1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Czy zmiana pracy jest rzeczywiście tak prosta jak twierdzą niektórzy?

Czy zmiana pracy jest rzeczywiście tak prosta jak twierdzą niektórzy?

fot.123rf
fot.123rf
W wielu pismach czy na portalach można przeczytać cudowne historie o osobach, które postanowiły zmienić zawód. Dowiadujemy się od nich jak dobrze było rzucić wszystko i zacząć życie od nowa... Czy faktycznie może sobie na coś takiego pozwolić przeciętna osoba pracująca, z tzw. klasy średniej?

W ostatnich latach, a szczególnie na początku roku, modne są wszelkie „zmiany życiowe”. Artykuły czy hasła w wielu pismach przekonują nas do podejmowania nowych wyzwań. W ramach zdrowo pojętej emancypacji do poszukiwania własnej ścieżki zawodowej zachęca się przede wszystkim kobiety. – Myślę, że nie jest to kwestia mody, a rosnącej świadomości wśród kobiet, że mogą w życiu robić to, co lubią, a praca może być dla nich miejscem realizacji własnych pasji i spełnienia. – wyjaśnia Natalia Bogdan, założycielka agencji rekrutacyjnej Jobhouse.

Gdzie możemy zdobyć rzetelną wiedzę na temat zawodów czy stanowisk najbardziej teraz poszukiwanych? Rynek zmienia się niezwykle szybko… Często musimy się przecież przekwalifikować, bo dotychczas zdobyta wiedza „traci na aktualności”. Jak więc w rozsądny sposób zadbać o swoje szczęście w pracy?

Wielu kobietom praca kojarzy się z przykrym obowiązkiem, są w niej nieszczęśliwe, a wykonują ją m.in. ze względów finansowych czy z niewiedzy, że może być inaczej. Aktualnie rynek pracy oferuje tyle możliwości, iż każdy może znaleźć coś dla siebie. Nie twierdzę, że jest to łatwe, ale patrząc na moich klientów, mogę śmiało powiedzieć, że możliwe.

Każdą zmianę należy rozpocząć od zdefiniowania celu, niezbędne jest tu także poznanie swoich talentów czy predyspozycji zawodowych. Jeśli sami wiemy, jakie aktywności przychodzą nam z łatwością i jakie kompetencje wyróżniają nas na tle innych pracowników, łatwiej jest nam znaleźć pracę marzeń. Kolejnym krokiem jest spisanie planu działania i konsekwentne jego realizowanie. Może się okazać, że chcąc np. otworzyć przedszkole, będziemy potrzebowali zgłębić tajniki skutecznej sprzedaży, bo jak wiadomo, to kluczowa umiejętność w prowadzeniu biznesu - decydując się na zmianę, powinniśmy być gotowi na wychodzenie ze swojej strefy komfortu, otwarcie się na nowe działania, których być może do tej pory nie musieliśmy podejmować.

Chcąc dokonać zmiany w życiu zawodowym warto też skorzystać z pomocy Doradcy Kariery. Taka osoba oferuje szereg pomocnych narzędzi pozwalających określić nasze predyspozycje zawodowe. Nasi doradcy pracują m.in. na testach Thomasa. Rekomenduję podjąć współpracę właśnie z doradcą z agencji pracy, ponieważ mają oni także dostęp do aktualnych ofert pracy.

W wielu pismach czy na portalach można przeczytać cudowne historie o osobach, które postanowiły zmienić zawód. Dowiadujemy się od nich jak dobrze było rzucić wszystko i zacząć życie od nowa... Czy faktycznie może sobie na coś takiego pozwolić przeciętna osoba pracująca, z tzw. klasy średniej?

Tak, ja też uwielbiam czytać te historie, choć bardziej mnie interesuje droga dojścia do tego sukcesu. Sama wiem po sobie, że sukces nie jest kwestią szczęścia, lecz wypadkową przygotowania, kompetencji, postawy oraz wytrwałości w realizacji założonego planu.

Warto pamiętać, że każda zmiana to proces. Nie polecam rzucać wszystkiego z dnia na dzień, lecz przygotować się do tego ważnego dnia – zmiany zawodu lub przejścia na swoje. Nie znam osoby, która odniosła długotrwały sukces działając na bazie emocji: pokłóciłam się z szefem, postanowiłam zwolnić się z dnia na dzień, zaczęłam własny biznes i szybko odniosłam sukces. Oczywiście na taki scenariusz – zwolnienia się z dnia na dzień – mogą sobie pozwolić osoby, które mają zaplecze finansowe, jednak nie każdy może sobie pozwolić na taki komfort.

Każda zmiana jest prostsza, jeśli mamy poduszkę finansową. Większość osób, która chce zmienić zawód, rozpocząć nową ścieżkę zawodową, czy otworzyć własny biznes zaczyna od zgromadzenia oszczędności, które pozwolą na funkcjonowanie przez około 12 miesięcy. To daje swobodę działania i możliwość podejmowania odważniejszych decyzji.

Bardzo ważny jest także dobrze opracowany plan – dopasowany do realiów rynkowych i skonsultowany z zaufanymi, bardziej doświadczonymi osobami.

Warto także czytać historie ludzi, którzy osiągnęli sukces, ponieważ dla wielu są one źródłem inspiracji do podjęcia decyzji o realizacji marzeń zawodowych. Pomocne jest również znalezienie osoby, która jest w miejscu, w którym my chcielibyśmy być – możemy sporo się od niej nauczyć, ponieważ przeszła już drogę, na którą my dopiero wkraczamy.

We wszystkich niemal ogłoszeniach o pracę wymagane jest zwykle min. 2-letnie doświadczenie na danym stanowisku. Jak należy więc zabrać się do zmiany zawodu, gdy nie widzimy już dla siebie innych możliwości? Bo można tutaj odnieść wrażenie, że to, do czego rynek zachęca, ma się często nijak do tego, co oferuje.

Najłatwiej zacząć od stażu lub praktyki, nawet bezpłatnej, o ile oczywiście możemy sobie ma to pozwolić. Wiele firm potrzebuje wsparcia w okresie wzmożonej pracy i chętnie przyjmuje tzw. osoby do przyuczenia. Podczas takiego stażu oczywiście trzeba dać z siebie wszystko i pokazać się z jak najlepszej strony, jak najszybciej się uczyć i obserwować. Zazwyczaj pracodawca, który zainwestuje swój czas w nasze przeszkolenie, po zakończeniu praktyk złoży nam ofertę stałego zatrudnienia.

Gdy takie rozwiązanie nie wchodzi w grę, chociażby ze względów finansowych, spróbujmy zdobyć potrzebne umiejętności w obecnej pracy. Jeżeli na przykład jesteśmy księgową, a myślimy o rozwoju w kierunku marketingu, zaoferujmy koleżance z sąsiedniego działu pomoc w wykonaniu dowolnego zadania. Warto także zasygnalizować szefowi, że jesteśmy otwarci na podjęcie dodatkowych wyzwań w innym niż dotychczas obszarze. Nawet jeśli nie zmieni się nasze stanowisko, w CV będziemy mogli już wpisać dodatkowe zadanie, za jakie byliśmy odpowiedzialni, a przede wszystkim nauczymy się czegoś nowego.

Warto pozyskiwać dodatkowe kompetencje także w czasie wolnym, na przykład podczas studiów podyplomowych. Kopalnią wiedzy jest także Internet. Czytajmy blogi z branży, która nas interesuje, obserwujmy strony na Facebooku o danej tematyce, dołączmy do grup w mediach społecznościowych – jest to świetne i przede wszystkim bezpłatne źródło informacji. Wiele informacji od praktyków można pozyskać również podczas konferencji. W przerwach takich eventów warto porozmawiać z osobami, które wykonują interesujące nas zajęcie i zapytać o to, jaka była ich ścieżka kariery. Można zaoferować im także wsparcie w prowadzonych projektach w ramach wolontariatu.

A czy możliwa jest zmiana bez obniżenia standardów życia? Przecież osoba, która zdobyła w jakiejś branży doświadczenie i stanowisko, decydując się na nowy zawód musi raczej zaczynać swoją przygodę z niższego szczebla.

Są branże, w których doświadczenie w dokładnie tym samym zawodzie nie jest wymagane. Na przykład w agencjach rekrutacyjnych, nawet na stanowiska managerskie przyjmowane są osoby, które po prostu znają dobrze dowolną branżę. Przykładowo jeśli ktoś był prawnikiem, teraz może rekrutować osoby z kategorii legal. Takie firmy wychodzą z założenia, że samej rekrutacji można nauczyć się dość szybko, a zdobycie kontaktów i poznanie zagadnień prawnych jest dużo trudniejsze i czasochłonne. Podobnie jest w sprzedaży – jeśli np. byliśmy pośrednikiem nieruchomości, możemy zająć się sprzedażą ogłoszeń lub systemów informatycznych dla biur nieruchomości, ponieważ wiemy od podszewki, jakie są potrzeby branży. Z kolei w branży IT, w której brakuje wykwalifikowanych pracowników na stanowiska liderskie często zatrudniane są osoby, które nie miały wcześniej styczności z programowaniem, ale zarządzały projektami w innych branżach. Takich przykładów jest więcej. Najłatwiej znaleźć takie oferty wpisując w pasku wyszukiwania dowolnego portalu z ogłoszeniami o pracę frazę „nie wymagamy doświadczenia”. W momencie pisania tego artykułu na portalu pracuj.pl jest ponad 800 takich ofert z całej Polski.

Ostatnia sprawa dotyczy zawodów, które ileś lat temu były naprawdę cenione i dobrze płatne (np. dziennikarze radiowi), a teraz należą do najsłabiej opłacanych. Jaką radę miałaby Pani dla takich osób (które lubią swoją pracę, a jednocześnie nie są w stanie utrzymać się z niej na odpowiednim poziomie)?

