1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Na czym polega projektowanie synestetyczne?

Na czym polega projektowanie synestetyczne?

instrument miejski proj. Jan Peifer/ fot.an.pfeifer.com.pl
instrument miejski proj. Jan Peifer/ fot.an.pfeifer.com.pl
Tak zwane projekty synestetyczne angażują różne zmysły użytkownika. O tym, dlaczego powstaje coraz więcej takich przedmiotów i jak wzornictwo wpływa na doświadczanie otoczenia mówi dr Karol Murlak, wykładowca ze School of Form.

Gdy opisujemy wnętrza lub przedmioty, mówimy o kształtach i kolorach. Uwagę zwracamy również na materiał i fakturę. Te formy nie oddziaływują jednak na wszystkie zmysły odbiorcy. Projektanci coraz częściej decydują się na minimalistyczną formę, szukając środków wyrazu, takich jak dźwięk, dotyk, smak i zapach. Te tendencje spowodowały stworzenie nurtu projektowania synestetycznego (synestetic design), który potrafi zaangażować różne zmysły użytkownika.

Polskim prekursorem projektowania synestetycznego zastosowanego na większą skalę jest Tomasz Augustyniak, który w 2009 roku stworzył zestaw multisensorycznych mebli dziecięcych. Komplet został zaprojektowany w oparciu o badania procesów poznawczych tak, aby dostarczać dziecku jak najwięcej różnorodnych bodźców zmysłowych. Meble wyposażono w uchwyty i kółka w formie oczu, którymi można przewracać, zmieniając w ten sposób wyrażany przez nie nastrój. Do komód przymocowano przypominające uszy boczne kieszenie. Natomiast szczeble łóżeczka wykonano z tworzywa sztucznego, metalu i drewna, dzięki czemu stymulują nie tylko wzrok, ale także słuch i dotyk.

Wielu projektantów nie ma jednak dostępu do specjalistycznej wiedzy oraz badań naukowych, dlatego często projekty synestetyczne są dziełem przypadku i wprawy twórcy. Przy projekcie lampy zapachowej „O!” (Magdalena Czapiewska, Karol Murlak) początkową koncepcją było stworzenie przedmiotu, który wykorzysta produkowaną przez żarówkę temperaturę. Pomysł aby ciepło, stanowiące efekt uboczny świecenia, wykorzystane było do podgrzania aromatycznego materiału powstał nieoczekiwanie podczas testów materiałowych. Finalnie lampa poprzez swoją barwę i aromat zmienia nastrój panujący w pomieszczeniu, a użytkowników przyciąga nie tylko jej wygląd ale wydzielane przez nią aromaty mięty, kardamonu, drzewa sandałowego i talku.

Ostatnie edycje festiwalu Łódź Design także pokazały, że czerpanie z ludzkiej zmysłowości to już nie chwilowa moda lecz nurt, który kształtuje sposób myślenia wielu projektantów. Prace finalistów towarzyszącego festiwalowi konkursu „Make Me” wykorzystywały interakcję pomiędzy użytkownikiem i przedmiotem. Jan Pfeifer laureat nagrody w 2016 roku stworzył balustradę będącą jednocześnie miejskim instrumentem. Projekt został wykonany z ustawionych pionowo w rzędzie stalowych rur, które spłaszczono tak, by po uderzeniu, wydawały dźwięki o różnej wysokości. Inspiracją do instalacji były zabawy dzieci, które chcą doświadczać świata wszystkim zmysłami. Muzyczna balustrada nie jest jednak adresowana tylko do najmłodszych. Miejski instrument ma angażować profesjonalnych muzyków w takim samym stopniu, jak dzieci.

W 2015 roku podczas festiwalu Łódź Design doceniony został projekt wywodzący się także z synestetic design. „Kaszofor” Patrycji Otachel - termofor, w którym wodę zastąpiono kaszą gryczaną. Przedmiot poza funkcją rozgrzewania, wydawał przyjemny dla ucha szmer i wydzielał aromat gryki.

Projektowanie synestetyczne cieszy się rosnącą popularnością nie tylko wśród projektantów ale także przedsiębiorców. Producenci zauważyli, że kultura obrazkowa osłabia naszą wrażliwość wzrokową. Zamiast produkować coraz bardziej wymyślne formy i konkurować z wizualną kakofonią, stawiają na proste kształty. Jednocześnie szukają pozawzrokowych środków wyrazu, które pozwalają wyróżnić się na tle konkurencji.

Opisane przedmioty nie zwróciłyby uwagi samym wyglądem, gdyż ich wartość jest właściwie niewidoczna. Mimo to odniosły sukces, który pozwala wierzyć, że odbiorcy nie szukają tylko rzeczy atrakcyjnych wizualnie i użytecznych, ale również takich, które pozwalają na niecodzienne doświadczanie otoczenia. Użytkownikom zaczęło zależeć na doznaniach zmysłowych, dlatego zdają się na pozostałe odczucia. Słuchają, dotykają, wąchają i smakują.

dr Karol Mulak, kierownik specjalności domestic design w School of Form, projektant i współtwórca studia DESIGNLAB. Interesuje się wzornictwem, architekturą, sztuką, socjologią oraz antropologią, mat. pras.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

„Dziadkowie Biznesu” – akcja studentów wspierająca przedsiębiorstwa seniorów

Pan Bogdan przejął pracownię obuwia dziecięcego po pradziadku. Firma Tombut działa w Sopocie od 1850 r.(Fot. materiały prasowe Dziadkowie Biznesu)
Pan Bogdan przejął pracownię obuwia dziecięcego po pradziadku. Firma Tombut działa w Sopocie od 1850 r.(Fot. materiały prasowe Dziadkowie Biznesu)
Dzięki temu projektowi zaczęliśmy dostrzegać seniorów i poznawać ich niezwykłe historie – tłumaczy Zofia Mańczuk, studentka Uniwersytetu Warszawskiego i współautorka społecznego projektu „Dziadkowie Biznesu”, którego celem jest pomaganie starszym osobom i promowanie ich miejsc pracy.

Jak to się stało, że w kilka dni udało wam się zgromadzić ponad 30 tysięcy obserwatorów na waszym instagramowym koncie?
Kiedy wystartowaliśmy z „Dziadkami Biznesu”, rozesłaliśmy do mediów informacje prasową o naszym projekcie. Nie było żadnego odzewu. Dopiero, gdy otrzymaliśmy zaproszenie na rozmowę do TVP Warszawa, kolejne redakcje, także te, do których pisaliśmy wcześniej, podłapały temat i zaczęły się do nas odzywać. Na Instagramie nasze treści szybko stały się viralowe, dzięki ludziom, którzy je udostępniali. Wydaje mi się, że starsze osoby są szczególnie „nośnym” tematem w marketingu, poza tym okazało się, że bardzo wiele osób chciałoby jakoś pomóc seniorom i dołożyć do naszego projektu swoją cegiełkę. To, co się wydarzyło i w jak szybkim tempie, było dla nas niesamowite. Wystartowaliśmy w kwietniu tego roku, mieliśmy opublikowane dosłownie kilka postów - o tym, kim jesteśmy oraz o pierwszych biznesach, które chcieliśmy wypromować. W ciągu kilku dni nasz profil polubiło 30 tys. osób. Dziś jest z nami ponad 40 tys. obserwatorów na Instagramie. Działamy również na Facebooku, na którym mamy milionowe zasięgi, jesteśmy na Twitterze i Tiktoku.

Teraz o naszym projekcie wie już całkiem sporo osób, każdego dnia dostajemy wiele nowych zgłoszeń biznesów, które moglibyśmy promować. Zgłaszają się do nas też ludzie, którzy chcą na przykład zrobić szyld sklepom czy fotografowie chętni do przygotowania profesjonalnej sesji. Skontaktowało się nami wiele firm, szczególnie PR-owych. Zastanawiamy się teraz, w jaki sposób moglibyśmy najlepiej wykorzystać to zainteresowanie.

