1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. KONMARI – posprzątaj, by zacząć się cieszyć życiem

KONMARI – posprzątaj, by zacząć się cieszyć życiem

fot.123rf
fot.123rf
Marie Kondo twierdzi, że dopiero kiedy uporządkujesz swój dom, możesz zacząć naprawdę żyć. Jeśli nie przemawia do ciebie ta filozofia, może zainspiruje cię japoński zwyczaj, który mówi, że stary rok dobrze jest zakończyć generalnym sprzątaniem, by w nowy wejść z czystą kartą.

Jeśli nie słyszałaś jeszcze o Marie Kondo, pora to nadrobić. Marie jest Japonką i autorką bestselleru „Magia sprzątania”. Jej metoda KonMari pozwala krok po kroku zamienić przestrzeń, w której codziennie przebywasz, w miejsce odpoczynku i źródła życiowej energii, w miejsce będące w zgodzie z tobą.

W swojej książce „Tokimeki” specjalistka od sprzątania pisze, że nasze związki z innymi ludźmi przekładają się na relacje z naszymi rzeczami, podobnie jak relacje z rzeczami przekładają się na relacje z ludźmi. Twierdzi też, że kiedy zaczynamy oceniać innych lub gdy czujemy nieustający niepokój, oznacza to, że powinniśmy coś posprzątać w swoim życiu, a już najpewniej swoje mieszkanie. Według niej to nie tylko akt symboliczny, ale konkretne, przynoszące wymierne korzyści działanie. Sprzątanie może zmienić twoje życie. Jak? Zdaniem Marie Kondo największa zmiana, jaka może się dokonać, to polubienie samej siebie. A pozostałe? Kiedy sprzątasz, nabierasz pewności siebie. Zaczynasz wierzyć w przyszłość. Wszystko zaczyna przebiegać sprawniej. Ludzie, których poznajesz, zmieniają się. Wydarzają się nieoczekiwane i pozytywne rzeczy. Zmiany dzieją się coraz szybciej. Zaczynasz się cieszyć życiem. Ta radość zdaniem Marie bierze się z tego, że przebywasz w przestrzeni, która cię cieszy, i otaczasz się tylko takimi rzeczami, jakie sprawiają ci przyjemność. Sprzątanie uczy nie tylko podejmowania decyzji na temat tego, co zostawić, a czego się pozbyć, pogłębia też wiedzę o sobie i o tym, czego naprawdę potrzebujesz. No i to, co mnie najbardziej przekonało – kiedy poukładasz meble i rzeczy w swoim mieszkaniu i pozbędziesz się tych, które są zbędne – łatwiejsze i przyjemniejsze będzie to bardziej przyziemne sprzątanie, polegające na wycieraniu kurzów i myciu podłóg.

Marie Kondo twierdzi, że dopiero kiedy uporządkujesz swój dom, możesz zacząć naprawdę żyć. Jeśli nie przemawia do ciebie ta filozofia, może zainspiruje cię japoński zwyczaj, który mówi, że stary rok dobrze jest zakończyć generalnym sprzątaniem, by w nowy wejść z czystą kartą. To ma sens!

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Sztuka samoograniczania. Skromniej znaczy lepiej

Problem z nadmiarem rzeczy wokół nas bierze się stąd, że nie znamy siebie, swoich potrzeb, nie wiemy, co tak naprawdę nam się podoba, tylko kupujemy to, co właśnie jest reklamowane w telewizji. (Fot. iStock)
Problem z nadmiarem rzeczy wokół nas bierze się stąd, że nie znamy siebie, swoich potrzeb, nie wiemy, co tak naprawdę nam się podoba, tylko kupujemy to, co właśnie jest reklamowane w telewizji. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Mamy wszystkiego za dużo, a pragniemy jeszcze więcej. Toniemy w nadmiarze, a dokładamy sobie kolejną zdobycz. A może by tak zamiast zdobywać – zacząć się pozbywać?

Pozbywanie się jest nie lada sztuką. Wiedzą o tym wszyscy, którzy muszą spakować rzeczy przed przeprowadzką albo remontem. Tego szkoda, tamto cenne, owo może się przydać. O wiele łatwiejsze jest gromadzenie. Widzimy coś i czy jest nam to potrzebne, czy nie, wkładamy do koszyka. Bo kiedyś będzie jak znalazł. Bo po okazyjnej cenie. I ani się obejrzymy, jak gromadzenie staje się swego rodzaju przymusem. Przed laty Warszawę obiegła informacja o starszej kobiecie, która do swojego mieszkania na Żoliborzu znosiła rzeczy ze śmietnika. Kiedy nie dawała znaku życia, zaniepokojeni sąsiedzi wezwali pomoc. I wtedy okazało się, że kobieta została uwięziona przez rupiecie, którymi zawaliła mieszkanie od podłogi po sufit. Znam inną starszą panią, która trzyma w kuchni zapasy cukru, mąki, kasz. Na wszelki wypadek. Z kolei pewien mężczyzna nie jest w stanie pozbyć się niczego po rodzicach, mimo że ci nie żyją od 15 lat. Mój znajomy, dziennikarz, od lat zbiera gazety. Ma ich w pokoju takie sterty, że przemieszcza się pomiędzy nimi wąskim tunelem. Gdy pytam, kiedy się ich pozbędzie, odpowiada: „Nie po to zbierałem je przez całe życie, żeby teraz wyrzucać”.

Korzystam z tego, co mam

Skąd w ludziach taka potrzeba? Psycholog Jarosław Przybylski: – Pod potrzebą nadmiernego gromadzenia rzeczy mogą kryć się różne psychologiczne problemy, a nawet choroby. Często okazuje się, że źródła manii zbieractwa sięgają przeżyć z okresu dzieciństwa. Na przykład ludziom, którzy jako dzieci nie mieli stałego domu, nieustannie się przeprowadzali albo żyli w domach dziecka, przedmioty mogą dawać poczucie stabilności, kompensować cierpienie, działać niczym lekarstwo. Tacy ludzie przywiązują się do rzeczy, ponieważ te nigdy ich nie zranią. Czasem przedmioty są czymś w rodzaju tarczy ochronnej, zasłony oddzielającej człowieka od świata, poprzez którą zbieracz chce niejako odwrócić uwagę innych od siebie i skierować ją na to, co gromadzi. Z kolei przechowywanie rzeczy po bliskich zmarłych bywa rozpaczliwą próbą odwrócenia biegu zdarzeń, zatrzymania bliskich choćby pod postacią owych rzeczy. Robienie zapasów jest natomiast domeną starszych ludzi, którzy przeżyli niedostatek, wojnę. Daje im to poczucie bezpieczeństwa i kontroli nad swoim życiem. I dopóki pozwala im normalnie funkcjonować, nie ma powodów do obaw. Gorzej, gdy staje się maniakalne, wtedy może oznaczać nawet poważną chorobę, zwaną zespołem Diogenesa.

