1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Eko-taxi

Eko-taxi

123RF.com
123RF.com
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
W Warszawie zadebiutowała nowa taksówkowa korporacja. Będzie nas wozić ekologicznymi samochodami – na prąd.

Eko-jazda ma nie kosztować więcej niż to, co oferują inne korporacje, w dodatku na początek firma oferuje ceny promocyjne. I ekologia to niejedyne jej zalety. W samochodach mają być dotykowe ekrany, które pozwolą nam połączyć się z internetem, będzie można podczas stania w korku odbyć wideokonferencję albo pooglądać telewizję.

To, jak na razie, jedyna taka korporacja w Polsce. Ale jej powstanie trafiło chyba w punkt – transport ekologiczny jest w całej Europie trendy. Przeprowadzono badania we wszystkich 27 krajach Unii – wynika z nich, że za samochody emitujące mniej spalin gotowi jesteśmy nawet więcej płacić. Mało tego – zgodzimy się na to, by nasz samochód był mniejszy, jeśli za to będzie mniej truł nas i środowisko. W dodatku twierdzimy (w każdym razie 62 procent badanych), że jesteśmy w stanie więcej płacić za paliwo (choć podejrzewamy, że w tym akurat badaniu brało udział niewielu naszych rodaków). Chętnie – przynajmniej w deklaracjach – będziemy też jeździć komunikacją miejską, choć pod warunkiem, że da się kupić jeden bilet na wszystkie środki transportu. I że łatwo się będzie przesiąść z jednego pojazdu w inny.

Naukowcy w każdym razie eko-wyzwania podejmują i wymyślają kolejne odmiany samochodowych paliw. Coraz ciekawsze. Są już samochody na wodę, na kawę, a parę miesięcy temu w Anglii na ulice wyjechał volkswagen napędzany metanem uzyskanym podczas… oczyszczania ścieków.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Odchudzanie zastąpiłam akceptacją siebie - 12 rad Karoliny Szaciłło

Zamiast kalorii lepiej liczyć wartości odżywcze. (Fot. iStock)
Zamiast kalorii lepiej liczyć wartości odżywcze. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia

Spójrz w lustro. Co widzisz? Czy podoba ci się ten obraz? Czujesz niechęć i niesmak? Kto wie, być może nawet twój widok cię odrzuca. 

Jak pisze bliski mi mędrzec w "Świętowaniu ciszy": "Akceptacja czegoś, czego nie lubisz, może okazać się trudna. Z pewnością jednak da się zaakceptować odrobinkę tego - maleńki atom. Przekonasz się, że w chwili, kiedy zaakceptujesz jeden atom, zajdzie zmiana. (...) Choć rzeka jest bezmierna, wystarczy jeden łyk, aby ugasić pragnienie. Choć na ziemi jest obfitość pożywienia, wystarczy mały kęs, aby zaspokoić głód. Potrzebujesz zaledwie odrobinki. Przyjmij w życiu odrobineczkę wszystkiego - to właśnie przyniesie ci spełnienie". Tobie też polecam ten zabieg. Zaakceptuj choćby niewielki "atom siebie".

Myśl i mów dobrze o sobie, również o swoim ciele. Spoglądaj w lustro i za każdym razem odnajduj w sobie coś pięknego...
'Większość ścisłych diet w rzeczywistości jest nieskuteczna, ponieważ są one wynikiem postawy nienawiści do siebie, obrzydzenia do tłuszczu lub niechęci wobec siebie i swoich słabości, przez które tłuszcz odłożył się w naszym ciele. Postawa taka wywołuje pragnienie zagłodzenia ciała po to, aby ukarać umysł. Ciało będzie się czuło wygłodzone podczas każdej drastycznej diety, a ponieważ nie lubi takie być, samoistnie będzie się starało uruchomić tkanki, które potrzebują najwięcej energii, spowalniając w nich procesy metaboliczne, co przyczyni się do wolniejszego spalania tłuszczów - tłumaczy Robert Svoboda w "Prakriti - odkryj swoją pierwotną naturę".

W pokonywaniu tej niechęci do siebie pomagało mi m.in. wspomniane spoglądanie z miłością i akceptacją w lustro. Była to jedna z wielu technik, dzięki którym odnalazłam moją drogę do równowagi. W efekcie (ubocznym) schudłam ponad 25 kg. Poniżej cały zestaw zasad, którymi się kierowałam. Już w tym miejscu zaznaczę, że poniższego zestawienia nie powinieneś traktować jeden do jednego. Przede wszystkim wsłuchaj się w siebie. Skorzystaj z tych punktów, które poczujesz całą sobą!

Ustawiłam swój nowy cel. Utratę wagi zastąpiłam akceptacja siebie. Przestałam walczyć ze sobą i swoimi kilogramami!
1. Wyrzuciłam swoje tzw. ubrania motywacyjne, czyli za małe jeansy, które miały mnie mobilizować do schudnięcia. Tak naprawdę działały odwrotnie. Z każdym tygodniem, miesiącem i rokiem wpadałam w coraz większe poczucie winy, że nie udaje mi się wrócić do mojej upragnionej sylwetki.

2. Do codziennej, porannej rutyny włączyłam masaż ciała najlepiej ciepłym (ale nie gorącym) olejem sezamowym (zima i jesień), kokosowym (lato) lub ich mieszanką (wiosna). W trakcie masażu szczególną uwagę zwracałam na to, aby spoglądać i odnosić się do swojego ciała z akceptacją oraz miłością. Masaż olejem trwa około 10-15 minut. Po masażu możesz przepłukać ciało wodą. Olej doskonale nawilża, ale również oczyszcza oraz rozgrzewa (sezamowy) ciało. Z powodzeniem zastępuje balsam.

3. Zmieniłam optykę patrzenia na moje menu. Wyszłam z przestrzeni muszę się zdrowo odżywiać. Zaczęłam robić i jeść tylko te rzeczy, na które mam ochotę.

4. Biorę odpowiedzialność za własne samopoczucie i ciało. Przez lata z łatwością wpadałam w kolejne gotowe diety obiecujące szybką i bezbolesną utratę wagi. Dlaczego? Bo w momencie porażki mogłam łatwo przerzucić odpowiedzialność.

5. Zaczęłam układać mój jadłospis, kierując się smakiem. Smak jest prezentem od natury. Naszym wewnętrznym kompasem, który w pierwotnej postaci wskazuje to, co nam służy. Jeśli spożywane jedzenie, nawet najzdrowsze, nam nie smakuje, nie jesteśmy w stanie dobrze go strawić. Co za tym idzie - nie wchłaniamy składników odżywczych.

6. Obserwuję emocje towarzyszące jedzeniu. Staram się nie siadać do posiłku zła, smutna lub pod wpływem stresu. Emocje również wpływają na nasze trawienie. Przed posiłkiem (np. w pracy) dobrze jest przejść się na krótki spacer, zmienić otoczenie i wyczyścić głowę z myśli.

7. Jem, kiedy rzeczywiście jestem głodna. Nie najadam się na wszelki wypadek. Udało mi się zaobserwować, kiedy głód wynika z rzeczywistej potrzeby organizmu, a kiedy jest tzw. głodem emocjonalnym.

8. Nie chodzę głodna. Nie oszukuję też mojego organizmu wodą, herbatą, czy np. kilogramami spożywanych owoców w zastępstwie głównego posiłku. Ajurweda podkreśla, że głód wywołuje lęki. Te ostatnie, jak już wspominałam, zaburzają trawienie i wchłanianie składników odżywczych.

9. Przestałam odżywiać się intelektualnie. To jeden z 7 sposobów odżywiania, który wyróżnia makrobiotyka. Ten typ odżywiania opiera się wyłącznie na sugestiach innych osób, na tym, co przeczytamy, również na przynależności do określonej grupy (np. osób będących na diecie surowej).

