1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Dziura w budżecie domowym

Dziura w budżecie domowym

123rf.com
123rf.com
Nawet w najlepiej zaplanowanym budżecie domowym może powstać wyrwa, którą chcemy szybko załatać. Możliwości jest wiele, ale pożyczanie pieniędzy wymaga rozwagi. Warto zminimalizować ryzyko ściągnięcia sobie na głowę nowych kłopotów.

Debet na rachunku

Jeśli zabrakło nam pieniędzy, a mamy rachunek oszczędnościowy, to możemy skorzystać z tzw. debetu, czyli prawa do ujemnego salda na rachunku nieprzekraczającego określonej wysokości. Kwota takiego kredytu odnawialnego zależy przede wszystkim od wpływów. Debet ma swoje zalety, ponieważ osobom fizycznym bank nie stawia w zasadzie żadnych dodatkowych wymagań formalnych. Trudniejsze jest pożyczenie pieniędzy przez osoby prowadzące działalność gospodarczą – przedsiębiorca musi przejść standardową procedurę kredytową.

Pamiętajmy jednak, że jest to forma pożyczki bankowej ze wszystkimi konsekwencjami: oprocentowaniem, zabezpieczeniem, ograniczeniem zdolności kredytowej w przypadku składania innych wniosków. Ważne, żeby nie dopuścić do przekroczenia limitu – a tak dzieje się wówczas, gdy na rachunku nie ma środków w dniu, kiedy bank pobiera należne opłaty. Oprocentowanie będzie wtedy wyższe, a dodatkowo  narażamy się na ryzyko zażądania natychmiastowej spłaty długu. Warto również pamiętać o tym, że zarządzanie debetem wymaga dyscypliny finansowej – stosunkowo bowiem łatwo go uzyskać, trudniej spłacić.

Kredyt kontra chwilówka

Jeśli mamy zdolność kredytową, to znaczy stałe, udokumentowane dochody i czystą historię w BIK, możemy liczyć na uzyskanie kredytu gotówkowego w banku lub SKOK-ach. Kredytów na sumy do 2000 zł udziela wiele placówek, na rozmaitych warunkach. Sprawdzanie oferty najlepiej zacząć od własnego banku, ale zdecydowanie nie należy na tym poprzestać. Różnice w oprocentowaniu mogą sięgać kilkunastu procent.

Pożyczek na krótki okres udzielają także instytucje pozabankowe. Część z nich wymaga od klienta historii rachunku, inne nie stosują żadnych ograniczeń. Zaletą takiego rozwiązania jest bardzo krótki czas oczekiwania na decyzję – w wielu przypadkach to tylko doba. Jeśli jednak decydujemy się na tzw. chwilówkę, to warto skorzystać z internetowych porównywarek. Pamiętajmy także, że czym mniej zabezpieczeń i pozornie łatwiejszy dostęp do gotówki, tym pożyczanie pieniędzy droższe. Jeśli na przykład  chcemy od instytucji pozabankowej pożyczyć 300 zł na 2 tygodnie, to spłacimy 375 zł, a jeśli ta sama kwota jest nam potrzebna przez miesiąc, to zapłacimy jeszcze o 10 zł więcej.

Coraz popularniejsze stają się również firmy, z którymi kontaktujemy się sms-em lub przez Internet. W tym przypadku pochopna decyzja może nas naprawdę dużo kosztować, ponieważ realne oprocentowanie takich „chwilówek” bez BIK wynosi najczęściej kilkaset procent w skali roku i jest nawet wyższe niż standardowy jeden procent dziennie w lombardzie.

Zawsze należy bardzo dokładnie przeczytać umowę. Jeśli czegoś nie rozumiemy, to trzeba nie tylko pytać, ale również skonsultować z osobami, które zawodowo zajmują się finansami. Zawarcie umowy z niesprawdzoną instytucją może niestety doprowadzić do przykrych następstw: nękania czy zastraszania graniczącego z groźbami karalnymi. Po spłatę rat za chwilówki przedstawiciele firmy zgłaszają się osobiście, więc dobrze wiedzą, jak znaleźć dłużnika.

Lepiej sprawdzić niż stracić

Przed przepłaceniem nie zawsze chroni nas nawet zapoznanie się z wpisami w Internecie, ponieważ forum jest często miejscem dodatkowej reklamy usługi – opinie umieszczają marketingowcy i handlowcy.   - Jeśli już musimy korzystać z takich rozwiązań i opcji finansowych, to zawsze pamiętajmy o tym, żeby decydować się tylko na takie pożyczki chwilówki, które nie wymagają od nas żadnych opłat wstępnych ani jakiś wyimaginowanych kosztów związanych z obsługą pożyczki lub rozpatrzeniem wniosku o przyznanie gotówki – radzą eksperci na jednym z portali finansowych.