Jak wyjaśnia psycholog, przypadłość ta polega na manii zbieractwa i zagracania swojego domu rzeczami, które chory traktuje jako absolutnie niezbędne do życia, choć nie są mu do niczego potrzebne. Choroba ta dotyka ludzi niezależnie od wykształcenia i statusu majątkowego. I co ciekawe, cierpiące na nią osoby podobnie jak hazardziści nie uważają swojego zachowania za patologiczne. Amerykańscy psychologowie badający tę chorobę odkryli, że za gromadzenie zapasów potrzebnych do przeżycia odpowiada przedczołowa kora mózgowa, ta sama, która jest też odpowiedzialna za podejmowanie decyzji, przyswajanie złożonych informacji, porządkowanie myśli. Otóż okazuje się, że u osób dotkniętych zespołem Diogenesa praca tej części mózgu jest zaburzona. Przyczyny tych zaburzeń nie poznano do końca, podejrzewa się wpływ urazów głowy i niektórych leków.

Przestać gromadzić to pierwszy niezbędny krok do uporządkowania swojego życia. Ale drugi – zacząć pozbywać się tego, co niepotrzebne – często okazuje się nie do przejścia. Dlatego na początek warto zrobić eksperyment polegający na tym, że korzystamy tylko z tego, co mamy. A mamy dużo, o wiele więcej, niż myślimy.

Przekonałam się o tym w dość spektakularny sposób w pewien piątek przed majowym weekendem z niehandlową niedzielą. Przyjaciółka zaprasza mnie na Mazury, więc nie robię zakupów. Ale nieoczekiwanie dopada mnie bolesna kontuzja i z planów nici. No i jak tu przeżyć dwa dni z pustą lodówką? Okazuje się jednak, że wcale nie taką pustą. Z tego, co w niej znalazłam, dało się wykroić śniadanie (kozi serek, maślanka), obiad (risotto z cukinią i suszonymi pomidorami), kolację (pomidory), a nawet poniedziałkowe śniadanie (reszta koziego serka). Gdybym wyjechała, to wszystko wylądowałoby pewnie w koszu. No a gdybym wiedziała, że zostanę – przeznaczyłabym kilka godzin, dużo energii i pieniędzy, żeby zaopatrzyć dom w niezbędne produkty, bez których – jak mi się wydawało – nie da się przetrwać nawet jednego dnia. Przetrwałam dwa, a mogłabym więcej. Zyskałam czas i energię. Zrobiłam miejsce na świeże jedzenie w lodówce. Zaoszczędziłam. A przede wszystkim odkryłam, że nie tylko jedzenia w lodówce mam za dużo.

Dominique Loreau w książce „Sztuka minimalizmu w codziennym życiu” stawia podobną diagnozę: Ludzie Zachodu uginają się pod ciężarem nadmiaru – stosu gadżetów, sprzętów, ubrań, które ich przytłaczają, zajmują miejsce, obciążają umysł, emocje. A każda zbędna rzecz zagraca nie tylko przestrzeń, ale też i głowę. No bo skoro już coś mam, to muszę tego używać, odkurzać, konserwować. A jeśli nie używam – to biję się z myślami: „dlaczego” i mam wyrzuty sumienia, po co tę rzecz kupiłam, skoro stoi i się marnuje. Tak czy siak owo „za dużo” zajmuje mój umysł! Dlatego autorka nawołuje: „Usuń zbędne rzeczy ze swojego otoczenia, a przegonisz je ze swojego umysłu. Stwórz wokół siebie przestrzeń, zanim dasz się wciągnąć w błędne koło, z którego będzie ci coraz trudniej wyjść. Dobra materialne ograniczają nas dużo bardziej niż zła pogoda czy brak pieniędzy!”. Proponuje zacząć od przyjrzenia się rzeczom, które nas otaczają, tym wszystkim przedmiotom codziennego użytku, drobiazgom stojącym na szafkach i biurku. I od zadania sobie pytań: Czym te rzeczy są dla mnie? Czy są mi naprawdę potrzebne?

Psycholog Jarosław Przybylski: – Problem z nadmiarem rzeczy wokół nas bierze się stąd, że nie znamy siebie, swoich potrzeb, nie wiemy, co tak naprawdę nam się podoba, tylko kupujemy to, co właśnie jest reklamowane w telewizji. A że reklam jest dużo, a każda z nich wmawia nam, że owe „dobra” uczynią nas młodszymi, zdrowszymi, piękniejszymi, szczęśliwszymi, no to lecimy, kupujemy i stawiamy na szafce jak prawdziwe trofeum.

Kim jestem i o czym marzę

Porządkowanie przestrzeni, która nas otacza, zawsze trzeba zacząć od porządkowania siebie: Kim jestem dzisiaj? Co lubię robić? Z czym (i w czym) dobrze się czuję? Co sprawia mi prawdziwą radość? W jakim kierunku chciałabym się rozwijać? Jakie są moje marzenia?

Takie pytania zadał sobie ponad 20 lat temu Janusz Olenderek, wtedy warszawianin, prezes Fundacji „Centrum Europejskie Natolin”, dziś gospodarz Ośrodka Działań Twórczych „Mandala” w Targoszowie w Beskidzie Niskim. Swojego miejsca szukał długo. Absolwent warszawskiej ASP, po studiach żył z malowania, pracował jako nauczyciel w liceum plastycznym. Życie wiódł niespieszne, na swój sposób ciekawe, ale jakby uśpione. W 1989 roku rozpoczął pracę w Urzędzie Rady Ministrów. Dwa lata później dostał propozycję objęcia stanowiska dyrektora Fundacji „Centrum Europejskie Natolin”, która koordynowała tworzenie w Warszawie filii Uniwersytetu Europejskiego w Brugii. Nagle z sielskiej rzeczywistości trafił w samo centrum wydarzeń.

– Miałem poczucie, że oto dzieje się historia i ja w niej uczestniczę – wspomina. Dostaje pensję, od której kręci się w głowie. Ma do dyspozycji biuro w stylowej rezydencji w parku Natolińskim, samochody służbowe, dwa telefony komórkowe. Spotyka ludzi z pierwszych stron gazet, pracuje w świetnym zespole. Natolin rozkwita. Staje się wizytówką Polski, gości prezydentów i premierów. – Można powiedzieć, że żyłem jak w raju. Miałem wszystko, czego dusza zapragnie, a tak naprawdę czułem, że to nie jest moje miejsce. Dusiłem się jak koń w za ciasnym chomącie. Dużo się nauczyłem, ale nie wyobrażałem sobie, że mógłbym w taki sposób spędzić całe życie. Tęskniłem do ciszy.