Żyjemy w czasach, w których kluczowymi umiejętnościami są: otwartość na nową wiedzę i elastyczność. Scenariusze karier zawodowych naszych rodziców to już przeszłość - praca w jednym zawodzie, w jednej firmie, no może w dwóch, to teraz rzadkość. Warto wiedzieć, jakie posiadamy kompetencje i jakie są zawody na rynku pracy, w których te umiejętności będą cenione. Jeśli pracowaliśmy w zawodzie dziennikarza radiowego to zapewne posługujemy się piękną polszczyzną, mamy dobrze ustawiony, radiowy głos, redagowanie informacji mamy opanowane do perfekcji. Gdzie możemy znaleźć nową/ dodatkową pracę? Możemy sprawdzić dubbing filmowy czy pracę przy nagrywaniu aktualnie tak popularnych audiobooków. Wszystkie oferty związane z obsługą klienta mogą być także atrakcyjne, ponieważ umiejętność komunikacji i ładnego wysławiania się są wysoko cenione przez pracodawców.  Można także pomyśleć o stworzeniu warsztatów dla początkujących dziennikarzy czy stworzeniu własnego bloga z podcastami na temat, w którym się specjalizujemy, np. rynku pracy. Możliwości jest naprawdę dużo, tylko warto otworzyć się na nowe i podjąć wyzwanie.

zdjęcia biznesowe i fotografia korporacyjna zdjęcia biznesowe i fotografia korporacyjna

Natalia Bogdan – założycielka, właścicielka i Prezes Zarządu międzynarodowej agencji rekrutacyjnej Jobhouse. Absolwentka Zarządzania Zasobami Ludzkimi i Prawa Pracy na Uniwersytecie Gdańskim oraz Human Resources Management w prestiżowym Instituto Politecnico do Porto. Od kilkunastu lat związana z branżą HR. Swoje doświadczenie zdobywała w USA, Wielkiej Brytanii, Holandii i Portugalii. Obecnie zarządza spółką, która zatrudnia rocznie ponad 3 tysiące pracowników. Ekspert rynku pracy. Wykładowca Akademii Leona Koźmińskiego. Zdobywczyni tytułu Bizneswoman Roku 2016 w konkursie organizowanym przez Sukces Pisany Szminką. Pasjonatka zdrowego stylu życia – ukończyła kilkanaście maratonów, półmaratonów i triathlonów, zdobyła też Kilimandżaro.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Chcesz dokonać trwałych zmian? Poznaj psychiczne mechanizmy, które tobą kierują

Postanowienia noworoczne wielu osobom przywodzą na myśl szereg porażek. Czy warto sobie cokolwiek planować, skoro tak trudno jest później wytrwać w tych postanowieniach? Niestety, często wierzymy w wiele mitów na temat zmian i brakuje nam podstawowej wiedzy psychologicznej... (fot. iStock)
Postanowienia noworoczne wielu osobom przywodzą na myśl szereg porażek. Czy warto sobie cokolwiek planować, skoro tak trudno jest później wytrwać w tych postanowieniach? Niestety, często wierzymy w wiele mitów na temat zmian i brakuje nam podstawowej wiedzy psychologicznej... (fot. iStock)
Marzą nam się zmiany na lepsze, planujemy kolejne przedsięwzięcia, wyrobienie sobie nowych, zdrowszych nawyków. Tymczasem, gdy naszych postanowień nie umiemy skutecznie realizować, fundujemy sobie poważny spadek nastroju. Od czego zależy nasza motywacja i powodzenie? Co warto wiedzieć o swoich mechanizmach psychologicznych, zanim zdecydujemy się na wprowadzanie zmian w życie? – wyjaśnia dr Ewa Jarczewska-Gerc z Uniwersytetu SWPS, psycholożka społeczna i trenerka biznesu.

Czy zależy nam na zmianie, która przyjdzie z zewnątrz, czy na tym, żeby zmienić siebie? Jak podkreśla dr Ewa Jarczewska-Gerc: „Chcę się zmienić”, a „chcę zmiany” to dwa różne stwierdzenia. Okazuje się, że najczęściej zależy nam na odmianie życia, ale bez ponoszenia kosztów i wysiłku związanego z tym procesem.

Nie wszyscy też działamy tak samo, kiedy już zdecydujemy, że chcemy coś zmienić. Jedni z nas kochają rewolucje i przewracają całe swoje życie do góry nogami, inni wolą dochodzić do celu krok po kroku. I okazuje się, że czasem wystarczy jedna zmiana, która zadziała jak efekt domina. – Jeden dobry nawyk, jeden mały krok jest w stanie uruchomić pozytywne zmiany w innych obszarach. Z badań wynika, że osoby, które zaczynają ćwiczyć, mają lepszy nastrój, dbają o zdrowe odżywianie, rzadziej tracą nad sobą panowanie, przestają palić, krócej oglądają telewizję, lepiej śpią, poprawiają jakość relacji z bliskimi, a nawet częściej myją zęby – wymienia psycholożka.

Kiedy jest czas na zmianę? Skąd mieć pewność, że trzeba coś zmienić?

Nie zawsze mamy świadomość, że obraliśmy w życiu niewłaściwy kurs. Skąd możemy wiedzieć, że przyszedł czas na to, aby zmienić nasze cele, założenia, nasze działanie albo, że my sami powinniśmy się zmienić?

Dr Ewa Jarczewska-Gerc: To wcale nie jest takie łatwe, aczkolwiek źródeł jest kilka. Po pierwsze - nasze „wnętrze”. Nasz nastrój, nasze emocje mogą nam podpowiadać, że coś jest nie tak… Możemy czuć pewien dyskomfort, czuć, że coś nas uwiera, coś nie idzie po naszej myśli. Gdy pojawiają się negatywne emocje – one są taką sugestią, że nasze plany, założenia być może nie idą tak jak chcieliśmy, jak sobie zaplanowaliśmy. Dlatego często negatywne emocje są taką czerwoną flagą mówiącą uważaj, bo chyba nie idziesz w takim kierunku, w jakim chciałeś.

Drugie źródło to są oczywiście inni ludzie. Nasi bliscy często znają nas lepiej niż my sami siebie. Mogą nam zwrócić uwagę na pewne rzeczy (popatrz, ten kierunek, w którym zmierzasz, nie jest dobry dla ciebie; możesz mieć z tego powodu negatywne konsekwencje). Nie zawsze muszą to być bliskie osoby, czasem obcy ludzie są dla nas źródłem informacji na temat tego, że być może droga, którą obraliśmy nie jest właściwa i powinniśmy się zmienić. A czy czeka nas zmiana… to już jest zupełnie inna sprawa.

Czy chcieć znaczy móc? W jakie mity wierzymy?

Wielu ludziom towarzyszy błędne przekonanie, że samo pragnienie celu jest wystarczające do jego osiągnięcia. I choć dobrze wiedzą, że bez włożenia pracy w jego realizację nie osiągną wiele, trzymają się swojej „wiary”. –Ciekawe, że my głównie wierzymy w to, że to chęci są tym czynnikiem, który poprowadzi do zmiany – komentuje psycholożka – Mówi się nawet, że chcieć to móc. I o ile zgadzam się z tym stwierdzeniem, to nie zawsze tak się dzieje. Ludzie mówią „ale ja bardzo chcę się zmienić”, albo „ja bardzo chcę zmiany” – i tutaj właśnie wprowadzę to rozróżnienie, że my z jednej strony chcemy zmiany, ale nie chcemy się zmieniać. Chcemy, żeby zmiana przyszła sama z siebie, żeby ona na nas spadła, spłynęła z nieba niczym manna… Natomiast zmienianie siebie wymaga już wysiłku. Dlatego też często nie podejmujemy działania, albo szybko rezygnujemy, bo okazuje się, że droga do tego upragnionego celu nie jest tak przyjemna jak sam cel, sam wynik. W związku z tym nie tylko chęci są nam potrzebne, ale także pewna umiejętność samodyscyplinowania się, umiejętność panowania nad swoimi pokusami, umiejętność wytrwałego i konsekwentnego realizowania swojego działania, czyli tzw. czynnik wolicjonalny, jak go nazywamy w psychologii, który oznacza, że nie tylko chcemy się zmienić, ale mamy siłę do tego, żeby zmiany dokonać.

Zanim jednak przystąpimy do działania, w pierwszej kolejności należy skonkretyzować cel. Postanowienia w rodzaju „będę zdrowo się odżywiać”, „będę uczyć się nowego języka”, „będę ćwiczyć” – są nie tylko ogólne, ale też formułowane przyszłościowo. Dlatego dr Jarczewska-Gerc poleca stworzenie tzw. intencji implementacyjnej, która jest formułowana w postaci implikacji: jeśli wydarzy się sytuacja x to ja robię y, czyli np. „jak tylko wrócę po pracy do domu to idę biegać”. Stosując ten bardzo prosty zabieg psychologiczny, polegający na konkretyzacji celu, określamy kiedy i gdzie zamierzamy wcielać w życie to, co sobie zaplanowaliśmy. Nasz cel przestaje być „mglistym” założeniem i staje się jasny, konkretny, inaczej też działa na psychikę.

Droga do celu

To, co warto mieć na uwadze to fakt, że od samego celu ważniejsza jest droga, która do niego prowadzi – ona właśnie świadczy o naszej skuteczności. Nie warto skupiać się od razu na wymarzonym sukcesie, ale zaplanować plan realizacji, zgodny z tym, co jest dla nas naprawdę ważne. Jak radzi psycholożka: - To, co może nam pomóc, to skupienie się na procesie dążenia do celu. Wyobrażanie sobie kolejnych kroków działania, które muszą być podjęte, aby uzyskać wymarzony efekt sprawia, że zaczynamy dostrzegać wzajemne powiązania pomiędzy poszczególnymi etapami działania, formułując w ten sposób spójny plan akcji. Dostrzegamy także przeszkody, które mogą się pojawić i utrudnić nam dążenia, dzięki czemu jesteśmy w stanie przygotować „plan B”. To właśnie droga prowadząca nas do upragnionego celu jest kluczem do sukcesu, który staje się wówczas miłym „produktem ubocznym” naszej efektywności.

