1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Start!

Start!

fot.123.rf
fot.123.rf
Kto by pomyślał, że w znalezieniu fajnej pracy mogą pomóc: uprawianie sportu, czytanie książek, przeprowadzka i pies?

Dlaczego nie masz pracy? Bo nie masz doświadczenia. A czemu nie masz doświadczenia? Bo nie masz pracy. I tak koło się zamyka. Siedzisz w domu i wysyłasz CV w niezliczoną ilość miejsc. Albo – źle ci w obecnej pracy i wysyłasz CV... Brak odpowiedzi lub odpowiedzi w stylu: „Pani/pana kompetencje (prace, doświadczenie, kwalifikacje) nie odpowiadają wymaganiom stawianym przez naszą firmę...” Brr. A jednak i to jest wartościowa lekcja. Nie myśl: „Jestem nic niewart!”. Myśl: „Może źle się za to zabrałem.” Co robisz nie tak? Zobaczmy. Na początek mamy kilka informacji o zaskakujących sposobach wspomagających znalezienie dobrej pracy.

Czego szukasz?

Dobrej pracy. Pytanie, co to znaczy „dobra praca”? Blisko, dobrze płatna, etat czy właśnie wolność chałupnika? Czy trzeba będzie wstawać rano?

Kiedy Ingvar Kamprad, założyciel firmy IKEA, jako nastolatek dostał zegar, nastawił budzenie przed szóstą i usunął przycisk umożliwiający wyłączenie alarmu. Mierzył wysoko i osiągnął cel. Edward Dwurnik, jeden z bardziej znanych współczesnych malarzy, stawia się w pracowni codziennie o piątej rano i do południa maluje obrazy. Lubi drogie sportowe samochody i stać go na nie. Fakt, nie każdy musi być milionerem. Nie każdy chce i wbrew pozorom nie każdy się do tego nadaje. Ale na pewno nikt, kto śpi do południa, milionerem nie zostanie. Nie dzięki własnej pracy. Jeśli więc nienawidzisz wstawać rano, masz dwa wyjścia – wstawać wbrew sobie (oczywiście do czasu, gdy zostaniesz milionerem) lub...

Poszukać pracy, która zaczyna się po południu. W godzinach wieczornych pracują restauracje, kluby albo służby porządkowe. Nieważne, co myślą inni. To ty masz być szczęśliwy, robiąc to, co lubisz i kiedy lubisz. Dzięki takiej postawie zyskasz akceptację, a nawet szacunek otoczenia.

Osoby poszukujące pracy najczęściej popełniają następujące błędy: twierdzą, że szukają jakiejkolwiek pracy, chcą zarabiać więcej niż ich znajomi na podobnym stanowisku i oczekują, że w pracy będzie miła atmosfera. Zastanawiające jest zwłaszcza to ostatnie oczekiwanie, zgłaszane również we wszystkich sondażach przez osoby już zatrudnione – Polacy najbardziej cenią sobie w pracy miłą atmosferę. Oczekują, że praca zapewni im rozrywkę, kontakty towarzyskie, może jeszcze cebulę na zimę, ręczniki frotte i mydło – jak było za komuny. Tymczasem nie o to chodzi – to wszystko powinniśmy sobie zorganizować sami.

Największym błędem jest szukanie „jakiejkolwiek pracy”. Przypomina to handel niewolnikami. Dobrowolne wyzbycie się ambicji, osobowości, kwestionowanie  swoich umiejętności. Trzeba mieć bardzo niską samoocenę, żeby tak określić swoje oczekiwania. W dodatku jest to bardzo niepraktyczne, bo „jakiejkolwiek pracy” po prostu nie ma.

Profil kompetencji i zielona lista

Zrób sobie test. Wśród licznych, które pomagają określić predyspozycje zawodowe człowieka, jest też taki, który każdy może zrobić sobie sam, w domowym zaciszu. Odpowiedz na pytania: Czy czuję się szczęśliwy w towarzystwie, czy raczej wtedy, kiedy jestem sam ze sobą? Co lubię robić tak bardzo, że nie czuję upływu czasu? Jaki jest mój temperament, jak podejmuję decyzje, nawiązuję kontakty? Suma odpowiedzi na te pytania to nic innego, jak prezentacja twojej osoby jako potencjalnego pracownika. Sam widzisz, czy praca w księgowości, wymagająca dokładności i systematyczności, to coś dla ciebie – bałaganiarza.

A skoro jesteś gadułą, masz dobrą dykcję, wysoką kulturę języka i boisz się samotności – może odnajdziesz się w handlu, w obsłudze klienta. To wszystko jest ważne w dobraniu sobie pracy. A jak już mniej więcej wiesz – działaj. Stwórz sobie swój

Profil kompetencji zawodowych:

Kartka I – wypisz tu, co potrafisz, jakie umiejętności posiadłeś. Wypunktuj czynności, które umiesz wykonać. Oceń na jakim poziomie je wykonujesz: samodzielnie, pod nadzorem, biegle, słabo?

Kartka II – wypisz, co lubisz robić.

Kartka III – wypisz, co chcesz robić po pracy, w czasie wolnym? Hobby, wyjazdy, czas spędzony z rodziną? Praca nie powinna ci tego odebrać.

Przeanalizuj punkty wspólne i odpowiedz sobie na pytania: „Jakiej pracy na pewno nie możesz się podjąć? A jakiej mógłbyś – bo pasuje do tego, co umiesz i lubisz?”.

Utwórz „zieloną listę”, czyli spis pożądanych miejsc pracy. Uporządkuj je według klucza: najbardziej pożądana, najbardziej realna. Weź pod uwagę nawet odległość od domu. Prawda, że nie jest łatwo? Zwłaszcza, że zaczynasz dostrzegać własne braki. Tu potrzebne jest prawo jazdy, tu licencja pilota wycieczek, tu musisz znać niemiecki, a tu mieć większą pewność siebie. I dobrze, bo przynajmniej wiesz, co poprawić i czego chcesz.

Ewa Barlik dziennikarka, doradca ds. komunikacji. W dzienniku „Rzeczpospolita” prowadziła dodatek „Moja kariera”.

PROGRAM CZTERECH KROKÓW

Po pierwsze – wyglądasz profesjonalnie!

Nie pracujesz – nie wychodzisz z domu. Brak motywacji szybko przechodzi w stan abnegacji: tłuste włosy, nieświeże ubranie, kilkudniowy zarost u mężczyzn i brak makijażu w przypadku kobiet. Jeśli to twój portret, to nie szukaj pracy w zespole, bo zatrudnić cię może jedynie jakiś desperat, który przy twojej pomocy chce się pozbyć pracowników. Chcesz pracować w grupie? Dostosuj się do jej członków. Jesteś młodą, dobrze wykształconą kobietą poszukującą ciekawej i rozwijającej pracy? Zainwestuj w swój wygląd. Profesjonalny makijaż i – gdy budżet pozwoli – manicure, modne strzyżenie, do tego szpilki, biała bluzka oraz spódnica ołówkowa (jeśli w pracy, do której aspirujesz, panuje taki dress code). Nie musisz wydawać na to fortuny, ale pamiętaj, że to inwestycja, która się zwróci. Będziesz miała nie tylko idealny strój na rozmowę kwalifikacyjną, ale też do przyszłej pracy. Inne stylizacje zachowaj na razie na wakacje lub weekendy.

PO DRUGIE: Uprawiasz sport i kupujesz psa!

Nie masz pracy – popadasz w stany depresyjne? To możliwe, w dodatku niebezpieczne dla zdrowia. Brak pracy to brak adrenaliny, a bez adrenaliny organizm pozbawiony jest naturalnego „dopalacza”. Trzeba się zmęczyć. Najlepiej uprawiając systematycznie sport. Pływanie, biegi, siłownia, sporty zespołowe.

Na co tylko masz ochotę i pieniądze. Warto też wejść do społeczności sportowców amatorów danej dyscypliny. Interesować się sprzętem, strojami. Bieganie w porozciąganym podkoszulku i w profesjonalnej koszulce odprowadzającej wilgoć to nie to samo – nie tyle z powodów estetycznych, ale ze względu na pewność siebie, którą trenujemy przy okazji. Ale jeśli na razie nie stać cię na profesjonalny strój, nic nie szkodzi, samopoczucie poprawi ci już sam wysiłek, a pewności doda widok coraz bardziej wysportowanego ciała. Społeczność sportowców daje ponadto poczucie bezpieczeństwa, jakiego brakuje osobom sfrustrowanym brakiem pracy. W końcu można z kimś porozmawiać na inne, bezpieczne tematy. Podobnie działa… spacer z psem! Masz psa – nie jesteś sam! Psiarze łączą się w grupy, solidaryzują się, opowiadają o kłopotach… i tak nawiązują się nowe kontakty – kto wie, czy nie zaobfitują właśnie informacją o możliwości zatrudnienia!

PO TRZECIE: Wyprowadzasz się z domu!

To nie źle napisane życiorysy ani brak doświadczenia zawodowego są największymi przeszkodami w poszukiwaniu dobrej pracy. Prawdziwą barierę stanowią emocje. Praca oznacza prawdziwe wejście w dorosłość. Przejęcie odpowiedzialności za swoje życie. To ja decyduję, co chcę robić, co przyniesie mi szczęście i satysfakcję. A bywa to trudne, gdy wciąż mieszkasz w domu rodzinnym.