Do podjęcia decyzji o rzuceniu pracy dojrzewał powoli. O swoich zamiarach mówił współpracownikom, nikt jednak nie wierzył, że dyrektor może ot tak to rzucić i odejść. Do dziś niektórzy pukają się w czoło. A on odszedł. – Przełomu nie było – mówi. – To był długi proces. Zaczął się zapewne już w młodości od wielkich pragnień, żeby zamieszkać w górach. Co jakiś czas oglądałem tu różne domy, ale wtedy nie mogłem sobie pozwolić na kupno. Miałem jednak przekonanie, że kiedyś będzie to możliwe. Wszystko ma swój czas. Utkwiło mu w pamięci zdanie z jakiejś książki: Żyjmy tak, żeby na łożu śmierci mieć poczucie, że się nie zmarnowało życia, że się zrealizowało swoje marzenia. To jedno zdanie było kroplą, która przelała czarę. Porozmawiał chwilę ze sobą: „Żyję w komforcie, otoczony przyjaźnią, prestiżem, jestem przez wszystkich rozpieszczany, ale czy zrealizowałem to, o czym marzę?”. Odpowiedź brzmiała: „Nie!”.

– Dla kogoś z zewnątrz to mogło wyglądać jak desperacki krok – mówi. – Ale dla mnie to nie była żadna rewolucja, tylko ewolucja. Decyzji nie podjąłem z dnia na dzień, nie rodziła się w bólach, nie analizowałem argumentów za i przeciw. Po prostu odszedłem w głębokim przeświadczeniu, że tak należy zrobić. A wszystko dlatego, że zadałem sobie pytanie: Kim jestem i o czym marzę?

Zamykam przeszłość

Psycholog Jarosław Przybylski: – Posiadanie rzeczy stabilizuje i porządkuje nasze życie, daje też poczucie bezpieczeństwa. Więc nie chodzi o to, aby kompletnie wyzbyć się wszystkiego. Chodzi o to, aby pozbyć się nadmiaru rzeczy, bo wszelki nadmiar wprowadza w naszą codzienność chaos, przytłacza nas i zamyka w uciążliwej rutynie.

Od czego zacząć? Może właśnie od przejrzenia lodówki? To świetne miejsce do trenowania pozbywania się tego, co niepotrzebne. Jak słusznie zauważa Dominique Loreau, zawsze znajduje się w niej coś, co nadaje się do wyrzucenia, natychmiast. A my, choć otwieramy lodówkę tak często (a może właśnie dlatego), już nawet nie widzimy w niej tego, czego nigdy nie używamy, co sobie stoi, aż spleśnieje. Autorka proponuje przyjrzeć się zawartości naszych lodówek i na początek opróżnić tylko jedną półkę. Prawda, jaki miły i zachęcający widok? No to opróżnijmy drugą i trzecią. Taki lodówkowy remanent powinien natchnąć nas do zmiany przyzwyczajeń w robieniu zakupów. Czyli do kupowania tylko tego, co zużyjemy. Bo jak powiedział Seneka: Nigdy nie jest mało tego, co starcza. Eksperyment z lodówką pokazuje, że mniej naprawdę znaczy więcej – mniej zbędnego jedzenia oznacza więcej miejsca na półkach, więcej ładu, ale też czasu i pieniędzy w portfelu. Podobny efekt możemy uzyskać, przeprowadzając remanent w całym domu. A potem przyjdzie kolej na porządkowanie życia.

Jak się do tego zabrać? Dominique Loreau w książce „Sztuka minimalizmu w codziennym życiu” pisze: „Jeśli naprawdę pragniesz zmienić swoje życie, usunąć z niego wszystko, co powoduje w nim szeroko pojęte zatłoczenie, jeśli chcesz, żeby twoje życie nabrało rozpędu, zyskało nową jakość, najbardziej radykalnym sposobem jest wyjechać w długą podróż”.

Taką metodę praktykuje wielu Amerykanów. Raz na jakiś czas rzucają pracę, pozbywają się wszystkiego, co mają, często nawet domu, i wyruszają w długą, trwającą czasem lata wyprawę. A wszystko po to, aby przemyśleć swoje życie. Ci, którzy odbyli taką podróż, twierdzą, że w starych dekoracjach, wśród starych rzeczy i nawyków żadnej zmiany przeprowadzić się nie da.

Nie każdy może pozwolić sobie na tak radykalne rozwiązanie. Ale każdy może spróbować choć raz w życiu zafundować sobie jakiś dłuższy wyjazd. Opuszczenie domu na dłużej zmusza nas do uporządkowania go przed wyjazdem, dokonania selekcji tego, co ze sobą zabierzemy, a więc do przejrzenia rzeczy w bardziej wnikliwy sposób, niż to robimy zazwyczaj. To idealna okazja do pozbycia się tego, co nie jest nam już potrzebne. Do zamknięcia za sobą nie tylko tych prawdziwych drzwi, ale także tych symbolicznych, za którymi zostawiamy przeszłość. Podobno to nieporównywalne do żadnego innego uczucie. Lekkości, radości, wolności. Jarosław Przybylski: – Już Horacy powiedział, że najlepszy jest umiar, złoty środek. A my dzisiaj kompletnie o tym zapomnieliśmy, chcemy więcej i więcej. Współczesny człowiek dał się owładnąć konsumpcyjnemu szaleństwu – kupuje nawet to, co zupełnie nie jest mu potrzebne. Bo akurat jest promocja albo coś ładnie wygląda. I w ten sposób zawala dom gadżetami, których nigdy nie używa. Gdzie tu zdrowy rozsądek?   

Dominique Loreau w książce „Sztuka umiaru” pisze: „Aby czuć się dobrze, powinniśmy unikać wszelkiego nadmiaru w naszym życiu. Oznacza to również uświadomienie sobie, że w życiu nie ma wzlotów bez upadków, ale nie ma też samych upadków bez wzlotów! To my jesteśmy panami i strażnikami ciała i umysłu. Tylko my jesteśmy w stanie się o nie zatroszczyć i dobrze je poznać. Jedynie my sami możemy uświadomić sobie naszą tożsamość kulinarną, nasze upodobania, aspiracje i myśli”.

Wiele osób, zwłaszcza młodych, może zbulwersować problem, który poruszam. Już to słyszę: „Samoograniczanie się? Z czego? Przecież jestem na dorobku, nie mam stałej pracy, oszczędności, swojego mieszkania, rodziny”.

To wszystko prawda. Ale ja widzę także drugą stronę medalu: rozbuchane oczekiwania młodych, którzy chcą mieć wszystko już, natychmiast. Którzy bez ogródek werbalizują swoje roszczenia: „Skoro skończyłam trzy kierunki, znam cztery języki, zjeździłam pół świata, to należy mi się ciekawa, dobrze płatna praca”. Pytam wtedy: „A co naprawdę lubisz robić? Co jest twoją pasją?”. I tu zapada na ogół cisza. Albo pojawia się święte oburzenie: „Powinnam dostać pracę, jestem przecież bardzo dobrze wykształcona!”.