W nagłej potrzebie finansowej możemy wykorzystać również cenne przedmioty, na przykład biżuterię, sprzęt elektroniczny.  Żeby uzyskać pożyczkę, musimy pójść do lombardu. Tu również warto porównać oferty, bo ceny są różne, a poza tym możemy  negocjować warunki. Pożyczając pieniądze, trzeba koniecznie zwrócić uwagę na to, czy lombard przewiduje możliwość przedłużenia okresu spłaty. Często jest to warunkowane terminowym uregulowaniem odsetek. To bardzo ważne, ponieważ opóźnienie w spłacie pożyczki może doprowadzić do bezpowrotnego utracenia przedmiotu zastawu.

 

Zobacz: portfele damskie

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Big Mind – jakie korzyści przynosi praktyka zen?

Metoda Big Mind zakłada, że każdy człowiek ma w sobie niezliczoną ilość aspektów, czyli głosów. Aby stać się ich prawdziwym szefem, czyli swoim własnym mistrzem, należy je poznać, wiedzieć, w jaki sposób funkcjonują. (fot. iStock)
Metoda Big Mind zakłada, że każdy człowiek ma w sobie niezliczoną ilość aspektów, czyli głosów. Aby stać się ich prawdziwym szefem, czyli swoim własnym mistrzem, należy je poznać, wiedzieć, w jaki sposób funkcjonują. (fot. iStock)
Całe nasze życie to pełne koło, choć zwykle funkcjonujemy, jakbyśmy byli tylko połówką - mawia amerykański mistrz zen, roshi Genpo Merzel, twórca procesu Big Mind.

Często zadajemy sobie pytania: Kim jesteśmy? O co w tym życiu naprawdę chodzi? Czy moje życie w ogóle ma sens?...

Metoda Big Mind pomaga odpowiedzieć na takie pytania. Daje klucz do poznania głębi nas samych. Uczy, jak zintegrować rozwój osobisty z duchowym. Wydobywa na światło dzienne to, co znajduje się w cieniu osobowości, co jest z różnych względów niedostępne i tkwi wyparte poza naszą świadomość. Jest drogą do bogatszego doświadczania życia, siebie, swoich relacji i całego świata. Do lepszego zrozumienia i akceptacji własnego „ja”.

Usuń blokadę

Aby wyjaśnić główną ideę procesu Big Mind i wprowadzić w nią uczestników warsztatów, mój nauczyciel roshi Genpo Merzel posługuje się pewną analogią: Jesteś rodzicem, nadajesz imiona swoim dzieciom, ale niektóre z tych imion są bardzo brzydkie, np. gniew, pożądanie, zazdrość, złość, lęk… Więc lokujesz te dzieci w piwnicy, zamykasz na klucz, mając nadzieję, że nigdy z niej nie wyjdą. Z kolei uwielbiasz dzieci, które mają takie imiona, jak szczęście, miłość, radość, zadowolenie... Więc tylko tym dzieciom dajesz prawo do istnienia. Ale jeśli pewnego dnia drzwi piwnicy znienacka otworzą się i wyskoczy z niej gniew lub zazdrość, to jesteś tym bardzo nieprzyjemnie zaskoczony i potem z jeszcze większą determinacją spychasz je do podziemi.

Inny przykład: Wyobraź sobie, że jesteś szefem wielkiej firmy, ale tak naprawdę nie wiesz, kogo zatrudniasz, kim są twoi pracownicy. Może nawet wiesz, na jakich są stanowiskach, ale nie znasz ich kompetencji i zakresu obowiązków. Nie wiesz, co robią. Więc jak możesz nimi racjonalnie zarządzać? I kiedy pewnego dnia firma się rozpada, twoje zdumienie jest ogromne, jesteś zaskoczony, pytasz siebie: „Jak mogło do tego dojść?!”. Potem często musisz poddać się jakiejś terapii, żeby znaleźć odpowiedź.

Metoda Big Mind zakłada, że każdy człowiek ma w sobie niezliczoną ilość aspektów, czyli głosów. Aby stać się ich prawdziwym szefem, czyli swoim własnym mistrzem, należy je poznać, wiedzieć, w jaki sposób funkcjonują. A poznając siebie, poznajemy też innych. Gdy sami przestajemy być obcy dla siebie, inni przestają być obcy dla nas.

