1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Felieton Hanny Samson: Kobiety są solidarne!

Felieton Hanny Samson: Kobiety są solidarne!

fot.123rf
fot.123rf
Mam dość krytykowania kobiet! Zawsze coś w nas nie tak. Jak nie jesteśmy za grube, to za mało solidarne. Ejże! Kobiety są w porządku! Nie zgadzacie się? Wolę wzbudzać kontrowersje, niż utrwalać stereotypy. Zwłaszcza te, które nam nie służą.

Pisałam już o tym, ale sytuacja ciągle się powtarza. Niemal na każdym warsztacie, w którym biorą udział same kobiety, przynajmniej jedna z nich stwierdza na koniec:

– Nie wiedziałam, że kobiety są takie fajne!

Czy każda z nas musi to odkrywać na własną rękę? Nie możemy sobie tego w końcu przekazać, skoro dla wielu z nas nie jest to już tajemnicą? Kobiety są super! Potrafią się wspierać i być solidarne. Jasne, że od tej reguły są wyjątki. Jak od każdej. I szkoda, by przesłaniały nam rzeczywistość. Solidarność kobiet nie tylko ma sens, ale naprawdę istnieje. Gdyby nie ona, nie byłybyśmy tu, gdzie jesteśmy.

Weźmy kilka przykładów z książki Marii Boguckiej „Gorsza płeć. Kobieta w dziejach Europy od antyku po wiek XXI”:

– W 1968 roku z okazji wyboru Miss Ameryki kobiety rozpoczęły demonstracje przeciwko przedmiotowemu traktowaniu kobiety jako obiektu seksualnego. Publicznie paliły biustonosze, kosmetyki, lokówki, w Waszyngtonie na cmentarzu Arlington odprawiły uroczysty pogrzeb „tradycyjnej kobiecości”. Wielu z nas wydaje się to głupie, ale dzięki temu możemy dziś protestować przeciwko seksistowskim reklamom czy molestowaniu w pracy, bo ruchy kobiece zmieniły nie tylko sposób traktowania kobiet, ale i prawo.

– W Danii kobiety zaczęły demonstracyjnie płacić tylko 80 proc. ceny biletu za przejazd autobusem, ponieważ tyle wynosiła płaca kobiety w stosunku do płacy mężczyzny.

– W Paryżu kobiety złożyły na grobie nieznanego żołnierza pod Łukiem Triumfalnym wieniec z napisem „Nieznanej żonie nieznanego żołnierza”.

– Od 1972 roku w wielu krajach kobiety zaczęły kampanię na rzecz opłacania przez państwo pracy domowej kobiet, objęcia jej ubezpieczeniami i emeryturami.

– Na terenie całej Europy rozwijał się ruch samopomocowy kobiet, w ramach którego tworzono domy opieki dla kobiet doświadczających przemocy w rodzinie, telefony zaufania dla ofiar gwałtu, ułatwiające im chociażby uzyskanie pomocy prawnej czy psychologicznej, powstawały też grupy samokształceniowe kobiet, na których omawiano sytuację kobiet i ich prawa.

To tylko kilka kobiecych działań z drugiej połowy XX wieku wybranych na chybił trafił. Nie chcę przedstawiać historii feminizmu, chodzi mi jedynie o pokazanie, że kobiety są zdolne do solidarnościowych zrywów i długofalowego działania na rzecz przedstawicielek swojej płci.

Na mniejszą skalę doświadczamy tego niemal codziennie. Weźmy osoby chore, starsze i samotne, które nie są w stanie wychodzić z domu. Znacie takie? Na pewno jakaś jest w pobliżu, choć jej nie widać. I żyje dzięki temu, że obok mieszkają kobiety, które zrobią jej zakupy, coś ugotują, zadbają. Dlaczego to robią? Jest wiele powodów: empatia, rozumienie sytuacji, poczucie odpowiedzialności, nakazy moralne, tak czy inaczej zwykle jest to dowód kobiecej solidarności.

Niedawno znalazłam swój artykuł o kobiecej przyjaźni, napisałam go osiemnaście lat temu. Wspominam w nim o wypadku, który miałyśmy razem z córką, wjechał w nas samochód na przejściu dla pieszych. Już na etapie szpitala pomoc koleżanki sprawiła, że szybciej wróciłyśmy do domu. A potem jeszcze bardziej doceniłam kobiety. Byłam cała, ale poruszałam się z trudem i z bólem, za to już od pierwszego dnia zaczęli do mnie wpadać znajomi. Wiadomo, chorą trzeba odwiedzić. Najpierw pojawił się mój przyjaciel z kwiatami, głodny jak wilk. Powlekłam się do kuchni, żeby mu przygotować coś do jedzenia. Potem kolega z pracy przyniósł kwiaty. Nie chciał robić kłopotu, więc zadowolił się herbatą. Mój ówczesny narzeczony wyrwał się z pracy na chwilę, wpadł jak burza, oczywiście z kwiatami, szybko coś przekąsił i wybiegł. Kwiatów miałam coraz więcej, za to zapasów w lodówce ubywało. Wieczorem przyszła moja przyjaciółka. Bez kwiatów, ale z siatami.

– Ugotuję barszcz, będzie na dwa dni. Kotlety sojowe będziecie miały na jutro, a teraz zrobię wam sałatkę – mówiła, krzątając się po kuchni. – Tu masz jabłka, banany i coś dla gości, bo pewnie cię będą odwiedzać.

Odwiedzali. Wpadali raz albo dwa, a ona była codziennie i zajmowała się przyziemnymi sprawami. Kobieca przyjaźń, solidarność i wsparcie niejednokrotnie pomagają przeżyć.

Na ostatnich warsztatach cztery grupy kobiet rozmawiały o tym, co kobieta powinna, a czego nie powinna robić. I w każdej z grup znalazła się osoba oceniająca surowo inne kobiety. Odbierająca im prawo do wychodzenia poza wzorzec kobiecości. Irytujące, ale zrozumiałe. Żyjemy w patriarchacie. Wciąż jesteśmy wychowywane tak, aby się do niego nie tylko dostosować, lecz wręcz stać na jego straży. Pilnujemy siebie i innych, by za bardzo się nie wyłamywały. To podstawa do tego, żeby solidaryzować się z mężczyznami, a nie z kobietami. Kobiety przez wieki rywalizowały ze sobą o męskie względy, bo od mężczyzny zależało, jakie będzie ich życie. Każda grupa zdominowana stara się wedrzeć w łaski grupy dominującej, nic dziwnego, że i my nie jesteśmy od tego wolne. W sferze zawodowej nadal lepiej jest trzymać z mężczyznami, bo to oni sprawują władzę. Stąd „syndrom wciąganej drabinki”. Skoro weszłam wysoko, mogłabym wykorzystać swoje wpływy, żeby pomóc innym kobietom. Ale nie! Lepiej wciągnę drabinkę i nie pozwolę innym się wdrapać. Dzięki temu będę wyjątkowa i pozbawiona rywalek! Ta pokusa nadal istnieje i daje o sobie znać, ale coraz rzadziej. I coraz więcej jest kobiet, które wspierają inne również w sferze zawodowej.

Przyjaźń singielek często się rozpada, gdy jedna z nich znajduje partnera. Nie ma już głowy do spotkań z przyjaciółką. Ale co się dziwić? To znów efekt życia w patriarchacie. Pamiętacie te wszystkie bajki, którymi byłyśmy karmione? Zjawia się książę i tylko on się liczy. Powoli jednak wyrastamy z bajek i potrafimy docenić kobiecą przyjaźń, lojalność oraz wspólne działanie. Solidarność kobiet to siła, która zmieniła świat i nadal go zmienia.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Wrażliwość w pracy. Czy osoba wrażliwa może zrobić karierę?

Osoby wrażliwe, introwertyczne i nieśmiałe też mogą być dobrymi pracownikami. (Fot. Getty Images)
Osoby wrażliwe, introwertyczne i nieśmiałe też mogą być dobrymi pracownikami. (Fot. Getty Images)
Czy ktoś, kto woli towarzystwo drzew od ludzi, a ciszę od zgiełku rozmów, może zostać cenionym pracownikiem? Czy ktoś, kto bardziej niż logiką kieruje się intuicją, a empatię przedkłada nad rywalizację, może zrobić karierę? Tak! Pod warunkiem że uwierzy w siebie i pokaże się światu.