Człowiek, który emocjonalnie wciąż jest dzieckiem chronionym przez rodziców, nie znajdzie poważnej pracy na dłużej. On jej przecież nie potrzebuje… Trzeba przeciąć pępowinę. Najlepszym sposobem jest samodzielne gospodarstwo już podczas studiów. Mieszkanie studenckie bywa prawdziwą szkołą życia i treningiem charakteru.

PO CZWARTE: Uzupełniasz kwalifikacje

Jeśli nie masz stałej pracy – masz czas, a to rzadkie dobro, którego zazwyczaj brakuje ludziom pracującym. Możesz czas „zabijać”, wkręcając się w śledzenie seriali telewizyjnych lub wpisów znajomych na Facebooku. A możesz ćwiczyć umysł i podnosić swoje kwalifikacje. Czytaj! Czytając jedną książkę tygodniowo, zmniejszasz prawdopodobieństwo zachorowania na Alzheimera. Świetnym treningiem jest też nauka języków obcych! Jeśli nie stać cię na lekcje – ucz się sam! Nauka przez całe życie to coś, do czego musisz przywyknąć. Wybierz się na studia podyplomowe! Absolwenci wyższych uczelni robią tak coraz częściej, bo dopiero po dyplomie uczą się konkretnego zawodu. Jak odkryć, co to za zawód? Spróbuj na na chybił–trafił. Wbrew pozorom to bardzo dobra metoda, po prostu wybierz to, co wydaje ci się w miarę fajne i zgodne z twoimi predyspozycjami. Może odnajdziesz profesję w tym, co dotychczas uważałeś za hobby?

Więcej artykułów na ten temat przeczytasz w listopadowym numerze magazynu psychologicznego SENS

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Żeglarz, nasza miłość

Od lewej: Dagmara, Patrycja i Urszula. Trzy pokolenia kobiet, które mają wokół siebie i Żeglarza wielu przyjaciół, wręcz całą społeczność gotową w razie potrzeby iść z pomocą. Fot. Bartosz Bańka/ Agencja Gazeta)
Od lewej: Dagmara, Patrycja i Urszula. Trzy pokolenia kobiet, które mają wokół siebie i Żeglarza wielu przyjaciół, wręcz całą społeczność gotową w razie potrzeby iść z pomocą. Fot. Bartosz Bańka/ Agencja Gazeta)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Babcia, mama i córka. Dawniej musiały się mierzyć z szaleństwem kaset wideo i multipleksów, dzisiaj stawiają czoła platformom streamingowym i pandemii. – Ja co roku chcę zamknąć kino, bo to się nie opłaca. To jest idiotyzm, fanaberia nasza. A na wiosnę i tak znowu je otwieramy – mówi Urszula „Babinex” Blindow, najstarsza z właścicielek kina Żeglarz. Jedynego, jakie zostało na Półwyspie Helskim.

Za ekranem kina przy ulicy Portowej znajduje się tajemne „przejście do Narnii”, czyli do małego mieszkanka właścicielek – babci „Babinex” Urszuli, mamy Dagmary i córki Patrycji. Kiedy rozmawiamy, towarzyszy nam ścieżka dźwiękowa filmu „Sokół z masłem orzechowym”, ponieważ za ścianą odbywa się akurat seans. Repertuar w kinie jest codziennie inaczej ustawiony: co godzinę można zobaczyć inny film. – Nie możemy wstawić jednego tytułu na wyłączność – mówi Dagmara. – Raz grałam cały weekend „Shreka” i widzowie do tej pory mi to wypominają. Ale to był wówczas warunek dystrybutora. Ci dystrybutorzy, którzy współpracują z nami od lat, znają specyfikę miejsca i wiedzą, że ludzie przyjeżdżają na kilka dni, czasem tylko na weekend i nie chcą codziennie oglądać tego samego.

W prezencie

Bogdan Blindow – bo od niego ta przygoda się zaczęła – w roku 1966 został kierownikiem Powiatowego Zespołu Kin w Wejherowie. A kiedy zlikwidowano powiaty, odpowiadał za kino Świt. – Jak Dagusia była dzieckiem, zajmowałam się tam wszystkim: sprzedawałam bilety, układałam razem z Bogdanem repertuar, sprzątałam, byłam bileterką, zajmowałam się papierologią – mówi „Babinex” Urszula. Dagmara, wychowana w Świcie, znała każdy jego odgłos. – Siadałam w ciągu dnia na pustej widowni i potrafiłam powiedzieć, kto, gdzie i co robi – wspomina. Latem rodzina Blindowów wyjeżdżała do zaprzyjaźnionych kin w kraju, przy których były pokoje gościnne dla pracowników. Tak po raz pierwszy trafili do Jastarni. Dagmara: – Jak przyjechaliśmy tu w 1986 roku, tak już zostaliśmy, bośmy się wszyscy w tym miejscu zakochali. W czasach małej prywatyzacji oddawano kina w ajencje i dzierżawy. W roku 1991 Bogdan Blindow, w tajemnicy przed rodziną, podpisał umowę na prowadzenie Żeglarza. Urszula: – Musiało mu być ciężko utrzymać to w tajemnicy, bo on był straszny gaduła, wszystko zawsze wygadał. A wtedy tylko zabrał mnie do samochodu i ani słowa. Skręcamy już na półwysep, pytam go: „Gdzie my jedziemy?”. A on: „Nie mogę ci jeszcze powiedzieć”. Ale jak już byliśmy blisko, nie wytrzymał: „Załatwiłem ci kino w Jastarni!”. To był taki prezent dla mnie. Bardzo się cieszyłam, skakałam w samochodzie, krzyczałam, klaskałam. Jechał z nami nasz kinooperator Henio, który był głuchoniemy. On już wiedział, więc jak się odwróciłam, cieszył się razem ze mną. Od tej pory cała rodzina prowadziła Świt w Wejherowie i sezonowo Żeglarza w Jastarni. Na Półwyspie Helskim działały wówczas jeszcze trzy inne kina: Wicher Hel, Albatros Władysławowo i Mewa Puck. Dziś z tej czwórki został tylko Żeglarz. Już po śmierci ojca Dagmara w roku 1997 przejęła dzierżawę, a chwilę później Żeglarza wykupiła. To kino prywatne, sezonowe, prowadzone przez trzy pasjonatki.

Patrycja: 'To jest nasze życie, skarb i największa pamiątka po dziadku. Choćby się waliło i paliło, nie poddamy się'. (Fot. Bartosz Bańka/Agencja Gazeta) Patrycja: "To jest nasze życie, skarb i największa pamiątka po dziadku. Choćby się waliło i paliło, nie poddamy się". (Fot. Bartosz Bańka/Agencja Gazeta)

Dagmara: Powitanie z Afryką

Niektóre filmy widziałam tak wiele razy, że znam je prawie na pamięć. Cytatami z „Seksmisji” przerzucaliśmy się z ojcem przy porannej jajecznicy. W filmie „Pluton”, po 22 projekcjach, jestem w stanie wyłapać wpadki, na przykład najpierw koszulka jest porwana, w następnym ujęciu cała. Pewnych wrażeń i scen filmowych nie da się przenieść z kina na mały ekran. Kadr z „Lotu nad kukułczym gniazdem”, kiedy auto z rozświetlonymi reflektorami przejeżdża przez całą szerokość ekranu, nie robi już takiego wrażenia w telewizorze. Podobnie jest z moim ukochanym filmem „Pożegnanie z Afryką”. Oglądając go w kinie, za każdym razem czuję powiew gorącego afrykańskiego powietrza, które wprost wylewa się z ekranu. W telewizji tego nie ma, a lecące po niebie różowe flamingi są tylko jedną wielką plamą. Na moje 50. urodziny Patunia zorganizowała mi przyjęcie niespodziankę, a goście złożyli się na prezent: bilet do Kenii. Jak się wreszcie skończy pandemia, spełnię swoje największe filmowe marzenie i odwiedzę dom Karen Blixen.

Przesłuchanie za "Przesłuchanie"

Latem przez kino Żeglarz przewijają się ludzie z całego kraju oraz goście z zagranicy. Przychodzą nie tylko na filmy, lecz także na organizowane tu imprezy, koncerty i wernisaże. Nie brakuje znanych nazwisk. To, co wydaje się tak przyjemne i towarzysko atrakcyjne, nie przynosi jednak dochodów. Na turystów na tyłach kina czekają więc sezonowe domki i pokoje na wynajem, które dają finansową podporę właścicielkom. Przez lata, aby utrzymać kino, Dagmara jeździła do pracy do Holandii: – Pracowałam przy produkcji sałatek, przy kwiatach, mięsie, pakowałam PlayStation. Byłam w tylu miastach i robiłam tyle rzeczy, że nie zliczę, i wszystko, co zarobiłam, szło na edukację Patrycji i na rachunki w kinie. Walka o utrzymanie Żeglarza wydaje się w tej rodzinie priorytetem, bo utratę kina już znają i wspominają z bólem. Był początek XXI wieku, w Gdyni pojawiły się multipleksy, widzowie zaczęli odchodzić z małych kin. – To było najgorsze doświadczenie w moim życiu. Czułam się przez wiele lat, jakby ktoś mi złamał życie, kompletnie nie mogłam się odnaleźć – wspomina Dagmara. – W kinie Świt w Wejherowie zaczynaliśmy, spędziłam w nim całe życie, jego zamknięcie przypłaciłam depresją. Siadałam wtedy sama na sali i kazałam sobie puszczać filmy, wyłącznie po to, żeby ludzie przechodzący obok słyszeli, że kino żyje. I żeby nie oszaleć. – Od tamtej chwili minęło ze 20 lat, a ja nadal nie mogę chodzić po ulicy, na której stoi ten budynek i marnieje – dodaje Urszula. – Do tego stopnia jest to obciążające. O innym traumatycznym „filmowym” doświadczeniu swojej babci opowiada Patrycja Blindow, choć wydarzyło się ono na wiele lat przed jej narodzinami i zna je tylko z opowieści. – Babcia rzadko o tym mówi, bo nie cierpi tego wspominać. Dziadek był działaczem Solidarności, więc był pod większą obserwacją. Kiedyś znaleziono u niego w kinie taśmę VHS, czyli nawet nie taką do dystrybucji, z filmem „Przesłuchanie” Ryszarda Bugajskiego. Został zatrzymany, były naloty w domu, babcia była przesłuchiwana. Jedyne, co pamięta, oprócz strachu, to lampę wycelowaną prosto w oczy.