10. Odżywiam się w sposób, który makrobiotyka nazywa wolnym. Słucham się siebie i swojej intuicji. Wybieram to, co rzeczywiście mi służy i czego do zachowania zdrowia potrzebuje moje ciało, dusza oraz umysł.

11. Liczę wartości odżywcze, a nie kalorie. Nadwaga często wiąże się z niedoborami składników odżywczych. W takiej sytuacji organizm domaga się dodatkowej porcji jedzenia. Liczy na to, że w ten sposób uzupełni niedobory. Im więcej wartości odżywczych przyswoisz, tym mniejszy głów będziesz odczuwać.

12. Ajurweda doprecyzowuje godziny jedzenia poszczególnych posiłków. Ustalenie takiego rytmu dnia może być pomocne (ale niekonieczne) w trakcie odchudzania. I tak śniadanie staram się jeść między 7 a 9. Obiad w godzinach popołudniowych (od 12 do 14). Pamiętaj, że jest to najważniejszy posiłek dnia. Kolację w wersji idealnej zjadam przed zachodem słońca. Możemy jednak ogólnie przyjąć, że optymalnie należy ją spożyć między godziną 17 a 19 i najpóźniej 3 godziny przed snem. W kwestii godzin jedzenia poszczególnych posiłków słuchaj się jednak przede wszystkim siebie i własnego zegara biologicznego.

Więcej w książce:

  1. Styl Życia

Inteligentne światło, które nada życiu barw

Zobacz galerię 8 Zdjęć
Chociaż pogoda potrafi być wiosną kapryśna, nie ma wątpliwości, że budząca się do życia natura zachęca do działania. Skoro nie zawsze możemy liczyć na słoneczną aurę na zewnątrz, warto poszukać rozwiązania, które pomoże ją stworzyć w naszych domach. Kolory zamknięte w inteligentnej lampie Philips Hue Iris są na wyciągnięcie ręki – kiedy tylko potrzebujesz pomogą imitować światło słoneczne. Co więcej – oferują całą serię barw i odcieni.

Odkryj swoją przestrzeń na nowo

Szeroka paleta białego światła pozwoli uzyskać właściwy nastrój zarówno do pracy, zabawy jak i relaksu, niezależnie od pory dnia. Decydując się na inteligentne oświetlenie Philips Hue każdy dzień możesz rozpocząć przy chłodnych, rześkich barwach. Imitujące wschód słońca coraz jaśniejsze światło pomoże naładować baterie niczym poranna, mocna kawa i zapewni energię nawet w pochmurne dni. A po pracy? Jednym kliknięciem przemienisz swój salon z domowego biura w prawdziwą oazę relaksu – ulubiona książka, aromatyczna chai tea latte i dopełniająca doznania bursztynowa barwa światła brzmią magicznie, czyż nie? Natomiast przed snem łagodne dla oczu złote odcienie pomogą Ci odprężyć się przed ucieczką w krainę nocnych marzeń. Możesz też z łatwością sprawić by światło samo podążało drogą słońca w trakcie dnia i zmieniało barwę od chłodnego do ciepłego – imitując wędrówkę słońca po niebie.

Inteligentne światło, które nada życiu barwInteligentne światło, które nada życiu barw

Inteligentne światło, które nada życiu barwInteligentne światło, które nada życiu barw

Jednak dobranie oświetlenia do codziennych zadań to nie wszystkie możliwości stylowej lampy Iris i całego inteligentnego oświetlenia Philips Hue. 16 milionów kolorowego światła pozwoli na stworzenie nastroju niezależnie od okazji. Energetyczna czerwień dodająca sił do porannego treningu? Relaksujące pudrowo różowe tony idealne do medytacji? Czy mieniące się blaskiem świec miodowo-szafranowe barwy, rozgrzewające atmosferę podczas romantycznej kolacji? Wybór należy do Ciebie – w dekorowaniu domu światłem jedyną granicą jest już tylko wyobraźnia. Decydując się na więcej niż jedno źródło światła możesz stworzyć wyjątkowe aranżacje świetlne, zmieniając swój dom w prawdziwą, magiczną krainę.

Inteligentne światło, które nada życiu barwInteligentne światło, które nada życiu barw

Możliwość sterowania przez aplikację pozwala nie tylko łatwo włączać i wyłączać lampę z poziomu telefonu, ale również dostosowywać temperaturę barwową czy natężenie. Do dyspozycji użytkownika są też różne sceny oświetleniowe, zaprojektowane z myślą o czynnościach takich jak praca, czytanie czy relaks. Możliwości jest mnóstwo, bo system oferuje 16 milionów kolorów światła i aż 50 tysięcy odcieni światła białego. Każdy znajdzie wśród nich te ulubione. Możliwość sterowania przez aplikację pozwala nie tylko łatwo włączać i wyłączać lampę z poziomu telefonu, ale również dostosowywać temperaturę barwową czy natężenie. Do dyspozycji użytkownika są też różne sceny oświetleniowe, zaprojektowane z myślą o czynnościach takich jak praca, czytanie czy relaks. Możliwości jest mnóstwo, bo system oferuje 16 milionów kolorów światła i aż 50 tysięcy odcieni światła białego. Każdy znajdzie wśród nich te ulubione.

Piękna i inteligentna

Philips Hue to coś więcej niż oświetlenie, to część wystroju domu. Najnowsza lampa Philips Hue Iris o unikalnym designie delikatnie obmywa ściany kolorem, subtelnie podświetlając otoczenie. Miękkie światło wydobywające się z tyłu lampy nadaje jej jeszcze bardziej wyjątkowego wyglądu, a nowoczesny projekt sprawia, że zachwyca nawet, gdy jest wyłączona. Teraz ten kultowy model oferowany jest w czterech metalicznych odcieniach: miedzianym, różowym, srebrnym oraz złotym. Ekskluzywna odsłona lampy stanowi idealne uzupełnienie niemal wszystkich wnętrz, a bogactwo barw pozwoli na nowo zdefiniować nastrój każdego pomieszczenia nawet najbardziej wybrednemu amatorowi aranżacji wnętrz.

Elegancki design sprawia, że lampa Philips Hue Iris w limitowanej edycji to coś więcej niż  inteligentna lampa. To prawdziwe dzieło sztuki wzornictwa. Elegancki design sprawia, że lampa Philips Hue Iris w limitowanej edycji to coś więcej niż  inteligentna lampa. To prawdziwe dzieło sztuki wzornictwa.

  1. Styl Życia

Seks w wielkim lesie. Wywiad z botanikiem Łukaszem Łuczajem

- Uważam, że uprawianie miłości w lesie jest cudowne. Nie definiuję, co to ma być, czy to w ogóle ma być seks. To może być przesiadywanie nago w lesie lub chodzenie boso. I wiosna jest na to bardzo dobra - mówi botanik Łukasz Łuczaj. (Fot. Kim Walker)
- Uważam, że uprawianie miłości w lesie jest cudowne. Nie definiuję, co to ma być, czy to w ogóle ma być seks. To może być przesiadywanie nago w lesie lub chodzenie boso. I wiosna jest na to bardzo dobra - mówi botanik Łukasz Łuczaj. (Fot. Kim Walker)
Zobacz galerię 2 Zdjęcia
Pokolenia licealistów wytężają wyobraźnię, by odgadnąć, co właściwie zaszło między Tadeuszem a Telimeną podczas słynnego grzybobrania... Łukasz Łuczaj, botanik i autor książki „Seks w wielkim lesie”, radzi jednak, by na leśne umizgi wybierać miesiące poza sezonem grzybowym. Zatem kiedy i gdzie najlepiej kochać się w plenerze?