Dar odczuwania emocji innych ludzi, introwertyzm, nieśmiałość, intuicyjne myślenie, innowacyjna kreatywność – mogą przeszkadzać w miejscu pracy. Zwłaszcza w takim, w którym przede wszystkim liczy się wydajność, dostosowanie do sztywnych reguł i rywalizacja. Inteligencja emocjonalna, którą odznaczają się wrażliwcy, rzadko idzie w parze z bezwzględnością czy umiejętnością przepychania się łokciami. Empatia, paradoksalnie, może utrudniać zawodowe relacje, w których nie zawsze chodzi o autentyczność i głęboką więź. Nieśmiałość staje się problemem, gdy na zebraniu trzeba zabrać głos, przedstawić swoje pomysły. W konsekwencji wrażliwiec czuje się niepewny siebie i ma wrażenie niedostosowania. Bywa, że odczuwa bezsilność i bardzo boi się, że sobie nie poradzi, chociaż drzemią w nim pokłady niecodziennej kreatywności.

To nie słabość

Postrzeganie wrażliwości jako słabości jest powszechnie akceptowanym i najniebezpieczniejszym mitem – twierdzi dr Brene Brown, amerykańska naukowiec i autorka książek na ten temat. Uważa ona, że wrażliwość nie jest ani dobra, ani zła. To rdzeń wszystkich emocji i uczuć. Czuć to znaczy być wrażliwym. Jeśli wierzymy, że wrażliwość jest słabością, to uznajemy, że słabością jest uczucie. A jeśli odcinamy się od naszego życia emocjonalnego ze strachu, że koszt będzie zbyt wysoki, to oddalamy się od tego, co nadaje życiu cel i sens. W sferze zawodowej przejawia się to tym, że nie wychylamy się, siedzimy w kącie, wykonujemy czyjeś polecenia. Żyjemy w wycofaniu, tracąc siły witalne. I w ten sposób szybko stajemy się ofiarą. Współpracowników i własnej frustracji. Bo naturalna nietuzinkowa kreatywność osób wysoce wrażliwych nie może znaleźć ujścia.

Wrażliwcy nie mogą zrealizować swojego potencjału, jeśli w ich firmie:

  • obawa przed ośmieszeniem i lekceważeniem jest wykorzystywana do zarządzania ludźmi bądź ich dyscyplinowania,
  • poczucie własnej wartości powiązane jest z produktywnością,
  • obwinianie i wytykanie palcem stanowią normę,
  • poniżanie jest na porządku dziennym,
  • istnieje ciągłe porównywanie i ustawianie ludzi w rankingu,
  • kreatywność jest tłumiona,
  • ludzie traktowani są bardziej według ograniczonego standardu niż nagradzani według nakładu pracy,
  • istnieje jedna forma talentu wykorzystywana jako miara wartości ogółu,
  • pracownicy obawiają się podejmowania ryzyka i wypróbowywania nowych rozwiązań,
  • łatwiej jest zachować milczenie, niż dzielić się doświadczeniami i pomysłami z innymi,
  • można odnieść wrażenie, że tak naprawdę nikt nikogo nie słucha i nikt na nikogo nie zwraca uwagi.

Potęga odwagi

Odrzucenie wrażliwości często wynika z tego, że kojarzymy ją z negatywnymi emocjami, takimi jak: lęk, wstyd, żal, smutek czy rozczarowanie. To emocje, o których nie chcemy mówić ani tym bardziej ich czuć, nawet wtedy, gdy mają one wielki wpływ na to, jak pracujemy.

Doktor Brene Brown doszła do wniosku, że wrażliwość jest również źródłem emocjonalnych doświadczeń, których pragniemy. Ta prawda zupełnie zmienia spojrzenie na wrażliwość myloną ze słabością. Wrażliwość to miejsce narodzin miłości, poczucia przynależności, radości, wielkiej odwagi i kreatywności. To źródło nadziei, empatii, odpowiedzialności, autentyczności. Przy tym Brene Brown definiuje wrażliwość jako niepewność, ryzyko i narażanie na zranienie własnych emocji. Zatem jeśli chcemy być bardziej odważni, musimy być bardziej wrażliwi. Tym samym wrażliwość wymaga odwagi. Potrzebujemy jej, by się otworzyć, odsłonić ze swoimi pomysłami, pragnieniem bliskiego kontaktu czy otrzymania wsparcia.

Dzielenie się wytworami naszej twórczości może być trudne. Ale odkrycie się jest podstawą życia pełnego zaangażowania. Pierwszym krokiem do niego jest zaprzestanie łączenia poczucia własnej wartości z tym, jak nasza praca odbierana jest przez innych. Inaczej albo będziemy unikać ujawniania najgłębszych pokładów swojej kreatywności i wychodzenia poza przeciętność (z lęku przed zranieniem), albo za każdym razem, kiedy odbiór naszej pracy nie spełni naszych oczekiwań, poczujemy się zdławieni, co przełoży się na z gruntu złe przekonanie o tym, że jesteśmy beznadziejni. W jednym i drugim przypadku ze wstydu zamkniemy się w sobie. No właśnie – wstyd. Brene Brown twierdzi, że odczuwanie wstydu świadczy o wrażliwości. Jest wpisane w jej pakiet. Jednocześnie wstyd jest sekretnym zabójcą innowacji. Za każdym razem, gdy zachowujemy dla siebie jakiś nowy pomysł, nie dostarczamy ważnej informacji czy nie zabieramy głosu w ważnej dla nas sprawie, wstyd odgrywa istotną rolę. Kryje się za nim lęk przed pomyłką, poniżeniem, czuciem się gorszym od innych. Wstyd staje się lękiem. A lęk skutkuje unikaniem ryzyka. Awersja do ryzyka z kolei zabija innowacyjność – i tutaj koło się zamyka. Wniosek: bycie wrażliwym, rozumiane jako wykazywanie się wielką odwagą, wymaga ugruntowanego poczucia własnej wartości.

Od wstydu do empatii

Jak znaleźć w sobie odwagę, by się otworzyć? Przeciwstawić się wstydowi, bo całkowita odporność na wstyd nie jest możliwa. Przeciwstawianie polega na przebyciu drogi od wstydu do empatii. Wstyd nie przetrwa, kiedy podzielimy się swoją historią z kimś, kto wykaże wobec nas zrozumienie. Zaakceptuje, że serce bije ci jak oszalałe, kiedy masz odezwać się w obecności szefa. Zrozumie, że agresywna koleżanka z pracy zabiera ci siły, i udzieli wsparcia na wieść o tym, że w szufladzie trzymasz naprawdę fajne projekty, ale boisz się je ujawnić. Równie istotne jest współczucie wobec siebie. Dlatego warto jest mówić do siebie w taki sposób, w jaki przemawialibyśmy do ukochanej osoby, którą chcielibyśmy pocieszyć w trudnej chwili.

Na przykład: „Wszystko w porządku, jesteś tylko człowiekiem, wszyscy popełniamy błędy”. Gdy w obliczu wstydu potrafimy być łagodni dla siebie, łatwiej będzie nam poprosić o pomoc, nawiązać więź, doświadczyć empatii od kogoś życzliwego.

Gdy czujesz, że wstyd cię paraliżuje, podejmij poniższe kroki:

  • Rozpoznaj fizyczne oznaki świadczące o tym, że znajdujesz się w tunelu wstydu. Pomyśl, co go wywołuje – jakie komunikaty i oczekiwania kierowane do ciebie?
  • Skonfrontuj wyzwalacze wstydu z rzeczywistością. Czy są realistyczne, uchwytne? Czy wiążą się z tym, kim chcesz być, albo z tym, czego inni ludzie potrzebują bądź chcą od ciebie?
  • Wyjdź do ludzi. Czy czujesz siłę, żeby podzielić się swoją historią? Nie doświadczysz empatii, jeśli nie nawiążesz kontaktu z innymi ludźmi, nie opowiesz im o sobie.
  • Mów o swoich uczuciach. Czy informujesz o tym, jak się czujesz, i prosisz o to, czego potrzebujesz? Podziel się swoimi uczuciami z kimś, kto cię akceptuje, nie mimo twojej podatności na zranienie, lecz właśnie z jej powodu.
Przeciwstawiając się w ten sposób trudnym uczuciom, chronimy łączność z samymi sobą i z ludźmi, na których nam zależy. Nasz mózg zaczyna inaczej działać: wygrywa kora przedczołowa odpowiedzialna za myślenie, analizowanie i tworzenie, a nie prymitywna część mózgu z lęku popychająca do walki lub ucieczki. Weźmy odpowiedzialność za historie, które nam się wydarzają z powodu naszej wrażliwości. Przyjmijmy fakty. Dopiero kiedy to się stanie, możemy być narratorami ich zakończenia. Jak powiedział Carl Jung: „Nie jestem tym, co mi się przydarzyło. Jestem tym, kim postanowiłem się stać”.