Urszula: serce kina

Mam coś takiego, że nawet jeśli film nie jest wybitny, mądry czy chwytający za serce, to i tak go oglądam, żeby podziwiać kraj­obrazy lub podpatrywać zachowania ludzi, bo wiem, że w wielu miejscach na świecie nie będę. Dlatego nawet w najgorszym filmie potrafię sobie znaleźć coś, co mnie zaciekawi. Zawsze kochałam kino, jeszcze zanim poznałam Bogdana. Gdy studiowałam prawo, chodziłam do DKF-u. Lubiłam tę ciemność, to zapadanie się w fotelu, kiedy człowiek odcina się od wszystkiego i wchodzi w inny świat. W domu można oglądać film na kanapie nawet na największym telewizorze, ale to nie to samo: bo po herbatę się idzie do kuchni, bo ktoś zadzwoni, ktoś przyjdzie. A tu człowiek jest wyizolowany z realnego świata. Ostatnio taką magię poczułam na „Zimnej wojnie”. Wyszłyśmy z kina i nie rozmawiałyśmy ze sobą, tak byłyśmy zaczarowane. A ja w szczególności, bo poczułam wtedy to serce kina.

Babcie takich rzeczy nie robią

Codziennie o 21.15 przez 68 dni w czasie trwającego wiosną lockdownu w mediach społecznościowych pojawiało się zdjęcie zagadka. Był to zainscenizowany przez panie Blindow kadr z filmu, którego tytuł należało odgadnąć. Kalambury kinowe na czas #ZostańwDomu przyniosły kinu Żeglarz sławę i rzesze nowych fanów. Zagadki nie były łatwe, kadry – nieoczywiste. Wymyśliła je Patrycja jako formę promocji kina, choć nikt nie miał pewności, czy otworzy się ono latem. – Patrycja wybierała kadry z filmów i reżyserowała, ja byłam stroną techniczną: rekwizyty, makijaż, zestaw policjanta z kiosku Ruchu za dziesięć złotych albo maseczka z drogerii – opowiada Dagmara. – Długi czas nie zdawałyśmy sobie sprawy, jakim echem to się rozniesie. Pierwszy był „Ojciec chrzestny”, obśmiałyśmy się jak norki!
W czasie wiosennego lockdownu w mediach społecznościowych codziennie pojawiał się nowy kalambur. Internauci zgadywali, za bohaterów których słynnych filmów są wystylizowane Urszula, Dagmara i Patrycja.
 

Na większości zdjęć główną rolę gra Urszula Blindow: ucharakteryzowana na Śmierć z „Siódmej pieczęci” Bergmana, na E.T., American Psycho, Mistrza Yodę czy… Hannibala Lectera z „Milczenia owiec”. (Fot. archiwum kina Żeglarz) Na większości zdjęć główną rolę gra Urszula Blindow: ucharakteryzowana na Śmierć z „Siódmej pieczęci” Bergmana, na E.T., American Psycho, Mistrza Yodę czy… Hannibala Lectera z „Milczenia owiec”. (Fot. archiwum kina Żeglarz)

– Babinex wszystko dla mnie zrobi – mówi Patrycja – więc wiedziałam, że się zgodzi na kalambury, że to tylko kwestia czasu. Pod koniec doszłyśmy do takiej wprawy, że robiłyśmy zdjęcia w dziesięć minut, razem z przebiórką. Dagmara: – Mama czasami mówiła: „Ja już mam tego dosyć, jestem zmęczona”, a na drugi dzień wstawała i pytała: „No to co dzisiaj gram?”. Nasza główna gwiazda! Urszula: – No bo ja się tam najbardziej wygłupiałam! Normalne babcie takich rzeczy nie robią na pewno. Latem do kina Żeglarz przyjechał jeden z najbardziej aktywnych uczestników kalamburów z pretensjami, że to się tak z dnia na dzień skończyło, i z prezentem – muzyką z filmu „Łowca androidów” na winylu. Podobno do Jastarni przyjeżdża się i serce zostawia na zawsze albo nie wraca nigdy więcej. Wydaje się, że najbardziej zakochana w tym miejscu jest Patrycja, przy wymyślaniu kalamburów dopiero się rozgrzewała. Jej plany na rozwój i modernizację kina Żeglarz obejmują najbliższe dziesięć lat, a marzenia to budowa w Jastarni „imperium kultury”. Na pewno jest do tego merytorycznie przygotowana: skończyła prawo, dziennikarstwo i medioznawstwo oraz dwa kierunki podyplomowe – management kultury i prawo autorskie. – Patrycja po maturze miała trip po Europie – wspomina Urszula. – Dostałam od niej kartkę z Lizbony: „Babciu, Lizbona jest przepiękna, ale najpiękniejsza jest Jastarnia”. My jesteśmy zakochane w Jastarni, ale ona jest uzależniona od tego miejsca. Tutaj jest najlepiej, i nikt jej nie przekona, że jest inaczej.

Patrycja: rząd 1, miejsce 6

Pierwszy film, który pamiętam z kina, to był „Titanic”. Oglądałam go w warszawskiej Skarpie. Miałam może cztery lata, siedziałam u Dagusi na kolanach. Dziewczyny na zmianę czytały mi napisy, a bileterki robiły zakłady, że nie wytrzymam do końca seansu. Ale wytrzymałam. W Żeglarzu potrafiłam jako dziecko siedzieć w pierwszym rzędzie na szóstym miejscu nawet osiem godzin z rzędu, wychodząc tylko na picie i do łazienki. Dziewczyny pozwalały mi oglądać większość filmów, oprócz „Hannibala”. Mam tylko jedno traumatyczne wspomnienie z sali kinowej, film „Babe – świnka z klasą”. Byłam kilkuletnim dzieckiem i gdzieś w dwudziestej minucie seansu wpadłam między oparcie a siedzisko fotela. Stałam już tak do końca filmu, bo byłam nauczona, że jestem „z kina” i nie mogę przeszkadzać w trakcie projekcji. Jednym z najważniejszych filmów jest dla mnie „Za wszelką cenę” Eastwooda. Na takie filmy mówimy „ciężarówa”, bo nie jest to łatwa rzecz. Obejrzałam go, mając 11 lat, kiedy ostro trenowałam karate. Tak mnie ten film zdeterminował, że nie mogłam się doczekać kolejnego treningu. Jestem pokoleniem lat 90., więc na kreowanie mojego systemu wartości ogromny wpływ miały bajki. Niektóre cytaty, okraszone mądrościami wychowujących mnie dziewczyn, stanowią do tej pory podstawę moich zasad moralnych: „Ohana znaczy rodzina, a w rodzinie nikogo się nie odtrąca ani nie porzuca” z bajki „Lilo i Stich” albo „Miarą prawdziwego bohatera nie jest siła mięśni, ale siła serca” z „Herkulesa”.

Życie, skarb, pamiątka

W kinie Żeglarz panuje niepisany podział obowiązków oraz preferencji filmowych. Patrycja przegląda box office i wyłapuje dobre tytuły. Babinex lubi kino rosyjskie i koreańskie, ogólnie – niszowe, żeby nie powiedzieć „niszę niszy”. Dagmara jako wielbicielka kina hollywoodzkiego wybiera filmy, które są blisko tej estetyki. – W zeszłym roku bez zająknięcia powiedziałam: „Green Book” to jest to! – opowiada. – Ludzie przyjeżdżają, żeby odpocząć, i chcą też trochę lżejszego kina. – Tak wybrałaś i to był czarny koń w zeszłym roku – dodaje Urszula. Ich Fundacja Kina Żeglarz powstała dla pozyskiwania funduszy na trzy najważniejsze cele: zmodernizować, scyfryzować, działać przez cały rok. Kino nie ma ogrzewania, stąd unoszący się zapach wilgoci. Fotele są stare, a sprzęt do projekcji znacznie ogranicza możliwości repertuarowe. – Wielcy dystrybutorzy nie chcą z nami współpracować, bo nie mamy specjalnego sprzętu DCP – tłumaczy Urszula. – Jest on tak drogi, że pewnie jeszcze Patrycji wnuki musiałyby go spłacać.

– Wierzę w to, że sezon się rozciąga i nie trwa tylko od 1 lipca do 31 sierpnia – mówi Patrycja. – Ludzie zaczynają przyjeżdżać na weekendy nawet zimą, żeby przejść się pustą plażą. A nie ma nic lepszego niż po takim spacerze przyjść do kina na dobry film i pyszną kawę.

