojrzałe i mądre zachowania dorosłych, szczególnie te objawiające się w przekraczaniu negatywnych uczuć i postaw wobec byłych partnerów, byłych teściów, zięciów czy synowych. Gdy dziecko widzi, że dorośli, których kocha, trudzą się, by przełamać urazy i żale, bo chcą zbudować nową, bezpieczną społeczność rodzinną, to mu serce rośnie i dusza się śmieje. Ono nie chce się truć złymi emocjami i nastawieniami rodziców. Superprezentem w obecnych czasach są czas i uwaga, które poświęcamy drugiej osobie.

O czym jeszcze pamiętać przy okazji świętowania?
Żeby to nie był prosty rytuał. Żeby nie przedobrzyć, czyli pamiętać o zasadzie, że nasza wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka. Na przykład chcę kogoś uściskać i przytulić, ale wiem lub czuję, że ta osoba tego nie lubi. Trzeba to uszanować. Albo mam przemożną chęć zadania jej pytania, bo chcę zaspokoić swoją ciekawość, a ona wyraźnie się krępuje albo daje sygnał, że nie ma ochoty poruszać tego tematu. No to nie pytam, wycofuję się, ewentualnie przepraszam. W psychologii nazywa się to szanowaniem granic drugiej osoby. W dodatku dzisiaj powinniśmy też uważać na rozmowę o poglądach.

Nie tylko w rodzinach patchworkowych lepiej chyba nie poruszać tematów politycznych?
Poruszać można, ale bezpiecznie jest ograniczać się do wypowiadania swoich poglądów, nie atakując przekonań drugiej osoby. Unikać fraz takich jak: „w przeciwieństwie do ciebie”, „nie zgadzam się...”, „twoje poglądy są…”, „jak można tak…” itp. Każdy z nas ma prawo do własnych sądów. Nie należy próbować zmieniać zdania innych, bo to tylko wzbudzi opór.

Co robić, żeby zapobiec kłótni na tym tle?
Zacząć trzeba od wysłuchania i zrozumienia tego, co usłyszeliśmy. Dopiero potem można zastanowić się, czy ktoś chce być przekonany do innego poglądu, czy forsując swoje zdanie, nie naruszam granicy jego wolności.

Dobrze jest wykrzesać z siebie ciekawość tego, co ktoś myśli.
Ciekawość tego, co ktoś ma do powiedzenia, pomaga zrozumieć siebie nawzajem, a o to chodzi w rozmowie. W dyskusjach o poglądach najpierw jedna osoba przedstawia swoje zdanie, potem druga, następnie pierwsza dzieli się wątpliwościami co do przekonań oponenta, potem robi to druga.

Tylko trzeba się zdobyć na intelektualny wysiłek.
Także emocjonalny. Aby taka rozmowa była możliwa, muszą się postarać obie strony. Prowadząc w ten sposób dyskusję, szukamy pomostów i wzajemnego zrozumienia, nie zamykamy się w swoim jedynie słusznym widzeniu świata. Otwarta postawa w patchworkowych rodzinach to jeden z podstawowych warunków ich przetrwania, bo różnorodność poglądów, wyznań, stylów życia itd. bywa w patchworku ogromna. W klasycznych rodzinach tak się dobieramy, żeby w sprawach światopoglądowych za bardzo nie iskrzyło, ale w patchworkach ta kwestia zupełnie wymyka się spod kontroli. To może dotyczyć również poglądów w sprawie sposobu obchodzenia świąt.

  1. Zwierciadło

Czy prezent daje więcej radości obdarowanemu czy darczyńcy?

Komu prezenty sprawiają największą radość? (fot. iStock)
Komu prezenty sprawiają największą radość? (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Wolimy dawać prezenty czy je otrzymywać? Czy istnieje prezent uniwersalny odpowiedni dla każdego? O naszych problemach, wyborach i motywacjach związanych z obdarowywaniem bliskich mówi dr Ewa Jarczewska-Gerc, psycholog społeczny z Uniwersytetu SWPS.

Zróżnicowanie preferencji, upodobań, gustów, marzeń i potrzeb sprawia, że znalezienie idealnego prezentu pasującego do każdego wydaje się niemożliwe. Zadanie to staje się jeszcze trudniejsze, gdy weźmiemy pod uwagę realia względnego dobrobytu, które pozwalają zaspokoić znaczącą większość ważnych życiowych potrzeb. Prezenty, które przekazujemy sobie z okazji świąt Bożego Narodzenia, w coraz większym stopniu przestają pełnić funkcję uzupełniającą stan gospodarstwa domowego i stosunkowo rzadko służą wspieraniu rodzinnego budżetu.