Mamy wiosnę. Zdjęliśmy kurtki, odsłaniamy skórę, zrobiło się bardziej zmysłowo? Widzę po sobie, jak bardzo żyję cyklami przyrody. W zimie jestem wyciszony, gdzieś schowany i piszący, a moje potrzeby seksualne redukują się czterokrotnie. Ale to jest fajny moment, żeby gromadzić tę energię. A na wiosnę już włącza mi się taki stan submaniakalny, kiedy zaczynam czuć przyrodę, jak zwierzę, które się budzi, chce żyć.

I zachęcasz, żeby iść do lasu. Tak, uważam po prostu, że uprawianie miłości w lesie jest cudowne. Nie definiuję, co to ma być, czy to w ogóle ma być seks; to może być zwykłe przebywanie nago w lesie lub chodzenie boso. I wiosna jest na to bardzo dobra.

Nie ma jeszcze tylu owadów. Poza kleszczami właściwie nic nas wtedy nie gryzie. Wiele osób ma cielesny kontakt z naturą dopiero latem, głównie na wakacjach. U nas nie ma tradycji dłuższych wakacji wiosennych i przez to nie mamy kultury cieszenia się wiosną, kiedy robi się naprawdę pięknie, a przyroda jest zupełnie inna niż później. Już w lutym czy w marcu zdarzają się czasem dni, gdy temperatura osiąga 15–17 stopni. A w lasach liściastych, o tej porze jeszcze pozbawionych liści, jest słonecznie, pnie się nagrzewają, ściółka się nagrzewa, wychodzą kwiaty. Można się kochać w lesie wśród zawilców, fiołków, i jest to naprawdę cudowne uczucie.

Mam wrażenie, że dla wielu osób twoja propozycja jest jednak zaskakująca. Nie biorą pod uwagę, że mogłyby iść do lasu i się kochać. Dla wielu jest zaskakująca, ale dla wielu nie jest, bo, uwierz mi, ludzie naprawdę to robią. Rozmawiałem z wieloma osobami, które mają wspomnienia, że podczas ogniska latem ktoś się oddalił albo coś się działo na obozie nad mazurskim jeziorem czy na wycieczce w górach. Czasem jest to wspomnienie utraty dziewictwa właśnie na łonie przyrody.

Może fantazjujemy o seksie na łonie natury, bo dużo filmów erotycznych czy pornograficznych jest kręconych w naturalnej scenerii? No właśnie, przyznam się, że pisząc tę książkę, przejrzałem badawczo wiele takich filmików. Nie jestem fanem pornografii, natomiast bardzo mnie ciekawił schemat, jaki się w nich wykorzystuje. Kręci się je w lasach sosnowych, gdzieś w Rosji albo Skandynawii, pojawiają się jakieś blondyny oparte o drzewo albo kładące się na podłożu boru. Czasami jest to wybrzeże morskie w Chorwacji czy Grecji.

Muszą być piasek i woda. Taki jest już schemat: dziewczyna oparta o drzewo ewentualnie para leżąca na piasku. Ten las jest właściwie niepotrzebny, jest tylko miejscem, gdzie można się schować. Ale zdarzyło mi się obejrzeć ciekawsze filmy, gdzie kochankowie kryli się w lesie tropikalnym, wisieli na lianach albo przyjmowali różne ciekawe pozycje, których nie widziałem w Europie. Przy okazji muszę przyznać, skoro zapytałaś o pornografię, że w książce przeoczyłem ciekawy fenomen, jakim jest ruch Fuck For Forest. To grupa ekologicznych zapaleńców, którzy nagrywają filmy pornograficzne czy bardziej erotyczne. I pieniądze z ich sprzedaży przeznaczają na wykupywanie lasów, ochronę przed wycinką. Nie wiem, czy umiałbym być tak bezkompromisowy, nie wiem, czy chciałbym pokazywać swoje ciało publicznie w takim filmie. Natomiast jakoś mi oni imponują. Widać w ich działaniach radość życia, wibrację wynikającą ze związku z ziemią.

Gdy mówisz o seksie w lesie czy przebywaniu nago w lesie, to we mnie pojawia się obawa. W lesie czuję się bardziej wystawiona na widok publiczny niż na ulicy.  I kiedy słyszę o kobiecie zgwałconej w Lesie Kabackim, to odechciewa mi się igraszek w naturze. Tak, ale masz perspektywę lasu podmiejskiego. Gwałty w lesie w Bieszczadach są rzadkością. Choć na pewno jest to trudny temat dla kobiet. Jeszcze przed publikacją tej książki w wydawnictwie pojawiły się obawy, czy przyjęta w niej perspektywa nie jest mocno heretycko-samcza. Ale ja chciałem po prostu pisać o sobie; może ktoś napisze kiedyś taką książkę z perspektywy kobiecej lub homoseksualnej. Natomiast piszę dużo o dotyku, o odczuciu przyrody, na które jesteśmy wrażliwi niezależne od tego, jakie mamy narządy czy orientację.

Ale powiem tak: do lasu trzeba iść z kimś, to dobre miejsce na randkę. Zwłaszcza że – i to potwierdził sam rzecznik Komendy Głównej Policji – uprawianie seksu w lesie nie jest nielegalne, o ile nie naraża się innych na oglądanie nas.

Kiedy dobrze, a kiedy źle kochać się w lesie? Z perspektywy osoby mieszkającej na Pogórzu Dynowskim, która wchodzi do lasu i ma kilka kilometrów leśnej przestrzeni dla siebie, na pewno unikałbym seksu w okolicach sezonu grzybowego. Dlatego właśnie kwiecień jest super na seks, bo wtedy nie ma grzybów i ludzie nie chodzą po lesie.

Kiedyś próbowałem znaleźć miejsce na schadzkę w okolicach Tarnowa, naprawdę długo to trwało. Te lasy były fatalne, wszędzie jakieś sośniny z podszytem jeżyn i trzeba było przejechać z 50 km, żeby w ogóle wejść w fajne otoczenie. No i rzeczywiście trudno jest znaleźć dobre miejsce wokół aglomeracji miejskich, choć kochałem się  na łonie natury i w Warszawie, i w Krakowie, ale to już wymaga sporego doświadczenia w wyszukiwaniu odosobnionych okolic. Natomiast łatwiej o dobre miejsce na seks w regionach turystycznych, takich jak góry, pojezierza, także parki narodowe.

Parki narodowe? Tak, gdy się zejdzie ze szlaku, co jest oczywiście czasem nielegalne, to ma się park dla siebie. Poza tym w parkach są wykroty – nie prowadzi się wycinki, więc po prostu co rusz leżą zwalone drzewa. I one są jak meble. Tak naprawdę dla mnie las, który nie ma tych wykrotów, jest lasem nieumeblowanym, jest jak wielka hala sportowa. A las pozostawiony sam sobie po kilkudziesięciu latach wygląda trochę jak graciarnia, gdzie można się schować, ukryć pod drzewem, oprzeć o jego pień. Drzewa mają korę chropowatą albo gładką, to budzi różne doznania, są też kłody omszałe. I dlatego takie kłody są dobre na wiosnę, bo, że tak powiem, w dupę nie zmarzniemy. A nawet można się kochać w zimie, dlatego że kłoda nagrzeje się od słońca. Nie mamy kontaktu z ziemią i wilgocią.

Spotkałeś się z zarzutem, że trochę wykorzystujesz przyrodę? Że traktujesz las jak umeblowane miejsce, jak scenerię do uprawiania seksu? Pojawiły się takie głosy, ale uważam to za mocno histeryczno-hipsterskie. Bez przesady, myślę, że drzewa znoszą gorsze rzeczy, ludzie je ścinają, kaleczą. Poza tym myślę, że one chcą tego.