Trzy pokolenia kobiet, które, jak mówią, „mają bzika”, mają też wokół siebie i Żeglarza wielu przyjaciół, wręcz całą społeczność gotową w razie potrzeby iść z pomocą. Patrycji, która zajmuje się obecnie nie tylko strategią rozwoju, lecz także akceptacją ulotek, pieczątek, plakatowaniem i organizacją imprez, udało się przekonać mamę i babcię, że z wad trzeba robić zalety. – Przy pandemii Żeglarz może mimo wszystko wyjść na zero, co nie stawia nas już na szarym końcu w rankingu innych kin – tłumaczy. – Mówili: „Zamknijcie to, sprzedajcie, tutaj fotele skrzypią i podłoga się rusza, po co wam to?” – uśmiecha się Urszula Blindow. – Ale jak już przetrwałyśmy tyle, i te VHS-y, i te internety, Netflixy i pandemię, to już teraz chyba przetrwamy wszystko. Z czego żyjemy? Z miłości do kina i mojej emerytury. Patrycja: – Nie wyobrażam sobie zamknięcia kina. To jest nasze życie, nasz skarb i największa pamiątka po dziadku. Choćby się waliło i trzeba było do kina tysiące dopłacać, a w sumie już jesteśmy po tym etapie, nie zamkniemy go. „Babinex”: – Patrycja jest teraz dyrekcją. Wczoraj napisała nam SMS-a: „Ale bez was nic nie znaczę, musicie dotrwać do 159 lat”. A ja się zastanawiam, czemu nie do 160?! 

  1. Styl Życia

Praca to moje życie. Czy jestem nienormalna?

Gdy w modzie jest gonienie za sukcesem, a dzień pracy nienormowany, coraz trudniej ustalić, kiedy popadamy w pracoholizm. (Fot. Getty Images)
Gdy w modzie jest gonienie za sukcesem, a dzień pracy nienormowany, coraz trudniej ustalić, kiedy popadamy w pracoholizm. (Fot. Getty Images)
W czasach, gdy gonienie za sukcesem jest jeszcze bardziej pożądane niż kiedyś, a dzień pracy nienormowany – coraz trudniej ustalić, kiedy (i czy) popadamy w pracoholizm. A może to naturalne, że na pewnym etapie życia przedkładamy jedną sferę nad drugą? Nad tym wszystkim zastanawia się terapeutka Ewa Klepacka-Gryz, rozwikłując zagadkę swojej pacjentki.

Karolina koniecznie chce się spotkać w sobotę. Kiedy proponuję termin w tygodniu, ale późnym wieczorem, zdecydowanie twierdzi, że tylko w weekendy może żyć swoim rytmem. Brzmi jak osoba pewna siebie, zdecydowana, która dobrze wie, czego chce.

Krok 1. Próbujemy odkryć, na czym polega problem

W realu jej pewność siebie również jest dostrzegalna na pierwszy rzut oka. – Wszystkie badania mam w normie – mówi, kładąc przede mną tablet. – Tarczyca, żelazo, ferrytyna, witamina D3 – proszę bardzo, wszystko idealnie, a po pracy nie mam na nic ochoty. Mogę tylko leżeć pod kocem i nic nie robić, nawet Facebooka nie odpalam. – Rozumiem, że twoim problemem jest brak energii? – pytam. – Lubię swoje łóżko i kocyk, przez cały dzień działam na zwiększonych obrotach, chyba mam prawo być zmęczona – tłumaczy. – To o co chodzi? – nie bardzo rozumiem, na czym polega problem. – Ekipa z pracy podśmiewa się ze mnie, że zachowuję się jak staruszka i nie daję się wyciągnąć na piwo czy do klubu.

To może być jakiś trop. Proszę, żeby opisała swoje relacje ze współpracownikami.

Pochodzi z małego miasteczka pod Wrocławiem. W zeszłym roku skończyła studia, a pół roku temu dostała propozycję pracy w prestiżowej agencji reklamowej w Warszawie. Choć agencja jest znana na rynku i obsługuje naprawdę dużych klientów, atmosfera w firmie jest dość luźna. Karolina jest najmłodszym pracownikiem – i w sensie stażu, i wieku, ale ludzie z firmy przyjęli ją od razu, chociaż nie obyło się bez „kocenia”. – Parę razy wyszłam na kompletną idiotkę, bo wpuścili mnie w maliny, ale ogólnie jest luz, najbardziej ich wkurza, że się nie integruję – opowiada. – To nie moja wina, że oni udzielają się towarzysko wieczorami, a nie zaraz po pracy. – Dlaczego tak? – pytam. – Bo każdy pracę kończy o różnych porach, niektórzy w trakcie mają jakieś zajęcia i po południu jeszcze wracają do firmy – opowiada. – A tak bliżej 20.00 wszyscy są już w miarę wolni.

Agencja, w której pracuje moja pacjentka, to typowa firma dostosowująca się do potrzeb milenialsów: każdy pracuje, kiedy chce i gdzie chce, trochę w domu, trochę w biurze, z możliwością przerwy w ciągu dnia. Trudno mi zrozumieć, dlaczego Karolinie nie pasuje taki styl pracy, niedawno skończyła studia, a studenci, wiadomo, żyją trochę na wariackich papierach. Wtedy przypominam sobie słowa Karoliny, że tylko w weekendy może żyć swoim  rytmem. – Tobie taki tryb pracy nie odpowiada? – pytam.–  Nie wiem – mówi zamyślona. – Ja tak po prostu nie potrafię funkcjonować. – Nie potrafisz? – dopytuję, bo to ważne. – Chyba nie chcę, a może… już sama nie wiem, mam mętlik w głowie.

Krok 2. Opisujemy rytm życia Karoliny

Kiedy pytam ją, czy warszawska agencja to jej pierwsza praca, okazuje się, że… czwarta. – Jak to czwarta? – nie jestem w stanie ukryć zdziwienia.

Karolina pracuje od drugiego roku studiów i średnio co pięć miesięcy zmienia miejsce pracy. Zastanawiam się, czy tu nie tkwi problem. – Dziś wszyscy tak robią, bo tylko w ten sposób  można mieć bogatsze CV – tłumaczy. – No i ważne, żeby od początku załapać się mniej więcej w swojej branży, a nie robić coś, co na nic ci się nie przyda, no, chyba że jest to coś oryginalnego.

Pytam, czy obecna praca różni się czymś od poprzednich. – No, jest wreszcie na poważnie, ale i tak za jakiś czas trzeba będzie rozejrzeć się za czymś nowym – mówi ze smutkiem. – Może dlatego nie chcesz się integrować z ludźmi z pracy, żeby się za bardzo nie przyzwyczaić – pytam. – To zupełnie nie o to chodzi – Karolina nie kryje złości. –  Mogę się z nimi integrować, ale po pracy, a u nich ,,po pracy” to 20.00.

Nadal nie wiem, o co chodzi, proszę, żeby opisała mi, jak wygląda jej powszedni dzień. – Wstaję o 7.00, jem śniadanie, o 9.00 jestem w pracy i biegam do 17.00, potem wracam do domu i odpoczywam do wieczora – opowiada. – Około 22.00 jem kolację, myję się, przygotowuję ubranie na jutro i kładę się spać. – Brzmi dobrze. Śpisz 8–9 godzin? – Tak mniej więcej, czasami tuż przed snem obmyślam plan strategii na jutro. – Czy z pracy wracasz bardzo zmęczona? – Fizycznie tak. W pracy latam jak nakręcona, czasami nawet na siku nie mam czasu, a obiad z pudełka zjadam zwykle w taksówce w drodze do domu, psychicznie nie jestem zmęczona, ale gdybym miała się wieczorem zwlec z łóżka i o 20.00 wylądować w jakimś klubie, to nie chce mi się.

Próbuję dopytać, jak wyglądają pozostałe sfery życia Karoliny. – Pozostałe, to znaczy jakie? – pyta ze zdziwieniem. Kiedy wyjaśniam, okazuje się, że Karolina ma wszystko dokładnie ustalone, a może ustawione: ma kota, a nie psa, żeby nie mieć na głowie spacerów, mieszkanie wynajmuje, zresztą w pełni wyposażone, nawet pościel była na miejscu, jedzenie zamawia, żeby nie musieć gotować. – A kontakty towarzyskie? – Kilka razy byłam z ekipą z agencji na piwie, kiedy udało nam się spotkać zaraz po pracy – opowiada. – Czasami, co któryś weekend, jadę do domu i tam spotykam się ze znajomymi. – A co z życiem intymnym? – próbuję zasugerować, że całą jej energię pochłania praca, więc nic dziwnego, że kiedy wraca do domu, nie ma ochoty na nic poza odpoczynkiem. – Mam dwóch kochanków. Kiedy mam ochotę na seks, zawsze któryś z nich może urwać się żonie.

Przyznaję, że trochę mnie zaskoczyła, ale ona twierdzi, że tak chce i na prawdziwy związek przyjdzie czas, jak będzie stara, to znaczy po czterdziestce.

Myślę sobie, że milenialsi to pokolenie pełne sprzeczności. Z jednej strony pełni oczekiwań wobec pracy i życia, z drugiej niepewni siebie, depresyjni, sugestywni i łatwi do przestraszenia. Wychowywani od dziecka na wojowników, są nadwrażliwi, często dopadają ich choroby „ze stresu” i przede wszystkim trudno ich zrozumieć, bo oni chyba sami siebie nie rozumieją. Rodzice i świat dają im prawo do życia po swojemu, na własnych zasadach, nawet ich do tego namawiają, ale życie bez wzorców do naśladowania wymaga znajomości siebie i dojrzałości.