Pomysłodawcy projektu społecznego Dziadkowie Biznesu. (Fot. materiały prasowe Dziadkowie Biznesu)Pomysłodawcy projektu społecznego Dziadkowie Biznesu. (Fot. materiały prasowe Dziadkowie Biznesu)

No właśnie, opowiesz proszę, kto stoi za projektem „Dziadkowie Biznesu” i dlaczego zdecydowaliście się akurat na promocję seniorów?
Jesteśmy szóstką studentów Wydziału Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego. Naszym zadaniem był udział w olimpiadzie Zwolnieni z Teorii” i zostaliśmy nakierowani na to, aby zwrócić szczególną uwagę na osoby starsze. Zastanawialiśmy się, czego seniorzy mogą potrzebować, chcieliśmy też, aby nasz projekt nie był tylko pracą zaliczeniową, ale żeby niósł realną pomoc. Wiemy, że starsi ludzie są zazwyczaj wykluczeni cyfrowo i że coraz częściej zapominamy o istnieniu takich zawodów, jak szewc czy zegarmistrz. Dziś dla wielu osób kupienie nowego zegarka czy butów jest bardziej oczywiste od tego, aby daną rzeczy oddać do naprawy. Chcieliśmy również zwrócić uwagę na ginące zawody, pokazać historie ludzi, którzy tworzą te miejsca. Osobiście uwielbiam rozmawiać ze starszymi ludźmi. Szukanie bohaterów naszego projektu to cudownie spędzony czas, w trakcie którego udało nam się poznać wiele wspaniałych osób.

Jak wyglądało szukanie tych osób? Wchodziłaś do pierwszego z brzegu zakładu? Jestem też ciekawa, jak reagowali seniorzy, gdy dowiadywali się o waszym projekcie.
Każdy z nas był odpowiedzialny za swoje miasto. Julka, Janek i ja mieszkamy teraz w Warszawie, Julka jest w Białymstoku, Filip w Zamościu, a Oliwka mieszka w Turkowie. Mogę odpowiedzieć, jak to wyglądało z mojego doświadczenia. Wchodziłam do każdego miejsca po kolei i starałam się na początku określić, czy właściciel przedsiębiorstwa jest seniorem. Później opowiadałam o naszym projekcie i było to całkiem zabawne, gdyż wielu seniorów bardzo się denerwowało słysząc nazwę „Dziadkowie Biznesu”. Według nas jest ona nie tylko chwytliwa, ale również kojarzy się z ciepłem, z domem, z osobami, które bardzo kochamy i którym chcemy pomóc. Musiałam wiele osób przekonywać do tego, że reklama w Internecie jest okej i że warto się na nią zdecydować. Wtedy od razu padało pytanie „A ile mnie to będzie kosztować?”. Kiedy odpowiadałam, że nic, musiałam bardzo długo tłumaczyć niektórym seniorom, że nasza pomoc jest bezinteresowna i nie będą musieli zapłacić za nasze usługi ani złotówki. Jeden pan zrobił mi nawet godzinny wykład o tym, że taka bezinteresowna pomoc nam się nie opłaci i że stracimy na takim projekcie. Ten pan był krawcem, miał 84 lata i niemal całe swoje życie spędził w tym jednym zakładzie. W trakcie spotkania odniosłam wrażenie, że bardzo dawno nie miał okazji do tego, żeby po prostu z kimś porozmawiać. Opowiedział mi o tym, że teraz ma do zrobienia tylko jedną rzecz tygodniowo, ale codziennie jest w tym zakładzie, bo co innego miałby robić?

Pan Józef prowadzi swoją cukiernię na Bródnie nieprzerwanie od 1980 r. Wszystko piecze według własnych receptur, zdobył m.in. trzecie miejsce na mistrzostwach cukierniczych we Włoszech. (Fot. materiały prasowe Dziadkowie Biznesu)Pan Józef prowadzi swoją cukiernię na Bródnie nieprzerwanie od 1980 r. Wszystko piecze według własnych receptur, zdobył m.in. trzecie miejsce na mistrzostwach cukierniczych we Włoszech. (Fot. materiały prasowe Dziadkowie Biznesu)

Czy po tych pierwszych rozmowach wracaliście do bohaterów waszego projektu, żeby zobaczyć, jak funkcjonują ich biznesy i czy wasze działania są skuteczne?
Okazało się, że to, co robimy działa na zasadzie efektu kuli śnieżnej. Dostajemy zdjęcia od ludzi, którzy pokazują nam, że byli na przykład na lodach u pani Walentyny w Białymstoku. Kontaktowaliśmy się z panem Kamilem, który prowadzi w Warszawie antykwariat i opowiedział nam o tym, że nigdy nie miał takiego ruchu, jak w dniu, w którym wstawiliśmy post o jego sklepie. Dokładnie tak samo wyglądało to u pana Mirka, zegarmistrza. Zadzwoniliśmy do pana Ryszarda, szewca z Łodzi i dowiedzieliśmy się, że kilkadziesiąt par butów czeka już na odbiór. Pani Beata, która razem z mamą prowadzą w Warszawie zakład krawiecki „Igiełka”, powiedziała, że pierwsze wolne terminy są u niej dopiero w czerwcu.

Na „Dziadkach Biznesu” pokazujecie miejsca, których, wydawałoby się, nie trzeba promować, na przykład lodziarnie czy cukiernie. W końcu lody i ciastka zawsze będziemy kupować. Z drugiej strony, pojawiają się także zakłady, których często w ogóle nie znamy. Kto dziś na przykład korzysta z usług prasowalni?
O niektórych zawodach sami usłyszeliśmy po raz pierwszy dzięki projektowi. Ludzie zaczęli zgłaszać zapomniane, często mało znane fachy i miejsca, takie jak pracownia rękawiczek, czy owa prasowalnia. Teraz każdy z nas zwraca większą uwagę na rzeczy, które wcześniej mogłyby powędrować do kosza. Dziś wiemy, że czy szewc mogą podarować im drugą młodość.

Pani Bożena od 30 lat prowadzi w Poznaniu sklep z bielizną i strojami kąpielowymi. Jak sama mówi sklep jest dla niej sensem życia i odkąd jest sama, tylko po to wychodzi z domu. (Fot. materiały prasowe Dziadkowie Biznesu)Pani Bożena od 30 lat prowadzi w Poznaniu sklep z bielizną i strojami kąpielowymi. Jak sama mówi sklep jest dla niej sensem życia i odkąd jest sama, tylko po to wychodzi z domu. (Fot. materiały prasowe Dziadkowie Biznesu)

Pan Mirosław od 40 lat jest zegarmistrzem. Niestety w trakcie pandemii jego przychody zmalały o 80 proc.(Fot. materiały prasowe Dziadkowie Biznesu)Pan Mirosław od 40 lat jest zegarmistrzem. Niestety w trakcie pandemii jego przychody zmalały o 80 proc.(Fot. materiały prasowe Dziadkowie Biznesu)

Dla mnie bardzo istotny w tym, co robicie, jest właśnie ten walor edukacyjny. Zachęcacie ludzi do tego, żeby traktowali swoje rzeczy jako coś wartościowego. Pokazujecie, jak wiele z nich można naprawić i że nie ma potrzeby kupowania nowej pary butów czy torebki, tylko dlatego, że zepsuła się rączka czy zapięcie. Czy to również było założeniem waszego projektu?
Przyznaję, że to wyszło niejako przy okazji. Przede wszystkim chcieliśmy promować biznesy starszych ludzi. Nie mieliśmy założonej z góry intencji, że będziemy odwiedzać każdego szewca i każdą krawcową. Zbieramy i tworzymy bazę takich miejsc i to jest tak naprawdę dla nas najważniejsze. Zależy nam na tym, żeby ludzie odwiedzali takie zakłady i korzystali z usług lub robili zakupy w małych, lokalnych sklepach.

Z tego, co zaobserwowaliśmy do tej pory wynika, że ludzie najchętniej zaglądają do piekarni czy lodziarni, korzystają też z usług szewców i krawcowych. Dużo trudniej wypromować miejsca mniej oczywiste, takie jak na przykład pracownia i sklep pana Bogdana z Sopotu, którego firma od 1850 r. specjalizuje się w produkcji profilaktycznego obuwia dziecięcego. Nie są to produkty, które kupuje wiele osób. Niestety, nie zawsze udaje się uratować każdy biznes, o którym piszemy, ale robimy co w naszej mocy.