Dwa procesy zarządzania sobą, które zawsze powinniśmy mieć na uwadze

Mamy już jasno określony cel, który chcemy osiągnąć. Opracowaliśmy plan działania. Jednak, gdy zbliża się moment, w którym musimy włożyć trochę wysiłku, żeby realizację celu rozpocząć, albo musimy przemóc „niechcenie”, żeby go kontynuować, zaczynamy szukać wymówek… Dlaczego tak się dzieje?

– Dzieje się tak dlatego, że możemy wyróżnić dwa rodzaje procesów zarządzania sobą. Pierwszy rodzaj procesów to tak zwane procesy samoregulacyjne. Polegają one na tym, że koncentrujemy się wokół podnoszenia swojego dobrostanu, swojego samopoczucia, swojego nastroju, czyli mówiąc ogólnie: sprawiamy sobie przyjemność. Drugi rodzaj procesów zarządzania sobą to procesy samokontrolne. One polegają na tym, że gdy postawię sobie cel to ja się siebie nie pytam „czy ja mam ochotę ten cel dzisiaj wdrażać?” – tylko ja go po prostu wdrażam. Procesy samokontrolne koncentrują się wokół zdyscyplinowania się na tyle, aby pociągnąć realizację celu, czyli po prostu: tworzymy plan działania i zaczynamy go wcielać w życie. – podsumowuje dr Ewa Jarczewska-Gerc i dodaje: Ktoś mógłby powiedzieć „no dobrze, ale ja wolę się samoregulować i trzeba też mieć trochę przyjemności od życia”. Tylko problem polega na tym, że kiedy ta równowaga zostanie zachwiana w kierunku tych procesów samoregulacyjnych to na końcu tej drogi nasz nastrój ucierpi. Dlaczego? – Dlatego, że jeżeli my każdego dnia będziemy wracać do domu i nie będziemy realizować faktycznie swojego celu (jak bieganie po pracy), tylko położymy się na kanapie, zaczniemy objadać się lodami i oglądać telewizję… po godzinie przyjdzie lekki dołek. Bo znowu nie byliśmy skuteczni! Znowu nie zrobiliśmy tego, co sobie założyliśmy! Tylko leżymy i tyjemy. I tak naprawdę nasz nastrój zaczynie spadać. Rośnie nam wtedy napięcie i mamy coraz mniej energii. Ale jeśli, mimo wszystko, zmobilizujemy się i pójdziemy pobiegać, to być może na początku odczujemy pewien dyskomfort (bo to jest jednak wyjście poza strefę swojego komfortu: musimy założyć ubrania, wyjść na dwój, pada śnieg, deszcz, jest zimno itd.), ale po chwili zacznie działać fizjologia, czyli zaczną wydzielać się endorfiny, które spowodują, że odczujemy przyjemność… przede wszystkim jednak to, że dotrzymaliśmy sobie słowa, spowoduje, że będziemy dumni z siebie. Myślimy sobie wówczas „teraz to ja już mogę wszystko, dlatego, że pokonałam swoje słabości.”

Zmaganie się z celem oznacza zmaganie się z własnymi słabościami, pokonywanie samego siebie.
Jeżeli nam uda się to zrobić - jest to bezcenne. Daje nam nie tylko doskonałe samopoczucie, ale także wysoką samoocenę, która będzie stabilna. Będziemy wiedzieć, że nawet drobne niepowodzenia nie są w stanie zachwiać naszym poczuciem wartości, ponieważ jesteśmy skuteczni: gdy sobie cel postawimy to konsekwentnie go realizujemy, dążymy do jego osiągnięcia – i to sprawia, że na końcu drogi nasz nastrój będzie bardzo dobry.

Jak utrzymać motywację na odpowiednim poziomie? Uważaj na krytyczny punkt „trzech miesięcy”

Załóżmy, że weszliśmy na drogę do celu. Udało nam się zacząć. Codziennie realizujemy kolejne postanowienia. Jednak po jakimś czasie nasz entuzjazm opada, żar się wypala i znowu dążenie do celu staje się trudne. – Dzieje się tak dlatego, że na początku , po przekroczeniu naszego psychologicznego rubikonu, gdy powiemy sobie „dobrze, kości zostały zrucone, przekraczam most, most zostaje spalony, nie mam już innego wyjścia i wchodzę w to”, siły w polu psychologicznym, które pchają nas do zmiany są bardzo mocne. My ich nie widzimy, ale to są siły psychologiczne, emocjonalne, motywacyjne, które nas pchają do tego, żeby działanie znalazło swój finał, żeby się domknęło (dążymy do domknięcia struktury). Jednak, po jakimś czasie, te siły po prostu się rozpraszają. Tej energii do działania jest nieco mniej i to jest absolutnie naturalne. Problem polega na tym, co my robimy z tym dalej. Mówi się, że trzy miesiące to jest taki okres, w którym wykształca się pewien nawyk, a więc możemy uznać, że potem zmiana będzie już trwała. – tłumaczy dr Jarczewska-Gerc.

– Warto tu jednak zwrócić uwagę na badania dotyczące zmiany diety (brały w nim udział kobiety chcące spożywać więcej warzyw i owoców w swojej diecie), które zostały przeprowadzone przez znaną badaczkę Gabriele Oettingen i Petera Gollwitzer’a (znane nazwisko w świecie badań nad motywacją). To badanie trwało 24 miesiące. I co się okazało? - Osoby, które zostały wyposażone w warsztat umiejętności, które mają podtrzymać zmianę działania, czyli zmianę stylu życia, były na końcu tej drogi, po tych 24 miesiącach, zdecydowanie bardziej skuteczne, niż ci, którzy tylko sobie postanowili, że takiej zmiany dokonają. I co ciekawe: „rozjazd” między badanymi pojawił się dopiero po trzech miesiącach.

Trzy miesiące to jest taki okres, po którym albo będziemy potrafili podtrzymać swoje działanie, albo nie widząc, że jest to dość zdradliwy moment, ulegniemy różnym pokusom. To jest czas, kiedy nam się wydaje, że już nie zejdziemy z obranego kursu, bo minęły aż trzy miesiące… Bądźmy jednak czujni – to może być właśnie ten moment, kiedy nastąpi rozproszenie sił i nie podtrzymamy swojego działania.

Kto ciężko przechodzi porażki?

Może się zdarzyć, że pomimo naszych starań i wysiłków ponosimy jednak porażkę. Jak się do niej odnieść w zdrowy sposób? Dlaczego jedni stają się po upadkach silniejsi, a inni tracą poczucie sensu?

Carol Dweck, amerykańska psycholożka, profesor Stanford University, w swojej pracy naukowej analizuje koncepcje, które mają ludzie w odniesieniu do siebie, i których używają do kształtowania siebie i kierowania swoim zachowaniem. W swoich badaniach porusza m.in. temat przyczyny, która stoi za tym, że jedni ludzie po porażkach się podnoszą, rozwijają, a drudzy załamują. Jak się okazuje, czynnikiem, który odgrywa tu znaczącą rolę jest przekonanie o zmienności lub o stałości naszej osobowości, naszych zdolności, naszej inteligencji. Niektórzy po prostu wierzą w to, że człowiek jest stały i się nie zmienia.

– Jeżeli jesteśmy przekonani o tym, że już się ukonstytuowaliśmy i że jesteśmy stali w naszej osobowości, w naszych przekonaniach, naszych postawach (co oczywiście jest tylko pozorne, bo nic nie jest bardziej pewnego niż zmiana), to takie przekonanie powoduje, że porażka jest dowodem na to, że jesteśmy beznadziejni. Bo skoro ja jestem jakaś, określona, i działam, a nagle okazuje się, że droga, którą szłam nie przyniosła mi zamierzonego efektu, to znaczy, że jestem do niczego. A skoro moje postawy są stałe - to znaczy, że ja nie mogę się zmienić. To znaczy, że sytuacja jest beznadziejna i nie ma nadziei na lepsze jutro. – podsumowuje dr Jarczewska-Gerc. – W momencie, kiedy wierzymy w zmianę (co jest bliższe prawdzie), wierzymy w to, że zawsze istnieje nadzieja i szansa na to, że możemy się zmienić, wówczas, niezależnie od tego czy tak jest w istocie, czy nie (czynnik obiektywny jest mniej ważny jeżeli w to wierzymy), możemy potraktować porażkę jako okoliczność do tego, żeby tej zmiany dokonać. Traktujemy wówczas niepowodzenia jako informację zwrotną, mówiącą nam o tym, że kierunek, jaki wybraliśmy, czy być może środki - po prostu nie zostały dobrane we właściwy sposób.

Dr Ewa Jarczewska-Gerc, zajmuje się psychologią motywacji, efektywnością i wytrwałością w działaniu oraz symulacjami mentalnymi. 

Źródło: materiały prasowe SWPS

  1. Psychologia

Zakochujemy się, dorastamy, rozwodzimy, ktoś bliski umiera. Jak kształtują nas przełomowe momenty w życiu?