Biorę kartkę, rysuję na niej duże koło i proszę Karolinę, żeby zaznaczyła swoje aktywności w dniu powszednim. To dla niej proste i oczywiste; trzy czwarte dnia zajmuje jej praca i myślenie o niej, a jedna czwarta odpoczynek i ewentualnie rozładowanie popędu seksualnego, bo tak sama nazywa spotkania z kochankami. Dwa dni w tygodniu, w weekendy, żyje w swoim rytmie. – Czy taki sposób życia jest dla ciebie OK? – pytam. – Przecież badania mam w porządku, nic mi nie dolega – odpowiada.  – Miałaś, a może masz obawy, że twój sposób życia jest… niezdrowy czy nienaturalny? – To się chyba tak samo stało – mówi. – Ja wiem, że to jest wbrew zasadom tego głupiego work-life balance, ale mój balans to leżenie po pracy w łóżku.

Krok 3. Zajmujemy się work-life'em… i całą resztą

Pojęcie work-life balance coraz częściej zastępuje tzw. work-life blending, czyli łączenie pracy z zainteresowaniami i pasjami, jak również z codziennymi sprawami, które nieodłącznie towarzyszą nam w pracy i w domu. Młodzi pracują na swoich komputerach, często podłączonych do firmowej sieci, więc miejsce pracy nie ma większego znaczenia. W ciągu dnia wyskakują z firmy do siłowni czy na naukę gry na waltorni, ewentualnie na długi lunch albo masaż.

Tak żyją i pracują ludzie z firmy Karoliny, ale jej z jakiegoś powodu taki styl nie pasuje.

A może w jej wypadku to work-life style czy work-life integration – co oznacza, że życie prywatne i zawodowe dokładnie się uzupełniają, a granica pomiędzy czasem pracy i czasem wolnym staje się płynna? Kiedy próbujemy to ustalić, Karolina czuje się coraz bardziej zagubiona. Praca w prestiżowej agencji tak bardzo ją pochłania, że nie ma ochoty wychodzić w ciągu dnia, przerywać tego, co akurat robi, rozpraszać się. – Wiesz, w tej firmie trudno jest się skoncentrować, ludzie snują się, zagadują, proponują jakieś akcje, ja tak nie potrafię – opowiada. – Czasami śmieją się ze mnie, nazywają kujonką albo wzorową uczennicą, namawiają, żebym wyluzowała. – Chciałabyś wyluzować? – Może kiedyś, za jakiś czas, teraz muszę się jeszcze tyle nauczyć.

Tłumaczę jej, że to, jak sama twierdzi, jej pierwsza praca „na poważnie”, że kiedy nabierze doświadczenia, być może styl pracy jej kolegów stanie się również jej stylem. Pocieszam, że jeśli po pracy czuje się bardzo zmęczona, nie ma w tym nic dziwnego. – Tylko to takie dziwne zmęczenie – martwi się. – Głowa miałaby ochotę pracować dalej, a ciało jest zmęczone i chce spać.

Najgorsze jest dla niej to, że tak bardzo odstaje od reszty. Koledzy pytają, czy widziała najnowszy film, czy była już w modnej restauracji, czy ma faceta i jaki nowy ciuch sobie kupiła. – A ja nie mam siły nawet obejrzeć niczego na Netfliksie – skarży się. – Nie mam nastroju na nowe ciuchy ani testowanie trendowych restauracji. – A kiedyś miałaś? – Tak, lubiłam te wszystkie atrakcje, a gdy przeprowadzałam się do Warszawy, cieszyłam się na samą myśl o tym nowym, wielkim świecie. A na razie nie mam na niego apetytu. – To trochę tak, jakbyś miała ochotę na czekoladkę, a kiedy ją dostałaś, to trzymasz ją w szufladzie i nie otwierasz? – pytam. – Dokładnie tak robiłam, kiedy byłam mała – śmieje się. – Mój brat natychmiast zjadał tygodniowy przydział słodyczy od dziadków, a potem podbierał moje, które chomikowałam na później.

Krok 4. Sprawdzamy, czy da się zjeść czekoladkę i mieć czekoladkę

I tak dzięki czekoladkom dotykamy sedna problemu. Odraczanie przyjemności to główna cecha charakteru Karoliny. Potrafi dużo zrobić, by zasłużyć na nagrodę, a kiedy już to się stanie, odkłada czas skonsumowania nagrody. Im bardziej jest chwalona w pracy, tym bardziej się stara. A że praca sprawia jej prawdziwą frajdę, zapomina nawet o zaspokajaniu podstawowych potrzeb typu: picie, jedzenie, pójście do toalety. Nic dziwnego, że po pracy jej ciało nie ma ochoty na nic innego poza leżeniem pod kocykiem. Trafnie opisuje ten stan, że głowa jest gotowa do dalszej pracy, a ciało nie ma już siły. – Przecież mam dopiero 23 lata, a żyję jak staruszka – mówi z żalem. – Jestem najmłodsza w firmie, a oni wszyscy się bawią i korzystają z życia. – Ale też nie angażują się w pracę z taką energią jak ty, robią sobie przerwy w ciągu dnia, pozwalają ciału i głowie odpocząć – próbuję jej wytłumaczyć, dlaczego inni mają inaczej.

Sprawdzamy, na ile styl pracy Karoliny wynika z jej typu charakteru, a na ile z chęci umocnienia swojej pozycji w firmie. Bardzo ważne jest dla niej, że szef ją docenia, nawet żarty kolegów, te o prymusce, też jej się podobają. – A może chodzi o to, że jesteś inna niż większość ekipy? – sonduję kolejną hipotezę. – Może tak; inna to znaczy dziwna.

W rodzinie Karolina była tym dziwnym dzieckiem, które chomikowało słodycze i w ogóle żyło swoim życiem, inaczej niż brat i cioteczne rodzeństwo. Nie była z tego powodu karana, ale nieraz podsłuchała, jak mama mówiła do którejś z ciotek: „Ta nasza Karolcia to taki dziwak, niełatwo jej będzie w życiu”.

I tak przyszedł czas na zaproszenie na scenę postaci Dziwaka, który albo pracuje, albo śpi, chowa czekoladki na później, lubi być prymusem, ale czasami potrzebuje dowodów na to, że wszystko z nim OK, że nie ma żadnej poważnej choroby i na terapię też nie musi uczęszczać.

Karolina wyszła ode mnie spokojniejsza i chyba pogodzona ze swoją naturą, a tydzień później dostałam SMS z uśmiechniętą buzią i pozdrowieniami „od Dziwaka”.

  1. Psychologia

Co daje nam praca? Wyjaśnia Wojciech Eichelberger

Wszyscy marzymy o pracy idealnej, będącej satysfakcjonującym obszarem naszego życia. Pracy sensownej, w którą można się zaangażować i dzięki której można się rozwijać. (Fot. iStock)
Wszyscy marzymy o pracy idealnej, będącej satysfakcjonującym obszarem naszego życia. Pracy sensownej, w którą można się zaangażować i dzięki której można się rozwijać. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Jak zarabiać pieniądze, by to nie stało się naszą udręką? Czy jeśli w pracę nie zaangażujemy się bez reszty, mamy szansę ją utrzymać? Odpowiedzi szuka psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Czy Adam i Ewa pracowali? A może, przez ich ochotę na jabłka, my teraz musimy się trudzić? Po co nam właściwie praca?
Z punktu widzenia fizyki odpowiedź jest prosta – pracą jest każde działanie, które wiąże się z koniecznością wydatkowania energii. Dla fizyka więc cały wszechświat stoi pracą – bo zgodnie z tą definicją pracują: słońce, rośliny, wiatr pewnie też. Także można śmiało powiedzieć, że wszelkie przejawy życia są pracą. Wracając do Adama i Ewy, to samo ich istnienie ( jeśli w ogóle istnieli) w sensie fizycznym było pracą, ale wszystko, co było im potrzebne do egzystencji, zapewniała im rajska natura. Zapewne więc leniuchowali na całego niczym rentier żyjący z procentów od odziedziczonego kapitału.

Czy praca to wyznacznik naszej godności, jak głosi chrześcijaństwo, dowód dojrzałości, jak pisał Zygmunt Freud, czy to może po prostu naturalna potrzeba człowieka?
Praca człowieka w pewnym momencie dziejów niejako dopadła. Dopadła szczególnie tych, którzy wędrując na północ, wylądowali w wymagającym klimacie umiarkowanym, czyli boleśnie zderzyli się z zimą. Okazało się wtedy, że trzeba budować ciepłe schronienia, magazynować żywność itp. I to dopiero było prawdziwe wygnanie z raju. Tu można zaryzykować paralelę do rajskiego mitu – od tego momentu zaczęły się wszelkie nieszczęścia ludzkości. Jednym z tych nieszczęść niewątpliwie jest praca.

Dla wszystkich jest ona nieszczęściem?
Nomadzi wędrujący po ogromnych, przebogatych w żywność połaciach ziemi nie musieli niczego gromadzić, nosić ze sobą, przechowywać na zapas, a to znaczy, że nie było wówczas w ludziach żadnej potrzeby bogacenia się. Jednocześnie nie istniało więc pole dla chciwości, konkurencji. Ale raj się skończył. I tym samym praca – czyli trud dodatkowy, większy niż ten potrzebny nomadom do zapewnienia sobie i rodzinie przetrwania – stała się koniecznością. Została nawet podniesiona do rangi obowiązku i cnoty. Czyż nie tak to wygląda do dziś także w naszym kraju?