Psycholog Jarosław Przybylski: – Młodzi ludzie nie mają dzisiaj wymarzonej sytuacji, ale czy młodzi mieli ją kiedykolwiek? Po co im ten nadmiar kierunków studiów, wszelkiego rodzaju kursów, warsztatów? Czy nie lepiej skupić się na jednej dziedzinie, ale penetrować ją do głębi? Albo – tak jak to bywa w wielu krajach – po maturze dać sobie prawo do rocznej przerwy, rozejrzeć się, zastanowić, co chciałbym robić, popracować w wymarzonym miejscu. I dopiero wtedy zadecydować. Moim zdaniem młodych ludzi gubi dzisiaj nadmiar możliwości i niedostatek wiedzy o sobie. Studiują po kilka kierunków, a nie mają pojęcia, kim są, co im leży na sercu. A od tego trzeba zacząć.

  1. Styl Życia

Praca i partnerstwo – jak sobie radzić, gdy oboje pracujemy z domu? Co pokazują badania?

Wspólna praca pod jednym dachem wymaga nowych rozwiązań. (fot. iStock)
Wspólna praca pod jednym dachem wymaga nowych rozwiązań. (fot. iStock)
Kwarantanna, społeczny dystans, praca zdalna – nowa, zwykle dość trudna rzeczywistość dla większości z nas to skutek epidemii Covid-19. Jedyne, co nam pozostaje, to najczęściej przebywanie w towarzystwie najbliższej rodziny, partnera i domowników. Nigdy wcześniej nie byliśmy zmuszeni do tak intensywnego łączenia pracy z życiem rodzinnym. Dla wielu par to prawdziwe wyzwanie, aby na niewielkiej wspólnej przestrzeni połączyć swoje życia zawodowe z rodzinnymi i domowymi obowiązkami.

Niegdyś praca zdalna traktowana była jako benefit. Jednak, upragnione przez niektórych, przeniesienie życia zawodowego do domu może obfitować w wiele negatywnych skutków. Trudności z rozdzieleniem domowych i zawodowych czynności, które się obecnie pojawiają nie dotyczą nas indywidualnie (chyba, że mówimy o singlach). Przekładają się one coraz bardziej na nasz związek i rodzinę.

Jak w czasie pandemii radzą sobie pary w Polsce? Jak zareagowały na nagłą konieczność pracy zdalnej? Jak radzić sobie skutecznie z tymi nowymi wyzwaniami? – Zjawisku przyjrzał się dokładniej zespół badaczek z Uniwersytetu SWPS. Pierwszą część badań zrealizowano w ramach projektu „Pary w pandemii: radzenie sobie z konfliktami praca-dom i dom-praca w warunkach dystansu społecznego.”

- Okazało się, że z tą nagłą i wymuszoną pracą zdalną wiąże się cały wachlarz psychospołecznych konsekwencji. Z jednej strony badani podkreślali jej korzystne aspekty, jak oszczędzanie czasu związanego z dojazdami do firmy, poczucie mniejszego pośpiechu w ciągu dnia, czy pogłębienie relacji z partnerem lub partnerką. Z drugiej strony okazało się, że praca w firmie ma też sporo korzyści. Naszym rozmówcom brakowało codziennych rytuałów (jak ubieranie i malowanie się do pracy), czy kontaktów „na żywo” ze współpracownikami. Częstym problemem było poczucie ciągłego bycia w pracy i trudności w „odłączeniu się” od niej – podsumowuje dr Anna Studzińska.

Nigdy nie wychodzę z pracy… Konflikty praca-dom

Czego możemy się spodziewać przy połączeniu tych dwóch różnych światów? Otóż, jak zaznaczają autorzy badania „połączenie strefy zawodowej i domowej może prowadzić do pojawienia się lub nasilenia dwóch konfliktów: praca-dom i dom-praca.
  1. Konflikt praca-dom zachodzi, gdy wymagania i napięcia związane z pracą oddziałują na zdolność pracownika do wywiązywania się z obowiązków rodzinnych.
  2. Natomiast konflikt dom-praca odzwierciedla sytuację, w której wymagania związane z życiem rodzinnym ograniczają możliwość wykonywania obowiązków zawodowych.”
W obecnej sytuacji epidemicznej oba te konflikty zwykle się przenikają i jedno zadanie odbywa się kosztem innego. W sytuacji, gdy do obowiązków domowych dodamy jeszcze opiekę nad dziećmi, siłą rzeczy przeważał będzie konflikt dom-praca. W tej grupie badanych stosowanie różnych strategii wymaga albo dużej elastyczności, albo jest zwyczajnie niemożliwe. Rodzice, zamiast zajmować się planowaniem czasu i przestrzeni, po prostu reagują na sytuację na bieżąco.

Z kolei wiele par, nie obarczonych opieką nad dziećmi, wypracowało sobie konkretne modele działania. Ekspertki wskazały tutaj na dwie strategie radzenia sobie z konfliktem między pracą a domem: separacja oraz integracja. W pierwszej grupie badani wyznaczali ostre granice między pracą a domem, co dotyczyło zarówno fizycznego oddzielenia przestrzeni (zaadoptowanie nowej przestrzeni z przeznaczeniem na biuro) jak i psychologicznego rozdzielenia tych obszarów (przykłady? – wyznaczenie stałych godzin pracy i nieprzekraczanie wyznaczonego czasu, czy nawet nierozmawianie na tematy służbowe po zakończeniu służbowych obowiązków). Tymczasem w drugiej grupie, tak zwanych integratorów, oba światy dość płynnie przeplatały się ze sobą. Nie tylko nie przeszkadzał im taki stan rzeczy. Integratorzy doceniali nawet, że mogą planować działania zawodowe w czasie wykonywania obowiązków domowych (np. w trakcie sprzątania, gotowania) lub zrobić sobie przerwę w pracy kiedy tego potrzebują i poświęcić ją na chwilę odpoczynku.

- Wymagania, z którymi musimy radzić sobie na co dzień – zarówno te zawodowe, jak i związane z obowiązkami domowymi – wymagają od nas wysiłku, dlatego wyczerpują nas fizycznie i psychicznie. Wypracowane przez pary strategie to sposoby na redukowanie obciążeń, zarówno wprost, przez zmniejszanie ich natężenia, jak i pośrednio – poprzez dostarczenie zasobów do lepszego radzenia sobie z nimi – tłumaczy dr Ewelina Smoktunowicz.

Jak wygląda domowa „pandemiczna” regeneracja?

Część strategii, które wypracowało sobie wiele par, dotyczyło tego, w jaki sposób skutecznie odpoczywać i regenerować siły. Jak wymieniają psycholożki „sport, kontakt z naturą (gdy pozwalały na to obostrzenia epidemiologiczne) czy hobby były sposobem na relaks, ale również odreagowaniem niepewności wywołanych zmieniającą się rzeczywistością. Podobną funkcję spełniało poszukiwanie wsparcia bliskich lub specjalistów, a także pogłębianie i rozwijanie relacji z partnerem lub partnerką. Częstą praktyką było także redukowanie nadmiaru obowiązków, np.: poprzez robienie zakupów przez Internet, ograniczanie liczby spotkań czy nawet zmniejszenie wymiaru etatu.”