A skąd taka myśl? Żeby to wiedzieć, to trzeba rozmawiać z duchami drzew.

Myślałam o tym chodzeniu nago, przecież w Polsce mamy plaże naturystów. Ale dlaczego nie mamy lasów naturystów? Może dlatego, że ludzie się lubią opalać, że mamy naturalny zwyczaj rozbierania się na plaży. To fajny pomysł. Poza tym wydaje mi się, że ludzie mają coraz większy problem z byciem na plaży naturystów. W latach 70. w Chorwacji wszędzie spotykało się plaże naturystów, to było królestwo naturyzmu europejskiego. A w tej chwili jest tego bardzo mało, na takich plażach leżą głównie emeryci. Myślę, że ludzie też mają dużo nagości i seksu w Internecie albo w sytuacjach prywatnych. No i przez tę wszechobecność smartfonów nikt nie chce być sfilmowany, żeby potem go pokazywano w pracy na przykład.

Trudno się dziwić. Za to jestem za tym, żeby bycie nago było absolutnie legalne właśnie w lasach czy jakichś takich bardziej odsuniętych miejscach. Przecież to jest chore, że myśmy się tak przyzwyczaili do ubrania. Ono służy tak naprawdę tylko do tego, żeby zabezpieczyć się przed chłodem, a kiedyś też zabezpieczało przed atakiem seksualnym, bo trudniej dobrać się do kogoś okutanego w ileś warstw.

Przypomina mi się książka o Australii – „Ja, Aborygen” Douglasa Lockwooda. To jest zapis wspomnień australijskiego przedstawiciela rdzennej ludności, który napisał coś w stylu: „Moja matka urodziła się naga i umarła naga i nigdy nie miała na sobie ubrania, przez całe życie”. Bardzo mnie to zaciekawiło.

A ty chodzisz nago po lesie? Udało mi się kiedyś przez kilka dni i nocy przebywać nago i to było niesamowite uczucie. To oczywiście szybko przestaje być seksualne, ale jest podniecające na zupełnie innym poziomie. Na poziomie skóry, na poziomie tego, że nasze ciało jest wolne. Po pewnym czasie to trochę mija. No i powtarzam, rozdzielmy bycie nago od seksu.

W czym właściwie seks w naturze jest lepszy od seksu w łóżku? Dla mnie ważny jest kontakt ze słońcem, z energią, więc taki seks jest lepszy właśnie w tej łączności z naturą. W tym, że słońce na nas świeci. Ale generalnie nie wiem, czy jest lepszy, jest po prostu inny. Kiedyś zresztą ludzie żyli w wielopokoleniowych domach, w małych izbach i nadal tak żyją na świecie. Czasem też ktoś nie ma kasy, żeby pójść do kawiarni na randkę, albo w okolicy nie ma kawiarni. A w domu są rodzice, dziadkowie, rodzeństwo. Więc zostaje las i jest wtedy miejscem intymnym.

Czyli las był i jest naturalnym miejscem schadzek? Tak. Po lekturze mojej książki wiele osób, pięćdziesięcio-, sześćdziesięcio- czy siedemdziesięcioletnich powiedziało mi, że ma wspomnienia seksu w lesie czy na łonie natury. A teraz młode pokolenie boi się kleszczy, boi się, że ktoś ich zobaczy, sfilmuje… To jest dziwne, że młodzi ludzie w tej chwili są bardzo seksualnie rozbestwieni, a z drugiej strony boją się przyrody.

I wtedy wkraczasz ty ze swoją książką. „Seks w wielkim lesie” jest pierwszą książką tego typu na świecie. Czegoś takiego, co jest połączeniem poradnika i eseju wybiegającego do różnych kultur, z własnymi wątkami autobiograficznymi i wspomnieniami, po prostu nie ma. Ale myślę, że będzie więcej. Ostatnio w Stanach powstał podcast właśnie o uprawianiu seksu na zewnątrz. I prognozując trendy, uważam, że kultura europejska znów zwróci się ku starożytnej Grecji, z jej mitologią, bliskością natury i seksem.

Tak sądzisz? Myślę, że rozwiązaniem dla ludzi, którzy uprawiają seks trochę mechanicznie, jest wsłuchanie się w rytm natury. Ja mam taką refleksję, że gdy widzę nasienie wylane na ciało czy na kłodę drzewa w lecie, a nad nim muchy, które je zjadają, to dla mnie to jest dalej życie, te muchy się najedzą. Gdy myślimy o seksie, to jego najważniejszą funkcją jest dawanie życia, i dla mnie to jest ważne, podniosłe. Choć może nie wszyscy tak mają. Ale przyznam się, że miałem duże wątpliwości przed publikacją tej książki.

Dlaczego? Staram się w niej operować na różnych poziomach: biologicznym, takim przeciętnie erotycznym oraz metafizycznym. Ale samo uprawianie seksu zwykle przyciąga energię z niższych czakramów, a ja jestem bardziej skomplikowany i o seksie aż tak często nie myślę, i traktuję go dosyć poważnie. Dlatego bardzo się obawiałem, że będę przyciągał takie energie bardziej ziemskie. Ale w końcu się zdecydowałem, bo myślę, że naprawdę świat potrzebuje takiej książki.

To na koniec – od czego zacząć przygodę z seksem w lesie? Po pierwsze, od chodzenia boso po lesie. Po drugie, od ocierania się plecami o pień drzewa na przykład. I może od wizyty w jakimś parku narodowym. Polecam jeszcze kochanie się pod kwitnącą czereśnią albo jabłonią.

Łukasz Łuczaj, botanik, doktor habilitowany nauk biologicznych, wykładowca akademicki, autor książek popularnonaukowych i esejów o przyrodzie dziko rosnącej.

Polecamy książkę: „Seks w wielkim lesie”, Łukasz Łuczaj, wyd. Korporacja Ha!art. Polecamy książkę: „Seks w wielkim lesie”, Łukasz Łuczaj, wyd. Korporacja Ha!art.

  1. Styl Życia

Co można wyczytać z chmur? Pytamy fizyka atmosfery prof. Szymona Malinowskiego

Ekscytujemy się zjawiskami na niebie, szukamy nowych chmur, a ignorujemy to, co naprawdę istotne. Fakt, że coraz częściej widzimy coś, czego dotychczas u nas nie było, jest sygnałem, że zmienia się świat. (Fot. iStock)
Ekscytujemy się zjawiskami na niebie, szukamy nowych chmur, a ignorujemy to, co naprawdę istotne. Fakt, że coraz częściej widzimy coś, czego dotychczas u nas nie było, jest sygnałem, że zmienia się świat. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Zatrzymaj się na chwilę i spójrz w górę. Co widzisz? Zapamiętaj ten widok dobrze, będziesz mieć co opowiadać wnukom. Każdego dnia nasza działalność na ziemi stopniowo zmienia wygląd nieba. O tym, jak wkraczamy w sfery niebieskie i jaki może być tego finał, mówi fizyk atmosfery, prof. Szymon Malinowski.

W filmie dokumentalnym o zmianach klimatu „Można panikować” mówi pan, że nasi przodkowie mieli nad sobą inne chmury, niż my mamy obecnie. Doskonale pamiętam tę scenę. To brzmi wręcz niewiarygodnie. Zmieniliśmy chmury? To prawda, choć te najważniejsze zmiany są tak subtelne, że trudno je dostrzec gołym okiem. Współczesne obłoki są nieco bielsze. Ta drobna różnica odcienia jest wynikiem istotnych zmian w budowie chmur. Wiadomo, że większość z nich składa się z malutkich kropelek wody, które powstały w wyniku kondensacji pary wodnej. Zmieniliśmy rozmiar tych kropelek. Obrazowo mówiąc, nasi przodkowie mieli nad sobą chmury wypełnione piłkami tenisowymi. W obecnych coraz częściej znajdują się piłeczki do ping-ponga. Większa liczba małych kropelek nieco inaczej odbija światło niż mniejsza większych kropel. W efekcie obłoki wydają się bielsze.