Pracujemy więc, gdy wytwarzamy więcej, niż sami potrzebujemy, by m.in. zapłacić podatki! W porządku. Nieszczęście tkwi gdzie indziej: w tym, że – wbrew obietnicom – nie pracujemy mniej. Odwrotnie. Musimy pracować coraz więcej, nawet gdy wcale nie mamy chęci rywalizować.
To prawda, że zwyczajny człowiek, który nie chce brać udziału w szaleńczej rywalizacji, bo nie ma rozbuchanych konsumpcyjnych ambicji, ale chce utrzymać się na tym samym poziomie życia, który sobie przez lata wypracował, musi spędzać w pracy coraz więcej czasu. Bo ceny i koszty poziomu życia uważanego za przyzwoity wciąż rosną, co sprawia, że mimo nominalnego wzrostu dochodów realnie zarabiamy wciąż tyle samo albo mniej. W rezultacie pracujemy coraz więcej i zarabiamy coraz więcej, ale tylko po to, by... wydawać więcej. Wygląda więc na to, że system ekonomiczny przestaje służyć ludziom i że to raczej ludzie służą systemowi oraz dalszemu bogaceniu się tych, którzy dysponują kapitałem, czyli owego 1 proc. posiadającego 80 proc. tego, co da się przeliczyć na pieniądze na tej planecie.

System ekonomiczny służy nielicznym, a nawet sam sobie?
Na to wygląda. Praca powoli przestaje być miejscem, w którym zarabiamy na godne życie i w którym możemy realizować swoje ważne ludzkie potrzeby, jak choćby potrzebę autonomii, samorealizacji. Przestaje być czymś, co może dawać poczucie sensu. Dziś to system realizuje swoje potrzeby poprzez naszą pracę i pieniądze, które zarobimy. System karmi się tylko zyskiem. A od zysku wciąż rośnie, więc ciągle potrzebuje go więcej. Oznacza to, że potrzebuje też coraz więcej uzależnionych od konsumowania ludzi, gotowych zapracowywać się na śmierć, by kupić sobie kolejną rzecz nadającą pozorny sens pracy i życiu.

Jak się nie dać zamienić w takiego człowieka?
Formę obrony może stanowić rozwijanie pasji. Może nią być zaangażowanie w sprawy społeczne czy znalezienie czasu na rozwój duchowy. Najważniejsze, by nie zamiatać pod dywan tego, czego naprawdę potrzebujemy, czyli nie odkładać na potem życia w zgodzie z wyznawanymi przez siebie wartościami. System z pewnością nie będzie nam w tym pomagał, przeciwnie – promuje raczej te antyludzkie idee. Co więcej, system dąży do tego, by pracę ludzi zastąpić pracą robotów.

Czy dziś potrzeba sensu, o której wspomniałeś, jest dla nas równie ważna co wysokość wynagrodzenia?
Można czuć się użytecznym, zarabiając na minimalnym poziomie i płacąc minimalne podatki. To zależy od tego, czy nasza praca przyczynia się do wytworzenia czegoś pożytecznego, czy też służy tylko zarobieniu pieniędzy albo wręcz polega na wciskaniu ludziom czegoś, co im szkodzi. Wtedy można zarabiać dużo, zajmować wysoką pozycję społeczną, ale nie mieć poczucia sensu, bycia użytecznym, a jeszcze cierpieć z powodu niespokojnego sumienia.

Niektórzy próbują je zagłuszyć...
Tak, ale nie warto tego robić. Sumienie jest fundamentem systemu wartości, który większość z nas ma, i nasza praca nie powinna wchodzić z nim w konflikt. To, co robimy, nie może kłócić się z tym, co uważamy za dobre, bo to źle się kończy. Kiedy na przykład pracujemy w firmie, która produkuje coś, co szkodzi lub zagraża ludziom, gdy produkuje coś, co służy przemocy, agresji, zniszczeniu życia, sumienie nie da nam spokoju. Prawdopodobnie zapłacimy za to zdrowiem psychicznym, a jeśli uda nam się jakoś zagłuszyć emocje, to zacznie pewnie chorować nasze ciało…

Z różnych „ważnych mównic” można usłyszeć, że w sumie chciwość to nic bardzo złego…
Niewątpliwie teza ta służy systemowi, ale dla człowieka jest zdecydowanie lepiej, gdy pieniądze, podobnie jak prestiż i status, stają się skutkiem ubocznym dobrej i sensownej pracy. Można więc np. być chirurgiem i robić tak fantastyczne nowatorskie operacje, że wieść rozniesie się po świecie i nasz prestiż urośnie, choć wcale nam na tym nie zależało. W rezultacie zaczną przychodzić różne intratne propozycje i znacząco wzrosną nasze zarobki. Ale nadal podstawowym źródłem satysfakcji będzie dla nas to, że ratujemy ludziom życie.

Idealnie jeśli pieniądze, prestiż i status, stają się skutkiem ubocznym sensownej pracy. Bo wtedy karmimy nasze ważne potrzeby. (Fot. iStock) Idealnie jeśli pieniądze, prestiż i status, stają się skutkiem ubocznym sensownej pracy. Bo wtedy karmimy nasze ważne potrzeby. (Fot. iStock)

Niekoniecznie musimy rywalizować, by czuć satysfakcję?
Zdrowa rywalizacja i konkurencja są przydatne, ale tylko wtedy, gdy dotyczą jakości tego, co robimy, a nie zwiększania zysku. Najważniejsze dla nas, dla naszego dobrostanu jest poczucie, że to, co robimy, ma sens, że dajemy ludziom coś, czego potrzebują. Ale uwaga: nie to, czego oni chcą. A więc np. zdrową żywność, a nie fast foody. Jednak każda praca, także ta, która jest zarazem pasją i misją, powinna nam zapewniać możliwość godnego życia.

Dość subiektywne jest jednak to poczucie godnego życia…
To prawda, ale bywa też tak, że gdy praca jest jednocześnie pasją i szczęśliwie nie nadwyręża sumienia, to poczucie satysfakcji z jej efektów sprawia, że nie zależy nam aż tak bardzo na wysokich zarobkach. Bo wówczas nasze poczucie godności nie ma z dochodami tak wiele wspólnego, jak w sytuacji, gdy traktujemy pracę jedynie jako źródło dochodu. Pracując wyłącznie po to, by się bogacić, opieramy nasze poczucie godności tylko na tym, co posiadamy. Gdy praca daje nam poczucie sensu, to w zamian za trochę mniejsze dochody zaspokajamy równie ważną i silną potrzebę sprawiedliwości.

To pocieszające, że bogacenie się za wszelką cenę nie jawi się jako dobra strategia na życie.
Zdecydowanie tak, bo wtedy źródłem satysfakcji jest nie to, co robię, lecz przede wszystkim to, co dzięki temu posiadam. A takie życie, prędzej czy później, staje się udręką, a możliwość kupowania nowych dóbr jedyną za tę udrękę rekompensatą. Nieuchronnie prowadzi to do uzależnienia od konsumpcji. Ponadto nałóg stopniowo niszczy także efektywność naszej pracy, więc prowadzić może do jej utraty.

Kiedy tracę pracę, którą znosiłam dla pieniędzy, to nie tylko nie stać mnie na te kolejne dobra, ale też wypadam ze środowiska, świata, w którym tyle czasu funkcjonowałam!
To bardzo trudna sytuacja dla ludzi nastawionych na konsumpcyjne wyścigi. Tracąc pracę, trafiają w kompletną pustkę, bo najczęściej także swój wolny czas spędzali z ludźmi, z którymi tak naprawdę konkurowali. Ponieważ znaczna część ich prawdziwych przyjaciół czy bliskich znajomych nie osiągnęła tak wysokiego materialnego poziomu, więc nie jeździła z nimi na narty do hotelu 5+, nie nurkowała z nimi w Australii.

No właśnie, prawdziwe przyjaźnie…
Tam, gdzie są duże pieniądze, forma potrafi zdominować treść. I dlatego, choć rezygnacja z pracy, która daje wyłącznie duże pieniądze, jest decyzją heroiczną, wielu ludzi się na nią zdobywa. W którymś momencie czują bowiem, że żyją w emocjonalnej pustce. Bo nawet kiedy otoczymy się najpiękniejszymi przedmiotami i ludźmi, którzy obsługują nas i nasz majątek, to jednak któregoś dnia poczujemy się samotni. Wyprowadzamy się wtedy z pilnie strzeżonych apartamentowców i szukamy mieszkania na warszawskiej Pradze. Wcale nie po to, by było taniej, lecz by żyć wśród ludzi, których nie musimy wciąż podejrzewać, że w coś z nami grają.

W mojej książce „Po szczęście do pracy” mówisz o jeszcze jednym ryzyku: gonimy za pieniędzmi, myśląc, że one dadzą nam wolność – podczas gdy w istocie szansę na wolność właśnie tracimy.
Pieniądze mogą dać pewien rodzaj wolności: swobodę podróżowania, możliwość realizowania marzeń, ale tylko pod warunkiem, że potrafimy konstruktywnie i z dyscypliną tymi zasobami zarządzać. Jednak gdy ma się naprawdę ogromne pieniądze, zwykle trudno nie ulec pokusie całkowitego zaangażowania się w środowiskowe konkurowanie na przedmioty i wpływy. A wtedy z pasji i marzeń nici.

No i wielu ludzi w tych szklanych biurowcach ma w pewnym momencie poczucie, że ich praca w zasadzie nie ma żadnego znaczenia…
Na szczęście pojawiają się też pracodawcy, którzy zaczynają zauważać, że ich pracownicy pragną poczucia sensu, poczucia, że ich starania czemuś ważnemu służą. Pokolenie millennialsów nie zgadza się już na pracę, która ma być jedynie źródłem pieniędzy. Chcą pracy będącej dobrym, satysfakcjonującym obszarem ich życia. Pracy sensownej, dającej poczucie sprawstwa i satysfakcji. W końcu pracy, która nie kłóci się z ich sumieniem, w którą można się zaangażować i dzięki której można się rozwijać.