Zobacz 10 wskazówek jak pielęgnować swoją wrażliwość, nie tylko w pracy

  1. Psychologia

"Wyrzuciła mnie ze swojego życia", czyli co się stało z naszą przyjaźnią

Dwie przyjaciółki nagle zaczyna coś dzielić. Jedna z nich wchodzi w nowy etap życia i nie ma już czasu dla drugiej. (Fot. iStock)
Dwie przyjaciółki nagle zaczyna coś dzielić. Jedna z nich wchodzi w nowy etap życia i nie ma już czasu dla drugiej. (Fot. iStock)
Dwie najlepsze przyjaciółki od dziecięcych lat nagle zaczyna coś dzielić. Jedna z nich urodziła dziecko i nie ma już czasu dla drugiej. A może to ta druga nie rozumie problemów młodej mamy? Ewa Klepacka-Gryz przygląda się przypadkowi Basi i zastanawia, czy wejście w nowy etap życia musi oznaczać koniec przyjaźni.

Basia przyszła na tamtą sesję, jak stwierdziła: „w sprawie przyjaciółki”. – Dlaczego nie przyszła twoja przyjaciółka? – to było pierwsze pytanie, które jej zadałam. Chyba ją nieco zezłościło, bo popatrzyła na mnie wrogo i powiedziała: – Tylko mi nie tłumacz, że młodej matce jest trudno i że powinnam być dla niej wyrozumiała i takie tam...

Zanim na dobre zaczęłyśmy sesję, wiedziałam, że chodzi o przyjaciółkę i że ta przyjaciółka niedawno urodziła dziecko. Przede wszystkim jednak musiałam ustalić z Basią, na czym polega jej problem związany ze „sprawą przyjaciółki”.

Krok 1. Przekonujemy się, że po to, by nazwać problem, najpierw trzeba dać miejsce emocjom

Bardzo często pacjenci przed zapisaniem się na sesję pytają, czy mogą przyjść w sprawie ludzi dla nich ważnych: partnera, który ma depresję, ale sam na pewno do terapeuty nie przyjdzie; ojca uzależnionego od alkoholu, który twierdzi, że jeśli zechce, to przestanie pić; przyjaciółki, szefowej z pracy itp. Odpowiadam że oczywiście, ale pod warunkiem że będziemy zajmować się problemem osoby, która do mnie przychodzi, wynikającym z relacji z owym osobnikiem „od sprawy”, a nie nieobecnym.

Załóżmy, że twój partner ma depresję – z pewnością zaocznie go nie wyleczę, podobnie jak nie sprawię, by twój ojciec przestał pić albo przyjaciółka „się naprawiła”, ale możemy zająć się twoimi emocjami związanymi z depresją, uzależnieniem czy kryzysem kogoś, kto jest dla ciebie ważny czy w relacji z kim masz kłopot. Żeby to zrobić, będziemy zajmować się tobą i tylko tobą, a nie osobą, której na sesji nie ma. Brzmi nieskomplikowanie, ale zrozumienie i zaakceptowanie tego zajmuje pacjentom sporo czasu.

Również wytłumaczenie tego Basi chwilę potrwało. W pewnym momencie przypomniałam sobie jedno z pierwszych jej zastrzeżeń, żebym nie tłumaczyła, że przyjaciółce jest trudno. Postanowiłam to wykorzystać. – Najważniejsze jest to, żebyś w pełni czuła, że przyszłaś tu dla siebie i w swojej sprawie, a nie w sprawie przyjaciółki. Czy możemy dla jasności zdefiniować twój problem? – Ja nie mam problemu, to jej coś się stało po urodzeniu dziecka. – Jednak to nie ona zgłosiła się do mnie po pomoc – mówię.

Dochodzę do wniosku, że Basia jest tak obrażona na przyjaciółkę, że na razie jest w stanie głównie żalić się i narzekać. Już kilka razy próbowała mi opowiedzieć o jej „przewinieniach”, a ja celowo to przerywałam, bo monolog z cierpiącego kawałka duszy jedynie obniża napięcie emocjonalne. I kiedy pacjent już się wyżali i „upuści” trochę tzw. negatywnych emocji, zwykle uznaje problem za rozwiązany i nie ma motywacji, by zająć się tym, jak w przyszłości uniknąć podobnych sytuacji.

Czuję, że bazując jedynie na dialogu, nie posuniemy się ani o krok. Stawiam więc przed Basią dwie drewniane figurki z ruchomymi stawami i mówię: – To ty i twoja przyjaciółka. Jak ona ma na imię? – Matka Polka – odburkuje Basia. – Bardzo jesteś na nią zła i tym właśnie możemy się zająć. – Każdy na moim miejscu byłby zły, ja nic złego nie zrobiłam. – Basiu, ustaw te dwie figurki tak, jak twoim zdaniem wygląda obecnie wasza relacja. – Dla mnie to nie jest zabawa. – Wiem i nie proponuję ci zabawy, tylko ćwiczenie, dzięki któremu będzie nam łatwiej zrozumieć, co się dzieje między wami.

Basia dąsa się jeszcze przez chwilę. Dobrze wiem, że ta złość, którą pokazuje, to złość na „Matkę Polkę”, a nie na mnie. W końcu przekonuje się do ćwiczenia. Najpierw ustawia obydwie figurki naprzeciwko siebie, potem jedną z nich odwraca tyłem i pochyla do przodu, drugiej prostuje ręce w geście wyciągnięcia do przodu. Właściwie nie muszę pytać, która z figurek to ona, a która przyjaciółka. Przyjaciółka stoi tyłem w pozycji jakby pochylała się nad dzieckiem, Basia wyciąga do niej ręce, jakby próbowała ją zatrzymać.

– Popatrz, proszę, na to ustawienie i powiedz, co tu się dzieje. – Kaśka ma mnie w dupie, widać to jak na dłoni, a ja dla niej... – Zaczekaj proszę. Matka Polka odwraca się od ciebie, żeby pochylić się nad dzieckiem. Czy czujesz różnicę? – Każda matka zajmuje się swoim dzieckiem, zwłaszcza kiedy jest małe – wolno mówi Basia i widzę, że zaczyna rozumieć, o co tu chodzi, co tu się dzieje. – Może to nie Kasia cię porzuciła, tylko matka, której urodziło się małe dziecko? – Tak, wiem, ale ja nie mam nic do jej dziecka, wręcz przeciwnie; to ja ją w ciąży woziłam po lekarzach, trzymałam za głowę, kiedy rzygała nad kiblem... – Basiu, zatrzymaj się, proszę... – bardzo chcę, żeby nie koncentrowała się na szukaniu winnego, tylko próbowała zrozumieć, jak zmieniły się jej relacje z przyjaciółką.

Proponuję, żebyśmy przez chwilę pomilczały i skoncentrowały się na obserwacji oddechu.

Krok 2. Próbuję pokazać Basi, że narodziny dziecka są sprawdzianem dla przyjaźni

Przez chwilę udaje mi się utrzymać kobietę w stanie relaksu, ale nie chcę wcale powstrzymywać jej żalu, bardziej zależy mi na tym, żeby go poczuła, a nie jedynie wyrażała.