A zgłaszają się do was także rodziny z prośbą o pomoc w promocji biznesu mamy czy dziadka?
Tak, bardzo często kontaktują się z nami dzieci właścicieli. Piszą, że dowiedzieli się o nas z mediów, a tata czy mama prowadzą od bardzo wielu lat sklep albo zakład i czy moglibyśmy też o nich napisać. Udało nam się zbudować spore zasięgi, dzięki czemu mamy szansę dotrzeć do szerokiego grona odbiorców i pomóc jak największej liczbie osób. Zbieramy również środki na promowanie naszych postów poprzez serwis zrzutka.pl. Wydaje mi się jednak, że największą wartością jest realna pomoc, którą oferują seniorom nasi obserwatorzy. Najważniejsze, że udaje nam się zachęcić ich do korzystania z usług Dziadków Biznesu. Myślę, że dlatego tak wielu osobom spodobała się nasza inicjatywa, ponieważ dzięki niej mają poczucie, że mogą tym ludziom, o których piszemy, naprawdę pomóc, a przy okazji samemu skorzystać. Dodatkowo nie wymaga to dużego wysiłku.

„Dziadkowie Biznesu” to ludzie, którzy teoretycznie mogliby już dawno przejść na emeryturę. Często są to osoby, które mają po 75 czy 80 lat.
W czasie pandemii bardzo wiele osób przeszło na pracę zdalną i zaczęło dużo prężniej działać w sieci. Starsze osoby nie miały po prostu takiej możliwości. Kiedy z nimi rozmawialiśmy, to dowiadywaliśmy się, że na skutek pandemii ich dochody spadły o 60 proc., często były to znacznie większe straty. Ci ludzie mają często bardzo niskie emerytury, więc tylko w ten sposób mogą sobie dorobić. Po drugie, miejsce, w którym pracują, czasem od ponad sześćdziesięciu lat, jest dla nich całym życiem i nie chcą z tego zrezygnować. Okazuje się, że czasem w domach nikt już na nich nie czeka, dlatego przychodzą do pracy, ponieważ chcą czuć się potrzebni i często brakuje im kontaktu z drugim człowiekiem. Są to ludzie o ogromnej wiedzy i doświadczeniu, którzy chętnie służą swoją radą. Pamiętam, jak odwiedziłam panią Danusię, która razem z mężem od 25 lat prowadzi w Warszawie mały sklep chemiczny. Pani Danusia wiedziała wszystko o każdej śrubce i każdej farbie, myślę, że swoją wiedzą mogłaby zaskoczyć niejedną osobę. Poza tym w takich sklepach ceny są często dużo niższe od tych w dużych marketach.

Pani Danuta razem z mężem Stanisławem od 25 lat prowadzi w Warszawie sklep z artykułami chemicznymi i malarskimi. Fot. Dziadkowie Biznesu. (Fot. materiały prasowe Dziadkowie Biznesu)Pani Danuta razem z mężem Stanisławem od 25 lat prowadzi w Warszawie sklep z artykułami chemicznymi i malarskimi. Fot. Dziadkowie Biznesu. (Fot. materiały prasowe Dziadkowie Biznesu)

Pani Walentyna od 62 lat prowadzi w Białymstoku lodziarnię Pingwin. Lody wyrabia tradycyjną metodą, a gałka kosztuje tylko 2,5 zł. (Fot. materiały prasowe Dziadkowie Biznesu)Pani Walentyna od 62 lat prowadzi w Białymstoku lodziarnię Pingwin. Lody wyrabia tradycyjną metodą, a gałka kosztuje tylko 2,5 zł. (Fot. materiały prasowe Dziadkowie Biznesu)

W trakcie pandemii wiele osób całkowicie przestawiło się na zakupy online, w sklepach też dużo chętniej korzystamy z kas samoobsługowych. Coraz częściej nie chcemy tego kontaktu z drugim człowiekiem, wiele osób z tego powodu nie lubi na przykład robić zakupów na targach warzywnych.
Dokładnie, a na takich lokalnych ryneczkach nie dość, że mamy owoce i warzywa ze sprawdzonych źródeł, to jeszcze są to polskie produkty o wysokiej jakości. Jednak wolimy pójść dosłownie pięć metrów dalej do supermarketu, gdzie nie mamy już tej pewności. Coraz częściej unikamy kontaktu z drugim człowiekiem. Kiedy robimy zakupy na targach to wchodzimy w interakcję i nie pozostajemy anonimowi. Dzięki naszej inicjatywie sama nauczyłam się tego, aby częściej korzystać z usług starszych ludzi. Myślę, że to jest lekcja dla wielu z nas, ponieważ dzięki temu projektowi zaczęliśmy dostrzegać tych ludzi, poznawać historię ich zakładów. Dla nas to jest być może dziesięć minut więcej, które musimy poświęcić na to, żeby wejść do małego sklepu lub zakładu ukrytego gdzieś między blokami czy w jakiejś bocznej uliczce, a dla tych ludzi to całe życie i najważniejszy powód, dla którego każdego dnia wstają z łóżka.

Te osoby tylko czekają, aż ktoś do nich zajrzy, dlatego warto podjąć ten niewielki wysiłek. Bardzo dziękujemy każdej osobie, która zainteresowała się naszym projektem i odwiedziła „Dziadków Biznesu”. To dla nas ogromna motywacja do dalszego działania i dzięki naszym obserwatorom ta pomoc staje się realna.

W jaki sposób można zaangażować się w wasz projekt i pomóc „Dziadkom Biznesu” w swoim mieście?
Po pierwsze trzeba znaleźć takie miejsce – zakład, sklep czy innego rodzaju biznes, wejść do środka i porozmawiać z właścicielem lub właścicielką. Opowiedzieć o idei projektu, pokazać jak wygląda promocja i zapytać o zgodę. Zależy nam na tym, żeby oprócz podstawowych informacji, jak lokalizacja, nazwa zakładu czy godziny otwarcia, pojawiła się też historia tego miejsca oraz oczywiście zdjęcia. Potem wystarczy przesłać zebrane informacje na naszego maila dziadkowiebiznesu@gmail.com albo przesłać nam swoją propozycję przez Instagram, Facebooka czy Twittera. Dostajemy bardzo dużo wiadomości od naszych obserwatorów, wszystkim jesteśmy bardzo wdzięczni za tak wielkie zaangażowanie. Tak naprawdę to każda osoba, która udostępni naszą akcję w swoich mediach społecznościowych albo zajrzy do któregoś z miejsc, o których pisaliśmy jest współorganizatorem „Dziadków Biznesu”.

Co dalej będzie się działo z waszym projektem, gdy zakończycie wasze działanie w ramach olimpiady „Zwolnieni z Teorii”?
Chcemy wdrażać kolejne pomysły. Myślimy nad założeniem fundacji, czy też zrobieniem aplikacji „Dziadków Biznesu”, która będzie pozwalała na łatwiejsze dodawanie kolejnych punktów na mapie Polski. Będziemy działać tak długo, dopóki ludzie będą chcieli angażować się w nasz projekt.

  1. Styl Życia

Szwecja – raj dla introwertyków

Domek sternika na wyspie Vrångö, należącej do Archipelagu Göteborga. (Fot. iStock)
Domek sternika na wyspie Vrångö, należącej do Archipelagu Göteborga. (Fot. iStock)
Uprzejmi, ale raczej zdystansowani; uśmiechnięci, choć niezbyt przystępni. Małomówni. Na dowolne pytanie często odpowiedzą również pytaniem (Ha?), zyskując tym samym czas do namysłu. Lubią być w pojedynkę w otoczeniu natury. Styl życia Szwedów nie każdemu musi pasować, ale każdy może się od nich czegoś nauczyć.