I tak brzmi właśnie definicja pracy marzeń?
Zdecydowanie tak. I każdemu należy takiej pracy życzyć. Ale jeszcze lepsza jest praca, którą się kocha. Bo to już wtedy nie praca, a bardziej zabawa, przyjemny sposób spędzania czasu. Pewnie taką pracą zajmowali się w raju Adam i Ewa…

Wywiad pochodzi z archiwalnego wydania miesięcznika "Zwierciadło" 

  1. Styl Życia

W Warszawie zakwitło dziwidło olbrzymie!

(Fot. Wikipedia US Botanic Garden)
(Fot. Wikipedia US Botanic Garden)
Dziwidło olbrzymie – największy kwiat świata o woni padliny, zakwitło tej nocy w Ogrodzie Botanicznym Uniwersytetu Warszawskiego. Można je podziwiać jeszcze dzisiaj (od godz. 10), zanim definitywnie zamknie swój kwiatostan.

Kwitnące dziwidło olbrzymie zadziwia i fascynuje – przyciąga odmiennością, odrzuca wstrętną wonią. Kiedy kwitnie trudno przejść obok niego obojętnie. Jego kwiatostan jest bowiem największy w świecie roślin (ma do 3 m. wysokości, 1,5 m. średnicy), a przy tym wygląda jak kawał padliny i „pachnie” jak ona. W dodatku bardzo intensywnie. Na Sumatrze, skąd roślina pochodzi, woń jej kwiatostanu jest wyczuwalna z odległości nawet 3 km! W ten sposób przywabia zapylacze – muchy i inne padlinożerne owady. Nęci je nie tylko „aromatem”, ale i ciepłem panującym we wnętrzu kwiatostanu (czyli w pochwie). Temperatura może tam osiągnąć nawet 40 st.C! Roślina wie co robi, włączając „ogrzewanie”, ciepło potęguje bowiem jej brzydki zapach.

Łacińska nazwa dziwidła - Amorphophallus (od amorphos - podobny i phallus - penis) w pełni oddaje wygląd kolby kwiatostanu, wyrastającej z nabrzmiałej pochwy, skrywającej właściwe kwiaty – żeńskie i męskie. Niestety, roślina zakwita tylko raz na kilka lat, w dodatku jest kwiatem jednej nocy – spektakl zaczyna się po południu, a kończy następnego dnia.

Tej nocy dziwidło zakwitło w Warszawie - w szklarni tropikalnej Ogrodu Botanicznego UW. I to jako pierwsze w Polsce! Zainteresowanie było ogromne! O północy, kiedy zamknięto kolejkę, ostatni chętni czekali na wejście ponad 2 godziny. Kwitnienie można było też śledzić on line pod linkami: https://youtu.be/bFKASNfwE4A i http://bit.ly/dziwidlo_live.

Kwiat jednej nocy

Tym razem roślina zadziwiła nawet swoich opiekunów – Joannę Bogdanowicz i Piotra Dobrzyńskiego. Według ich prognoz miała bowiem zakwitnąć w nocy z wtorku na środę. – Z dziwidłem nigdy nic nie wiadomo, ono robi co chce i kiedy chce – śmieje się Piotr – wiele zależy od warunków, w jakich żyje, głównie od temperatury, oświetlenia i wilgotności.

Każdy okaz rozwija się z bulwy, która też jest rekordzistką w świecie roślin – może ważyć do 100 kg! Najpierw jednak wyrasta z niej mały liść w kształcie parasola. Po kilkunastu miesiącach zamiera, oddając substancje zapasowe bulwie, która wchodzi w okres spoczynku. Potem wydaje nowy, znacznie większy liść. Trwa to kilka lat. Kiedy bulwa odpowiednio dojrzeje, zamiast liścia wyłania się z ziemi kwiatostan.

Kwitnienie wygląda spektakularnie! Kolba stopniowo się wydłuża (o kilka cm dziennie), a pochwa nabrzmiewa. Aż wreszcie któregoś popołudnia zaczyna się otwierać (i pachnieć). Wieczorem w pełni prezentuje swój aromat i urodę, a w nocy powoli zaczyna się zamykać. Następnego dnia spektakl się kończy. Na koniec płatki ponownie lekko się rozchylają, by uwolnić uwięzione we wnętrzu owady. Kwitnąca roślina przyciąga tłumy zwiedzających, a jej kwitnienie jest ogromnym wydarzeniem w życiu każdego ogrodu.

Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)

Dziwna historia dziwidła

Choć stołeczne dziwidło mieszka w szklarni już od kilkunastu lat, pracownicy ogrodu niewiele mieli okazji, by zawrzeć z nim bliższą znajomość. Prawie połowę tego czasu roślina spędziła bowiem w głębokim uśpieniu, „liżąc rany” po nieszczęśliwym wypadku.

- Bulwa jest prezentem od pewnego mieszkańca stolicy, który przywiózł ją z Sumatry. Przez kilka pierwszych lat rozwijała się prawidłowo co roku wydawała liść – wspomina Piotr. Aż do czasu, gdy w szklarni pojawiła się ekipa TV, by nagrać kolejny program botaniczny. Ogromna donica z bulwą trochę jej zawadzała, lekkomyślnie wyniesiono ją więc na mróz.

W efekcie bulwa przemarzła i zaczęła gnić, co gorsza w miejscu, gdzie powstaje pąk. Pracownicy chuchali na nią i dmuchali, posypywali rany sproszkowanym węglem drzewnym, a nawet układali ją w… hamaczku, by się przewietrzyła. Mimo to przez kilka lat nie dawała znaków życia. Ogrodowa legenda głosi, że gdy utracono już nadzieję, odtańczono nad nią… taniec rytualny (niektórzy twierdzą, że pożegnalny). I o dziwo bulwa wkrótce ożyła, wydając liść, który bywa prawie tak intrygujący, jak kwiatostan. Jego „ogonek” dorasta bowiem do 7 m. wysokości, oczywiście u starszych okazów.

Ale powróćmy do naszego dziwidła. Gdy liść zanikł bulwę wykopano i stwierdzono, że… obumarła. Wcześniej jednak zdążyła wydać nową bulwkę – młodą i rwącą się do życia. To właśnie ona wytworzyła liść, a teraz zakwitła.

- Nasza roślina jest młoda i po przejściach, przy ostatnich pomiarach jej bulwa ważyła więc „tylko” 23,5 kg. A po sezonie spędzonym w hamaczku schudła o 1,5 kg, na skutek utraty wody, co wbrew pozorom wyszło jej na zdrowie – śmieje się Piotr.

Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)

Uchodźca z Sumatry

Dziwidło jest endemitem – rośnie dziko tylko na Sumatrze, można je też spotkać na Borneo. Nie występuje nigdzie indziej, co najwyżej w ogrodach botanicznych.

- Niestety może się zdarzyć, że te niesamowite rośliny będzie można podziwiać tylko w szklarniach – poważnieje Piotr. Na Sumatrze masowo wycinane są lasy pod plantacje palm olejowych. Wraz z nimi ginie wiele gatunków zwierząt i roślin – między innymi dziwidło, które nie jest nawet pod ochroną.

Dlatego tak ważne jest, by rośliny te przetrwały i rozmnażały się w ogrodach botanicznych, co nie jest łatwe. To co widzimy podczas kwitnienia nie jest kwiatem, lecz kwiatostanem, złożonym z kolby i pochwy okrytej okrywami, które po rozchyleniu się wyglądają jak płatki. Prawdziwe kwiaty (żeńskie i męskie) ukryte są we wnętrzu pochwy – damskie poniżej męskich. Niestety, nie są one gotowe do rozrodu w tym samym czasie. Kiedy kwiaty męskie sypią pyłkiem, żeńskie są już nieaktywne. I pyłek przepada.

Aby doszło do zapylenia, musi rosnąć obok siebie kilka okazów w różnej fazie rozwoju. To się często zdarza w tropikalnym lesie deszczowym, ale nie w szklarni. Ogrodnicy pomagają roślinom jak mogą – zbierają pyłek i przechowują go w lodówce, by w odpowiednim momencie zapylić roślinę pędzelkiem, przez wycięte w pochwie okienko. Ogrody botaniczne coraz częściej współpracują ze sobą w tej dziedzinie.

Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)

Zapylenie i vitro

- Nasze dziwidło jest jednak samotne, więc nie ma szans na zawiązanie nasion i potomstwo. Co najwyżej możemy próbować pobrać pyłek i przechować go do następnego kwitnienia. Ale czy dotrwa do tego czasu w lodówce? Nie wiadomo. Najważniejsze jednak, że nasz okaz wreszcie zakwitł! – cieszy się Piotr. Teraz zostanie wpisany na listę kwitnących dziwideł i będzie można rozpocząć współpracę z innymi ogrodami.

Kiedy dziwidło przekwitnie, jego kwiatostan zostanie ścięty, umieszczony w słoju i utrwalony w specjalnym preparacie, a potem wystawiony dla zwiedzających. Komu więc nie udało się go teraz obejrzeć, będzie miał ku temu już wkrótce okazję podczas kolejnych wizyt w Ogrodzie Botanicznym UW.