– Co czujesz do Kasi w tym momencie? – Wiesz, czasami mam ochotę rozerwać ją na strzępy, wpaść do niej do mieszkania i zabrać te wszystkie rzeczy, które dostała ode mnie w ciąży i wcześniej też. – Jesteś na nią wściekła? – Ty byś nie była? – Co jeszcze czujesz? – dopytuję. – Chcę zażądać, żeby powiedziała, dlaczego mi to robi. – Co ci robi? – Nawet nie zaprosiła mnie na pierwsze urodziny dziecka. – Naprawdę poszłabyś tam z przyjemnością czy z obowiązku? – Nie o to chodzi. Ona zaprosiła nawet tę durną Izkę, z której nieraz razem się śmiałyśmy, że kretynka rodzi czwarte dziecko kolesiowi, który przeleciał chyba jej wszystkie przyjaciółki. A teraz nie przeszkadza jej gościć ich we własnym domu. – Rozumiem, że ty nie masz dzieci? – Uważasz, że matka może przyjaźnić się tylko z innymi matkami? – Wiesz, narodziny dziecka to wielki sprawdzian dla przyjaźni – bliskie dotąd sobie kobiety stają po przeciwnej stronie barykady. – Jakiej barykady? – Ona jest po stronie matek, ty – jakbyś nazwała to miejsce po przeciwnej stronie? – Nie mam pojęcia. A jakie to ma znaczenie? Ja się nie zmieniłam, to z nią się coś stało – odburkuje znowu.

Kiedy pacjent przeżywa silne emocje, trudno jest mi się przebić. Moje pytania pozostają bez odpowiedzi, a sesja utyka w miejscu. – Dlaczego w ogóle się zaprzyjaźniłyście? – próbuję więc.

Basia zastanawia się dłuższą chwilę. Widać, że stara się przypomnieć sobie różne sytuacje z przeszłości. Chyba musiało być wiele miłych, bo jej twarz po raz pierwszy podczas naszej rozmowy łagodnieje.

– Przyjaźnimy się od podstawówki, to już kawał czasu – zaczyna opowiadać o wspólnych wypadach w góry, imprezach, wagarach... Dzięki temu jej złość na przyjaciółkę osadza się na innych, bardziej przyjaznych emocjach. – Czuję, że łączy was przyjaźń na dobre i na złe. – Chyba łączyła. Ostatni raz widziałyśmy się, kiedy mała miała dwa tygodnie, a miesiąc temu skończyła rok.

Zadziwia mnie, że tak dokładnie pamięta wiek dziecka przyjaciółki. Ta relacja naprawdę musi być dla niej ważna. – Myślisz, że w przyjaźni nie może być przerw? – pytam. – Mogą, ale za zgodą obydwu stron, a tu ona sama o tym zadecydowała, nie powiedziała, że nie ma teraz dla mnie czasu, bo musi zajmować się dzieckiem. Ona... po prostu zniknęła z mojego życia..., a może bardziej: wyrzuciła mnie ze swojego!

Tak bardzo mi żal Basi, kiedy widzę, jak łzy spływają jej po twarzy. – Mam ochotę cię teraz przytulić, widzę, że ci trudno – mówię szczerze. – Nie..., może później – widzę, jak bardzo próbuje się nie rozkleić. – Wiesz, myślę, że to Matka Polka zniknęła i może nawet nie tyle z twojego życia, ale zniknęła w swoim życiu, które jest dla niej całkiem nowe i nieznane – tłumaczę.

Krok 3. Wyjaśniam Basi zasadę dawania i brania w relacji

– Ja nie jestem nieczułą suką, która nie rozumie, jak ciężko może być młodej matce, zwłaszcza że Kaśka wychowuje córkę sama. Ten s... ją zostawił, gdy tylko dowiedział się o ciąży. To ja ją pocieszałam, utulałam, oferowałam pomoc we wszystkim, a ona... – Basiu, opowiedz, jak było, zanim Kasia zaszła w ciążę.

Jak wyglądały wasze relacje? – Normalnie, przyjaźniłyśmy się, tyle rzeczy robiłyśmy razem. Wiem, że ona nie ma teraz na to wszystko czasu. – Kiedy ostatni raz ona w czymś ci pomogła, wsparła cię?

Basia patrzy na mnie szczerze zdziwiona. – Radzę sobie sama. W moim życiu nie ma dramatów, czasami potrzebuję się wygadać, jak każdy. – Czy Kasia była dobrą słuchaczką? – No wiesz, ona zawsze ma tyle do opowiadania o swoim życiu..., a właściwie miała, bo teraz... już nie pamiętam, kiedy do mnie pierwsza zadzwoniła. – A ty? – Od urodzenia dziecka nie ma czasu odbierać telefonów albo odbiera i mówi, że później zadzwoni. A przecież ja bym nawet wysłuchała opowieści o dziecku. W końcu byłam nawet przy na- rodzinach małej... – I? – pytam. – Pierwszy raz widziałam Kaśkę taką rozanieloną. – Jesteś zazdrosna o jej córeczkę? – Skąd! Jak można być zazdrosną o dziecko?! Tylko nie rozumiem, dlaczego ma czas dla innych znajomych, wszystkich poza mną.

Próbuję jej wytłumaczyć zasadę równowagi w dawaniu i braniu, która ważna jest w każdej relacji. Chcemy, żeby było sprawiedliwie, chcemy dostawać tyle samo, ile dajemy, ale w praktyce ludzie dzielą się na tych, którzy częściej biorą, i tych, którzy częściej dają. Wygląda na to, że Kasia od zawsze więcej brała – w zamian dawała towarzystwo. Kiedy urodziła dziecko, zabrała to, co było dla Basi ważne – swoją obecność, zniknęła z jej życia. Być może w relacji z dzieckiem musi dawać tak dużo, że nie starcza dla innych.

– Ale ja nadal jestem gotowa jej dawać, wiele razy proponowałam, że pomogę jej przy małej – przerywa Basia. – Rozumiem, ale ludzie nie lubią być dłużnikami. Być może Kasia czuje, że już więcej nie chce od ciebie brać, bo nie będzie w stanie ci się zrewanżować. – Jakoś nie chce mi się wierzyć, żeby ona tak to analizowała. – To się dzieje na poziomie nieświadomym, po prostu w pewnym momencie zaczynamy unikać ludzi, którzy ostatnio zbyt wiele nam dali, co wcale nie oznacza, że tego nie doceniamy.

Być może Kasia sądzi, że tylko od innych matek może dostać to, czego teraz najbardziej potrzebuje. Może także boi się oceny Basi na temat swojego macierzyństwa. Kobiety skoncentrowane głównie na sobie zwykle gorzej radzą sobie w tej roli.

Krok 4. Robimy krótkie podsumowanie sesji

Czuję, że Basia ma w głowie jeden wielki chaos. Może jest w niej mniej trudnych emocji, ale nadal nie rozumie, dlaczego przyjaciółka ją porzuciła. – Czy czujesz, że Matka Polka i Kasia to dwie różne osoby? – pytam. – Tak, chyba tak. – Rozumiesz, że każda młoda matka przez pierwszy okres jest skoncentrowana wyłącznie na dziecku? Świat dla niej przestaje istnieć. – Oczywiście. – Czy możesz zrozumieć, że twoja przyjaciółka przez pierwszy rok życia dziecka była głównie matką? – A ja matką nie jestem, tylko tym kimś po drugiej stronie barykady. – Dokładnie tak, jesteś kimś, komu trudno będzie zrozumieć zmęczenie młodej matki, jej lęki, rozszalałe emocje, bo sama tego nie przeżyłaś. I wcale nie musisz starać się tego zrozumieć, co nie świadczy o tym, że jesteś złą przyjaciółką. – Ale czy to znaczy, że jestem jej już niepotrzebna? – A bez bycia potrzebną nie możesz się przyjaźnić?

Basia nie potrafi odpowiedzieć na to pytanie. – Ustaliłyśmy, że ty w tej relacji więcej dawałaś, a Kasia brała. Chciałabyś zmienić teraz te proporcje, chociaż na jakiś czas? – Żeby przekonać się, jak to jest?

Basi wyraźnie podoba się ten pomysł: – To co mam zrobić? – Proponuję, żebyśmy teraz tego nie wymyślały. Poczekaj, aż poczujesz, że potrzebujesz Kasi, ale nie po to, żeby coś jej dać, tylko żeby coś od niej dostać. – Nie wiem, czy tak potrafię – mówi, ale czuję, że po- doba jej się ten pomysł. Wychodząc, uśmiecha się spokojnie.

Miesiąc później dostałam od niej SMS. Pisze, że spytała przyjaciółkę, czy mogłaby ją zawieźć gdzieś swoim samochodem, bo ona chwilowo nie prowadzi auta. Kasia bardzo się ucieszyła, że wreszcie mogą się spotkać same bez dziecka. I było prawie tak jak dawniej.