Szwedzi mają do dyspozycji cały pęk kluczy do szczęścia – twierdzi moja koleżanka Maria Bantin, 35-letnia Polka mieszkająca w Malmö. Jest imigrantką z krótkim, bo zaledwie trzyletnim stażem, jednak skalę porównawczą ma całkiem szeroką: jej mąż jest Brytyjczykiem, mieszkała wcześniej w Anglii, studiowała zaś kulturę śródziemnomorską, więc doskonale zna też południowe podejście do życia. – Wymieniłabym chociażby stabilność polityczną (w 2018 roku po raz pierwszy od długiego czasu był tu problem z uformowaniem parlamentu) i bezpieczeństwo międzynarodowe (Szwecja jest krajem neutralnym od czasów napoleońskich). Ale też dobry socjal: szczodry urlop rodzicielski, rozbudowany system ubezpieczeń, powszechność związków zawodowych i szereg praw chroniących pracownika, dość solidna opieka zdrowotna czy wreszcie bezpłatna edukacja na każdym poziomie. Daleka jestem od twierdzenia, że system ten funkcjonuje w sposób idealny, na pewno jednak sprawia, że codzienność w Szwecji jest znacznie mniej stresująca niż w innych krajach – podsumowuje.

Rikard Nilsson, 50-letni szwedzki finansista, mówi krótko: szwedzkie zadowolenie z życia bierze się z poczucia bezpieczeństwa. Jego zdaniem Szwedzi nie są może wybitnie szczęśliwi, ale są... szczęśliwi wystarczająco.

Lagom znaczy: umiarkowanie

Żyj przyjemnie i komfortowo, ale dbaj o środowisko, nie tylko o własną wygodę. Pracuj rzetelnie i z zaangażowaniem, ale zachowaj równowagę i nie zapominaj o odpoczynku. Pamiętaj, że lepsze jest zwykle wrogiem dobrego. Tak zapewne brzmiałyby rady, których przeciętny Szwed mógłby udzielić przedstawicielom innych nacji. Gdyby próbować zamknąć je w jednym słowie, byłoby to lagom – dosłownie „w sam raz”, „akurat”, „tyle, ile trzeba”. Lagom przenika całe szwedzkie życie, każdą jego dziedzinę. W sferze ekonomicznej pozwoliło znaleźć złoty środek między kapitalizmem a socjalizmem, między postępem a człowieczeństwem. Odnosi się do zarobków i ścieżki kariery, ale także liczby sukienek w szafie i porcji spożywanych przy stole. Na co dzień oznacza też odpuszczenie sobie gonitwy za lepszym samochodem, większym mieszkaniem czy kolejnym dobrze wyglądającym punktem w życiorysie.

Helen Russell, autorka „Atlasu szczęścia”, w którym analizuje nastawienie do życia różnych nacji, w rozdziale poświęconym Szwedom sugeruje, by ich wzorem zamiast popularnego „czy tego chcę?”, jak najczęściej zadawać sobie pytanie: „czy tego mi potrzeba?”. Odpowiedź może dać nam wytęsknione poczucie ulgi i wolności.

Inny indywidualizm

Materialne zdobycze i symbole statusu nie robią zresztą na Szwedach większego wrażenia, a jeśli już, to raczej negatywne: zbytnie wyróżnianie się z tłumu nie jest tu w dobrym tonie. Szwecja to kraj indywidualizmu, ale takiego, któremu dość daleko do głośnej manifestacji odmienności, a bliżej do tolerancji, rozumianej przede wszystkim jako niewchodzenie na cudze terytorium czy nienaruszanie czyjejś przestrzeni. – Żyjąc wygodnie w kraju, który o nas dba, możemy skupić się na sobie. Dawno nie było u nas kryzysów, które sprawiają, że ludzie muszą trzymać się razem, a więzi automatycznie się zacieśniają – tłumaczy Henrik Olsson, lekarz ze środkowej Szwecji. Wydaje się jednak, że korzeni tego podejścia szukać należy dużo wcześniej niż w spokojnych ostatnich dziesięcioleciach. Katarzyna Tubylewicz, pisarka, kulturoznawczyni i tłumaczka z języka szwedzkiego, w wydanej niedawno książce „Samotny jak Szwed? O ludziach północy, którzy lubią być sami” podkreśla, że w pierwszej istniejącej na piśmie relacji o Szwecji – wspomnianej jako jedno z germańskich plemion na północy – którą można znaleźć w liczących dwa tysiące lat zapiskach Tacyta, jest mowa o tym, że jej mieszkańcy nie chcą, aby ich domy znajdowały się zbyt blisko siebie, tak jak w Rzymie. Już wtedy szwedzka kultura miała więc rys introwertyczny.

Jak pisze Katarzyna Tubylewicz w 'Samotny jak Szwed?', introwertyczna natura jest swego rodzaju antidotum na współczesne zagonienie, zagubienie w kołowrotku zdarzeń. (Fot. iStock)Jak pisze Katarzyna Tubylewicz w "Samotny jak Szwed?", introwertyczna natura jest swego rodzaju antidotum na współczesne zagonienie, zagubienie w kołowrotku zdarzeń. (Fot. iStock)

Jak tłumaczy autorce profesor medycyny Peter Strang, istnieje coś takiego, jak dobra samotność, czyli samodzielnie wybrane odosobnienie, bardzo człowiekowi potrzebne, szczególnie jeśli mieszka się w dużym mieście. „W wymiarze biologicznym człowiek jest stworzony do przebywania w małych grupach. Ogromna liczba spotkań z nowymi ludźmi wywołuje stres, niekoniecznie w pełni uświadomiony, ale prowadzący do wielkiego zmęczenia. To bardzo przeciąża nasz mózg” – mówi. Paradoksalnie, jak podsumowuje Tubylewicz, czas samotności może nas wręcz otworzyć na kontakt z innymi – pozwala bowiem odnaleźć wewnętrzny spokój i przestrzeń na nowe relacje. Co ciekawe, lagom – przywołane wcześniej szwedzkie słowo klucz – pochodzi od rzeczownika lag, oznaczającego... drużynę. Według legendy laget om, czyli „wśród drużyny” to zwrot używany przez wikingów pijących miód z rogu krążącego wokół stołu – tak, by każdy mógł dostać swój przydział, nie za mało, nie za dużo.

– Szwecja jest najpiękniejszym miejscem na świecie, jeśli jesteś „jedną z nas”. Jeśli nie, możesz się tu poczuć bardzo samotna – mówi z odrobiną przekąsu wychowana w Szwecji Monika, specjalistka od zarządzania. Przywołując głośny film Lukasa Moodyssona „Tylko razem”, stanowiący wnikliwą obserwację blasków i cieni bycia razem, tłumaczy, że wybierający odosobnienie Szwedzi tak naprawdę nigdy nie przestali tęsknić za silnym poczuciem wspólnoty. Dziennikarka Stina Oscarson przyznaje, że jej rodacy z jednej strony cenią indywidualizm, z drugiej zaś są nastawieni mocno kolektywistycznie i chcą za wszelką cenę należeć do jakiejś całości. Cytująca ją Katarzyna Tubylewicz pod koniec książki stwierdza, że ambiwalentny stosunek zarówno do bycia w grupie, jak i bycia w samotności to immanentna cecha każdego człowieka, nie tylko Szweda. Nie każda nacja uczyniła jednak z tej ambiwalencji sposób na życie. W którą zaś stronę ciągnie Szweda najbardziej? Zapewne tam, gdzie, jak pamięta z dzieciństwa, najbujniej rosną poziomki...

Prawo wszystkich ludzi

Spokoju Szwed szuka w przestrzeni określanej mianem smultronställe – dosłownie: na poletku poziomek. Słowo to, używane od początku XX wieku w znaczeniu sielskiego odludzia, odnosi się do miejsca, w którym możemy schronić się przed światem, wyciszyć i odprężyć.