W czasach, gdy większość towarów jest łatwo dostępna, dobrem, którego brak odczuwamy coraz mocniej staje się bliskość i uwaga. Doświadczamy deficytów dotyczących przede wszystkim dostrzegalnych wymiarów pozytywnych uczuć takich jak dotyk, przytulenie, możliwość bycia razem i spędzania ze sobą czasu. Oczywiście wiele osób ma konkretne pragnienia dotyczące np. nowego modelu telefonu czy torebki, jednak niejednokrotnie w toku rozmowy o rzeczywistych potrzebach okazuje się, że o wiele lepszym pomysłem na prezent będzie wspólny bilet do kina, wyjazd lub spacer. Również dzieci warto wcześniej zapytać jakiego rodzaju prezenty niepochodzące ze sklepów chciałaby otrzymać. Kolejnym krokiem może być sporządzenie listy tego rodzaju podarunków i ustalenie, które z nich są dla córki lub syna najważniejsze i dlaczego.

Otrzymywanie prezentu często wiąże się z uczuciem radości u osoby obdarowanej. Jednak wyniki badania przeprowadzone przez psycholog Larę Aknin z Simon Fraser University w Kanadzie jednoznacznie wskazują, że w sytuacji, gdy dochodzi do wręczenia prezentu, o wiele większego zadowolenia doświadczają wręczający podarunek. W celu zbadania poziomu satysfakcji obu grup, badaczka przeanalizowała wyniki Światowego Sondażu Gallupa przeprowadzonego w latach 2006 – 2008 na próbie 234 917 osób reprezentujących 120 państw. Wyniki otrzymane przez jej zespół wskazują, że niezależnie od regionu, pochodzenia i posiadanych dochodów, samopoczucie badanych było lepsze, gdy przeznaczali swoje pieniądze na potrzeby innych, a nie zaś na własne.

Choć nie wydaje się to oczywiste, radość z otrzymanego prezentu może łatwo zastąpić przykrość, jeśli podarunek przewyższa możliwości finansowe osoby obdarowanej. Efekt ten wynika m.in. z silnie zakorzenionej w życiu społecznym reguły wzajemności. W sytuacji, gdy otrzymujemy zbyt drogi podarunek odczuwamy dyskomfort i napięcie związane z kulturową zasadą odwdzięczenia się ofiarodawcy równie wartościowym prezentem. Pojawia się poczucie winy i uczucie przykrości wynikające z faktu, że nie stać nas na równie drogi dar.

Nietrafiony prezent wyzwala innego rodzaju reakcje i wiąże się przede wszystkim z ujawnionym lub zatajonym niezadowoleniem. Do pewnego wieku najmłodsi odbiorcy prezentów świątecznych, nie kryją się z wyrażaniem emocji i opinii, gdy podarunki nie spełniają ich oczekiwań lub są zupełnie inne niż te opisane w liście do Świętego Mikołaja. Z czasem jednak dzieci przyswajają zasady życia społecznego w tym zakresie i uczą się ukrywania uczucia zawodu lub niechęci. To na ile dorośli decydują się na ujawnienie prawdziwych uczuć w sytuacji otrzymywania niechcianego prezentu, zależy od rodzaju relacji z ofiarodawcą.

Najtrudniej tego rodzaju sytuacje znoszą osoby, które łączy silna więź oraz przekonanie o znajomości gustów np. matki i córki. Rozczarowanie spotyka zarówno matki, które są pewne swoich wyborów gwiazdkowych dotyczących np. odzieży, biżuterii dla córek, jak i córki, które były pewne, że ich podarunki z pewnością ucieszą mamy. Złotym środkiem pomiędzy bezpośrednią krytyką nietrafionego prezentu, a radością pokrywającą niezadowolenie jest dyplomacja. Warto zadbać o to, aby pozostać w zgodzie z własnymi odczuciami, a jednocześnie wyrażać je z szacunkiem wobec dobrych chęci i intencji ofiarodawcy. Zawsze warto dziękować, jak również nadmienić, że w razie czego, następnym razem, służymy pomocą w zakresie wyboru wymarzonego prezentu.

W przypadku problemów z podjęciem decyzji odnośnie prezentu świątecznego, wybierzmy to, co najlepiej wyraża naszą miłość do drugiej osoby. Postarajmy się ofiarować innym ciepło, bliskość, zrozumienie i akceptację – tego rodzaju prezenty nigdy nie wychodzą z mody, pasują do każdego. Okazujmy sobie miłość, nie tylko na Święta ale każdego dnia.

Dr Ewa Jarczewska-Gerc zajmuje się psychologią motywacji, efektywnością i wytrwałością w działaniu oraz symulacjami mentalnymi (materiały prasowe Uniwersytet SWPS).