Ewa Klepacka-Gryz, psycholog, terapeutka, autorka poradników psychologicznych, trenerka warsztatów rozwojowych dla kobiet.

  1. Styl Życia

Kobieca przyjaźń - najlepsza życiowa inwestycja

Kobiece więzi są instynktowne i odczuwalne niemal na poziomie organicznym. (Ilustracja: Aleksandra Morawiak)
Kobiece więzi są instynktowne i odczuwalne niemal na poziomie organicznym. (Ilustracja: Aleksandra Morawiak)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Kto zrozumie mnie lepiej niż inna kobieta? Kobiece więzi są instynktowne, odczuwane niemal na poziomie organicznym. Troską, oddaniem i szczerością możemy je tworzyć dzień po dniu, wiedząc, że to najlepsza życiowa inwestycja.

 

Zdecydowana większość z nas na pytanie, jaka relacja stanowi o jakości życia i czyni różnicę w tej jakości, odpowiada: „przyjaciółka!”. Utrata przyjaciółki często bywa trudniejszym doświadczeniem niż rozstanie z chłopakiem czy mężem. Kto zrozumie mnie lepiej niż inna kobieta? Kobiece więzi są instynktowne, odczuwane niemal na poziomie organicznym. To przyjaciółce zwierzamy się z najintymniejszych spraw. Opłakujemy straty i świętujemy zwycięstwa. Żalimy się, narzekamy i śmiejemy do bólu brzucha. Dzięki przyjaciółce czujemy się doceniane, podziwiane i zyskujemy poczucie bezpieczeństwa; w jej akceptacji, trosce i miłości chronimy się przed złem tego świata.

Tęsknimy za przyjaźnią prawdziwą. Prawdziwa przyjaciółka jest empatyczna, stara się zrozumieć, co się z nami dzieje. Jest szczera i w przyjaźni nie szuka dla siebie korzyści. Jest hojna, umie dawać i się odwzajemniać. Zna swoje granice. Możemy mieć inny światopogląd – to całkowicie w porządku i nie ma znaczenia w pogłębianiu więzi. Spotykając się z nią, nawet po dłuższej przerwie, natychmiast odczuwamy bliskość.

Prawdziwa przyjaźń wzmacnia, dodaje sił i zaufania. Jest jednak wymagająca: potrzebuje czasu, zaangażowania, wyrozumiałości, oddania, odwagi, wytrwałości. W naszych zapracowanych, pełnych chaosu i sprzeczności czasach stanowi jednak niekwestionowaną wartość, źródło kobiecej mocy, prawdziwą ochronę, wsparcie i radość.

Niespiesznie - historia Marii i Magdaleny

Ich 16-letnia przyjaźń przetrwała trudne chwile – rodzinne choroby i niepowodzenie wspólnego biznesu. W żaden sposób nie naruszyła więzi i zaufania. Maria Pochanke-Gregorowicz i Magdalena Chmielewska opowiadają o zwykłości i nadzwyczajności kobiecej przyjaźni.

Magdalena Chmielewska i Maria Pochanke-Gregorowicz. (Fot. Albert Zawada) Magdalena Chmielewska i Maria Pochanke-Gregorowicz. (Fot. Albert Zawada)
"Mam skarb obok siebie – ty nim jesteś. Uczę się od ciebie ciszy, spokoju. I tak bardzo cenię twoją uczciwość, prostolinijność, w relacji z tobą nie ma drugiego dna" - Maria.

"Zachwycam się twoją spontanicznością, otwartością, empatią, czułością, dawaniem bez warunków, tak po prostu. Może trochę z tego przejdzie na mnie przez osmozę…"  - Magda.

Mieszkają obok siebie, kilka minut drogi. Maria w szeregowcu, Magda w domku na przedmieściach Warszawy. Poznały się 16 lat temu. Były w podobnym wieku, każda miała rocznego synka – Maria Mateusza, Magda Antka. Spotykały się na spacerach, rozmawiały. Ta przyjaźń budowała się powoli, latami. „Jest taka naturalna, zwyczajna – mówią. – A może dlatego wyjątkowa?”. Przez te lata naturalna bliskość w ich relacji rozlała się na obie rodziny. Urodziły się córeczki – Hania Magdy ma teraz 11 lat, Marcysia Marii – dziesięć. Dzieci chodzą do tych samych szkół. Mężowie się przyjaźnią. W ośmioro – dzieci i dorośli – spędzają razem dużo czasu; kawałek świąt, często weekendy, wakacje.

Rozmawiamy o przyjaźni, wspólnocie, wsparciu, obecności w lekki, radosny sposób. Maria i Magda są swobodne; to rozmowa o czymś tak oczywistym jak słońce w lecie i śnieg zimą. Ta przyjaźń po prostu jest, karmi, dodaje sił, podnosi na duchu, wzmacnia. W jaki sposób tworzy się taką bliskość? Co jest istotą przyjaźni między kobietami?

Wasza przyjaźń…

Magda: …jest taka niespieszna. My po prostu rozmawiamy i z tego kobiecego gadania wyłania się stopniowo coś bardzo ważnego, jakiś wgląd, poznanie, zrozumienie, w rezultacie rozwój, rozkwit, wzmocnienie. To tak jak w relacji z dziećmi; gdy dajemy sobie czas, przestrzeń, uwagę, wtedy to, co się odsłania, wszystkie słowa, gesty stają się arcyważne. Najważniejsza wymiana z moją córką odbywa się przy wspólnym gotowaniu albo w łazience, gdy się kąpiemy, a więc niejako przy okazji. Po prostu jesteśmy razem i żywe życie w nas – to, co ważne – właśnie się wyraża.

Maria: Tak, my nigdy nie dzwonimy do siebie z hasłem: „Jestem w biedzie, ratuj!”. To „ratowanie” wydarza się mimochodem poprzez wymianę tego, co w nas żywe. Opowiadam o czymś i czuję, że Magda mnie słucha i słyszy, i wtedy w jakiś pozarozumowy sposób napięcie we mnie rozpuszcza się, wracam do siebie, do swojej pełni. Jest obecna, przyjmuje wszystko, co się we mnie pojawia.

Jak to wygląda w praktyce? Byłyście razem w trudnych chwilach. Siedem lat temu u twojego męża, Mario, zdiagnozowano agresywnego chłoniaka. Trzy lata temu umarła twoja mama. Magda miała „ciemną noc duszy”, gdy odeszła z pracy i poroniła. Jak wygląda wsparcie w takiej przyjaźni jak wasza?

Maria: Magda po prostu była obok. Wiedziałam, że jest.

Magda: Podążałam za tym, co przeżywasz, za twoimi nastrojami. Pamiętam, któregoś razu prosto ze szpitala, gdzie leżał twój mąż, poszłyśmy do teatru i ty się z czegoś śmiałaś, więc śmiałam się z tobą. Nie poddawałaś się, walczyłaś. Podziwiałam cię. Cóż innego mogłam zrobić? Nie mam talentu do pocieszania.

Maria: Nie potrzebowałam pocieszania. Najważniejsza była świadomość, że mogę zadzwonić w środku nocy i opowiedzieć, co się ze mną dzieje, a ty wysłuchasz bez komentowania, analizowania, doradzania. Wysłuchasz w spokoju. Bliska kobieta obok, która mnie widzi – to zmienia wszystko.

Magda: Pamiętam, leżałam w szpitalu po poronieniu. Lekarze chcieli mi dać jakieś supermocne leki, co do których miałam wątpliwości. Nie zgodziłam się, podpisałam stosowne zobowiązanie, że biorę na siebie konsekwencje. Ty dzwoniłaś, dopytywałaś tym swoim kojącym, ciepłym, troskliwym głosem...

Maria: Martwiłam się. Te badania… Skakało ci OB. Czuwałam. Ale też miałam zaufanie do twojej decyzji.

Magda: To dla mnie bezcenne – nieocenianie moich decyzji!

„Zaufanie”, „obecność”, „naturalność” – te słowa powtarzają się w waszej opowieści.

Magda: Nie trzeba się starać i zasługiwać na akceptację, napinać się, zwierać pośladków, żeby być „jakaś”, żeby się wpasować w oczekiwania. W żaden sposób nie włącza mi się autocenzura w naszej relacji.

Maria: Ja też czuję się bezwarunkowo akceptowana. Jest tak po prostu – nie doszukujemy się ukrytych motywacji w zachowaniach względem siebie, nie robimy nic przeciwko sobie, mamy czyste intencje.