- Kobiety są bardziej obciążone zadaniami w domu niż mężczyźni. Dodatkowo rola pracy w ich życiu jest postrzegana jako mniej centralna. W naszym kolejnym badaniu przyjrzymy się temu, w jaki sposób strategie podziału obowiązków pomagają parom w radzeniu sobie z konfliktami ról, gdy obie osoby pracują z domu. (…) – przewiduje dr Marta Roczniewska.

Źródło: mat. pras. SWPS. na podstawie badań zrealizowanych, w ramach projektu „Pary w pandemii: radzenie sobie z konfliktami praca-dom i dom-praca w warunkach dystansu społecznego. Intensywne badanie podłużne w diadach”, przez dr Martę Roczniewską, dr Ewelinę Smoktunowicz, Ewę Makowską-Tlomak  z Uniwersytetu SWPS oraz dr Annę Studzińską z Akademii Ekonomiczno-Humanistycznej w Warszawie.

  1. Psychologia

Chcesz działać skutecznie? Sprawdź, ile energii tracisz na sprawy z przeszłości

Stare, niezałatwione sprawy, trudne emocje z przeszłości - to wszystko daje o sobie znać. Gdy tego nie zamkniemy, tworzą się bariery w codziennym działaniu. (Fot. Getty Images)
Stare, niezałatwione sprawy, trudne emocje z przeszłości - to wszystko daje o sobie znać. Gdy tego nie zamkniemy, tworzą się bariery w codziennym działaniu. (Fot. Getty Images)
Jak może wyglądać lekcja skutecznego działania? - Czasem, aby zrobić krok do przodu, najpierw trzeba obejrzeć się w tył... Czyli raz na zawsze posprzątać i pozamykać stare sprawy.

Podstawą skutecznego działania wcale nie jest dobry plan, lecz przygotowanie startu. Jeśli od dłuższego czasu nie możesz ruszyć z miejsca, wciąż potykasz się i czujesz, że nie wykorzystujesz w pełni swojego potencjału, to znak, że najpierw powinnaś pozbyć się gruzów, wyrównać teren i dopiero wtedy przystąpić do nowej budowy. Wszystko jedno, czy chcesz znaleźć lepszą pracę, poprawić relacje z rodziną, czy wyjechać w Himalaje – zanim zaczniesz cokolwiek planować, obejrzyj się za siebie. Pominięcie etapu szeroko pojętych porządków w życiu to kotwica, która trzyma nas w miejscu. Dlatego jeśli chcesz skutecznie działać, najpierw pozamykaj stare sprawy.

Obwinianie prowadzi donikąd

„Rodzice nie nauczyli mnie pływać”, „To kolega wciągnął mnie w palenie”, „W Polsce nie ma szans na normalne życie”. Zrzucanie winy za własne problemy na innych ludzi lub okoliczności zewnętrzne to ogromna bariera w skutecznym działaniu. Bo czym tak naprawdę jest obwinianie? Lokowaniem energii życiowej w przeszłości! To gromadzenie twardych dowodów, że nie można ciebie pociągnąć do odpowiedzialności za twoje życie. Jeśli wciąż rozpamiętujesz własne upokorzenia czy traumy, to znaczy, że nie przestałaś czekać na zadośćuczynienie (najczęściej czyjeś przeprosiny), czyli uzależniasz się od zachowań innych ludzi. Czekasz na coś od ciebie niezależnego. Rzadko kiedy mamy szczęście i rzeczywiście ktoś wynagradza nam emocjonalnie wydarzenia z przeszłości. W większości przypadków jednak nic takiego się nie dzieje, a my tracimy energię – zamiast iść do przodu, oglądamy się za siebie i sprawdzamy, czy świat widzi, jak bardzo nas kiedyś skrzywdzono, jak nam podcięto skrzydła i uniemożliwiono zrobienie tylu ważnych rzeczy. Koniec z rozpamiętywaniem! Wybacz tym wszystkim, których wciąż źle wspominasz, skończ z użalaniem się nad sobą. A jeśli trzeba, skorzystaj z pomocy terapeuty, bo być może nadal nie potrafisz dokończyć budowy domu z powodu tego, co ci zrobiono w szóstej klasie podstawówki.

Kotwice przeszłości

Naprawienie półki w łazience, dokończenie pracy licencjackiej, uporządkowanie zdjęć z podróży – te sprawy tylko pozornie nie mają nic wspólnego z twoim planem na nowe życie. Sprawy niezałatwione zabierają energię i trzymają w miejscu. To kotwice przeszłości. Każdego dnia, kiedy przechodzisz koło nadal przekrzywionej półki w łazience, część twojej energii zostawiasz przy niej. Wszystko, co powinnaś skończyć, a czego nadal nie zrobiłaś (nawet rzeczy pozornie niezwiązane z tym, co teraz chcesz osiągnąć), to fatalny punkt wyjścia do skutecznego działania.

Często blokuje nas to, co zrobiliśmy w przeszłości, a zwłaszcza wstyd za dawne zachowania. Jeśli postąpiłaś w stosunku do kogoś niewłaściwie, skrzywdziłaś go, byłaś niesprawiedliwa, nie podziękowałaś, chociaż czujesz, że powinnaś, pożyczyłaś coś i nie oddałaś, a za każdym razem, gdy o tym pomyślisz, czujesz zażenowanie – rozlicz się. Warto wrócić do smutnych rozdziałów własnego życia i ostatecznie je zamknąć. Pomyśl, jakie niezałatwione sprawy z ludźmi wciąż wywołują w tobie wstyd, jakie myśli odganiasz zażenowana i o jakich epizodach z przeszłości nawet nie chcesz myśleć, bo nie możesz zrozumieć, jak mogłaś kiedyś tak kogoś skrzywdzić. Szczere przeprosimy lub podziękowania uwolnią ogromne rezerwy zablokowanej energii. Poczujesz, jak wielki ciężar spada z twoich pleców.

Symboliczne porządki

Masz w domu książki, płyty, które kiedyś pożyczyłaś i zapomniałaś oddać? Twoja komórka pełna jest numerów telefonów do osób, z którymi już od dawna nie masz kontaktu? W kuchni kilka naczyń jest wyszczerbionych, a miejsce w garderobie zabierają ubrania, których już od dwóch lat nie zakładałaś? Zrób porządki. Przeprowadzenie domowego remanentu (z naciskiem na wyrzucanie zepsutych i niepotrzebnych rzeczy) pomaga zastanowić się, w jakich okolicznościach kupiłaś buty, które dziś leżą w kącie szafy, kiedy wyszczerbił się talerz od lat przekładany z kąta w kąt, w jakim celu założyłaś te wszystkie foldery na pulpicie – przyjrzeć się przeszłości. I wreszcie ostatecznie się z nią rozprawić.

  1. Psychologia

Przestrzeń potrzebna do życia - co robić, gdy jest jej za mało?

Brak przestrzeni może mieć destrukcyjny wpływ na nasze samopoczucie (Fot. Getty Images)
Brak przestrzeni może mieć destrukcyjny wpływ na nasze samopoczucie (Fot. Getty Images)
Żyjemy z zatłoczonych miastach, jeździmy przepełnionymi autobusami, siedzimy w biurach w open space’ach, wiecznie skazani na czyjeś towarzystwo. Co z nami robi brak przestrzeni dla siebie? Trenerka Renata Mazurowska pyta psychoterapeutę Pawła Droździaka.