Przechodzenie przez radykalną zmianę to, rzecz jasna, nic łatwego. To czasem przejście przez burzę z piorunami. Ale po burzy przychodzi spokój, pojawia się uczucie ulgi. (Fot. iStock)
Przechodzenie przez radykalną zmianę to, rzecz jasna, nic łatwego. To czasem przejście przez burzę z piorunami. Ale po burzy przychodzi spokój, pojawia się uczucie ulgi. (Fot. iStock)
Dorastamy. Wybieramy szkołę. Zakochujemy się. Zostajemy rodzicami, pracownikami. Ktoś bliski umiera, ktoś nas rani. Zmieniamy pracę. Rozwodzimy się. Idziemy na emeryturę. W tych przełomowych momentach gorączkowo szukamy odpowiedzi na wiele pytań. Zwracamy się wtedy do wszystkich, tylko nie tu, gdzie mamy najbliżej, czyli do siebie samych.

Anna, dziennikarka, 42 lata, na podwójnym zakręcie: zwolniona z pracy, w trakcie rozwodu. Załamana, pełna lęków. Lamentuje: – Jak tu teraz żyć, jak wychowywać syna, bez pracy, sama jak palec. Radzi się przyjaciół i rodziny.

W odpowiedzi słyszy: „Żadnych kompromisów, graj twardo, wnoś o rozwód z jego winy, o alimenty dla syna i siebie”. Więc Anna walczy, choć bez przekonania. Końca sprawy nie widać. Usilnie szuka też pracy. Wysyła setki CV, chodzi od redakcji do redakcji, od prawnika do terapeuty. Bez skutku. Zaczyna wątpić, czy nadaje się do zawodu. Powtarza na prawo i lewo: – Skoro po raz trzeci z rzędu tracę pracę, to coś ze mną chyba nie tak. Skoro mąż mnie rzucił dla innej, to znaczy, że jestem mało warta. Coraz więcej pije, coraz mniej rozumie, co się z nią dzieje.

Kasia, 19 lat, świeżo upieczona maturzystka w jednym z renomowanych warszawskich liceów. Pięć przedmiotów na poziomie rozszerzonym zdanych na 90–100 procent. Może dostać się na wszystkie kierunki: od politechniki, przez prestiżowe studia na SGH, po uniwersytet. Tuż po ogłoszeniu wyników siedzi i rwie sobie włosy z głowy: Co wybrać, jaki kierunek ma przyszłość? Wydzwania do przyjaciół, krewnych i znajomych. Ktoś pyta: „a co chciałabyś robić?”. Milczenie. Kasia nie wie. Od pierwszej klasy była prymuską ze wszystkich przedmiotów. W liceum trafiła na świetnego geografa, więc polubiła geografię. Takiego kierunku jednak nie wybierze, bo co może potem robić. Po kilku dniach nerwówki wybiera elitarne międzywydziałowe studia matematyczne na UW. Ale szczęśliwa nie jest. No bo może powinna pójść na prawo, iberystykę albo SGH...

Zaplątani w sieci

Większość z nas, tak jak Anna i Kasia, w trudnym momencie życia rozgląda się za podpowiedziami: Jakie rozwiązanie wybrać? Do jakich drzwi zapukać? Kogo zapytać? Po jakie książki sięgnąć? Odpowiedzi szukamy na ogół na zewnątrz. I nic w tym dziwnego, nasze zmysły są bowiem nastawione na percepcję świata zewnętrznego. A poza tym – żyjemy w sieci zależności, zaplątani w niej niczym muchy, bez możliwości wydostania się z pułapki. Ważniejsze staje się dla nas to, co sądzą, co myślą i czują inni, niż to, co sami czujemy i myślimy. A to oznacza, że jesteśmy pozbawieni łączności ze sobą. Ale, co ciekawe, ta łączność kiedyś istniała. Jako dzieci byliśmy bardzo silnie zespoleni i ze swoim ciałem, i ze swoimi emocjami. Jak się cieszyliśmy, to całym sobą. Jak płakaliśmy, to do ostatniej łzy. Jak czegoś nie lubiliśmy, to otwarcie to komunikowaliśmy.

Gdzie się podziały tamte reakcje? Oduczyliśmy się ich w procesie socjalizacji. Nauczyliśmy się natomiast czegoś innego – jak ukrywać szczere myśli i uczucia. Efekt? Jako dorośli zwracamy uwagę przede wszystkim na to, co na zewnątrz: co kto o nas pomyśli, jak oceni, czy kogoś zadowolimy, czy wpasujemy się w obowiązujące trendy i kanony.

Dokąd prowadzi ten proces? Do miejsca, w którym właściwie nas nie ma, istnieje tylko świat zewnętrzny. Już nie słyszymy wtedy sygnałów płynących z głębi naszego ciała ostrzegających, że coś nam uwiera, tylko pędzimy za głośnymi sygnałami z zewnątrz. Już nie wiemy, czego chcemy, co czujemy. Z czym nam dobrze, a z czym źle. Już nie mamy dostępu do tego, co nam w duszy gra. A ten dostęp jest warunkiem naszego zdrowia, szczęścia, życiowej harmonii.

Po burzy przychodzi spokój

To zachęta do zajrzenia pod te wszystkie warstwy, którymi obrośliśmy. Do posłuchania swoich myśli. Odczucia swoich prawdziwych emocji. Zrozumienia siebie. Dlaczego to takie ważne? Bo w przełomowych momentach, w których radykalnie zmienia się nasze życie, nie umiemy rozpoznać swoich prawdziwych preferencji, nie wiemy, co się z nami dzieje ani jak postąpić. Bywamy wtedy zaskoczeni, zdezorientowani, wylęknieni. Jak to? Dzieci wyprowadzają się z domu? Rodzice umierają? Firma upada? Zapominamy o tym, że życie to nieustanna zmiana. A zapominamy między innymi dlatego, że jesteśmy totalnie odcięci od przyrody, która przecież nieustannie pozostaje w ruchu.

Rytm zmian biologicznych to proces niezatrzymywalny, a my też jesteśmy systemem biologicznym i też podlegamy tym zmianom. Tymczasem próbujemy je zatrzymać. Nawet jak w przełomowych momentach strasznie nam źle, niewygodnie, duszno, bronimy się przed zrobieniem kroku naprzód.

Przechodzenie przez radykalną zmianę to, rzecz jasna, nic łatwego. To czasem przejście przez burzę z piorunami. Wieje, leje, błyska się, grzmi. Ale po burzy przychodzi spokój, pojawia się uczucie ulgi. Oczyszcza się atmosfera. Otwiera przestrzeń na nowe. Nabywamy nowych kompetencji. Otwieramy drzwi do innych obszarów życia. Poprawiamy jego jakość. Co nie znaczy, że odtąd nasze życie będzie lepsze. Nie będzie ani lepsze, ani gorsze, może być natomiast bogatsze. Dzięki zmianie możemy więcej dowiedzieć się o świecie i zobaczyć to, czego dotąd nie dostrzegaliśmy. To paradoks – im więcej widzimy, tym bardziej „znikamy”. Im więcej zobaczymy w sobie, tym bardziej jesteśmy ciekawi tego, co na zewnątrz.

Zmiana daje niesamowitą możliwość konfrontacji ze swoimi słabościami, cieniami. Bo w codziennym życiu bazujemy na mocnych stronach, na kompetencjach. Kiedy natomiast przechodzimy przez zmianę, ujawniają się wszystkie nasze słabości. Ale one też nas określają i sprawiają, że ten „obraz” (czyli życie) widzimy w całej pełni, dokładniej. Dlatego tak ważne jest przechodzenie przez ów próg, ten moment podnoszenia nogi. Kiedy bowiem stawiamy ją już po drugiej stronie, kasujemy wiele ujawnionych słabości. I dobrze, bo słabe strony nie będą nas dołować. Ale warto pamiętać, że też się z nich składamy.

Bywa, że dopiero w czasie radykalnej zmiany po raz pierwszy nawiązujemy kontakt ze sobą na jakimś poziomie. Tak jak Joanna, młoda, wykształcona, piękna i w dodatku kobieta sukcesu. Gdy zaszła w ciążę, przyznała: – Nigdy wcześniej nie czułam, że żyję w ciele. Mimo że uprawiałam sporty, chodziłam do kosmetyczki i bardzo o siebie dbałam. Czuję to dopiero teraz, kiedy jestem ociężała, boli mnie kręgosłup i puchną nogi. Wcześniej byłam skoncentrowana na tym, że muszę dobrze i młodo wyglądać. Teraz wiem, że to oczekiwanie nie ma nic wspólnego z prawdziwym życiem. Uświadomiła mi to dopiero ciąża.

Tymczasem ludzie boją się zmiany. Uciekają w chorobę, w nałogi, w wirtualny świat. Wmawiają sobie, że nic się nie zmienia, podczas gdy wszystko wokół staje się inne. Zużywają przy tym dużo energii na zakłamywanie rzeczywistości, co może być niebezpieczne dla psychiki, bo z jednej strony mają poczucie, że nie jest tak, jak starają się sobie wmówić, a z drugiej – to poczucie zagłuszają.

Dlaczego opieramy się zmianom?

Między innymi dlatego, że nie potrafimy spojrzeć na siebie z pozycji obserwatora. Tak kurczowo trzymamy się tego, co zbudowaliśmy, tak mocno jesteśmy przywiązani do wysiłku, jaki włożyliśmy, żeby znaleźć się w tym momencie i w tym miejscu, że na nic innego nie chcemy się otworzyć. Za tą niechęcią skrywa się lęk, żal do rzeczywistości, do ludzi, że przecież tyle zainwestowałam, a tu nagle przychodzi jakiś koniec.