Ciekawi mnie zwyczajność tej przyjaźni…

Magda: Maria dzwoni ze sklepu, czy mi coś kupić, a potem, jadąc po dziecko do szkoły, wiesza mi rybę na parkanie. Dzwonimy do siebie codziennie.

Maria: Wpadamy na wieczór na lampkę wina, żeby chwilę pobyć razem. Miałyśmy etap wspólnego szydełkowania.

Wy, nowoczesne dziewczyny, pracownice korporacji?!

Maria: Tak, obie zaczynałyśmy od korporacji. Magda po psychologii pracowała w międzynarodowej firmie badania rynku, ja byłam dyrektorką sprzedaży w fińskiej papierni. Potem urodziłyśmy dzieci i postawiłyśmy na proste życie, dom, radość z macierzyństwa. Ja zaczęłam lepić z gliny, wyrabiać biżuterię, szydełkować. Dużo rozmawiałyśmy i z tych rozmów zrodził się pomysł wspólnego biznesu.

Magda: Doszłyśmy do wniosku, że chcemy połączyć pasję z życiem rodzinnym. To miało być proste, powolne życie; żeby się nie szarpać, żebyśmy nie były znerwicowanymi matkami. Wynajęłyśmy piękne miejsce w okolicy i postanowiłyśmy stworzyć „dom spotkań”, w którym odbywałyby się warsztaty, promocje książek, wystawy sztuki. Coś, co służy ludziom, promieniuje dobrą energią na społeczność.

Po dwóch latach działalności okazało się, że wszystko gra poza kasą.

Magda: Ja się wycofałam, Maria została. Nie było pracy dla nas obu.

I to nie zagroziło przyjaźni?

Maria: W żadnym wypadku! Przecież robiłyśmy, co w naszej mocy! Miałyśmy dużo dobrego czasu razem, mnóstwo rozmawiałyśmy, co jeszcze mocniej zbliżyło nas do siebie.

Magda: Włożyłyśmy w to przedsięwzięcie własne pieniądze, chyba trochę straciłyśmy, ale nawet do końca nie rozliczyłyśmy tych strat – która dała więcej, która mniej…. Czy to ważne? Miałyśmy cenne doświadczenie, zawodowo poszłyśmy dalej już osobno.

Ty, Mario, kończysz studia na Uniwersytecie SWPS z psychologii klinicznej, Magda zaczęła pisać artykuły do pism. A przyjaźń dalej trwa.

Maria: To dzięki Magdzie studiuję. Przez te wszystkie lata polecałaś mi książki, rozmawiałyśmy o zagadkach istnienia, o tym, co się z nami dzieje, jak przeżywamy życie, co jest ważne, co nas karmi, jak sobie radzimy – że postanowiłam to zgłębić.

Magda: Zawsze ci mówiłam, że to coś dla ciebie! Masz niesamowite talenty – otwartość na ludzi, zero lęku przed trudnymi przeżyciami. Byłaś wolontariuszką w fundacji opiekującej się chorymi na nowotwory. No i to twoje wielkie serce! Marysia daje! Nieustająco. Nie znam drugiej tak hojnej osoby. Ileż moje dzieci dostały od ciebie – prezentów, troski, uwagi. Cały czas noszę biżuterię zrobioną przez ciebie, pierścionki, bransoletki, w domu stoją ulepione przez ciebie garnki, uszyte poduszki, uwielbiam te rzeczy.

Afirmujesz Marii talenty.

Magda: Jasne! I ogromnie podziwiam jej miłość do zwierząt, do ludzi, do życia w ogóle.

Maria: Madzia medytuje, ćwiczy jogę. Ja działam szybko, reaguję spontanicznie, często bez zastanowienia. Gdy moja córka miała dwa, trzy latka, powiedziała mi, że chciałaby, żebyś ty była jej mamusią, bo jesteś spokojna. Popłakałam się. A potem pomyślałam, że mam skarb obok siebie; że ty jesteś tym skarbem. Uczę się od ciebie ciszy, spokoju. I tak cenię twoją wewnętrzną uczciwość, szczerość, prostolinijność; to, że w relacji z tobą nie ma drugiego dna.

Magda: Zachwycam się twoją spontanicznością. Mój spokój czasem dużo mnie kosztuje; zanim zareaguję, zatrzymuję energię w sobie, co może być odbierane tak, że jestem obojętna, zdystansowana. Gdy doświadczam twojej otwartości, empatii, czułości, dawania bez zastanowienia, tak po prostu, wtedy myślę, że może trochę z tego przejdzie na mnie przez osmozę.

Relacje często niszczy brak równowagi w dawaniu i braniu.

Magda: Mam wrażenie, że Marysia więcej daje.

Maria: Nic podobnego!

Jesteście takie różne…

Magda: Marysia razem z naszymi mężami gra w skomplikowane gry planszowe, których ja nie ogarniam!

Maria: Magda w tym czasie czyta skomplikowane książki. A potem opowiada mi, co przeczytała. Dlatego jestem na bieżąco z lekturami. Zerknę na jeden, dwa rozdziały, resztę usłyszę i wszystko wiem. To fantastyczne!

Wasi mężowie zabierają dzieci na wakacyjne ojcowskie wyjazdy, na które wy macie wstęp wzbroniony. Futurolodzy przepowiadają, że świat uratują małe wspólnoty. A wy już taką macie!

Magda: Śmiejemy się, że tak jak istnieją partnerskie miasta, tak my mamy swoją partnerską rodzinę. W ubiegłe wakacje byliśmy razem, w ośmioro – my i dzieci – na dwutygodniowej wyprawie w Gruzji. Przed wyjazdem spotkaliśmy się i każdy zgłosił, jak chciałby spędzić te wakacje. Rozmawialiśmy dopóki, dopóty udało się znaleźć rozwiązania, które zaakceptowali wszyscy.

Maria: Mieliśmy fajne wakacje. A teraz planujemy wyprawę na wyspę Gozo koło Malty. To kolebka kultury matriarchalnej. Pojedziemy we cztery – my i nasze córki. One dorastają, pomału stają się kobietami. To czas tylko dla nas... Już się cieszymy.

  1. Styl Życia

Co czeka nas w maju? Horoskop Penny Thornton

Fot. iStock
Fot. iStock
Zobacz galerię 13 Zdjęć
Jak zdaniem słynnej astrolożki zapowiada się maj? Czy możemy liczyć na przychylny układ planet? – Sprawdźcie w opisie swojego znaku.

Penny Thornton zgłębia tematykę astrologiczną od ponad 40 lat. Nie tylko koncentruje się na przewidywaniu zdarzeń dla poszczególnych znaków zodiaku, ale zajmuje się również takimi tematami jak odżywianie (dopasowane do urodzenia), związki czy praca. Klientką astrolożki była m.in. księżna Diana.

  1. Styl Życia

Katarzyna Bosacka radzi, jak zdrowo grillować

Katarzyna Bosacka radzi, jak zdrowo grillować. (Fot Mateusz Skwarczek/Agencja Gazeta)
Katarzyna Bosacka radzi, jak zdrowo grillować. (Fot Mateusz Skwarczek/Agencja Gazeta)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Zdecydowana większość Polaków nie wyobraża sobie majówki bez grillowania. Karkówka, kiełbasy i warzywa z rusztu smakują w plenerze wyjątkowo dobrze. Jak grillować nie tylko pysznie, ale i zdrowo – radzi Katarzyna Bosacka, autorka programów telewizyjnych "Wiem, co jem", "Wiem, co kupuję", "Co nas truje?" a także kanału na youtube Ekobosacka.

Majowy weekend to w Polsce prawdziwe święto grilla. Ale w tym roku będzie chyba trochę inaczej? Nie sądzę, tradycja jest tradycją. Przeczuwam, że wszyscy zamknięci w domach z powodu pandemii i okropnej pogody wylegną w plener. Wiosna w tym roku jakoś nie chce się wykluć, więc na pewno będziemy szukać momentów, by wyjść na zewnątrz, posiedzieć na świeżym powietrzu, a przy okazji coś zgrillować.