Dzięki tej metodzie dowolnie zmieniamy naszą perspektywę, tak jakbyśmy zmieniali biegi w samochodzie. „Zablokowany na którymś biegu staje się bezużyteczny. Aby ci służył, musisz usunąć blokadę” – rozwija tę metaforę roshi Genpo w swojej książce „Big Mind. Wielki Umysł, Wielkie Serce”. To właśnie cel procesu Bing Mind.

Wywołaj głosy

Podczas warsztatu proszę uczestników spotkania o wywołanie w sobie jakiegoś aspektu, czyli głosu, np. Kontrolera. Wszyscy robią delikatny ruch ciałem, żeby nie tylko umysł, ale i ono poczuło tę zmianę, i utożsamiają się z danym głosem, mówiąc w pierwszej osobie: „Ok, jestem Kontrolerem”. Następnie pytam: „Opowiedz mi o sobie, jaki masz cel, jakie zadanie?”. „Moim zadaniem jest kontrolowanie” – słyszę w odpowiedzi. „Co chciałbyś kontrolować?” – pytam dalej. Z sali padają różne odpowiedzi, np.: „Ja, Kontroler, kontroluję myśli, uczucia, ludzi, lęki, pragnienia, absolutnie wszystko...”. Drążę głębiej: „Jakie myśli, czyje?”. „A co np. z jej/jego emocjami? Dlaczego to robisz?”. „Bo emocje jej nie służą i nie powinno się ich ujawniać” – odpowiada ktoś z sali. „W jakich sytuacjach coś ci się wymyka spod kontroli? Co wtedy się dzieje?” – kontynuuję. Taki dialog trwa jakiś czas. Następnie proszę, byśmy porozmawiali z innym głosem, np. z Pragnieniem. Wszyscy znów robią delikatny ruch ciałem i zaczynamy dialog z Pragnieniem.

I tak przechodzimy od aspektu do aspektu, od głosu do głosu. Najpierw wywołujemy tzw. głosy dualne, rozróżniające rzeczywistość, w której zawsze są „ja” i „ty”, „ja” i świat: Kontrolera, Obrońcy, Sceptyka, Złości, Pożądania, Ofiary, Poszukującego Umysłu...

Potem przychodzi czas na głosy niedualne, transcendentne: Umysł Nieposzukujący, Czysty Umysł, Głos Jedności, Głos Mądrości, a następnie głosy absolutne: Wielki Umysł, Wielkie Serce.

Na końcu spotkania wywołujemy Mistrza lub Zintegrowanego, Swobodnie Funkcjonującego Człowieka, który jest głosem obejmującym te dwie zasadnicze perspektywy: dualną i niedualną. To on jest szefem tej wielkiej korporacji, popularnie zwanej osobą. On jest obecny w każdym z nas i tylko czeka, żeby móc wreszcie zacząć swobodnie funkcjonować.

Kiedy na przykład siadam do medytacji, to przywołuję głos Umysłu Nieposzukującego, który donikąd nie zmierza, niczego nie planuje, akceptuje, to, co jest: cisza, spokój... – wtedy po prostu jestem.

Jeśli gram na scenie i zapomnę tekstu, to zdarza mi się, że wzywam głos Pamięci. To bardzo prosty proces, ale wymaga czasu, by się z nim oswoić i stosować go na co dzień.

Bardziej świadomi

Musimy pamiętać, że nie ma głosu niepotrzebnego, każdy pełni jakąś określoną funkcję, jest po to, żeby nam służyć. A tylko wywołując go, dowiemy się, jak działa. Równie ważne jest to, by się przekonać osobiście, że wszystkie te aspekty są w nas i nikt nam ich nie narzuca z zewnątrz. Gdy je poznamy, zmienimy się, staniemy ludźmi bardziej świadomymi i odpowiedzialnymi – nie tylko za siebie, lecz także za innych. A jeśli my się zmieniamy, to zmieni się też wszystko wokół nas. Kiedyś zapytano Buddę: kim jest. Odpowiedział, że pytanie jest źle postawione, że należało zapytać: nie kim, a czym jest. Człowiek nie jest martwy, cały czas się zmienia, staje się tym, co się w danej chwili w nim pojawia.

No, chyba, że ktoś bardzo boi się odpowiedzialności i woli wypierać ją, trzymając w piwnicy pod kluczem. Bo z różnych powodów tłumimy niektóre z naszych aspektów, nie przyznajemy się do nich, krytykujemy je, nie dopuszczamy do głosu i nie chcemy mieć z nimi żadnego kontaktu. Ale z takimi również da się porozmawiać, choćby po to, żeby dowiedzieć się, dlaczego są wypierane i jaką rolę w nas pełnią.