Według kanadyjskich naukowców mieszkańcy dużych miast częściej cierpią z powodu problemów psychicznych – o 21 proc. zwiększa się ryzyko zaburzeń lękowych, a o 39 proc. zaburzeń nastroju i depresji. Jaką rolę odgrywa w tym przestrzeń?
Kiedy rozmawiamy o przestrzeni fizycznej, tak naprawdę chodzi o granice przestrzeni psychicznej, o poczucie własnej odrębności – bo psychologicznie, żeby się oddzielić, wystarczy telewizor, książka albo smartfon i już jesteśmy gdzie indziej, nie tam, gdzie naprawdę jesteśmy. Każdy człowiek potrzebuje odrębności swojego świata psychicznego. Mała przestrzeń powoduje więcej interakcji, bo ja dokądś idę, ktoś wchodzi mi w drogę, albo patrzę na coś i inni też na to patrzą – muszę brać cały czas pod uwagę inne osoby. I zaczynam tracić to poczucie psychicznej odrębności.

Z drugiej strony potrzebujemy też być w grupie.
Dlatego nie każdy może być kosmonautą czy popłynąć w długi rejs jachtem. Ale też  nie każdy może pracować w open space. Potrzebujemy być w grupie, o ile ta grupa nie jest dla nas inwazyjna. U dziewczynek wychowanych w rodzinach, gdzie niezachowana była odrębność, występują często zaburzenia odżywiania. Bo, metaforycznie rzecz ujmując, miały swoją szufladę, ale nie miały do niej kluczyka – każdy do tej szuflady zaglądał, mógł coś do niej wkładać i coś z niej wyjmować, trzymać też tam coś swojego, ale dziecko nie miało poczucia, że ta szuflada jest tylko jego. Kiedy wszystko jest wszystkich, a każdy się interesuje każdym, przez dorastającą dziewczynę jest to przeżywane jako nieustająca inwazja, opresyjność braku granic, także na poziomie ciała, pojawia się presja wyrzucenia ze swojego ciała pokarmu. Nie może, nie chce go przyjąć. Podobnie człowiek, który siedzi biurko w biurko z kimś w pracy, potrzebuje mieć taką „swoją szufladę”, własną teczkę albo cokolwiek własnego, a gdy tego nie ma, przenosi swoją uwagę i aktywność psychiczną w inne miejsce, na ekran smartfona, w słuchawki z muzyką, przeglądanie Internetu. Musi mieć psychicznie coś swojego.

Gdy się zmusi ludzi do bycia razem, na wspólnej przestrzeni, w biurze, na szkoleniu, w przedziale pociągu, wychodzą na wierzch ciekawe rzeczy, ujawniają się role, jakie przyjmujemy, to, w jaki sposób się dogadujemy lub rozwiązujemy konflikty…
I mogą się zadziać rzeczy traumatyczne, szczególnie jeśli nie ma kogoś, kto profesjonalnie nad tym procesem czuwa. Dlatego trzeba być ostrożnym w przypadku wszelkiego rodzaju zamkniętych zajęć coachingowych, grupowych, warsztatowych czy szkoleniowych dla pracowników tej samej firmy. Ich uczestnicy są często zachęcani do ujawniania swoich osobistych kawałków. O ile odsłanianie się w grupie terapeutycznej jest bezpieczne i służy terapii, bo grupa ta zwykle składa się z obcych sobie ludzi, którzy później się rozejdą – to w pracy zostajemy potem z tymi prywatnymi informacjami i ujawnionymi przeżyciami na kolejne miesiące czy lata, w tej samej grupie osób. To bywa niebezpieczne. Dlaczego w więzieniach nie dopuszcza się, by ludzie, którzy dzielą jedną celę, cały czas spędzali ze sobą? Boby się pozabijali. Rotuje się więc ich między celami, a nawet między zakładami karnymi. Dlaczego na uroczystościach rodzinnych mamy odruch włączania telewizora? Bo potrzebujemy poczuć własną odrębność psychiczną, na chwilę przenieść uwagę na coś innego niż znane twarze.

Wyłączając się psychicznie, chronimy swoje fizyczne i psychiczne granice?
Podstawowy w kontakcie z innymi jest kontakt wzrokowy. Możemy być w takim kontakcie przez kilka, kilkanaście sekund, ale nie jesteśmy w stanie zachować ciągu myśli i skojarzeń, wpatrując się nieustannie w czyjeś oczy. Telewizor czy kominek pomagają się zresetować.

Ale i słuch jest ważny – nie da się długo siedzieć z kimś, kto bez przerwy ma coś do powiedzenia.
Jeśli ktoś bez przerwy gada, to radzimy sobie w taki sposób, że przestajemy go słuchać.

Dlaczego się izolujemy, czego boimy się doświadczyć?
Boimy się wszystkiego, bo nie wiadomo, co może się wydarzyć.  Na statkach handlowych marynarze chronią się w ten sposób, że uciekają w strukturę hierarchiczną, w porządek, którego tam nikt nie kwestionuje, bo jakby zakwestionowali, to trzeba by go na nowo ustalać, a to na zamkniętej przestrzeni, w grupie rywalizujących mężczyzn, mogłoby się skończyć tragicznie.

Do izolowania się służą nam też alkohol, narkotyki czy wszechobecne dopalacze. Uciekamy w te odmienne stany, bo jesteśmy przebodźcowani?
Cały czas zalewani jesteśmy informacjami, a na dodatek wszędzie jeszcze są jacyś ludzie, którzy czegoś od nas chcą. Zwłaszcza w dużych miastach. Dla osób o strukturze psychotycznej bycie z ludźmi jest szczególnie trudne. Z zadowoleniem witają oni pojawienie się kas automatycznych w sklepach, odpraw przy automatach na lotniskach, bo nie muszą wchodzić w żadną interakcję. Zamiast jeździć komunikacją miejską, co jest przecież i szybsze, i tańsze, każdy woli mieć swój samochód, by choć przez chwilę pobyć samemu.

Wielka przestrzeń też potrafi być zagrażająca.
Z tego samego powodu – poczucia odrębności własnego istnienia, z tą różnicą, że zamiast strachu przed zalaniem ujawnia się strach przed rozpadem. Nie mamy się czego uchwycić, kręci nam się w głowie, boimy się latać – to wszystko ma związek z poczuciem braku kontroli i z konstrukcją naszej osobowości. Niezależnie, na jakiej przestrzeni znajduje się człowiek, potrafi budować wewnętrzne bariery. Są ludzie, którzy nie mają na tyle poczucia własnej integralności, by wytrzymać, że np. ktoś cały czas obok nich przechodzi. Niektórzy z tego powodu nie są w stanie chodzić do galerii handlowych, gdzie tłum się przelewa jak natrętne myśli. A ktoś inny powie: „Niezależnie, czy ludzi wokół mnie jest milion czy pięciu, wewnętrznie jestem sam”.