– Gdybym miała wybrać jedną rzecz, której powinniśmy uczyć się od Szwedów, byłby to stosunek do natury – stwierdza Maria Bantin. W Szwecji obowiązuje tzw. Allemansrätten („prawo wszystkich ludzi”) – każdy człowiek ma zagwarantowane prawo do kontaktu z przyrodą, której jako gatunek jesteśmy integralną częścią. Współistniejemy z nią i nie powinniśmy z nią rywalizować. W praktyce oznacza to, że każdy może korzystać z lasów, zarówno państwowych, jak i prywatnych, zbierać w nich owoce, grzyby czy kwiaty, pływać w jeziorach czy rzekach. Namiot rozbić można w zasadzie w dowolnym miejscu, także na terenie prywatnym, pod warunkiem że nasza obecność nikomu nie przeszkadza i nie narusza prywatności właściciela.

– Przyroda w Szwecji jest wspaniała i bardzo zróżnicowana, bo kraj rozciąga się południkowo na około 1,5 tysiąca kilometrów. Rząd promuje przebywanie na łonie natury, a dostęp do niej jest ułatwiany zwłaszcza seniorom, dzieciom i osobom ograniczonym ruchowo. W miastach, parkach i lasach zawsze znajdziemy przynajmniej jedną trasę dla wózków dziecięcych i inwalidzkich – mówi Maria i dodaje, że godny podziwu jest też szacunek dla przyrody. – Nie jest idealnie, toczą się gorące dyskusje na temat wycinania lasów, ale przez trzy lata nie widziałam tu śmieci wyrzuconych wśród drzew, choć przecież mnóstwo ludzi spędza wolny czas na łonie natury – wyjaśnia.

Wydaje się, że nasi sąsiedzi zza morza doskonale wiedzą, jak bardzo przyroda jest im potrzebna do szczęścia – ekologia tutaj to nie pusty frazes, a dbanie o własne dobro. Szwedzi mówią często, że natura leczy ich dusze – podkreśla Katarzyna Tubylewicz. Warto jednak wyjaśnić, że kojące Bergmanowskie smultronstället – dosłownie: podróż do miejsca, w którym rosną poziomki – nie musi oznaczać wycieczki za miasto. Chodzi raczej o poczucie bezpieczeństwa i pogodzenie ze światem, jakie niektórzy z nas pamiętają z dzieciństwa. Może być też po prostu świadomie zaplanowanym czasem spędzonym w odosobnieniu – choćby z ciekawą lekturą na własnej kanapie, jeśli to właśnie tam najbardziej efektywnie regenerujemy siły.

Linus Jonkman, szwedzki autor książek o potrzebie spędzania czasu na osobności, twierdzi, że świat powinien uczyć się podejścia do życia, które przejawiają introwertycy, w tym wielu Szwedów. Bywają oni wprawdzie bardziej pesymistyczni, bardziej podejrzliwi, miewają problemy z podjęciem decyzji i analizują wszystko bez końca, jednak – jak podsumowuje autorka książki „Samotny jak Szwed? O ludziach Północy, którzy lubią być sami” – introwertyczna natura jest swego rodzaju antidotum na współczesne zagonienie. Zgoda na ciszę, „osobność” i niespieszną analizę jest jak zgoda na spokojny, głęboki oddech. A tego coraz bardziej nam wszystkim potrzeba.

  1. Styl Życia

Camille Kouchner: "Bez mojej zgody"

"Czuję się odpowiedzialna za świat, jaki zostawię moim dzieciom. Jeśli zachowałabym milczenie, oznaczałoby to, że akceptuję rzeczywistość, która nie pozwala się wypowiedzieć ofiarom". (Fot. Bénédicte Roscot)
Jej książka „La familia grande” („Wielka rodzina”) wstrząsnęła Francją. Camille Kouchner oskarża w niej swojego ojczyma – politologa i polityka Oliviera Duhamela – o przemoc seksualną wobec jej nastoletniego wówczas brata, a pośrednio także system społeczny zachowujący milczenie wobec kazirodczych gwałtów na dzieciach.

Publikacja pociągnęła za sobą najpierw dymisję Duhamela oraz szeregu postaci francuskiej elity ze stanowisk w prestiżowych instytucjach kultury i edukacji. Mimo przedawnienia opisywanych w książce zarzutów prokuratura wszczęła śledztwo. Potem w Internecie narodził się spontanicznie ruch #MeTooInceste, denuncjujący przypadki kazirodztwa, które, jak się okazuje, jest we Francji zjawiskiem rozpowszechnionym. Zdecydowane stanowisko w tej sprawie zajęli sam prezydent Emmanuel Macron i jego małżonka. Wreszcie do Senatu i Zgromadzenia Narodowego wpłynęły projekty reformy francuskiego prawa. Jeden z nich, określający wiek przyzwolenia seksualnego (minimalnego wieku, od którego dana osoba jest uznana za zdolną do wyrażenia ważnej prawnie zgody na czynności seksualne) na 15 lat, a w przypadku kazirodztwa – 18 lat, został jednomyślnie przegłosowany przez Zgromadzenie Narodowe. Dotychczas we Francji nie istniał przepis regulujący kwestię zgody na seks. W teorii oznaczało to, że wyrażenie zgody mogło być uznane jako prawnie znaczące dla stosunków seksualnych bez względu na wiek partnerów, a więc także w przypadku dzieci i dorosłych czy osób spokrewnionych.
To wielkie zwycięstwo Camille Kouchner nad systemem i zmową milczenia dotyczącą zjawiska kazirodztwa i pedofilii nad Sekwaną. „Po prostu chciałam otworzyć drzwi” – wyznaje w wywiadzie dla „Zwierciadła”.

Pani książka narodziła się z bólu. Opowiada w niej pani historię gwałtów, których ofiarą padł w wieku dojrzewania pani brat bliźniak. Czy pragnęła pani zdjąć z was ciężar tajemnicy?
Historia przemocy seksualnej została uznana za podstawowy temat mojej książki. Dla mnie jednak jest nim milczenie i to, jak zbudować siebie w kontekście strasznej rodzinnej tajemnicy. Jak żyć z głęboką raną ukrywaną przed całym światem – i mam tu na myśli całą naszą rodzinę. Moim celem nie była denuncjacja: szanuję system sprawiedliwości i wiedziałam, że przestępstwo jest już przedawnione. Pomyślałam jednak, że interesujące byłoby ubranie w formę literacką tego, co stało się moim udziałem. Dla wszystkich, którzy nie wiedzieli, książka była wielkim szokiem. To bardzo ważne, że spotkała się z tak szeroką reakcją. Nie napisałam jej jednak po to, aby mówić w imieniu mojego brata – nie jestem nawet pewna, czy poczuł się z czegoś wyzwolony...

Prawda została ujawniona, a pani brat mógł złożyć oficjalną skargę.
W moim przypadku wyjawienie prawdy odegrało na pewno rolę katharsis. Nie mogę jednak wypowiadać się w jego imieniu – robi to, co uznaje za stosowne. Szanuję indywidualną drogę każdego: jeśli niektóre ofiary nie pragną powracać do swoich historii, mają do tego prawo. Napisałam tę książkę głównie dla siebie, pragnęłam ukazać sytuację od strony innych członków rodziny.

W jednym z wywiadów powiedziała pani, że dedykuje ją swojemu pokoleniu 40–45-latków. Czy fakt, że wasi rodzice przeżyli obyczajową rewolucję ’68 roku, głosili hasła absolutnej wolności, także w sferze seksualnej, spowodował, że mylono tolerancję z kryminalnym permisywizmem?
Kazirodztwo istnieje od zawsze, również w środowiskach niemających nic wspólnego z ideami ’68 roku. To nie środowisko popełniło przestępstwo – popełnił je jeden człowiek. Zbyt łatwo byłoby winić ideę czy epokę. Sam sprawca nie brał zresztą udziału w studenckiej rewolucji – był na to za młody i wywodził się z rodziny o innym profilu. Prawdą jest jednak, że moja mama i ojczym wpajali mi poglądy na temat wolności, seksualności i tolerancji, które z mojego dzisiejszego punktu widzenia wydają się całkowicie absurdalne. Wyzwolenie obyczajowe nie odgrywa roli w przypadkach kazirodztwa – w naszej rodzinie agresorem był mężczyzna mający tak poważny problem z samym sobą, że zdecydował się podporządkować sobie seksualnie nastoletniego chłopca, którego wychowywał.