Czy rodzina Bosackich często grilluje? I co najchętniej? Rodzina Bosackich jest duża - 6 osób plus pies, który jest dość wybredny i niestety nie chce zostać wegetarianinem. Podobnie zresztą jak część rodziny, kompletnie pod tym względem podzielonej. Nasi synowie są mięsożerni, a dziewczyny już od lat bezmięsne. Przy grillu musimy się więc jakoś spotykać w pół drogi - i przy mięsie, i przy warzywach.

Wciąż niewielu Polaków przyjmuje do wiadomości, że warzywa też świetnie nadają się do grillowania. Na przykład bakłażany, pomidory, cukinia, szparagi… Warzywne dania z grilla są wspaniałe! Po prosu palce lizać! Również pieczarki - odrywamy pieczarkową nóżkę, do powstałej dziurki wsuwamy masełko czosnkowe i grillujemy. Najlepsze są najprostsze dania… No i szparagi - mam nadzieję, że będą lada moment. W Wielkopolsce (skąd pochodzi mój mąż) już się pierwsze pokazały. One też się świetnie grillują.

No cóż, szparagi to poezja – nie tylko te grillowanie. Wystarczy je posmarować jakimkolwiek olejem czy oliwą z oliwek. Ponieważ jednak pochodzą głównie z Wielkopolski, która jest naszym zagłębiem szparagowym, wolę do nich dodawać rodzimy olej, na przykład rzepakowy. Białe szparagi trzeba obrać, bo są lekko łykowate, a zielonym odłamać zdrewniałą końcówkę i spróbować ich na surowo - jeśli nie chrzęszczą za bardzo w zębach, to znaczy, że nie trzeba ich obierać. Wystarczy przez 2 minuty obracać je na grillu - i gotowe! Na białe szparagi trzeba trochę dłużej poczekać – 3-4 minuty. Można je podawać w wersji dla mięsożerców (owinięte szynką parmeńską) lub dla roślinożerców (w cienkich, długich plastrach cukinii). Papryka z serem i oregano to też pychotka - można zetrzeć na tarce stare sery i zrobić z nich nadzienie. Cukinia z kozim serem i tymiankiem to też bajka!

Przy grillu naprawdę można fajnie się pobawić i wyczarować cuda – nie tylko z mięsa. Większość rodaków wciąż jednak nie przyjmuje tego do wiadomości.
Na polskim grillu wciąż skwierczy kiełbacha i mięso, w dodatku ociekające tłuszczem, przypalone. Niektórzy wręcz uwielbiają, gdy spalenizna chrzęści zębach… No właśnie. To duży problem. Spalone mięso jest bardzo niezdrowe, pełne rakotwórczych substancji i wolnych rodników sprzyjających m. in. szybkiemu starzeniu się organizmu. Tym bardziej więc namawiam mięsożerców na warzywne dodatki, również te spożywane na surowo w formie sałatek czy pomidorków koktajlowych. One w części zneutralizują wolne rodniki i rakotwórcze substancje, które powstają w mięsie podczas grillowania. A czemu by nie przyrządzić ryby? Przecież zawinięcie jej w folię aluminiową, skropienie cytryną i olejem, dodanie soli i opcjonalne koperku, to żaden problem.

To się szybko nie zmieni. Póki co trzeba się starać, żeby mięsne dania z grilla były jak najzdrowsze. O czym powinniśmy pamiętać? O tym, że zdrowe grillowanie zaczyna się już w sklepie. Unikajmy przetworzonej kiełbasy, tzw. różowej, wędzonej czy parzonej, gotowej do jedzenia. Ją można pokroić w plasterki i położyć na kanapce, a nie na grillu czy patelni. Zawierają bowiem konserwanty – zapamiętajmy zwłaszcza dwa feralne numerki: E-250 i E-251, czyli azotyn i azotan sodu, które w czasie podgrzewania wytwarzają rakotwórcze substancje. To nie jest mój wymysł, lecz Światowej Organizacji Zdrowia. Kaszanki i parówki też mają konserwanty, więc odpadają. Ale na przykład surowa biała kiełbasa jest ok.

A mięso? Jak je kupować? I co warto wiedzieć o marynacie? Lepiej omijać to gotowe do grillowania, zamarynowane przez producenta. Zwykle też zawiera konserwanty. A najlepiej czytać etykiety – jeśli znajdziemy na nich dwa wspominane już numerki, omijajmy produkt szerokim łukiem. Najlepiej kupić surowe mięso, a marynatę przygotować w domu. Zaraz podam prosty przepis mojego autorstwa, z musztardy francuskiej z ziarnami gorczycy, oleju roślinnego, czosnku, pieprzu, soli i odrobiny miodu. Surowe mięso marynujemy co najmniej przez kilka godzin, a nawet przez całą dobę. Będzie smaczniejsze i bardziej kruche. Marynata zabezpiecza je też przed szybkim spaleniem, a jednocześnie przyspiesza proces grillowania.

Jakie są inne grzechy grillujących rodaków? Grillujemy za tłusto, za dużo i „na czarno” - im bardziej spieczone mięso, tym lepiej. Często po prostu nie pilnujemy grilla, pijemy piwko, gawędzimy, bujamy w obłokach. A właśnie w tych przypalonych częściach kryją się substancje rakotwórcze. Poza tym nie używamy aluminiowych tacek chroniących potrawy przed truciznami z dymu. Niektórzy się obawiają, że aluminium w połączeniu z kwaśnymi potrawami też wydziela niezdrowe związki. Ale przecież raczej nie kładziemy kwaśnego pomidora bezpośrednio na aluminiowej tacce, tylko na potrawie. W zasadzie wystarczy aluminiowa folia. Zawsze owijam w nią ryby. Muszę spróbować grillowania z papierem do wypieków. Nigdy tego nie robiłam - mam więc nowe zadanie (śmiech).

A po czym poznać, że mięso jest już gotowe do spożycia i za moment zamieni się w skwarkę? Zależy jakie mięso. Gdy byłam mała obserwowałam, jak moi rodzice (tato też świetnie gotował) przyrządzali mięso. Stosowali metodę „na widelec” - wbijali go w mięso i sprawdzali, czy ładnie wychodzi. Trochę jak patyczek przy pieczeniu ciasta. I to się dziś też sprawdza. Ale jeśli grillujemy polędwicę wołową, dobrego steka czy piersi kaczki, to przez przekłutą dziurkę wypłynie sok i mięso będzie suche. Kucharze używają więc po prostu palca – lekko naciskają mięso i jeżeli stek jest miękki, już ciepły w środku, to znaczy że można go konsumować. A dopieczoną karkówkę łatwo poznać – zmienia wtedy kolor z różowej na lekko szarą i ma lekko podpieczone fragmenty.

Rodzina Bosackich spędziła wiele lat w USA i w Kanadzie, gdzie była zapraszana na przyjęcia. Czy tam też tak namiętnie się grilluje? Grill jest tam bardzo popularny, ale w zupełnie innym wydaniu, niż u nas. Mówię o typowym grillowaniu klasy średniej. Jeśli my zapraszaliśmy sąsiadów do nas, była karkówka, warzywa, chrzan, musztarda… A jak oni zapraszali nas do siebie, na grillu lądowały niezdrowe „gotowce” w sklepowej marynacie albo wręcz hotdogi, parówki i mrożone hamburgery w bułkach o 100-letniej przydatności do spożycia. Taki jest amerykański standard. Ale za to rzuca się w oczy jedna różnica - tam przy każdym domu stoi grill gazowy (ewentualnie elektryczny), który nie dymi, nie trzeba go specjalnie czyścić i bardzo szybko się rozgrzewa - w takim stopniu, w jakim chcemy. Jest tylko jeden minus – przyrządzone na nim potrawy nie są tak smaczne, jak na węglowym (śmiech).

Ale zdrowie jest najważniejsze! Jeśli więc chcemy być długowieczni, piękni i zdrowi, powinniśmy grillować na sprzęcie elektrycznym lub gazowym? Oczywiście. Przygotowując programy kulinarne, m. in. o zdrowym i smacznym grillowaniu, często korzystałam z porad profesora Politechniki Warszawskiej Artura Badydy, speca m. in. od jakości powietrza w Polsce, stężenia smogu i szkodliwych pyłów. Profesor przebadał też różne rodzaje grilli pod kątem ich szkodliwości. Oto wnioski: w Polsce w chłodne miesiące mamy porę smogową, a w letnie grillową - nie mniej szkodliwą. Grillujemy na węglowym sprzęcie, często, raz-dwa razy w tygodniu (a nawet codziennie), przy okazji wdychając rakotwórczy dym. Nie ma w Polsce tradycji stosowania grilli elektrycznych i gazowych – a szkoda, bylibyśmy zdrowsi.