Szklarnia tropikalna Ogrodu Botanicznego UW jest otwarta w weekendy (godz. 10-20). Obecnie, z uwagi na duże zainteresowanie dziwidłem, można ją zwiedzać codziennie (10–15). Dzisiaj prawdopodobnie będzie czynna do godziny 20 (zależnie od rozwoju sytuacji).

Ceny biletów: normalny 12 zł (w weekendy 20 zł), ulgowy 6 zł (w weekendy 10 zł).

  1. Styl Życia

Alicja w krainie czarów – klimat Prowansji na warszawskim Ursynowie

Stylistka Alicja Radej razem z mężem Darkiem stworzyła dom marzeń. Niemal każdy element został dotknięty ręką właścicieli. Stół w kuchni Alicja znalazła w mieszkaniu starego zielarza. Pod olejną farbą w kolorze musztardy zobaczyła arcydzieło. Meble kuchenne przyjechały z Włoch, ale początkowo były w brązowym kolorze. Złoty włoski taborecik kupiony został na targu staroci w Bytomiu. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)
Stylistka Alicja Radej razem z mężem Darkiem stworzyła dom marzeń. Niemal każdy element został dotknięty ręką właścicieli. Stół w kuchni Alicja znalazła w mieszkaniu starego zielarza. Pod olejną farbą w kolorze musztardy zobaczyła arcydzieło. Meble kuchenne przyjechały z Włoch, ale początkowo były w brązowym kolorze. Złoty włoski taborecik kupiony został na targu staroci w Bytomiu. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)
Metafizyka – tym słowem można określić uczucie, jakiego doznaje się, wchodząc do mieszkania Alicji Radej. W jednej magicznej chwili przenosimy się z warszawskiego Ursynowa do francuskiej Prowansji. Tylko zamiast przez lustro przechodzimy przez czarodziejskie drzwi...

Drzwi od zewnątrz nie wyróżniają się spośród innych na piątym piętrze ursynowskiego bloku. Ale w środku stanowią kolaż ulubionych zdjęć i cytatów domowników. Jeden z nich najbardziej oddaje ducha tego domu: „Przyzwoitość. Lojalność. Uczciwość. Prawość. Szlachetność. Wierność prawdzie. Empatia”.

Ołtarzyk stanowi centralne miejsce domu. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)Ołtarzyk stanowi centralne miejsce domu. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)

Dom niewątpliwie pachnie Francją. W dzień przez tiulowe firany z falbanami, które czasem bywają narzutą na kanapę, wpadają tu ciepłe promienie słońca, odbijając się w drewnianych, bielonych i patynowanych meblach oraz przeróżnych wysmakowanych drobiazgach. Wieczorem można okryć się pikowaną narzutą boutis, wtulić głowę w poduszkę z motywem Toile de Jouy, zatopić się w przepastnym „ludwiku” i przy świetle kryształowego żyrandola cieszyć oko paradą dekoracyjnych przedmiotów.

Łóżko Darek zrobił sam i uzupełnił ozdobnymi ornamentami, które kupił na Kole. Alicja zadbała o haftowaną pościel i bukiet gipsówki, który zawiesiła u wezgłowia. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)Łóżko Darek zrobił sam i uzupełnił ozdobnymi ornamentami, które kupił na Kole. Alicja zadbała o haftowaną pościel i bukiet gipsówki, który zawiesiła u wezgłowia. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)

W poszukiwaniu spokoju

– Dom to dla mnie sanktuarium, nie tylko miejsce zaczepienia. Urządziłam go z czułością i rozwagą, wyczuleniem nie na mody, ale na to, czego faktycznie potrzebujemy – mówi Alicja Radej. Choć nie jest wielki, spokojnie mieści czteroosobową rodzinę i dwa przygarnięte psiaki. Ważnym miejscem w domu jest tak zwany ołtarz. Tego typu ołtarze były obecne w wielu kulturach na przestrzeni wieków, i nadal są. To miejsce, które emanuje spokojem na cały dom, wspomaga refleksję, przypomina o najważniejszych wartościach, celach życiowych, łącząc to, co duchowe, z fizycznym. Aby powstał, nie trzeba wiele. – U mnie jest to blat komody w centrum domu. Znajdują się tu cenne dla mnie i duchowo ważne przedmioty oraz zdjęcia najbliższych. Codziennie rano zapalam tutaj świece w intencji zdrowia i pomyślności rodziny i świata. Układam kwiaty, palę kadzidła. Ta chwila wypełnia dobrą energią na cały dzień – opowiada Alicja. – Bliska jest mi filozofia buddyjska, zgodnie z którą żyjemy: „Zmniejsz swoje pragnienia, a zmniejszysz swoje cierpienia”. Ale ponieważ wierzę, że trzon duchowy wszystkich religii jest jeden – bycie dobrym człowiekiem – otaczają mnie również figurki i obrazki z Biblii, mam kilka rzeźb Maryi, jest Święty Michał Archanioł. Mój dom rodzinny w Cieszynie był zresztą bardzo religijny i uduchowiony. Przeprowadzka do Warszawy 15 lat temu nie zmieniła tej potrzeby duchowości, a może nawet ją pogłębiła – dodaje.

Zamiast sofy w salonie stoi łóżko ze złoconą ramą. Stąd Alicja ogląda filmy. Nad ulubionym 'ludwikiem' wisi gobelin. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)Zamiast sofy w salonie stoi łóżko ze złoconą ramą. Stąd Alicja ogląda filmy. Nad ulubionym "ludwikiem" wisi gobelin. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)


Kontakt z przyrodą ma dla Alicji niezwykłe znaczenie. I choć w dużym mieście jest to trudniejsze niż na wsi, Alicja nie tylko codziennie spaceruje po rezerwacie przyrody, do którego ma niedaleko, lecz także otacza się naturą w domu. Lubi kwiaty. W swojej książce „Prosto z roślin” akcentuje szacunek dla zwierząt i roślin, zapraszając do empatycznego spojrzenia nie tylko na naszych braci mniejszych, ale na całą Matkę Ziemię i w końcu na siebie samych, bo też zasługujemy na zdrowe życie, pełne harmonii.

Kryształy na domowym ołtarzyku. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)Kryształy na domowym ołtarzyku. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)

Moc kryształów

Innym ważnym elementem są kryształy. – To naturalne klejnoty, które rodzi sama natura. Ich wkomponowanie w dom było wyzwaniem, bo chciałam uniknąć efektu sklepu geologicznego czy chatki nowoczesnej wiedźmy – kontynuuje Alicja. Kryształy używane są w holistycznym leczeniu od tysiącleci. Odkrywanie ich tajemnic oraz stosowanie ich dla podnoszenia poziomu własnej harmonii to jej ogromna pasja. Śmieje się, że niezła z niej sroka, choć tak naprawdę wybiera je z wielką rozwagą. – Ich piękno fascynuje mnie od lat. Dobrze się czuję w ich towarzystwie i pomagam innym korzystać z ich leczniczych dobrodziejstw. Kryształy mogą nam towarzyszyć na wiele sposobów. Przy medytacji, w kąpieli, podczas relaksacji – jestem przekonana, że każdy odczuje ich wpływ. Może to właśnie one emitują dobrą energię, bo wszyscy mi mówią, że nasz dom działa terapeutycznie – dodaje. A może to kwestia kolorów? Dominują tu pudrowe barwy nawiązujące do azjatyckich klimatów, które są Alicji także duchowo bliskie, i nieco pozłoty, symbolizującej słońce, jasność i radość. Jej zdaniem wnętrze ma wzbudzać emocje, inspirować i działać na zmysły. – W ludziach, przyrodzie, ale i w przedmiotach codziennego użytku zawsze szukam piękna – tłumaczy.

Suszone kwiaty, torebeczki z targów staroci, lustr w drewnianej ramie - Alicja dba o każdy szczegół. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)Suszone kwiaty, torebeczki z targów staroci, lustr w drewnianej ramie - Alicja dba o każdy szczegół. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)

Wanna z szyldem

Przedmioty w tym domu nie mają raz na zawsze określonych funkcji: to, co wczoraj było narzutą, dziś jest obrusem, a jutro być może stanie się zasłoną. W roli jedynie dekoracyjnej występuje tutaj... zastęp emerytowanych zegarów; wszak szczęśliwi czasu nie liczą, ale mogą przyglądać się pięknej tarczy czy wahadłu.

Wieszak bardziej dekoracyjny. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)Wieszak bardziej dekoracyjny. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)

Meble i ozdoby wędrują z salonu do sypialni, z sypialni do kuchni. – O każdym przedmiocie w moim domu mogę opowiedzieć historię, bo to głównie rzeczy z odzysku, wiekowe rzemiosło albo meble, które wykonał mój mąż. Także drzwi są jego dziełem – wylicza Alicja. – Moje ukochane materiały to drewno, len, stare szkło, antyczne koronki, ręcznie tworzona ceramika i stara porcelana. Lubię spękania, sprucia czy wypłowienia – to dla mnie znaki życia przedmiotów, ich historii.

Łazienka w stylu prowansalskim. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)Łazienka w stylu prowansalskim. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)

W urządzaniu liczą się też zabawa konwencją i humor. Stąd za przedmioty dekoracyjne robią w mieszkaniu Alicji cekinowe torebki wizytowe w stylu vintage czy hinduskie elementy ubioru. Z kolei nad wanną znalazł się stary szyld „Nieupoważnionym wstęp wzbroniony”. – Chętnie zestawiam to, co zgrzebne, z pałacowym, rustykalne – z etnicznym. I lubię, gdy całość jest ciepła, przyjazna oraz kobieca – mówi właścicielka.