Jakim cudem tego dokonaliśmy? Zmieniając ziemię, uprawiając na masową skalę rolnictwo i tworząc przemysł emitujący mnóstwo aerozoli atmosferycznych, na których właśnie powstają owe maleńkie kropelki.

W praktyce oznacza to, że... Ze współczesnych chmur trochę trudniej pada deszcz. Dawniej, żeby spadła kropla deszczu, musiało się zderzyć ze sobą kilkadziesiąt tysięcy „piłek tenisowych”. Teraz potrzebny jest aż milion „piłeczek pingpongowych”. To ważna różnica, bo czas wyprodukowania kropli deszczu się wydłużył. Zmieniając budowę chmur na dużych obszarach globu, wpłynęliśmy więc także na proces powstawania opadów. To nie wszystko.

Przez wzrost zawartości gazów cieplarnianych w atmosferze, m.in. dwutlenku węgla, zmieniają się cyrkulacje atmosferyczne, czyli system prądów powietrznych nad powierzchnią kuli ziemskiej, a razem z nimi przesuwają się miejsca, w których dochodzi do powstawania chmur. Odbija się to na cyklu hydrologicznym, czyli naturalnym obiegu wody na ziemi i wpływa na dalsze zmiany klimatyczne. Właśnie tak subtelne różnice, których nawet nie dostrzegamy, determinują cały cykl zdarzeń wokół nas.

Ale coraz częściej słyszymy też o nowych sensacyjnych odkryciach na niebie. Kilka lat temu głośno było o tzw. chmurach sądu ostatecznego, które pojawiły się nad Warszawą. Gęste, ciężkie, mroczne, przerażające, wyglądem przypominają wzburzone morze. Nazwano je undulatus asperatus, od łacińskiego słowa „wzburzony”. Ale rozczaruję panią. Widziałem je nad Warszawą już 30 lat temu, wtedy jednak nie było ani wszechobecnych aparatów cyfrowych, ani Internetu, prawdopodobnie dlatego ich obecność przeszła bez echa. Teraz dużo mówi się o nocnych obłokach świecących, które w Polsce coraz częściej widać latem. Nieco jaśniejsze i podświetlone słońcem, które jest tuż pod horyzontem, tworzą widowiskowe zjawisko atmosferyczne, wywołują poruszenie. Nie są jednak odkryciem, po prostu do niedawna nie były tak jasne i powszechne. Rzadko je widzieliśmy, bo powstają daleko, nad górami Skandynawii.

Ekscytujemy się spektakularnymi zjawiskami na niebie, szukamy nowych chmur, a ignorujemy to, co naprawdę istotne. Nie dziwny wygląd obłoków, ale fakt, że coraz częściej widzimy coś, czego dotychczas u nas nie było, jest sygnałem, że zmienia się świat.

W poszukiwaniu nieznanych mi chmur i odcieni nieba z przeszłości przeanalizowałam malarstwo religijne, dzieła polskiego realizmu i francuskich impresjonistów. Na moje oko uwiecznione na nich niebo przypomina to współczesne. Może jednak przegapiłam coś ważnego? Sztuka to dobry trop! Wielu badaczy chmur zwraca uwagę na niezwykłe żółte i rdzawe odcienie nieba oraz krwiste zachody słońca na obrazach Williama Turnera uważanego za prekursora impresjonizmu. Nie jest ono jedynie artystyczną wizją. Kilka lat temu czytałem ciekawą pracę, której autorzy na podstawie dzieł Turnera oceniali wpływ aerozoli wulkanicznych na wygląd nieba w tamtym czasie. To właśnie im zawdzięczamy te żółtordzawe widowiska, które aktualnie nie pojawiają się nad Europą. Ale być może w przyszłości niebo z obrazów Turnera będziemy mieć na co dzień za oknem. Jednym z pomysłów geoinżynierii przeciwdziałającym nagłym zmianom klimatu jest rozpylenie aerozolu siarkowego w górnych warstwach atmosfery. Po co? By odbijał promieniowanie słoneczne i chronił nas przed dalszym wzrostem temperatury na ziemi. Efektem ubocznym będzie zmiana wyglądu nieba. Ale to tylko jeden ze scenariuszy.

Czyli jesteśmy w stanie przewidzieć, jak będzie wyglądało niebo przyszłości! Niezupełnie, bo to zależy tylko od nas i od ilości emitowanych przez nas gazów cieplarnianych do atmosfery. Od dawna wiemy, że człowiek jest najsilniejszym czynnikiem wpływającym na zmiany klimatu w skali globu. Ale wiadomo też, że ludzie bywają nieprzewidywalni. Bierzemy więc pod uwagę wiele scenariuszy.

Najbardziej nieprzyjemną wizją jest zanik nad sporą częścią odległych oceanów chmur, które można zobaczyć również nad Bałtykiem, czyli morskiego stratocumulusa. Obecnie jego płaty pokrywają niemal ćwierć globu, co skutecznie chłodzi klimat. Z najnowszych badań wynika, że jeśli temperatura wzrośnie, może on na dużych obszarach zniknąć, a wtedy na Ziemi szybko zrobi się cieplej o kolejne trzy, cztery stopnie. Zmiany będą nieodwracalne i wywołają lawinę następstw. Przykład? W epoce lodowcowej, 20 tys. lat temu, nie było Bałtyku i plaż. Dokładnie tam, gdzie teraz tak chętnie spędzamy wakacje, znajdowała się gruba, sięgająca aż do Skandynawii, trzykilometrowa warstwa lodu. Wtedy średnia temperatura Ziemi była o pięć stopni niższa niż teraz. Tymczasem według złych scenariuszy, do końca stulecia grozi nam zmiana temperatury nawet o pięć stopni. Można sobie wyobrazić, jak bardzo odmieni to świat, który znamy. Optymizmem nie napawa także fakt, że wszystkie wielkie wymierania były spowodowane nagłą zmianą klimatu.

Co możemy zrobić, by ta prognoza się nie sprawdziła? Przede wszystkim musimy jak najszybciej ograniczyć emisję dwutlenku węgla do atmosfery. Możemy wyliczyć, przy jakiej koncentracji gazów cieplarnianych morski stratocumulus zacznie zanikać, ale nie jesteśmy w stanie przewidzieć, kiedy nasze emisje doprowadzą do takiego stanu. Na razie zamiast szukać rozwiązań, próbujemy raczej zaczarować rzeczywistość, używając różnego rodzaju zaklęć. Jednym z nich są odnawialne źródła energii, do których zaliczamy na przykład odrastające setki lat lasy. To paradoks! Zielona energia brzmi dobrze, gorzej, jeśli uświadomimy sobie, że dzięki niej pozbywamy się zieleni. Tymczasem wielu ludziom wciąż się wydaje, że palenie drewnem jest ekologiczne i zdrowe. Nie jest. Zapach ogniska, który tak lubimy, to, mówiąc wprost, trucizna.

Może gdyby te wszystkie zanieczyszczenia, które emitujemy, zgromadziły się w wiszące nad naszymi głowami czarne chmury, ludzie szybciej uświadomiliby sobie, że za moment mogą być w prawdziwych tarapatach? Bez wątpienia. Przyroda jednak działa inaczej, daje subtelniejsze sygnały ostrzegawcze. Ale przecież sami stworzyliśmy zaawansowane technologie, które szczegółowo pokazują, co znajduje się w powietrzu, którym oddychamy.