Pisze pani o reakcjach otoczenia. Czy manifestowana przez nie czasem pewna tolerancja nie była jednak znakiem czasów?
Nie sądzę, aby ktokolwiek rzeczywiście wtedy coś wiedział czy podejrzewał. Sytuacja zmieniła się, kiedy prawda wyszła na jaw, w międzyczasie zmienił się jednak cały kontekst: należeliśmy już wtedy do sfer zbliżonych do władzy, ze wszystkimi jej przywilejami. I to z nich ci ludzie nie chcieli zrezygnować! Byli zależni od mojego ojczyma i powiedzieli sobie, że mają zbyt wiele do stracenia. Cóż, to sprawa ich sumienia. Z drugiej strony nie wiem, co sami zrobilibyśmy na ich miejscu. Na pewno zażądałabym wyjaśnień – niektórzy tak się właśnie zachowali, a ojczym nie zaprzeczył. Następnie zastanowiłabym się, czy zrywam z nim stosunki i jakie stanowisko mam zająć w sprawie dzieci. Ci ludzie powinni byli powiedzieć, że to niedopuszczalne, że stała się rzecz straszna i że wymagamy miłości i pomocy. Bardzo niewielu zareagowało w ten sposób.

Przykładem może być dyrektor do spraw badań słynnej paryskiej uczelni Sciences Po, współpracownik pani ojczyma, który został poinformowany o faktach i nie zareagował, aby w końcu złożyć wymuszoną dymisję po studenckich manifestacjach i protestach.
To właśnie jest niesmaczne i obrzydliwe – ludzie, którzy wiedzą, ale nie chcą narażać swojej pozycji. Nie ci, którzy przychodzili wiele lat temu do naszego domu – oni mogli niczego nie dostrzec. Publikacja mojej książki otworzyła mi oczy na fakt, że wiele wpływowych osób wiedziało. Nikt nigdy nie skontaktował się z nami w tej sprawie. To typowe dla przestępstw seksualnych: temat jest tak delikatny i wstydliwy, że się go nie porusza. Moim zdaniem to wielkie pomieszanie pojęć – nie mamy bowiem do czynienia z wkraczaniem w czyjeś życie intymne, tu chodzi o przestępstwo, zbrodnię. Pojęcie wstydu nie powinno tu odgrywać żadnej roli! Jednocześnie pojawia się kwestia ochrony osób, które zadenuncjują sprawców – system sprawiedliwości powinien absolutnie się nią zająć.

Opisuje pani sfery paryskiej elity. Kazirodztwo dotyczy jednak całego społeczeństwa. Strona internetowa szanowanej France Culture mówi o zjawisku „zabronionym, ale rozpowszechnionym”.
We Francji prawo nie było specjalnie jasne pod tym względem. Nawet jeśli chodzi o klasyfikację aktów – kazirodztwo było długo uważane za przestępstwo czy wykroczenie, ale nie zbrodnię. To, że piszę o elitach, sprawia, iż ludzie mówią sobie, że aby zostać wysłuchanym, trzeba być córką czy synem znanej osoby.

Pojawiają się też opinie, że to problem zepsutych środowisk, że w zdrowej tkance społecznej nie ma miejsca dla tego typu zdarzeń.
Według oficjalnych statystyk we Francji ofiarą kazirodztwa pada jedna osoba na dziesięć. Daje to liczbę 6,7 miliona – to nie są elity. Moją książką chciałam otworzyć drzwi. Czuję się odpowiedzialna za świat, jaki zostawię moim dzieciom. Jeśli zachowałabym milczenie, oznaczałoby to, że akceptuję rzeczywistość, która nie pozwala się wypowiedzieć ofiarom. Nie wiem, jak to się skończy, może wszystko obróci się przeciwko mnie, ale nie zgadzam się na taki stan rzeczy. Pragnę, aby moje dzieci, które mają w tej chwili 16 i 12 lat, wiedziały, że mają prawo mówić: „nie zgadzam się”.

Zjawisko kazirodztwa związane jest z poczuciem władzy, choćby ograniczonej tylko do komórki rodzinnej. Nie chodzi o psychologiczną dewiację, ale o syndrom systemu patriarchalnego – to opinia psycholożki i wiktymolożki Muriel Salmony.
Zgadzam się. Patriarchat wciąż ma się bardzo dobrze. W naszej rodzinie jest bardzo wielu mężczyzn, ale przemówiłam ja, kobieta. Dość już tej dominacji, uzurpowania sobie prawa do wszystkich i wszystkiego! Zgadzam się, że sprawcy gwałtów nie muszą być szaleńcami, czasami nie są nawet pedofilami sensu stricto – kazirodztwo jest dla nich formą rozszerzenia i udowodnienia całkowitej władzy. To zdarzyło się właśnie w naszej rodzinie: królował w niej mój ojczym i zachował tyle przywilejów, że był przekonany, iż zalicza się do nich także seksualne wykorzystywanie pasierba. Interesuje mnie to, co wydarzy się teraz – czy system dominacji runie, czy też przetrwa. Nie wiem, być może okaże się ode mnie silniejszy.

Opisuje pani także zjawisko polegające na obarczaniu winą ofiary, a nie sprawcy. Oraz poczucie winy, jakie staje się udziałem tych, którzy ośmielają się mówić. Pani sama walczyła z nim przez całe lata. Dzieci często milczą, ponieważ chronią rodzinę oraz, paradoksalnie, sprawcę, którego mimo wszystko kochają.
Poczucie winy wciąż mi towarzyszy. Czasami ogarnia mnie strach. Mówię sobie: „Co ty zrobiłaś? Złamałaś tabu. Nie wywleka się rodzinnych brudów”. Moja mama nie żyje, ale zdarza mi się myśleć, że patrzy na mnie z góry i mnie osądza. Pozostaję wciąż ofiarą manipulacji polegającej na tym, że kiedy dorośli przekraczają wszystkie zasady, dziecko zaczyna się zastanawiać, czy ma prawo protestować, oburzać się, czy ma rację. Kiedy książka się ukazała, wszyscy gratulowali mi odwagi. Nie rozumiałam, o co im chodzi – ja po prostu zdecydowałam się przywrócić w moim życiu właściwy porządek. Nie przewidziałam, że będzie to tak trudne pod względem psychologicznym – za każdym razem, kiedy widziałam w mediach zdjęcia mojego ojczyma, wracały do mnie myśli, że wszystko niszczę. Mimo że to on siał zniszczenie, nie ja.

Sytuacja była o tyle trudna, że pani ojczym was wychował, dbał o wasze wykształcenie, a życie rodzinne bywało też pewnie piękne. Oczywiście poza jego ukrytą, ciemną stroną.
Obie strefy współistniały w naszym życiu. Mój ojczym nie był absolutnym potworem, ale cały stworzony przez niego system polegał na całkowitym zafałszowaniu rzeczywistości. Podobnie dzieje się w przypadku przemocy wobec kobiet. W świecie wywróconym przez osobę perwersyjną do góry nogami w pewnym momencie nie wie się już, co jest dobre, a co złe. Potrzebna jest pomoc psychologa, który pozwoli znowu oprzeć się na fundamentalnych wartościach. Zawsze kiedy zaczynam panikować, myślę o moich dzieciach, i wtedy wszystko staje się znowu oczywiste. Ktoś napisał w prasie, że nie powinno się wyciągać na światło dzienne tak starej historii. Problem polega na tym, że ja żyję z nią od 30 lat! To punkt widzenia agresora.

Jak żyje się przez lata z tak ogromną traumą? W pani przypadku obudziła się ona pewnie, kiedy pani sama miała zostać matką?
Nie do końca. Po narodzinach dzieci wciąż widywałam ojczyma i moją mamę, starałam się za wszelką cenę o jej akceptację. Nie oznacza to, że okłamywałam samą siebie – po prostu próbowałam przeżyć i mieć normalne życie. Największą ranę zadaje świadomość, że najbliższa osoba nas nie kocha. Dlatego, mimo wszystko, wciąż prosiłam moją matkę o miłość. Nadaremnie.