Naciski zewnętrzne, żebyśmy się zmienili, nic nie dadzą. Im większa presja, tym bardziej rośnie opór. Zmniejszy się dopiero wtedy, gdy presja zmaleje, a podskoczy wewnętrzna motywacja. Jak ją wykrzesać? Po pierwsze – spróbować spojrzeć na siebie z możliwie wszelkich stron, perspektyw i zadać sobie pytania: Gdzie jestem? Co na tej zmianie tracę, a co zyskuję? Co mi otwiera, a co blokuje? Czyli przygotować się do niej niejako „operacyjnie”. Czasem, owszem, uznajemy, że zmiany są konieczne, ale nie poprzedzamy ich żadną refleksją, tylko od razu je wprowadzamy. No a później okazuje się, że w naszym życiu zapanował jeszcze większy bałagan.

Decyzję o zmianie dobrze więc poprzedzić sprawdzeniem swoich zasobów, siły, predyspozycji. Bo człowiek przygotowujący się do nowego zadania jest jak aktor pracujący nad rolą. Aktor, zanim wystąpi na scenie czy w filmie, czyta scenariusz, myśli o bohaterze, którym się stanie, ma próby z innymi aktorami. Nie wskakuje w rolę od razu. Gra dopiero wtedy, gdy czuje się przygotowany, gdy pozna świat, w którym przyjdzie mu funkcjonować.

My też powinniśmy przygotować się do nowej roli. A ponieważ żyjemy nie tylko „indywidualnie”, „w sobie”, ale też w relacjach, niejako w układzie współrzędnych – dobrze jest zastanowić się, czy nasz system nas wesprze, czy wprost przeciwnie – będzie nas blokował. I trzeba pogodzić się z tym, że czasem niektóre relacje muszą odejść, że niemożliwe będzie ich utrzymanie. Umiejętność rezygnacji to też wielka sztuka.

Jedną z najważniejszych i zarazem najtrudniejszych zmian w życiu jest moment, kiedy stajemy się rodzicami. Siła dziecka, ale i jego słabości biorą często swój początek właśnie w wychowaniu. Od nas, rodziców, zależy bardzo dużo, na przykład tak zwane style przywiązania dziecka. Może ono, przy naszym współudziale, wykształcić patologiczny albo zdrowy styl przywiązania. Czyli myśleć o życiu jak o walce albo jak o przygodzie, być wrogo nastawione do ludzi albo traktować ich po partnersku. Właśnie dlatego warto przed decyzją o powołaniu na świat dziecka uważnie przyjrzeć się sobie. Czy jesteśmy gotowi wyjść poza swoją pierwszoplanową rolę? Czy potrafimy zrezygnować ze swojej wolności i niezależności? W ogóle warto przyglądać się sobie w każdej sytuacji.

Mój własny scenariusz

Ktoś może mieć obawy, czy zagłębianie się w sobie nie trąci egoizmem. Nie – jeśli czas i energia poświęcone ćwiczeniu „mięśnia” JA są zrównoważone ćwiczeniem innego ważnego „mięśnia” – MY. Wtedy rozwijamy się harmonijnie. (Równowaga, harmonia to w rozwoju osobistym słowa klucze). Natomiast większość z nas wręcz ucieka od ćwiczenia JA. To tak, jakby używać jednej nogi, podczas gdy ma się do dyspozycji dwie.

Kolejnym naszym grzechem jest życie w nieświadomości tego, co się z nami dzieje, jakie są przyczyny naszych stanów, jakie łączą nas relacje z ludźmi i ze sobą. Zagłębianie się w swoje wnętrze nie służy tylko nam. Daje dużo także innym. Kiedy stajemy się świadomi siebie, jesteśmy bardziej tolerancyjni, bardziej otwarci na inność, akceptujący. Potrafimy rezonować nawet ze swoimi wrogami. Nawiązujemy z nimi niesłychaną nić porozumienia, współbrzmienia, jak gdyby mówimy swoim zachowaniem: „Wrogu, ty też jesteś częścią mnie, odnajduję w tobie to, czego nie lubię, i przez to dowiaduję się czegoś o sobie”.

To nie znaczy, że ludzie świadomi siebie nie mają problemów. Mają, ale żyją pełnią swojego potencjału. A gdy się tak żyje, można zrozumieć każdego człowieka. I nie oceniać innych, nie przyklejać im etykietek, tylko zastanowić się, co doprowadziło ich do takiego stanu. Często zapracowuje na to całe społeczeństwo. Bycie w rezonansie z innymi powoduje, że łatwiej dochodzi do wymiany energii i umiejętności. Patrzymy na świat inaczej, ale możemy o tym rozmawiać. Świadome życie owocuje we wszystkich relacjach, także między rodzicami a dziećmi. Zdrowa wymiana zawsze jest dwukierunkowa: dajemy, ale i bierzemy.

Bardzo łatwo skopiować czyjś scenariusz na życie. Efekt może być jednak opłakany – nie osiągniemy tego, o co nam chodzi, choć będziemy mieć poczucie, że zrobiliśmy wszystko. Dlatego piszmy, mniej lub bardziej udolnie, ale po swojemu. Wykorzystując swoje mocne strony, ale i ze świadomością słabych. Od czego zacząć? Od spojrzenia w głąb siebie, w każdej sytuacji i na każdym etapie życia.

  1. Psychologia

Jak znaleźć pomysł na siebie? Radzi trenerka Iwona Firmanty

Kreowanie zawodowego planu B, jeżeli tylko pozwolimy sobie na pewną dozę otwartości i spontaniczności, może się przerodzić w ciekawą podróż w głąb siebie. (Fot. iStock)
Kreowanie zawodowego planu B, jeżeli tylko pozwolimy sobie na pewną dozę otwartości i spontaniczności, może się przerodzić w ciekawą podróż w głąb siebie. (Fot. iStock)
Czujesz, że dotychczasowe miejsce pracy już ci nie służy? Najwyższy czas rozejrzeć się za nowym pomysłem na siebie. Jak się do takiej zmiany odpowiednio przygotować, by nie podjąć decyzji zbyt pochopnie? I jak sprawdzić, czy nowe zajęcie, które sobie wymarzyłaś, rzeczywiście jest dla ciebie?

Powody chęci zmiany mogą być różne – kryzys w branży i wieści o kolejnych zwolnieniach kolegów po fachu, pogłoski w firmie o redukcjach lub zamknięciu naszego działu albo poczucie frustracji z powodu szklanego sufitu. Niezależnie od tego, jaki jest twój punkt wyjścia, jedno w takiej sytuacji jest pewne – że masz poczucie, że stare buty zaczęły cię uwierać i chcesz wymienić je na nowe. Tylko jak przekuć to doświadczenie w pozytywną sytuację – czyli zamiast szukać czegoś po omacku, znaleźć nowy pomysł na siebie, a może nawet „stworzyć” swoją pracę marzeń?

– Sytuacja pod tytułem „Chcę stworzyć plan B, ale nie mam pomysłu na nową siebie” to bardzo częsty problem, z którym zgłaszają się do mnie klienci. Szczególnie dotyczy to ludzi z pokolenia X, ponieważ w polskiej rzeczywistości jeszcze 15–20 lat temu nie uczono młodych tego, jakimi powodami kierować się przy wyborze określonego zawodu – mówi coach i trenerka umiejętności osobistych Iwona Firmanty. – W takich historiach często powtarza się pewien schemat, np. dziewczyna, która świetnie nadawałaby się do marketingu, bo ma wspaniały kontakt z ludźmi, trafia na ekonomię i potem ląduje w firmie, która ją zabija wewnętrznie. Szczególnie jeżeli otoczenie mówi jej: „Zostaw, nie zmieniaj, to dobra firma, dobra marka, dobre stanowisko”.

Strategia Sześciu kapeluszy de Bono

Nieznajomość siebie i własnych zasobów to pierwsza bariera hamująca na drodze do trafnego przedefiniowania siebie na nowo. Drugą często są emocje, które włączają się szczególnie w sytuacji nagłych zmian w otoczeniu i powodują, że zamiast na chłodno ocenić swoje kompetencje i opracować nowy scenariusz, nakręcamy się czarnymi wizjami i przez to osłabiamy samych siebie.

Iwona Firmanty wspomina szkolenie, podczas którego jej klienci dostali informację pocztą pantoflową, że w ich organizacji szykują się degradacje i zwolnienia na wyższych szczeblach. W chwili kiedy rozeszła się pogłoska o cięciach, wszystkich ogarnął strach – przed tym, co się dalej stanie i jak sobie poradzą. Nagle poczuli utratę bezpieczeństwa, choć do tej pory byli przekonani, że w ich branży nagłe zmiany nikomu nie grożą.

– Przeprowadziłam wtedy z grupą strategię sześciu kapeluszy de Bono. Ta metoda polega na spojrzeniu na problem z sześciu stron, w zależności od tego, jaki kapelusz założymy symbolicznie na głowę – opowiada coach.

I tak w sytuacji bardzo emocjonalnej zaczyna się od kapelusza czerwonego, który odpowiada za uczucia, impulsywność. Tutaj wylewamy wszystkie emocje: „Czuję się przerażona”, „Jestem frustrowana i przybita”. Jeżeli emocje są na tyle silne, że włącza się krytykowanie, oskarżanie innych, przechodzimy do kapelusza czarnego – odpowiadającego za negatywizm. Tu można z siebie wyrzucić myśli typu: „To niesprawiedliwe, jak oni mogli nas tak potraktować?!”, „No ładnie, teraz wyląduję bez pracy i z kredytem”. Następny jest kapelusz biały – czyli poziom neutralnych faktów typu: „Nie wiem, czy ta informacja jest prawdziwa, będę mogła ją zweryfikować dopiero w poniedziałek”. Później kapelusz żółty, czyli stacja optymizmu – a więc pozytywne nastawienie do nadchodzącej zmiany. I następnie kapelusz zielony, który odpowiada za nowe możliwości: „Co mi może dać ta sytuacja? Do czego mnie zmobilizuje?”. Ostatni jest kapelusz niebieski – czyli planowanie rozwiązania ze szwajcarską precyzją.