Teoretycznie, jeśli mamy zdrową strukturę psychiczną, poradzimy sobie w każdej przestrzeni, ale przyznasz, że mało kto wytrzyma, jak co chwila ktoś mu za plecami przechodzi, gdy pracuje w jakimś komunikacyjnym ciągu.
To jest dla każdego nie do zniesienia, uruchamia paranoiczne myśli: „On może myśleć o mnie różne rzeczy, a ja nie mam możliwości myśleć o nim nic”.

Aż strach pomyśleć, co nam robią przestrzenie typu open space.
Wymyślono je po to, by obniżyć koszty budowy, oraz po to, by kontrolować pracowników. Dyrektorzy uciekają do gabinetów, a pracownik ma być pod nieustającą kontrolą, zero prywatności. Żeby przetrwać w open space, trzeba mieć dużą zdolność budowania wewnętrznych barier. Bo jeśli tego nie mamy, praca w takich warunkach prowadzić może nawet do psychozy.

Każdy potrzebuje granic?
Jest taka znamienna scena w jednym z reportaży o obozach jenieckich z czasów II wojny, gdy wyzwalano oficerski obóz – stoły podzielone były kredą na małe kwadraty i w miejscu, gdzie rękawiczki z jednego kwadratu przekroczyły granice drugiego, miały obcięte palce.

To się zdarza także w firmach, gdy przekraczamy czyjąś przestrzeń, rozkładając swoje rzeczy na cudzych stanowiskach, „pożyczając” sobie z innych biurek przedmioty…
Niebranie pod uwagę cudzych granic może się wiązać z tym, że ktoś sam także nie czuje dobrze własnych. Jeśli moje granice psychologiczne są stale ignorowane, niemożliwe jest utrzymanie stabilnego poczucia „ja”. Dlatego każdy powinien – dla własnego zdrowia psychicznego – i w głowie, i w domu mieć jakiś swój własny kawałek podłogi.

 

  1. Psychologia

Sposób na stres? Mind Shui, czyli porządek w głowie

Mind Shui to praca nie tylko nad uporządkowaniem myśli, potrzeb, dążeń, ale też tych wszystkich obszarów, w których funkcjonuje człowiek, i dostarczeniem mu narzędzi oraz motywacji do świeżego spojrzenia na siebie, innych i otoczenie. (Fot. iStock)
Mind Shui to praca nie tylko nad uporządkowaniem myśli, potrzeb, dążeń, ale też tych wszystkich obszarów, w których funkcjonuje człowiek, i dostarczeniem mu narzędzi oraz motywacji do świeżego spojrzenia na siebie, innych i otoczenie. (Fot. iStock)
Przewlekły stres może nie dawać silnych objawów. Jak słuchać, co chce nam powiedzieć, nawet jeśli mówi bardzo cicho, radzi psycholog Anna Kocwa-Karnaś, pracująca według autorskiej metody Mind Shui.

W Mind Shui chodzi o uporządkowanie myśli – dobrze się domyślam?
Mind Shui to dużo szerszy koncept, wynikający z mojej wieloletniej pracy i doświadczenia w zawodzie psychologa na różnych płaszczyznach widzenia człowieka. Na początku swojej drogi byłam zafascynowana psychoterapią, pracą z rodziną, psychiatrią, potem pojawiła się reklama i biznes, bardzo długo zajmuję się też neuropsychologią, treningiem rozwoju osobistego i coachingiem – i jedna rzecz mnie zawsze zastanawiała, że każdy z tych obszarów zamyka się na pozostałe, jakby ignorując wiedzę i skuteczne narzędzia z innych dziedzin. Mimo że każdy dotyczy człowieka. Ja jestem zwolenniczką łączenia doświadczeń i wiedzy.

Człowieka trzeba zawsze pojmować, badać i widzieć w trzech obszarach: indywidualnym, czyli tego, co dzieje się w jego umyśle i głowie (dosłownie!), obszarze relacji interpersonalnych oraz organizacyjnym, czyli jak funkcjonuje w szkole czy pracy. Dlatego w Mind Shui zakładam pracę nie tylko nad uporządkowaniem myśli, potrzeb, dążeń, ale też uporządkowaniem tych wszystkich obszarów, w których funkcjonuje człowiek, i dostarczeniem mu narzędzi oraz motywacji do świeżego spojrzenia na siebie, innych i otoczenie. Bo nie zawsze trzeba zmieniać, czasem wystarczy coś uporządkować, podkreślić priorytety, ustawić myśli, dopracować zasady, wytyczyć granice, skupić uwagę i wszystko gra, bez skutków ubocznych akcji pt. „zmieniam wszystko w moim życiu, bo nic nie warte”. W Mind Shui porządkujesz swoją przestrzeń życiową i psychiczną, ale też doceniasz to, co już masz, i robisz z tego maksymalny użytek. Bazuję na wiedzy o ludzkim mózgu, neuroplastyczności, jego pracy i wpływie na nasze myśli, emocje oraz zachowanie, możliwościach metapoznawczych. Wiemy, że neurony codziennie nie tylko umierają, ale również tworzą się nowe i trzeba je włączać w kolejne sieci połączeń, aby dawały wymierne korzyści. Jest to możliwe tylko dzięki uczeniu się nowych rzeczy, dzięki odpowiednim technikom i częstej stymulacji. Tak możemy też odwracać skutki stresu.

Dużo osób zgłasza się do pani z takim problemem?
Tak, choć muszę zaznaczyć, że stres jako główna przyczyna naszych problemów jest trochę przereklamowany. Istnieje sporo mitów na jego temat, wiele rzeczy, które nazywamy stresorami, to po prostu wyzwania, zadania dnia codziennego. Ale przyjmujemy, że skoro stresuje Baśkę, to mnie na pewno też, i spirala negatywnych myśli oraz zdarzeń się nakręca. Dzisiaj jechałam autobusem i przeczytałam tam taką reklamę, że zostawiając samochód w domu i przesiadając się do komunikacji miejskiej, sprawiasz, że omija cię stres dojazdu do pracy. Pewnie chodzi o korki. Ale ja osobiście znam osoby, które bardzo lubią korki, bo mogą wtedy posłuchać muzyki, audiobooka, mają czas na przemyślenie pewnych spraw, naładowanie energii przed trudnym dniem, można włączyć karaoke i pośpiewać sobie trochę. To kwestia podejścia.

Ważne, by rozłożyć na czynniki pierwsze wszystko to, co prowadzi nas do stresu, i zastanowić się, czy zawsze to jest konieczna droga. Czasem wystarczy na początek zamienić słowo „stresor” na „motywator”, „poprzeczka”, „wyzwanie”. Zawsze radzę moim klientom, by potraktowali stres trochę jak przyjaciela, czyli myśleli o nim, poznali go, rozmawiali z nim, słuchali, co im chce przekazać. Musisz go mieć przy sobie, bo motywuje, ale też nie daj mu się zwariować i trzymaj dystans. Jeśli będziesz udawać, że go nie ma, będziesz go lekceważyć, to wtedy na bank da ci w łeb tak, że głowa rozboli.