Pani książka jest wzruszającą deklaracją miłości do niej. A przecież nie zareagowała na przemoc, jaka działa się w waszym domu, albo też zareagowała, popadając w depresję. Rodziny sprawców często nie chcą widzieć prawdy, wypierają ją.
Być może powinnam była jej powiedzieć o wszystkim wcześniej, ale widziała przecież, że z moim bratem dzieje się coś niedobrego. Może wiedziała – na rok przed maturą wynajęła mu pokój na mieście pod pretekstem, że trudno z nim wytrzymać, a następnie pisała książki, w których pojawiał się wątek kazirodztwa. Była prawnikiem, znała więc dobrze ten problem. Jednocześnie mama była kimś niezwykłym – obdarzonym wybitną inteligencją, łagodnym, o wielkim sercu. Sama przeżyła jednak tak poważne traumy, że nie była w stanie się po nich podnieść. Nie mam jej tego za złe. Może to była forma ucieczki, która pozwala mi ją wciąż kochać. Dziś jestem dorosła i wiem, że życie jest trudne, szczególnie życie kobiet. Moja mama miała najpierw troje dzieci, następnie pięcioro; rodziców, którzy popełnili samobójstwo; siostrę, która zmarła w niewyjaśnionych okolicznościach. W pewnej chwili się poddała. Dla nas, dzieci, było to bardzo ciężkie doświadczenie – widzieliśmy, jak niknie. Jej zachowanie nie było wymierzone w nas, po prostu nie dawała już rady. Pod koniec szukała pomocy u psychologa, ale nie wierzyła, że ktoś może jej pomóc.

Pani ojciec również nie zareagował, mimo że poprosił go o to pani brat. Czy pani zdaniem była to słuszna decyzja?
To sprawa między nimi. Ojciec dowiedział się o wszystkim po 20 latach, byliśmy już dorośli. Ważne jest, że dzisiaj jest z nami. Nie można przerzucać na niego odpowiedzialności. Nawiasem mówiąc, w tego typu przypadkach działa też motyw zaskoczenia – czujemy się sparaliżowani, nie jesteśmy w stanie działać.

„La familia grande” nie jest jednak dokumentem – to powieść autobiograficzna, ale jednocześnie dzieło literackie, o rzadko spotykanej głębi, świetnie napisane. To pani debiut jako pisarki.
To rodzaj autofikcji – posługuję się elementami wydarzeń z mojego życia, jedne naświetlam, o innych nie wspominam, dokonując artystycznego wyboru. Inaczej... mogłabym po prostu udzielić wywiadu. „La familia grande” jest owocem mojej świadomej decyzji – zdecydowałam, że mam prawo do zabrania głosu. Życie bez możliwości wypowiedzenia się nie jest prawdziwym życiem.

To także książka o prawdzie. Pani sama zawsze jej poszukiwała. Czy dlatego wybrała pani zawód adwokata?
Myślę, że początkowo poszłam w ślady mojej rodziny – mama i ojczym wykładali prawo. Miałam nadzieję, że dzięki temu będę mogła lepiej ich zrozumieć. Myliłam jednak pojęcie prawa z pojęciem sprawiedliwości. Dlatego rzuciłam zawód adwokatki; nie chcę krytykować systemu sprawiedliwości, ale nie pozwala on marzyć o lepszym świecie. A ja mam obecnie ochotę trochę pomarzyć.

Zdecydowany głos prezydenta Emmanuela Macrona i jego małżonki, powstanie ruchu #MeTooInceste denuncjującego akty kazirodztwa, przegłosowanie reformy prawa chroniącego dzieci – spodziewała się pani reakcji w tej skali?
Zaczęłam pracować nad książką po śmierci mojej matki, robiłam to więc przede wszystkim dla siebie, ale jej przyjęcie przez wydawcę wpisało się już na pewno w społeczny kontekst po ruchu #MeToo. Po raz pierwszy ujawniliśmy fakty w 2008 roku – trzeba było czekać 13 lat, aby pojawiła się możliwość dyskusji. Dlatego jestem wdzięczna wydawnictwu Seuil: trzeba było dużej odwagi, aby zaakceptować tak drażliwy temat. Okazało się, że był to odpowiedni moment, reakcje przeszły moje najśmielsze oczekiwania. Nie byłam jednak sama – wspaniałą pracę prowadzą od lat stowarzyszenia zajmujące się ochroną dzieci. Powiedzmy, że wzięłam udział w walce.

Czy jest pani z tego dumna?
Byłam wychowana w domu, w którym panowało milczenie. Teraz, kiedy ośmieliłam się przemówić, wszyscy zachwycają się moją odwagą. Jestem szczęśliwa, że pomogłam w narodzinach ruchu oddającego sprawiedliwość skrzywdzonym dzieciom. Mam nadzieję, że będzie się je odtąd traktować poważnie, wierzyć im.

Pani rodzina stanęła za panią murem.
Bardzo mnie to wzrusza, tym bardziej że przez całe lata ta historia należała tylko do mnie i mojego brata. Dziś jesteśmy wszyscy bardzo ze sobą związani. Mój ojciec [Bernard Kouchner, były minister spraw zagranicznych – przyp. red.] mocno mnie wspiera. Nasza rodzina mówi nareszcie jednym głosem. To otwiera nas na przyszłość. Żałuję tylko, że moja mama nie może tego zobaczyć. Ona, która powiedziała mi kiedyś, że nic poważnego się nie stało... Może zrozumiałaby, że to nie było skierowane przeciwko niej, że chodziło o sprawiedliwość. Mam nadzieję, że moja historia da siłę wszystkim ofiarom kazirodztwa.

Oddźwięk, z jakim spotkała się pani książka, świadczy o tym, że literatura wciąż potrafi zmieniać świat.
Pragnę w to wierzyć. Mnie samej odwagi dodała lektura powieści o kazirodztwie. Dlatego ośmieliłam się zaatakować system. Przede wszystkim należy być wiernym samemu sobie, nawet jeśli zdarza nam się wątpić czy pomylić. Nie mogłam postąpić inaczej. 

Camille Kouchner rocznik 1975, adwokatka i doktor prawa, córka założyciela organizacji pozarządowej Lekarze bez Granic, politologa i byłego ministra spraw zagranicznych Bernarda Kouchnera, oraz prawniczki i pisarki Évelyne Pisier. Jej rodzina zalicza się do ścisłej francuskiej elity. Po rozwodzie rodziców Camille i jej dwóch braci byli wychowywani przez matkę i ojczyma, znanego politologa Oliviera Duhamela. W 2017 roku, po śmierci matki, Camille przerwała karierę adwokacką, by poświęcić się pracy nad książką „La familia grande”.

  1. Styl Życia

Wyprawka dla psa – tych elementów nie możesz pominąć

Fot. materiał partnera
Fot. materiał partnera
Zanim w Twoim domu pojawi się pies, warto zaopatrzyć się w wyprawkę dla psa. Pierwsze dni z nowym zwierzakiem są zawsze ekscytujące, dlatego najlepiej zaopatrzyć się w niezbędne rzeczy wcześniej. Lista z elementami wyprawki będzie różnić się w zależności od wieku i wielkości pupila - więcej akcesoriów będziesz potrzebować dla szczeniaka niż dorosłego adopciaka. Niektóre rzeczy będą potrzebne zawsze - takie podstawowe psie musthave. Sprawdź, jak dobrze przygotować wyprawkę dla czworonoga.

Miska dla psa - jak wybrać idealną

Miska na jedzenie i wodę to coś, czego po prostu nie może zabraknąć . Jej wielkość dobierz do wielkości Twojego psa. Do wyboru masz miski plastikowe, metalowe i ceramiczne. Każda z nich ma swoje wady i zalety. Jeżeli masz zmywarkę, wybieraj produkty, których nie będziesz musiała myć ręcznie. Dobrym pomysłem będzie miska antypoślizgowa. Jeżeli zdecydujesz się na miski bez warstwy antypoślizgowej, dodaj do listy matę antypoślizgową - przyda się zwłaszcza dla pupila łakomczucha.