Iwona Firmanty opowiada, że na etapie zielonego kapelusza jednej z uczestniczek szkolenia wyklarował się pomysł na własny biznes – dziewczyna w chwilach stresu piekła wieczorami ciasta, które przynosiła potem do pracy, pod wpływem namowy kolegów postanowiła przekuć swoje hobby w działanie komercyjne – i założyć własny punkt ze zdrowymi domowymi wypiekami.

Uszyj sobie nowe buty: czas na przebranżowienie

Dobrze, tylko jak dotrzeć do swojego potencjału w sytuacji, gdy wiemy, że nie chcemy już robić tego, co do tej pory, ale zupełnie nie mamy nowego pomysłu na siebie?

Iwona Firmanty radzi, żeby zacząć od zebrania wszystkich swoich zawodowych złotych monet, czyli od zastanowienia się, jakie osiągnięcia mamy już na swoim koncie i o czym możemy powiedzieć, że jesteśmy w tym naprawdę dobrzy.

– Zazwyczaj w takiej sytuacji pracę z klientem zaczynam od matrycy kompetencji. Dana osoba ocenia swoje zasoby na dzień dzisiejszy. Wyłania się z tego obraz, w czym jest mocna, co do tej pory wypracowała. I to może być pierwsza wskazówka na temat tego, w którą stronę się kierować.

Jak radzi trenerka, następna rzecz, na której powinniśmy się skupić, to zastanowić się, co takiego potrafimy robić, co może przydać się ludziom. – W dzisiejszych zabieganych czasach zarabia się albo na odciążaniu innych czy też przeciwdziałaniu lenistwu, albo na sprzedawaniu przyjemności – dodaje Iwona Firmanty.

Chodzi o to, żeby spojrzeć na siebie trochę bardziej kreatywnie – masz lekkie pióro, umiejętności copywriterskie, a nie chcesz dłużej pracować na etacie w wydawnictwie? Twoje umiejętności mogą się przydać osobom, które mają wiedzę, odniosły sukces w swoim fachu i marzą o napisaniu książki, a nie mają czasu, żeby usiąść i spisać swoje przemyślenia. A może interesujesz się zdrowym stylem życia, czytasz specjalistyczne książki – pomyśl o założeniu bloga, który będzie motywował innych do wprowadzania zdrowych nawyków.

Druga opcja to sięgnięcie do dzieciństwa i próba odkurzenia swoich pasji – co lubiłam kiedyś robić? Co mi zawsze sprawiało przyjemność? Może np. zawsze chciałam pomagać innym, ale zamiast na wymarzoną psychologię za namową rodziny poszłam na rachunkowość? Warto na chwilę przyciszyć głos rozsądku i przypomnieć sobie, co nas tak naprawdę zawsze kręciło, przychodziło z lekkością i sprawiało radość. Albo skupić się na bieżących pasjach: – Jeżeli mamy osobę, która wykonuje swój zawód jako tako, żeby mieć tylko na rachunki, ale np. ma pasję rowerową, to może się okazać, że jeżdżąc hobbystycznie np. 200 km dziennie, może zdobyć sponsorów – mówi Iwona Firmanty. – Mając sponsorów, może z kolei zarabiać na testowaniu rowerów, koszulek itp. Jeżeli chcemy zarabiać na swojej pasji, to bosko, tylko zróbmy to w taki sposób, żeby nam ona nie obrzydła – przestrzega trenerka.

Personal branding: Wyciśnij cytrynę do cna

Fajny pomysł na siebie to już dużo, ale trzeba jeszcze zadbać o to, żeby nie rzucić się przedwcześnie na głęboką wodę. Iwona Firmanty radzi, żeby zanim odejdziemy ze starej firmy, wykorzystać ją jeszcze do zbudowania swojego wizerunku, czyli do personal brandingu. – Świadomi własnej wartości, będziemy lepiej rozdawać karty, nieważne, czy planujemy zmianę branży, firmy czy przejście na freelancing – mówi Iwona Firmanty. – Dlatego póki jesteśmy jeszcze w organizacji, zbierzmy wszystkie dowody społeczne na to, że byliśmy i jesteśmy świetni, przynieśliśmy określony zwrot z inwestycji, a zatem jesteśmy cennymi fachowcami.

A zatem spisujemy wszystkie dotychczasowe osiągnięcia, żeby stworzyć mapę swoich sukcesów. To mogą być dyplomy, pochwały czy nawet projekty, które niekoniecznie przełożyły się na pieniądze, ale pozwoliły zdobyć fajne doświadczenie. – Następnie robimy „instrukcję obsługi” osób, przy których powinniśmy się wykazać takimi kompetencjami, żeby stały się naszymi osobami referencyjnymi – mówi Iwona Firmanty.

Nic tak nie uwiarygodni naszej marki, jak lista osiągnięć i pozytywne opinie wystawione w dotychczasowym miejscu pracy – i to niezależnie od tego, czy będziemy chcieli później pokazać się od najlepszej strony przed HR-owcem podczas rekrutacji do innej firmy, czy będziemy promować w Internecie swoje usługi jako freelancer.

Dobrym pomysłem jest też wykorzystywanie obecnej firmy do zdobycia kompetencji potrzebnych w nowym miejscu. – Można pójść do szefa i zaproponować, że chcemy zrobić dla niego nieodpłatnie coś, co przyda nam się w nowej branży – np. marzymy o pracy w szkoleniach, nie mamy doświadczenia, ale proponujemy szkolenie dla naszych kolegów z pracy – mówi Iwona Firmanty. – To nic, że zrobimy je za darmo – potraktujmy to jak inwestycję, która zwróci się z nawiązką w przyszłości. Możliwość wystąpienia przed grupą, sprawdzenia siebie jest bezcenna.

Inny pomysł to pomoc kolegom z sąsiedniego działu, np. pracujemy w dziale finansów, a ciągnie nas do marketingu – pójdźmy i spytajmy, czy nie przyda się dodatkowa osoba do jakiegoś projektu. Dla nich to bonusowa siła robocza, a dla nas cenny wpis do CV.

Nie odpuszczaj na finiszu

Ostatni etap to przeniesienie pomysłu z fazy wizji do etapu realizacji. – Osobom, które chcą założyć własny biznes, rekomenduję rozwiązanie, że jestem w jednej firmie, a buduję kolejną – mówi Iwona Firmanty. – Ja ten model przeszłam i się sprawdził, bez żadnych kredytów czy finansowego wsparcia osób z zewnątrz – z ciężkiej pracy mojej i zespołu ludzi, którzy mi zaufali. Kiedy inni kończyli swój dzień pracy, u mnie zaczynał się drugi etat. I wtedy nie było opcji, że się nie chce. Była chęć działania i motywacja zadbania o coś swojego, co dzisiaj jest moim źródłem dochodu i pozwala zatrudniać zespół świetnych ludzi.

Jak podkreśla Iwona Firmanty, w momencie gdy szefostwo już wie, że mamy plan B, nie powinniśmy odpuszczać, tylko tym bardziej pokazać, że jesteśmy kompetentnymi i odpowiedzialnymi ludźmi: – Każdy, kto zarządza firmą, ma podstawowy cel – zwrot z inwestycji. I owszem, może kogoś lubić, ale jeżeli ten ktoś chce odejść, to szef chce mieć pewność, że nie będzie miał luki kadrowej.

Szycie nowych butów, czyli kreowanie zawodowego planu B, jeżeli tylko pozwolimy sobie na pewną dozę otwartości i spontaniczności, może się przerodzić w ciekawą podróż w głąb siebie – uruchamiając wewnętrznego wizjonera, czyli zaprzęgając wyobraźnię do stworzenia nowych celów, możemy odkryć całkiem nowe lądy, których zupełnie się po sobie nie spodziewaliśmy. I tylko od nas zależy, co zrobimy ze  swoim odkryciem dalej – przejdziemy do realizacji czy pozostaniemy na etapie snucia marzeń.

Iwona Firmanty, trenerka umiejętności osobistych, coach kadry menedżerskiej, psycholog, socjolog, ekspertka z zakresu umiejętności interpersonalnych, komunikacji, wystąpień publicznych i budowania relacji. 

  1. Psychologia

Zmiany w życiu zawodowym: do kogo warto zwrócić się o radę?

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Zakładając własną firmę lub podejmując inne decyzje dotyczące spraw zawodowych, chcielibyśmy poradzić się kogoś mądrzejszego, z doświadczeniem. Jak rozpoznać, kto nam dobrze życzy, a kto tylko zniechęca? – Po pierwsze, odrzućmy malkontentów – radzi coach Karolina Cwalina.

Uważasz, że powinniśmy słuchać rad innych? Gdy przygotowywałam się do naszej rozmowy, przejrzałam mnóstwo blogów i tekstów na ten temat. Znalazłam skrajne opinie. „Ufaj tylko sobie” albo: „To dzięki wskazówkom innych odniesiesz sukces”. Kto ma rację?
Moim zdaniem nie powinniśmy słuchać wszystkich, ale mądrzejszych od nas – już tak. Chociaż, oczywiście, czasem trudno przyznać się nawet przed sobą, że ktoś jest od nas mądrzejszy.

Ale co to znaczy? Kim jest ktoś mądrzejszy od nas? Jak to zweryfikować?
Powinien być to ktoś, o kim wiemy na pewno, że życzy nam dobrze, dopinguje nas, wspiera. Przeczytałam niedawno tekst, który powstał po rozmowach z kilkudziesięcioma odnoszącymi sukcesy biznesmenami. Zadano im jedno pytanie: „Jaka jest najlepsza rada, jaką otrzymałeś w swoim życiu?”. I choć rady były różne, większość z nich usłyszała je od kogoś z rodziny – matki, ojca, ukochanej babci, ciotki czy wujka. Na przykład T. Boone Pickens, amerykański biznesmen, przewodniczący zarządu BP, którego majątek szacuje się na 1,4 miliarda dolarów, wyznał, że przez całe życie pamiętał radę swojej babci, która powtarzała, że w drodze na szczyt nie ma sensu obwiniać innych za porażki, bo najczęściej to my zawodzimy. Ktoś inny usłyszał od mamy: „niczego nie żałuj” i dlatego odważnie podejmował decyzje.