W Warszawie, świecąc w niebo laserem, jesteśmy w stanie zmierzyć cząsteczki sadzy, która pochodzi z pożarów leśnych w Kanadzie albo wypalania łąk na Ukrainie. Mamy dostęp do wielu informacji, w Internecie codziennie aktualizowane są dane z pomiarów prowadzonych na świecie. Mamy dane o gazach cieplarnianych, aerozolach i o stanie jakości powietrza. Ale o tym, że nie jest ona najlepsza, informują nas często zmysły wzroku i zapachu. Bardziej skomplikowanych obserwacji i pomiarów trzeba się jednak nauczyć.

W książce „Przewodnik wędrowca” Tristana Gooleya przeczytałam, że wystarczy przysłonić dłonią słońce i porównać kolory otaczającego je nieba z odcieniami błękitu w innych częściach sklepienia. Im bardziej niebieskie jest niebo bliżej słońca, tym czystsze jest powietrze. Faktycznie jasny odcień nieba to sygnał, że światło rozpraszane jest na przykład przez aerozole atmosferyczne, potocznie mówiąc: zanieczyszczenia. Ale taki sam efekt mogą dawać także kryształki lodu, z których składają się rzadkie wysoko położone chmury. Ta metoda nie zawsze więc się sprawdza.

Lepszym rozwiązaniem jest patrzenie na linię horyzontu i obserwowanie, jak zmienia się kolor nieba wraz z wysokością. Piękny, błękitny odcień na nieboskłonie może dawać poczucie, że powietrze jest przejrzyste i czyste. Kiedy jednak spojrzymy poziomo na linię horyzontu, często zobaczymy tam szarą kreskę. To znaczy, że blisko ziemi znajduje się dużo cząsteczek aerozolu atmosferycznego, najczęściej smogu.

Sztuka obserwacji, której teraz musimy się uczyć od nowa, dawniej była czymś oczywistym. Z wieczornego nieba odczytywano aurę na następny dzień. Jasnoróżowe świadczy o suchym powietrzu, a więc prawdopodobieństwo deszczu jest niewielkie. Czerwony kolor zapowiada pogodny dzień, ale już ciemnoczerwony to sygnał, że może popadać. Ludzie wierzą w to do dziś. „Gdy czerwono o zachodzie, wie marynarz o pogodzie” – tak się mówi, ale nie musi to być prawda. Kolor nieba to kwestia zróżnicowanego rozpraszania przez aerozole atmosferyczne i załamania światła białego, które jest mieszaniną barw, a każda odpowiada innej długości fali. Gdy słońce jest nisko położone nad horyzontem, oświetla chmury od spodu, a warstwa atmosfery, przez którą świeci, jest grubsza, dominuje więc światło czerwone, które ma najdłuższą falę. Dlatego te niezwykłe, barwne spektakle na niebie można obserwować najczęściej o świcie lub zmierzchu. Nie zawsze mają one jednak bezpośredni związek z pogodą. Następnego dnia będzie padać albo nie będzie.

Czyli: „Gdy na świętego Prota jest pogoda albo słota, to na świętego Hieronima jest deszcz albo go ni ma”. Okazuje się, że dużo prawdy w tej ironicznej prognozie. Prognozowanie pogody to złożony proces. Nie każda ciemna chmura zapowiada nachodzącą ulewę lub burzę. Za to niewinna biała chmura może być związana z bardzo groźnym zjawiskiem atmosferycznym, tylko jest tak oświetlona przez słońce, że skutecznie usypia naszą czujność.

Dlatego co roku zdarzają się groźne wypadki spowodowane nagłym załamaniem pogody. Jak więc właściwie odczytywać sygnały ostrzegawcze na niebie? Problem w tym, że one są nie tylko na niebie. Powinniśmy zwracać uwagę na to, co dzieje się wokół nas. Z której strony dzisiaj wieje wiatr? Kto rejestruje taki szczegół, idąc do pracy czy spacerując z psem? Nieliczni. A tymczasem to pierwsza istotna informacja, która pozwala nam przewidzieć najbliższe zmiany pogody. Z której strony świeci słońce? Ile widzisz warstw chmur? Dopiero łącząc wszystkie te dane, jesteśmy w stanie ustalić, czy zjawisko atmosferyczne w zasięgu wzroku jest groźne, czy też nie. Chodźmy z głową w chmurach i patrzmy na świat jak najczęściej, a wtedy łatwiej będzie nam go zrozumieć.

Prof. Szymon Malinowski, fizyk atmosfery, specjalista z zakresu fizyki chmur i opadów, dyrektor Instytutu Geofizyki Uniwersytetu Warszawskiego, współzałożyciel portalu Nauka o klimacie, główny bohater i narrator filmu dokumentalnego „Można panikować” w reżyserii Jonathana L. Ramseya.

  1. Styl Życia

Radość to nasze wewnętrzne paliwo. Rozmowa z Piotrem Bielskim -  instruktorem jogi śmiechu

Piotr Bielski: „Śmiech jest środkiem, a nie celem. Środkiem do tego, by się rozluźnić, poprawić zdrowie, poprawić myślenie o sobie, zmienić swoje zakorzenione przekonania, przestawić na bardziej pozytywne.”
Piotr Bielski: „Śmiech jest środkiem, a nie celem. Środkiem do tego, by się rozluźnić, poprawić zdrowie, poprawić myślenie o sobie, zmienić swoje zakorzenione przekonania, przestawić na bardziej pozytywne.”
Zobacz galerię 2 Zdjęcia

Książka ma tytuł „Życie na lekko. O tym, jak radośnie być sobą!”. To właściwie zbiór przypowieści. Obrazków z codzienności, ukazujących sprawy wielkie, poważne, głębokie – i te zwykłe, prozaiczne. A z każdej wynika… radość. Piotr Bielski, który wprowadzał do Polski jogę śmiechu, pokazuje nam, jak z każdej sytuacji wyłuskać ziarenko pogody ducha. Jak znaleźć w sobie optymizm.

Czy dla pana szklanka była zawsze do połowy pełna? Nie wiem, czy znaleźlibyśmy takiego człowieka na Ziemi, dla którego szklanka zawsze jest tylko pełna, nigdy pusta. Ja na pewno nim nie jestem. Urodziłem się w Polsce, tu odebrałem normalną edukację ze wszystkimi jej „mądrościami”: że z motyką na słońce nie ma co, nie wychylaj się, siedź w kącie, a znajdą cię itd. Dostałem cały pakiet polskiego DNA, w którym szklanka jest raczej pusta. Ale coś we mnie mówiło, że to nie do końca tak, że dużo zależy ode mnie, że mamy moc decydowania, jak to nasze życie będzie wyglądać, czy będzie szczęśliwe czy nie – i że da się rozpocząć z nim radosny taniec, cieszyć się tym, co się pojawia, robić jak najlepszy użytek z tego, co nas spotka. A jak się trafi bezsenna noc, a mnie się takie trafiają, bo czasem jestem tak nakręcony pisaniem i moimi projektami, że nie idzie zasnąć, to robię coś fajnego, na przykład piszę tekst do nowej książki. Miałem w życiu taki okres, że robiłem z tego dramat. Nie mogę zasnąć, jej, co to będzie, jutro będę nieprzytomny. Ale nauczyłem się nie wchodzić w to koło natrętnych myśli, które tylko pogłębiają negatywny stan emocjonalny. Dziś mam świadomość, że jedyne, nad czym mamy kontrolę, to nasz stosunek emocjonalny do różnych spraw – i to jest bardzo dużo. Naprawdę się tym bawię. Staram się robić najlepszy użytek z tego, co przychodzi. Nawet jak się pojawi jakiś duży rachunek do zapłacenia, to znaczy, że zaraz na pewno pojawi się jakiś duży przelew, który to wyrówna. W mojej książce jest na przykład opowieść o tym, jak zepsuł mi się samochód. To nigdy nie jest specjalnie przyjemne. Ale zepsuł mi się w najlepszym możliwym miejscu, bo blisko warsztatu – o, i to już jest super!