Słuchanie, co stres chce nam powiedzieć, to głównie słuchanie swojego ciała.
Tak, to zwracanie uwagi na zmęczenie, ból, choroby. Ale też słuchanie bliskich nam osób. To one bardzo często jako pierwsze zwracają nam uwagę, mówiąc: „nie dbasz o siebie”, „za dużo pracujesz”, „mało się uśmiechasz”, „częściej się złościsz”. To również obserwacja swojej wydajności w pracy lub szkole. Jedną z technik, którą proponuję moim pacjentom, jest prowadzenie dziennika stresu. Zapisujmy wszystkie szczegóły: jak doszło do sytuacji stresującej, jak się wtedy zachowaliśmy, co czuliśmy i myśleliśmy i jak sobie ostatecznie z tym poradziliśmy. W ten sposób po przeanalizowaniu notatek z kilku tygodni możemy określić, co nas najbardziej stresuje, jakie jest natężenie tego napięcia, co najlepiej nam pomaga, kiedy jest to ponad nasze siły, a kiedy stresor jest motywujący. Bo odpowiednie napięcie, jak w instrumencie napięcie struny, jest niezbędne, by wydobyć z niego odpowiedni dźwięk. Jeśli jednak okazuje się zbyt silne, nie potrafimy zrobić najważniejszej rzeczy, czyli ustalić swoich priorytetów i określić, czy sprawa, która zajmuje teraz nasze myśli, jest naprawdę istotna. I wybuchamy, gdy np. ktoś zajedzie nam drogę samochodem albo kupi ostatni kawałek szynki. Czyli dochodzi do całkowicie nieadekwatnego przemieszczenia gniewu i oznak złości.

Można być w głębokim stresie, a nie zdawać sobie z tego sprawy?
Myślę, że jeśli ktoś jest istotą myślącą i świadomą, to nie. Ale można długo trwać w wypieraniu tego, co się z nami i wokół nas dzieje. Spada mi odporność, to biorę więcej witamin, wypadają mi włosy, więc zmieniam szampon, nie mogę spać, parzę ziółka lub kupuję tabletki nasenne, boli mnie głowa, biorę proszek. Tymczasem każdemu objawowi, który powoduje zaburzenie równowagi organizmu, powinniśmy się przyjrzeć. Na każdym poziomie – jednostkowym, interpersonalnym i organizacyjnym. Możemy zrobić listę tych objawów i zobaczyć, czy nie składają nam się w opowieść pt. „coś jest chyba nie tak”. I to nie tylko z moją pamięcią i koncentracją, nie tylko w relacji z przyjaciółką czy partnerem, nie tylko moimi ocenami w szkole czy kreatywnością, motywacją i wynikami w pracy. Należy patrzeć całościowo. Bo objawy ukrywają się na każdym poziomie.

Jak pracować ze stresującymi myślami? Jest wiele metod. One różnie działają w zależności od osoby, jej gotowości i częstości stosowania. Ja jestem przewrotna, lubię ośmieszać demona i obalać mity. Radzę często, aby na to, co zwykle stresuje, spojrzeć pozytywnie. Choćby troszkę. Co musiałoby się stać, żeby dana sytuacja czy rzecz nie wyprowadzała mnie z równowagi, nie powodowała takiego napięcia, bólu głowy, przerażenia? Postarajmy się też wczuć w perspektywę innej osoby, stanąć odrobinę z boku. Pomaga w tym wspomniany dziennik codziennych stresów, jak również analiza metapoznawcza. No bo pomyślmy, co by się musiało stać, by ten korek w drodze do pracy zrobił się przyjemny – mogę wziąć ulubioną muzykę na płytach albo po prostu przesiąść się na rower. Oczywiście nie ma jednej techniki, która działa w każdej sytuacji, zawsze i na każdego. Ale trzeba próbować.

Mity na temat stresu

Mit 1: Każdy odczuwa stres tak samo.
 Nieprawda. To, co wywołuje napięcie u pani X, jest kompletnie ignorowane przez pana Y, może być nawet motywujące! Każdy z nas inaczej reaguje na wzrost napięcia i inaczej go odczuwa, choć może być oczywiście wiele elementów podobnych.

Mit 2: Stres jest zawsze zły dla człowieka.
 Gdyby tak było, oznaczałoby, że zero stresu i napięcia w życiu to coś cudownego, błogiego, pożądanego… Nuda. I zupełna nieprawda. Stres to pocałunek śmierci albo… smaczek naszego życia. Kwestia ilości – czyli trzeba znaleźć przysłowiowy złoty środek – oraz… nabyć umiejętności radzenia sobie z nim. Jeśli nauczysz się rozumieć to napięcie i nim zarządzać – będziesz twórczy i szczęśliwy, jednak nieradzenie sobie z przewlekłym stresem boli, a nawet może zabić.

Mit 3: Stres czyha wszędzie.
 Bzdura. Nie wszystko jest stresujące, pewne kwestie w życiu to po prostu zadania do wykonania, normalny element ludzkiego życia. Poza tym możesz tak zaplanować sobie dzień, aby napięcie nie pikowało w górę, a stres nie zwalał z nóg. Efektywne planowanie zakłada ustalenie priorytetów oraz rozwiązywanie najpierw prostych zadań, przechodząc do bardziej skomplikowanych. Jednak gdy stres jest zbyt duży, to tracisz dystans i umiejętność ustalania priorytetów. Wszystkie zadania wydają ci się równie ważne (i trudne!), stąd zagubienie i poczucie, że stres jest wszechobecny. Spokojnie, dasz sobie radę.

Mit 4: Najpopularniejsze techniki redukujące stres są najlepsze
. Przykro mi, ale to też nieprawda. Nie ma czegoś takiego jak uniwersalny sposób na pozbycie się stresu, napięcia, lęku. Praca nad stresem to cała paleta różnych działań dostosowanych do danego człowieka w kontekście jego potrzeb na płaszczyźnie mentalnej, interpersonalnej oraz twórczej, organizacyjnej. Praca nad stresem musi być indywidualnie skrojona dla każdej osoby. Jak suknia glamour na czerwony dywan.

Mit 5: Jak nie ma objawów stresu, to go przecież nie ma.
 Hm… brak oczywistych objawów stresu nie oznacza jego braku.

Mit 6: Tylko poważne objawy stresu wymagają uwagi.
 Żadne objawy stresu nie mogą być ignorowane, są informacją, że coś ci się wymyka spod kontroli i że najwyższy czas na szczerą rozmowę o tym, co się dzieje w twojej głowie, twoim ciele, jak i wokół ciebie, w kontakcie z bliskimi, przyjaciółmi, kolegami w pracy.

Anna Kocwa-Karnaś psycholog, neuropsycholog, trenerka rozwoju osobistego, terapeutka.