Tylko czy to są konkretne rady, czy raczej wskazówki, które potem stają się naszymi przekonaniami?
Ale te wskazówki są bardzo ważne. Spójrzmy na przykład na założenie firmy – jak było w moim przypadku. Wiadomo, że nikt ze starszego pokolenia nie będzie raczej się znał na temacie budowania wizerunku na Facebooku, fanpage’ach czy YouTube, ale jeżeli chodzi o życiowe sprawy, będzie wiedział znacznie więcej: co jest istotne, na co zwracać uwagę. Dlatego ważne, żeby umieć słuchać rad, a nie złościć się, obrażać. Zawsze warto przypomnieć sobie siebie sprzed 10 lat. Czy nie mieliśmy wtedy poczucia, że wszystko potrafimy? Prawie zawsze okazuje się, że tak. Dziś z perspektywy czasu widzimy swoje błędy w myśleniu. Często powtarzamy. „Ale byłam głupia”, „Jak tak mogłam?”.

Dlaczego to jest takie ważne?
Bo największą inspiracją do działania są ludzie. Jeśli potrafimy mądrze słuchać, to czerpiemy z tego ogromne korzyści. Są tacy, którzy kompletnie nie potrafią słuchać innych i źle na tym wychodzą. Ważne jest znalezienie złotego środka, bo tak jak już kiedyś mówiłyśmy, są tzw. przyjaciele, którzy mówią, że coś robimy źle, że to nie się nie uda – a wcale nie mają racji.

Rozumiem: „to jest złe, to się nie uda” – to żadna rada, bo nic nie wnosi.
Nie traktujmy poważnie opinii osób, które wiecznie narzekają, a same nic nie robią ze swoim życiem. Jestem zwolenniczką teorii, że wszystkiego trzeba w życiu spróbować. Poza tym zobacz, jak to brzmi: „To się nie uda”. Nawet mówiąc to zdanie, czuję w sercu ciężar. Ale to samo można wyrazić zupełnie innymi słowami: „Przemyśl dwa razy, czy to na pewno dla ciebie, czy to jest ten moment. Rozważ wszystkie za i przeciw”. Autorytetem może być dla nas ktoś, kto odniósł sukces w dziedzinie, która nas interesuje. Pytasz przyjaciółki: „Zakładać własną firmę czy nie?”. Ona się na tym nie zna, ale jej siostra tak, bo sama kilka lat temu założyła portal kulturalny, dostała dotacje z Unii. Dobra przyjaciółka wtedy nie stopuje, tylko od razu wpada na pomysł, żeby porozmawiać z jej siostrą. A gdy masz problem w związku, to do kogo zwrócisz się o pomoc? Przecież nie do przyjaciółki singielki, która skwituje krótko: „rzuć go”, tylko raczej do koleżanki, która ma poukładane życie osobiste. Wybierajmy tych ludzi, o których wiemy, że na dany temat mają wiedzę większą od nas. Tak jak do mnie przychodzą kobiety, które chcą zmienić swoje życie. Mogą mi zaufać, bo wiedzą, że ja zrobiłam rewolucję w swoim. Czyli moje doświadczenia sprawiły, że jestem dla nich bardziej wiarygodna.

Ale gdzie jest ta granica? Na pewno masz klientki, które wychodzą od ciebie zafascynowane, gotowe na zmianę, pełne energii, a następnego dnia porozmawiają z kimś sceptycznym i od razu tracą tę siłę.
Jako coach pracuję z takimi kobietami nad umacnianiem ich poczucia własnej wartości. Jeśli je masz, to nie zachowujesz się jak chorągiewka na wietrze. Masz wobec innych postawę życzliwą, ale nie czołobitną. OK, niech inni nam doradzają, słuchajmy mądrzejszych od siebie, ale jednocześnie filtrujmy wszystkie rady, które dostajemy. Jeśli przychodzi do mnie klientka i ja widzę, że ona bardzo chce coś zrobić, to moim zadaniem jest jej nie oceniać. Najwyżej się sparzy. Nigdy nie będzie wiedziała, jeśli nie spróbuje. Natomiast gdy z czegoś rezygnujemy pod wpływem innych, zostaje w nas takie uczucie smutku i żalu: „miałam szansę, nie wykorzystałam jej, a co by było, gdyby…”. To uczucie jest znacznie gorsze.

Tylko że nawet ludzie, którzy osiągnęli sukces w danej dziedzinie, dochodzili do tego różnymi drogami, mają różne osobowości – każdy więc może mówić co innego.
Usłyszałam ostatnio od kolegi bardzo mądrą rzecz. Że on nie patrzy na konkurencję, bo gdyby to robił, to od każdego by chciał coś „wziąć” i w rezultacie nie zrobiłby nic swojego. Dlatego tak ważne jest przefiltrowanie każdej rady. Musimy patrzeć na siebie: czy taka wskazówka będzie mi służyć, czy mam osobowość podobną do radzącego, czy kompletnie nie. Co mogę – mimo wszystko – wyciągnąć z tego dobrego dla siebie.

Załóżmy, że rozmawiasz z kolegą menedżerem i on ci mówi: „Odniesiesz sukces, jak będziesz zarządzała twardą ręką”. A to do ciebie nie pasuje, bo jesteś empatyczna, stawiasz na porozumienie w zespole. Nie możesz wziąć tej rady całkiem do siebie. Ale już zastanowić się, co ci się z tego przyda – tak. Może są obszary, gdzie możesz być twardsza, bardziej konsekwentna, wyraźniej stawiać współpracownikom granice. Albo radzisz się babci, która przeżyła szczęśliwe 60 lat z dziadkiem. Ona mówi: „Najważniejszy jest kompromis, elastyczność, wybaczanie”. To się, oczywiście, kłóci z dzisiejszym trendem, który można określić hasłem: „ja, moje, dla mnie”. Ale coś możesz z tego wynieść. To nie znaczy, że masz nagle akceptować zdrady i przymykać oko na wszystkie słabości, ale może dzięki babci przesuniesz trochę swoje granice. Zrozumiesz, że żaden związek się nie uda bez pewnej miękkości i akceptacji. Mniej będziesz ulegała przyjaciółkom, które często lekko rzucają: „stać cię na więcej”. Tylko co to znaczy „więcej”?

Przeczytałam gdzieś: rady kogoś, kto już osiągnął sukces, są bezcenne na samym starcie.
Tak. Bo choć możemy wybrać inną drogę, pewne wskazówki są bezcenne. Jeśli chcesz być pisarką – od innych pisarzy możesz czerpać wiedzę, do jakich wydawnictw się odzywać, jak się nie zrażać, zdyscyplinować. Zbieramy historie innych, a potem wyciągamy coś dla siebie. Wychodzi z tego też dużo „ogólnych” prawd dotyczących niepoddawania się, wysiłku, który najczęściej trzeba włożyć, momentów zastoju, reakcji znajomych, innych pisarzy i tak dalej. Mnie kiedyś przyjaciółka, która ma duże doświadczenie w biznesie, spytała, jakie mam profity z tego, co robię. A potem zaczęła mi radzić, jak pomysł zamienić w pieniądz. Była w tym bardzo ostra i konkretna. Nie obraziłam się, nie powiedziałam: „Moja sprawa”, tylko posłuchałam. Opracowałam strategię, kolejne plany – wszystko dzięki niej. Z drugiej strony, kiedyś nie posłuchałam tych, którzy mi mówili, że „Sexy zaczyna się w głowie” to infantylne hasło. I wciąż uważam, że miałam rację.

Kogo na pewno nie słuchać?
Ludzi zawistnych i zazdrosnych, którzy boją się wyjść poza swoją strefę komfortu i nic nie robią, tylko narzekają, źle życzą innym.

Nie jesteś zbyt krytyczna? Czasem te osoby udzielają takich rad z dobrej woli.
Być może. Ale dla mnie to jest pseudodobra wola. Jak można radzić komuś dobrze w sferze, o której nie ma się pojęcia? Co nam z tego, że usłyszymy: „Ja na twoim miejscu nie zaryzykowałabym, czasy są ciężkie”. Taki człowiek mówi o czymś przez pryzmat własnego doświadczenia. Mówi o nas, naszej sytuacji, a wyraża w tym własny lęk przed zmianą, porażką. Przyjrzyjmy się osobom, które nam doradzają. Kim są, jaka jest ich osobowość, jak wiele zdobyły w dziedzinie, która jest dla nas ważna.

Karolina Cwalina ECPC, coach, autorka programu „Sexy zaczyna się w głowie”, www.sexyzaczynasiewglowie.pl

  1. Psychologia

W jaki sposób połączyć pracę z przyjemnością?

Jak sprawić, żeby czas, jaki spędzasz w pracy, był taką samą frajdą jak tzw. czas wolny? Po pierwsze, zdefiniuj, co jest dla ciebie przyjemnością! (Fot. iStock)
Jak sprawić, żeby czas, jaki spędzasz w pracy, był taką samą frajdą jak tzw. czas wolny? Po pierwsze, zdefiniuj, co jest dla ciebie przyjemnością! (Fot. iStock)
– Życie nie zaczyna się dopiero po pracy, żyjesz przez cały czas. Kiedy to zrozumiesz, w sposób naturalny zadbasz o sferę zawodową tak, żeby się nie skrzywdzić - twierdzi life coach Joanna Godecka.