Mówi pan, że miał pan zawsze poczucie, że można patrzeć na świat inaczej. A czy zdarzyło się coś, co zdecydowanie pchnęło pana na drogę jogi śmiechu? Myślę, że, paradoksalnie, przełomowe było odejście mojego ojca. Choroba nowotworowa, operacje przerzuty – nie było to łatwe. Ale kiedy tata odszedł, pojawił się we mnie spokój, poczucie, że jest ze mną, że mnie wspiera, że pojawia się jakaś nowa przestrzeń, nowy rodzaj myślenia i bycia. Niedługo potem spotkałem moją żonę Anetę – wtedy przyszła do mnie ogromna porcja optymizmu. I zaraz, na początku 2013 roku, była podróż do Indii – tam się oświadczyłem i zrobiłem kurs instruktorski jogi śmiechu, która jest dla mnie bardzo ważna w tym myśleniu pozytywnym, w śmianiu się z wyzwań, z którymi się na co dzień spotykamy, typu rachunki czy uliczne korki. A jednocześnie same Indie i joga śmiechu dały mi wielką przestrzeń spokoju i zaufania. Czasem wydaje się, że nie widać nadziei, że będzie ciężko, ale ja teraz wiem, że to tylko moja myśl, nie coś, co nieuchronnie mnie spotka. To, że w ciągu tych ośmiu lat spędziłem tysiące godzin śmiejąc się z ludźmi z całej Polski – od top menedżerów z korporacji, przez dzieciaki, seniorów, pacjentów onkologicznych, sprawiło, że zmieniła się nie tylko moja psychologia, ale i chemia mojego organizmu, więcej jest teraz tych pozytywnych hormonów, hormonów radości.

Samo to, że wybrał pan jogę śmiechu oznacza, że gdzieś głęboko był pan na to gotowy. Bo to chyba nie dla każdego… Myślę, że mój wybór był efektem umiejętności słuchania siebie, swoich wewnętrznych mikroradości. Przed wyprawą do Indii szukałem ciekawych inspiracji, co tam można zobaczyć, o czym zrobić reportaż (wtedy byłem jeszcze dziennikarzem). I znajomy powiedział mi o jodze śmiechu. Pamiętam, jaka radość się we mnie wtedy pojawiła, chciałem wstać od biurka, biegać, skakać, cieszyć się jak dziecko. I tego posłuchałem. Potem oczywiście pojawił się we mnie głosik dorosłego: kurczę, to jednak daleko, drogo, sama podróż kosztuje, a jeszcze koszt kursu, nie stać cię, zrobiłeś już sto kursów i zobacz, w jakim miejscu życia jesteś… Bo akurat musiałem pożegnać się z pracą. Ale szybko okazało się, że to wszystko było potrzebne, bo ta praca była niby w porządku, ale nie do końca, nie zachwycała, pojawiło się więc więcej czasu, mogłem zostać dłużej w Indiach, odwiedzić twórcę jogi śmiechu, dr Madana Katarię, zrobić z nim wywiad, kurs, odwiedzić liczne kluby jogi śmiechu.

Warto słuchać siebie. Warto. Dziś na przykład ogłosiłem na Facebooku start mojego i mojego przyjaciela projektu „Męska przestrzeń braterska”. To też coś, co do mnie przyszło: że chciałbym wspierać mężczyzn, bo im jest trudniej mówić o emocjach, widzę to na moich warsztatach, tam 80 procent uczestników to kobiety. A dziś w nocy przyśnił mi się mój przyjaciel Robert Ruszkiewicz, również autor pięknych książek, uznałem to za znak, że nie ma co dłużej czekać, napisałem więc, że zaczynamy. Są ludzie, którzy pukają się w głowę, jak tak można, wszystko musi być dopięte, wpisane w kalendarz i Excel. A ja kiedy czuję, że jest energia, że uwaga mojej świadomej i nieświadomej części jest na coś skierowana, to za tym idę. I nigdy decyzji podjętych z zaufania sobie samemu nie żałowałem.

Medycyna dziś nie ma wątpliwości, że śmiech jest nam potrzebny. Że człowiek smutny czuje się gorzej, gorzej walczy z chorobami, z kolei ludzie nastawieni optymistycznie do życia są zdrowsi i odporniejsi. Ale czy wesołość wywołana „na rozkaz”, sztucznie, niepochodząca z naszego wnętrza, jest, mówiąc kolokwialnie, „tyle samo warta” jak ta, którą w sobie nosimy? Fajnie, że pani zapytała, bo mam szansę rozwiać pani i może czytelników wątpliwości. Żaden człowiek nie lubi sztuczności. Ja też nie – może z wyjątkiem sztucznych futer, bo oszczędzają cierpienia zwierzętom, choć sam ich nie noszę, jako mors nie muszę. W mojej książce pewnie też to widać – nie można mi zarzucić sztuczności, raczej może nadmierne obnażanie się, pokazywanie mojego intymnego świata. Faktycznie dr Madan Kataria rzuca hasło: fake it until you make it!, czyli wydobywaj z siebie śmiech, może nawet sztuczny, w pewnym momencie to zatrybi i zacznie działać. Ja osiem lat się zajmuję tą metodą i dużo rzeczy pozmieniałem. Dążę na moich zajęciach do tego, żeby ludzie poczuli się dobrze, bezpiecznie, robię, co mogę, żeby iść w stronę spontaniczności, naturalnej radości.  Sztuczności i wszelkiego rodzaju „fejków” mamy dość chyba wszyscy. Czasami myślimy, że nie widać w naszym życiu powodów do radości, ale spróbujmy, dajmy sobie szansę. Może nawet śmiech wywołany na zasadzie ćwiczenia będzie znakiem, że chcę walczyć o swoje życie. Korzystam z tego, co może dać terapia śmiechem, joga śmiechu, choć w tej chwili mam poczucie, że jestem w trakcie tworzenia nowej metody, która z tradycyjnej jogi śmiechu korzysta, ale jest w niej więcej spontaniczności i radości naturalnej.

Śmiech działa na mózg – ale kiedy zrobiono badania, okazało się, że obraz mózgu podczas śmiechu spontanicznego wygląda inaczej niż w trakcie tego wymuszonego, inne obszary są aktywne. Czy to ma znaczenie? Odpowiem porównaniem motoryzacyjnym. Teraz popularne są u nas samochody na gaz. Ale żeby samochód ruszył, potrzebny jest zapłon benzynowy, dopiero wtedy auto przechodzi na gaz. I ja dążę do tego, żeby ten śmiech sztuczny, wywoływany, był tylko zapłonem, żebyśmy zaraz przeskakiwali na ten naturalny, płynący ze środka. Radość, lekkość, naturalny śmiech to nasze wewnętrzne paliwo, ale faktycznie trzeba najpierw iskry, żeby wejść na te obroty. Tu pomaga praktyka, grupa, doświadczony instruktor, jest już nas trochę.