Jeżeli tak trudno nam się rozstać z grillem węglowym, w jaki sposób trzeba go obsługiwać? Jak przyrządzać potrawy? Przede wszystkim ustawmy go w ustronnym miejscu, od zawietrznej strony, nieco oddalonym od domu i biesiadników. Będzie więcej biegania z talerzami, ale coś za coś. Do rozpalania najlepiej używać węgiel drzewny, a nawet samo drewno. Nie stosujmy brykietów, gdyż zawierają żywice epoksydowe, które w trakcie spalania uwalniają szkodliwe substancje. Jeżeli już to kupujmy te ekologiczne, zawsze jednak sprawdzajmy na etykiecie, czy są klejone naturalnymi substancjami. No i tak jak już wcześniej mówiłam, grillujmy wyłącznie surowe mięso na tackach lub folii aluminiowej, najlepiej pod przykryciem. I zawsze pamiętajmy o marynatach oraz warzywach – świeżych lub z rusztu. Czas ich przyrządzania jest znacznie krótszy niż mięsa, grillujmy je więc na oddzielnych tackach. Zresztą moje córki wegetarianki nie tknęłyby warzywa pachnącego mięsiwem (śmiech).

Czy grillowanie w ogóle może być zdrowe? Jeśli posłuchamy powyższych zaleceń, będziemy grillować powoli i kontrolować temperaturę, to tak. Nie może nam się przytrafiać taka sytuacja – grill płonie żywym ogniem, a my zalewamy go piwem lub wodą. To typowo polski obrazek. Węgiel powinien się tylko żarzyć. Wiele osób kupuje też jednorazowe urządzenia, dostępne na stacjach benzynowych. To błąd! Grill powinien być solidny, żeliwny, dosyć duży, ze stabilną kratką. Wówczas nie będzie się  nagrzewał zbyt szybko i mocno, łatwiej będzie nad nim zapanować i go czyścić.

Po każdym użyciu trzeba grill wyczyścić? Tak, wyszorować szczotką drucianą, przelać wodą z ocem lub sodą. I w ten sposób usunąć wszelkie niezbyt zdrowe osady. Najlepiej zaraz po grillowaniu, wtedy szybciej odchodzą. Jest z tym trochę pracy, ale nasi mężczyźni wciąż nie mają zbyt wiele domowych obowiązków (śmiech).

Ulubiona potrawa Bosackich? Oczywiście karkówka po Bosacku, marynowana w mojej marynacie! To nasz hit. Goście zawsze się nią zachwycają i przeważnie wychodzą od nas z recepturą.

Przekażę mężowi przepis – on już zaciera rączki. A stek z antrykotu ze szparagiem? Też jest świetny! Może być. Ale ja co roku w porze majówki cieszę się na szparagi. Mogę je jeść na surowo, w zupie i w różnych postaciach. Przez 2 miesiące jestem po prostu szparagiem (śmiech). Nawet nim pachnę, gdyż zawiera dużo niezdrowych w nadmiarze szczawianów. No ale cóż, sezon to sezon. Trzeba tylko w sklepie wybrać świeże szparagi – w Wielkopolsce zawsze stoją w wodzie. Jeśli nie, wybierajmy te z nie zdrewniałą końcówką. I wąchajmy główki – lekko zgniły, nieświeży zapach dyskredytuje zakup. Bo szparag psuje się od głowy. Ale świeżutki, zgrillowany z olejem i odrobiną czosnku, posypany zieloną pietruszką lub jajkiem na twardo, to po prostu kulinarna bajka!

Ulubione potrawy z grilla - przepisy Katarzyny Bosackiej

Karkówka po bosacku z grilla

1/2 kg karkówki

Marynata: 2 ząbki czosnku przeciśniętego przez praskę łyżeczka miodu 2 łyżki musztardy francuskiej 2 łyżki oleju sól

(Fot. iStock) (Fot. iStock)

Karkówkę rozbić. Składniki marynaty dokładnie wymieszać. Jeśli będzie bardzo gęsta, dodać trochę wody. Karkówkę wysmarować marynatą, odstawić na kilka godzin, a najlepiej zrobić to poprzedniego dnia. Grillować powoli, na niewielkim żarze, na tacce. Podawać z sałatą i warzywami z grilla.

Szparagi w szynce

pęczek zielonych szparagów szynka suszona (np. szwarcwaldzka) lub boczek cukinia sok z cytryny szczypta suszonego tymianku sól

(Fot. iStock) (Fot. iStock)

Szparagi umyć, odłamać zdrewniałe końce. W wersji dla mięsolubnych trzeba po prostu zawinąć w plasterki szynki czy boczku.

Szparagi w wersji wege zawinąć w długie plasterki cukinii (można je zrobić za pomocą obieraczki do warzyw) skropionych sokiem z cytryny, lekko posolonych i posypanych suszonym tymiankiem. Grillować krótko, bo szparagi są bardzo wrażliwe na wysoką temperaturę.

Papryka z serem i oregano

kilka kolorowych papryk resztki serów - może być feta, ser pleśniowy, twaróg, ser śmietankowy do smarowania pieczywa garść oliwek czarnych lub zielonych świeże lub suszone zioła do smaku oliwa do skropienia

(Fot. iStock) (Fot. iStock)

Paprykę umyć, pociąć nożykiem od szypułki wzdłuż wgłębień po bokach tak, by otrzymać łódeczki. Ser zetrzeć na tarce lub pokroić w kostkę. Dodać pokrojone oliwki, świeże lub suszone zioła - np. oregano, natkę, skroić oliwą. Grillować dopóki ser się nie rozpuści.

Cukinia z tymiankiem

1-2 cukinie szczypta soli kilka łyżek oliwy świeży lub suszony tymianek kilka łyżek sera koziego twarogowego (do smarowania pieczywa) kilka suszonych pomidorów

(Fot. iStock) (Fot. iStock)

Cukinie umyć, pokroić w skośne plastry, posolić, skropić oliwą, posypać suszonym tymiankiem. Grillować krótko. Ser wymieszać ze świeżym tymiankiem i posiekanymi suszonymi pomidorami. Po zdjęciu cukinii z grilla podawać ją posmarowaną kozim serem.

Bakłażan po grecku

bakłażan 1-2 pomidory duża czerwona cebula ser feta (ok. 50-100 g) sól suszone oregano kilka listków świeżej bazylii, natki pietruszki czy kolendry oliwa do skropienia warzyw 1-2 ząbki czosnku

(Fot. iStock) (Fot. iStock)

Bakłażany umyć, pokroić w plastry, posolić z jednej strony, zostawić na kilka minut aż puszczą soki i wyjdzie z nich goryczka. Pomidory i cebulę umyć, pokroić w cienkie grube plastry. Bakłażany grillować z jednej strony, przełożyć na drugą, posmarować oliwą wymieszaną z solą i przetartym czosnkiem, ułożyć na nich najpierw plaster pomidora, potem cebuli i na końcu fetę obtoczoną w suszonym oregano. Grillować jeszcze kilka minut pod przykryciem, aż feta nieco się rozpuści. Podawać udekorowane świeżymi ziołami.

Pomidory z mozarellą

2-3 dość duże pomidory kulka klasycznej mozarelli listki świeżej bazylii oliwa sól

Pomidory umyć, przekroić wzdłuż na pół, wydrążyć. Miąższ odcedzić mocno na sitku (sok pomidorowy można wypić), pokroić drobno i dodać pokrojoną w kostkę mozarellę, poszarpaną bazylię, lekko posolić i skropić oliwą. Dokładnie wymieszać. Sałatkę nałożyć w wydrążone pomidory i ułożyć je na grillu. Podgrzewać aż mozarella lekko się rozpuści.

Pieczarki z masłem czosnkowym

10 średnich pieczarek 1/4 kostki masła kilka ząbków czosnku gałązka rozmarynu sól pieprz

Pieczarki umyć, wyłamać nóżki, lekko posolić i popieprzyć. Z masła, rozgniecionego czosnku, soli i posiekanego rozmarynu zagnieść masło ziołowo-czosnkowe. Pieczarki faszerować masłem i grillować aż masło całkowicie się rozpuści.