 

Czy pracę i przyjemność można w ogóle połączyć? – spytasz. Można, a nawet trzeba – twierdzi Joanna Godecka. – Nie istnieje podział na życie prywatne i to zawodowe. Życie to życie, jest jedno - dodaje.

Jak sprawić, żeby czas, jaki spędzasz w pracy, był taką samą frajdą jak tzw. czas wolny? Zdefiniuj, co jest dla ciebie przyjemnością, co możesz robić bez przerwy i niemal bez wysiłku, i zadbaj o to, żeby twoja praca zawierała te elementy. Proste. Dajmy na to, lubisz siedzieć w kawiarni i patrzeć na ludzi. Co cię w tych ludziach najbardziej interesuje? Może to, jak są ubrani? Może zgadujesz, kim dla siebie są, jakie relacje tworzą? Może po prostu słuchasz, w jaki sposób i o czym mówią? Zatem twoim atutem jest obserwowanie ludzi. To może być twój punkt wyjścia. Bo wiele wskazuje na to, że potrafisz i – co ważniejsze – lubisz obserwować. Może dobrze wyłapujesz trendy i mogłabyś prowadzić modowego bloga albo zająć się projektowaniem ubrań? Obserwowanie ludzi, ich zachowań, ich życia przydaje się też w marketingu, PR, w dziennikarstwie oraz w pisaniu książek. A także w szeroko rozumianej psychologii. Wnioski wzrokowca to twarde dane, które można wykorzystać w wielu dziedzinach. W nich właśnie możesz się spełnić.

Kariera a czerpanie przyjemności z pracy

Dobrze jest wziąć też pod lupę swoje przekonania na temat tego, czy rzeczywiście jest w tobie zgoda na to, żeby dostawać wynagrodzenie za coś, co sprawia ci przyjemność. Może praca to dla ciebie jednak duży wysiłek, zmęczenie, stres oraz masa wyrzeczeń i dopiero gdy przejdziesz tę trudną drogę, dajesz sobie prawo do odpoczynku? Z takim przekonaniem zapewne nie oprzesz kariery na przyjemności.

– Z moich obserwacji wynika, że pokutują w nas trzy błędne przekonania na temat kariery – twierdzi Joanna Godecka. – Pierwsze z nich mówi o tym, że kariera jest uwarunkowana ciężką pracą. Mnóstwo osób podkreśla, że niemal nocują w swojej firmie, a na pewno harują od świtu do nocy. Drugi mit – żeby zrobić karierę, trzeba być wredną suką, kogoś wygryźć, iść po trupach. I wtedy albo tych trupów wypatrujemy, albo stwierdzamy, że nie jesteśmy kimś, kto w ten sposób będzie robił karierę, i w ogóle jej nie robimy. Trzeci mit zakłada, że trzeba mieć farta, po prostu w czepku się urodzić. Wiadomo, szczęściarzy jest wśród nas stosunkowo niewielki procent, więc wielka kariera jest nie dla nas.

Tego typu przekonania, często nie do końca nawet uświadamiane, są przyczyną albo braku kariery, albo kariery, która nas zupełnie nie satysfakcjonuje, nie mówiąc już o sprawianiu przyjemności. Dlatego dobrze, żebyś zastanowiła się także nad tym, co dla ciebie oznacza sukces.

Cena sukcesu

Ktoś może powiedzieć, że odniósł sukces, bo pracuje na prestiżowym stanowisku, ma dom za miastem oraz na wybrzeżu, sportowe samochody i co roku wakacje na końcu świata. Ktoś inny może być zdania, że odniósł sukces, bo wstaje rano z uśmiechem, czuje, że jest wolny, robi to, co kocha, i jest otoczony fajnymi ludźmi.

– Nasze rozumienie sukcesu jest spaczone i skazuje na wspinanie się na szczyty po zdobycze głównie materialne – mówi Joanna Godecka. – Osób, które mają władzę, prestiż, są opiniotwórcze, nikt nie pyta, jak się z tym czują, bo zakładamy, że to właśnie jest szczęście. Ale czy rzeczywiście?

Nazywanie sukcesem rezultatu działań zawodowo-finansowych jest jednowymiarowe. – Czym sukces jest dla mnie? – zastanawia się Joanna Godecka. – Jest robieniem tego, co naprawdę sprawia mi przyjemność. To również ustawienie prawidłowych proporcji między komercjalizacją tego, co robię, a czerpaniem z tego radości. Często zdarza się, że kiedy przyjemność zamieniamy na narzędzie do zarabiania pieniędzy, zaczynamy za bardzo kalkulować i frajda gdzieś nam się rozpływa. Czyli potrzebny jest kompromis między pasją a jej komercjalizacją. Sukcesem jest, jeżeli możemy się na krańcu naszego życia zatrzymać i powiedzieć, że mieliśmy fajne życie, że niczego nie żałujemy. Chyba nie ma człowieka na kuli ziemskiej, który na łożu śmierci powiedziałby: „szkoda, że nie zostawałem dłużej w pracy”.

Miej świadomość, że uważając materialno-prestiżowe wartości za najistotniejsze, często odcinasz się od całej reszty swoich potrzeb: emocjonalnych, intelektualnych, kontaktu z naturą, sztuką, innymi ludźmi. Cierpią wówczas głębsze potrzeby relacyjne, mające na względzie wymianę uczuć, a nie informacji: co zrobiłam, co kupiłam, co mam w swoich ambitnych planach.

– Czasem ludzie starają się godzić taki schematycznie postrzegany sukces z resztą życia, ale jeżeli bardzo go pożądają, równowaga zaczyna się niebezpiecznie chwiać, ponieważ czas niepoświęcony pracy zaczynają uważać za bezproduktywny i rezygnują z innych aktywności, gubiąc po drodze przyjemność z życia – tłumaczy life coach.

Niepotrzebna kalkulacja

Tak możemy skończyć, jeśli wybieramy swoją aktywność zawodową, kalkulując: „Lubię malować i mam do tego talent, ale jaki artysta teraz zarabia kasę, chyba lepiej pójdę na stomatologię, bo ludzie zawsze będą mieli dziury w zębach”. Jeśli decydując się na jakąś pracę, wychodziliśmy z tego poziomu, raczej jesteśmy skazani na brak przyjemności w życiu zawodowym.

– Znam ludzi, którzy zarabiają naprawdę duże pieniądze i nie znoszą tego, co robią. Obiecują sobie, że za jakiś czas rzucą to w diabły, ale ciągle ten moment odkładają, bo potrzeby materialne rosną – mówi Joanna Godecka.

Większą szansę na to, że praca przyniesie nam przyjemność, mamy wtedy, gdy zamiast na względy prestiżowe czy finansowe postawimy na preferowany styl życia. Są ludzie, którzy dobrze czują się w strukturach, instytucjach, ramach. Lubią rano elegancko się ubrać i wyjść do pracy. Uważają, że gdy siedzą w domu, życie im ucieka. Innych to głęboko unieszczęśliwia i lepiej jest dla nich, jak pracują na własną rękę, w wolnych zawodach. Dlatego tak ważna jest świadomość siebie, własnego rytmu.

– Wszyscy mamy unikatowe cechy – mówi Joanna Godecka. – Osoba, która jest elastyczna, nie będzie czerpać przyjemności z pracy, jeśli narzucone jej będą sztywne godziny i spora kontrola. Ktoś taki potrzebuje dywersyfikacji działań, płynnego zarządzania czasem. Natomiast ktoś, kto uwielbia planować, poczuje się jak ryba w wodzie, ustalając stałą formułę działania dla innych. Warto poznać swoje predyspozycje i jednocześnie potrzeby. Jeden człowiek w chaosie czuje się rozbity, a drugi go potrzebuje, bo mu się z tego chaosu co chwila coś wyłania.

Odwagi!

Mamy też prawo powiedzieć sobie, że dziedzina, którą się zajmowaliśmy, przestała nas już fascynować. Można stwierdzić, że pasja się wypaliła i nie myśleć o tym w kategoriach straty, bo zainwestowałam czas, pieniądze, zdobyłam cenne doświadczenia i teraz będę musiała zaczynać od początku. Dajmy sobie prawo do zmian. – Nie można być życiowym konformistą. Jeżeli chcesz mieć przyjemność z pracy, trzeba być odważnym, zaryzykować – podpowiada Joanna Godecka. – Bo są takie pasje, w których od razu nie odniesiemy sukcesu rozumianego jako mnóstwo pieniędzy. Ale jeśli naprawdę chcemy to robić i godzimy się, że będziemy przez jakiś czas żyć bez nadmiaru wszystkiego, to odważnie wchodzimy na tę drogę. Jeśli jesteśmy połączeni ze swoją głębią energetyczną, ze swoimi emocjami, ze swoimi potrzebami, to zawsze wybieramy swoją ścieżkę.

Nie oczekujmy jednak, że będziemy podobali się wszystkim. Są ludzie, którzy dla otoczenia są niezrozumiali, bo robią coś swojego, często niszowego. Inni pukają się w głowę, gdy to widzą, ale to ci odważni śmieją się ostatni, bo mają z pracy przyjemność.

Jeśli chcemy połączyć przyjemne z pożytecznym i pracę z zabawą, nasza motywacja nie może wynikać z lęku czy asekuracji. Działajmy z miejsca pozytywnego wyzwania. Myślmy tak: „Robię to, bo chcę spróbować”, „To sprawia mi frajdę”, „Mam odwagę to robić”. Nie nastawiajmy się na przetrwanie, w życiu nie chodzi o to, żeby nie dać się zniszczyć, pogrążyć, wyjść obronną ręką.

– Zapragnijmy przeżyć swoje życie jak najfajniej. Niech przygody, które nam się w nim zdarzają, będą twórcze i inspirujące – mówi Joanna Godecka.