Pamiętaj, by do miski trafiała dobrej jakości, wysokomięsna karma. Niezależnie od rasy, wszystkie psy potrzebują karmy z dużą ilością mięsa, najlepiej bezzbożową. Niektóre psy potrzebują karmy bez kurczaka, czy pszenicy - alergie pokarmowe są teraz u psów coraz częstsze. Na początek kup karmę, do której Twój pies jest przyzwyczajony, unikniesz ewentualnych przygód gastrycznych na początku wspólnej drogi. Pamiętaj, że duże opakowania karmy są bardziej ekonomicznym rozwiązaniem.

Legowisko, które Twój pies pokocha

Nawet jeśli nie masz nic przeciwko spaniu ze swoim nowym zwierzakiem, Twój pies potrzebuje legowiska, który będzie jego azylem, miejscem wypoczynku i swobodnego wylegiwania się. Dopasuj jego rozmiar do wielkości psa - wybierając legowisko dla szczeniaka zwróć uwagę, że maluch szybko urośnie. Do wyboru masz różnego rodzaju materace, pufy, czy kanapy - niezależnie od rodzaju powinno być dobrej jakości i trwałe. Zwróć uwagę na modele, które łatwo będzie wyczyścić z sierści. Wygodne są też modele z możliwością zdejmowania pokrycia. Poza tym, legowisko to też wyposażenie domu, element wystroju - wybierz takie, które będzie miękkie, wygodne i po prostu ładne. Jeżeli masz kota, pamiętaj, by legowisko nowego pupila umieścić w pewnej odległości od starszego rezydenta.

Smycz - niezbędna podczas spacerów małych i dużych

Trudno wyobrazić sobie, by na Twojej liście mogło zabraknąć smyczy - bez niej wyprawka dla psa będzie niepełna. Smycz spacerowa i szelki lub obroża to absolutnie niezbędne psie akcesoria.

Smycz dla psa to element, który będzie często używany - ma zapewnić bezpieczeństwo spacerów, więc kluczowa jest jej niezawodność. Tutaj nie ma co oszczędzać na jakości. Smycz podpięta do obroży zapewnia większą kontrolę nad pupilem, co jest szczególnie ważne, jeśli planujesz większego psiaka. Szelki są za to dla psa wygodniejsze - pamiętaj jednak, by dobrze dobrać ich rozmiar. Choć bardzo popularne są smycze typu flexi, behawioryści polecają ją dopiero na etapie, kiedy Twój piesek nauczy się chodzić na luźnej smyczy. Zanim to nastąpi, dużo lepsza będzie tradycyjna smycz przepinana.

Wyprawka dla psa - pozostałe elementy

Akcesoria, których nie może zabraknąć w wyprawce dla każdego psiaka:

  • Zabawki - gryzaki, szarpaki, przytulanki, maty węchowe - wbrew pozorom są nie tylko dla szczeniąt. Psy w każdym wieku potrzebują zabawy. Bez nich wyprawka dla psa będzie niepełna. Ulubiona zabawka jest dla niektórych psów jak ulubiony miś dla dziecka.
  • Maty do nauki czystości - niezbędne dla szczeniaka.
  • Szczotka, furminator, psi szampon - dobierz akcesoria do rodzaju sierści
  • Obroże na kleszcze, krople spot-on, spreye, tabletki - dla każdego psa optymalna ochrona przed kleszczami będzie inna, ważne, by zwierzę było bezpieczne. Pamiętaj, że bezpośrednio z Twojego psa kleszcze mogą przejść także na niewychodzącego kota, dlatego dobrym pomysłem będzie zabezpieczenie przed kleszczami także mruczka.
  • Woreczki na odchody - korzystanie z nich ułatwia dyspenser, który pozwala na wyciągnięcie szybko pojedynczego woreczka.
  1. Styl Życia

Chroniczne zmęczenie pracą – jak go uniknąć?

Chroniczne zmęczenie pracą to jeden z pierwszych objawów wypalenia zawodowego. (fot. iStock)
Chroniczne zmęczenie pracą to jeden z pierwszych objawów wypalenia zawodowego. (fot. iStock)
Każdy z nas od czasu do czasu bywa zmęczony i sfrustrowany pracą. To normalne. Warto jednak dbać, by ten stan nie przeszedł w chroniczne zmęczenie. Jak?

Według Christine Louise Hohlbaum, autorki książki „The Power of Slow: 101 Ways to Save Time in Our 24/7 World” (101 sposobów oszczędzania czasu w naszym 24/7 świecie), chroniczne zmęczenie pracą wywołane jest przez przewlekły stres i objawia się emocjonalnym i fizycznym wyczerpaniem. Tracimy wówczas motywację do pracy i przestajemy być w niej skuteczni.

Chroniczne zmęczenie pracą to prosta droga do wypalenia zawodowego. Pojawia się, gdy jesteśmy nadmiernie obciążeni obowiązkami, nie mamy kontroli nad swoimi zadaniami, nie doświadczamy odpowiedniej nagrody za pracę, brakuje nam poczucia wspólnoty w miejscu, w którym pracujemy, odczuwamy, że nie jesteśmy sprawiedliwie traktowani, nasza praca jest sprzeczna z wartościami, które wyznajemy.

Jeśli podejrzewasz, że dokucza ci chroniczne zmęczenie pracą, zadaj sobie następujące pytania:

1. Czy zaczynasz zaniedbywać swoją pracę?
2. Czy tracisz motywację do pracy?
3. Czy czujesz lęk w związku z pracą?
4. Czy straciłaś zamiłowanie do pracy?
5. Czy stresują cię relacje z kolegami?
6. Czy czujesz się częścią wspólnoty w pracy?

Odpowiedzi pomogą ci określić stan w jakim się znajdujesz.

Jak zapobiegać wypaleniu w pracy?


1. Bądź czujna na to, kiedy twoja praca przestaje być pasją. Jeśli budzisz się z podniecającym ogniem w brzuchu na myśl o pracy to znaczy, że twoja pasja żyje. Jeśli jednak jest to ścisk w żołądku, nie jest dobrze. Warto rozpoznawać stan, kiedy praca staje się ciężarem, kiedy izolujesz się od współpracowników, kiedy zawodowe osiągnięcia cię nie cieszą.

2. Rozpoznaj swoją sytuację i pracuj w kierunku rozwiązań. Zadawaj sobie pytania: „Czy jestem pasjonatką?”, „Dlaczego robię to, co robię?”, „Jak bym się czuła, gdybym zmieniła moją sytuację?”, „Co mogę w tym kierunku zmienić dzisiaj?”, „Jakie działania mogę podjąć, aby zmienić moją sytuację?”.

3. Codziennie znajduj czas tylko dla siebie. To nie musi być koniecznie poranny jogging, ale 20 minut w ulubionej kawiarni spędzone po pracy. Dobrze jest, jeśli przez przynajmniej godzinę dziennie, możemy po prostu być, nic nie robiąc. Znakomicie relaksuje położenie się do łóżka 30 minut przed zaśnięciem z ciekawą książką.

4. Rozmawiaj o pracy z zaufaną osobą. Szukaj wsparcia i innego spojrzenia niż twoje. Dobrze, żebyś mogła rozmawiać o swojej pracy z kimś, kto jest obiektywny i zainteresowany twoją sytuacją.

5. Bądź otwarta na własne uczucia i potrzeby. Staraj się zawsze być czujna na to, czego potrzebujesz. Może to być kanapka albo weekendowy wyjazd. Podjęcie wyzwania albo odpuszczenie sobie. Trudna rozmowa z szefem albo wzięcie wolnego dnia. Słuchaj siebie, a nie dopuścisz do stanu, kiedy będziesz chronicznie przemęczona pracą.

Christine Louise Hohlbaum jest specjalistką public relations, blogerką, częstą komentatorką w dużych mediach (CNN.com, NPR). Gdziekolwiek się znajduje, uczy zasady „mniej znaczy więcej”.