Czyli kiedy pracuje pan z ludźmi, dąży pan do tego, żeby czuli radość naprawdę, a nie jedynie wykonywali gesty, które o radości świadczą? Oczywiście! Chcę, żebyśmy byli sobą, byli naturalni. Niedawno prowadziłem warsztaty online dla dużej firmy. Ponad sto osób, ale ja ich nie widzę. Kamerki wyłączone. Pewnie, to z jednej strony fajne, możemy być w piżamach, bez makijażu, nie musimy się pokazywać kolegom i koleżankom z pracy, szefowie nas nie oglądają, online – wielka zdobycz ludzkości. Tak do tego podchodzę. Ale z drugiej strony –  jakby tak się wczuć w rolę prowadzącego, który chce nawiązać kontakt z grupą, to nie ma on lekko. Powiedziałem im: macie taki komfort, żeby się schować, ja jestem przygotowany, mogę robić teraz one man show, będę pokazywał ćwiczenia, gadał, rozbawiał was, ale będzie mi raźniej, jeśli choć część z was się otworzy, pokaże. I może innych to ośmieli – że nie tylko taki jeden pozytywny wariat się produkuje, ale że ludzie, których znają, też to robią. I faktycznie – najpierw kilka osób włączyło kamerki, potem dołączali inni, poczuli, że to bezpieczna przestrzeń, zaczęli zapraszać swoje dzieci, sadzać je sobie na kolanach. Ja też zawołałem moją córkę przedszkolaczkę, Rozalka pokazała parę ćwiczeń, atmosfera zrobiła się super, ludzie mówili, że po raz pierwszy od dawna mogą odetchnąć. Powiedziałem, że może to czas, żebyśmy docenili to, co mamy – jest poniedziałek, 11 rano, a tylu ojców i matek może trzymać swoje dzieciaki na kolanach i razem z nimi coś fajnego robić, będąc jednocześnie w pracy. Wcześniej nie było to możliwe. Oczywiście wszyscy wiemy, jakie są uciążliwości tych obostrzeń, ale to taki mój dar: pokazywanie pełnej szklanki.

Kiedyś pod hasłem „joga śmiechu” wyobrażałam sobie ludzi siedzących w kręgu i na rozkaz prowadzącego wybuchających śmiechem… No nie, to byłaby tortura!

Czyli nie o sam śmiech chodzi, ale i o odnajdywanie w codzienności powodów do zadowolenia, wewnętrznej akceptacji? Śmiech jest środkiem, a nie celem. Środkiem do tego, by się rozluźnić, poprawić zdrowie, poprawić myślenie o sobie, zmienić swoje zakorzenione przekonania, zaktualizować je, przestawić na bardziej pozytywne. Ale to metoda wielopoziomowa, chodzi o szeroko rozumiany rozwój osobisty, o lepsze samopoczucie i przez to większą skuteczność w życiu, kreatywność, radość. Mamy też ćwiczenia oddechowe, trochę ruchu, tańca, przyjaznego nawet dla tych, którzy nie mają wielkiego doświadczenia na parkiecie. To też przestrzeń na szukanie różnych dróg do śmiechu, radości, eksploracji siebie.

Praca z nawykami jest trudna. A sposób myślenia o życiu jest też przecież pewnego rodzaju nawykiem. Kiedy patrzę rano przez okno i widzę, że pada deszcz, myślę: o nie, to będzie okropny dzień. A pan pewnie raczej: dobrze, że pada, bo ziemia potrzebuje deszczu, a poza tym może po południu wyjrzy słońce? Zdecydowanie! Nawet idę dalej. Teraz mieszkam sobie w pięknej miejscowości w lesie sosnowym – i kiedy pada deszcz, a nawet leje, zdarza mi się wyjść z dzieciakami, chłonąć go, cieszyć się nim, dać się całemu zmoczyć, mieć radość z mokrych włosów, mokrych ubrań, potem w domu wrzucić te ubrania do pralki i czuć cudowne odświeżenie.

Takie nawykowe myślenie o życiu można zmienić, wypracować? Tak, a najlepsze jest doświadczenie. Nie tylko książki i nawet nie tylko warsztaty. Bo jest duża różnica między myśleniem o deszczu a odczuciem tego deszczu na własnej, dosłownie, skórze. I doświadczeniem płynącej z tego radości.

Kiedy zaczęłam czytać pana książkę, przyznam, że po paru rozdziałach byłam zirytowana tym optymizmem. Ale czytałam dalej i w końcu zaczęłam żałować, że się skończyło. Bo jest w tym coś, co się udziela. Fajnie, że dała mi pani szansę. Wiele osób by się zniechęciło, bo pierwsze wrażenie często decyduje. Ja jestem daleki od bycia kaznodzieją, który mówi ludziom, jak mają żyć. Opowiadam tylko o swoich doświadczeniach, o tym, co mi pomogło, czasem tylko na końcu stawiam pytanie: a jak u ciebie? Mam głęboki szacunek do świata, do drugiego człowieka, wiadomo, że pewne rzeczy nie są dla wszystkich, każdy musi znaleźć swoją drogę. Ale mam poczucie, że jeśli pokażę, co mi pomogło, to będzie wspierające, pokaże innym, jak sięgać po radość.

Prowadzi pan warsztaty, spotykacie się, na żywo albo online, potem kolejna grupa, i następna. Czy dostaje pan informację zwrotną? Odzywają się ludzie: wtedy mi pan pomógł, coś się zmieniło, jest inaczej, lepiej? Oczywiście. Nawet dziś rano rozmawiałem online z dziewczynami, które skończyły mój kurs, są ze sobą w kontakcie, ze mną też. Widzę, że u nich to „pracuje”, rozwijają się, idą dalej.

Chciałbym też rozbić mit, że joga śmiechu jest tylko dla „smutasów”, dla ludzi w ekstremalnym stresie itd. Mój typowy klient, a właściwie klientka, to kobieta około czterdziestki lub trochę starsza, która uśmiecha się częściej niż średnia krajowa, próbowała już różnych rzeczy, często pracy w korporacji, wie, czego nie chce, szuka nowego pomysłu na siebie. Joga śmiechu to często doskonałe uzupełnienie, można w ten sposób pracować z ludźmi, prowadzić kursy i warsztaty i na tym zarabiać. Ale można też po prostu ładować swoje akumulatory, mieć ciekawość dziecka w odkrywaniu świata. Teraz, kiedy z panią rozmawiam, siedzę sobie nad rzeką i zastanawiam się, co jest za zakrętem. Kiedy skończymy, pójdę sprawdzić. Oczywiście nie chodzi o to, żeby się bezrefleksyjnie ze wszystkiego cieszyć, nie zawsze też jest idealnie, zdarzają się kryzysy, mnie raz na jakiś czas też, ale te kryzysy już mnie nie przewracają, szybko z nich wychodzę – wzmocniony.

W rodzinie też praktykujecie jogę śmiechu? Jasne. Moja żona tak jak ja zapaliła się do tego pomysłu. Ma też dar naturalnego śmiechu i wielką charyzmę. Pojechała ze mną do Indii, ma międzynarodowe instruktorskie uprawnienia. I dzieciaki to łapią, widzą, że rodzice się tym zajmują, więc automatycznie uznały, że to ciekawe i fajne. Rozalka, moja pięcioletnia córeczka, po raz pierwszy była na warsztatach jeszcze w brzuchu mamy, potem znowu, kiedy miała ledwie parę miesięcy, w nosidełku, aż zaczęła bywać na własnych nogach. Dla niej słowo „praca” znaczyło „śmiech”. Jak tata idzie do pracy, to znaczy, że będzie się śmiał. Mówiła: „czas na pracę” i pokazywała ćwiczenia jogi śmiechu. Tak w naturalny sposób buduje się w dziecku pozytywne skojarzenia.

Piotr Bielski www.joginsmiechu.pl, Facebook: Jogin Śmiechu,

Książka „Życie na lekko. O tym, jak radośnie być sobą”, Wyd. Sensus Książka „Życie na lekko. O tym, jak radośnie być sobą”, Wyd. Sensus