Stosując metodę Big Mind, obserwuję jej wielką skuteczność u wielu ludzi. Nie jest ona związana z żadnym wyznaniem. Może ją praktykować każdy, bez względu na to, czy jest Chrześcijaninem, Żydem, Muzułmaninem, czy ateistą. I przejść przez ten głęboki proces – pod warunkiem, że naprawdę tego chce i będzie aktywnie w nim uczestniczyć.

Na początku polecałabym udział w warsztatach i praktykowanie pod okiem trenera. Pomocna będzie również książka roshiego Genpo Merzela „Big Mind. Wielki Umysł, Wielkie Serce” i dołączone do niej płyty DVD z oryginalnymi sesjami prowadzonymi przez twórcę metody (w języku angielskim).

Zostań swoim Mistrzem

Warto otworzyć się na Big Mind i spróbować dotrzeć do istoty samego siebie, sięgnąć po to, co już w nas jest. Wtedy zmieni się nasze funkcjonowanie, działanie, zmieni się nasze życie. Wszystkiego zaczniesz doświadczać bardziej świadomie. Nie musisz już tkwić w tym samym miejscu i kręcić się w kółko – możesz to radykalnie zmienić. Zobaczyć, że nie jesteś tylko rozgadaną głową czy niszczącymi, rozedrganymi emocjami, nie jesteś tylko ograniczonym „ja”, że masz też w sobie ciszę, spokój i przepastną przestrzeń Wielkiego Umysłu i Wielkiego Serca.

Proces Big Mind opracował mistrz zen, roshi Genpo Merzel. Metoda łączy dwie podstawowe szkoły rozwoju – dwie drogi, które wydawały się dotychczas zupełnie rozbieżne: zachodnią szkołę terapii (Voice Dialog) i psychologii oraz wschodnią szkołę medytacji i wglądu w prawdziwą naturę człowieka. Ma więc dwa korzenie: Wschód i Zachód. W świadomości roshiego Genpo proces ten rodził się latami, a wykrystalizował ok. 2000 roku. Jego twórca chciał, żeby każdy – tak jak on – mógł przebudzić swój umysł i uświadomić sobie, kim naprawdę jest. Nazwa Big Mind, czyli Wielki Umysł, to ukłon roshiego Genpo złożony ojcu Benowi Merzelowi (stąd inicjały) oraz wyraz szacunku dla swojego nauczyciela roshiego Taizana Maezumiego i syna Tai (Tai znaczy po japońsku „wielki”). Zanim roshi Merzel został buddyjskim mnichem, był mistrzem pływackim, ratownikiem i instruktorem pływackim, a także nauczycielem w szkole dla niepełnosprawnych. W 1980 roku został spadkobiercą Dharmy w linii przekazu roshi Taizana Maezumiego. Prowadzi SLC Center, gdzie łączy praktykę zen z procesem Big Mind.

W Polsce spadkobierczynią roshiego Genpo była Małgorzata Jiho Braunek (sensei, szefowa Polskiej Sanghi Kanzeon w Warszawie), która powadziła wykłady, spotkania indywidualne i grupowe warsztaty „Big Mind/Wielkie Serce, Wielki Umysł”.

  1. Styl Życia

Kompulsywne zbieractwo. Niezwykła opowieść o najsłynniejszych syllogomanach w historii

Langley Collyer (od lewej) oraz inspektor ds. budownictwa i mieszkalnictwa John O'Connor pośród tunelu pudeł i gazet w domu braci Collyer. (Fot. BEW Photo)
Langley Collyer (od lewej) oraz inspektor ds. budownictwa i mieszkalnictwa John O'Connor pośród tunelu pudeł i gazet w domu braci Collyer. (Fot. BEW Photo)
Niczego nie wyrzucą. Żyją i umierają w stertach swoich skarbów. Syllogomaniacy.

21 marca 1947 roku o godzinie 8:53 na posterunek policji w Nowym Jorku zadzwonił niejaki Charles Smith, donosząc, że w budynku przy ulicy Fifth Avenue w Harlemie znajduje się ciało mężczyzny w stanie zaawansowanego rozkładu. Funkcjonariusze pojawili się we wskazanym miejscu o 10 rano i otoczyli dom kordonem, by nie dopuścić zbyt blisko gromadzących się już gapiów. Wyważono zabezpieczone kratą drzwi, prowadzące do piwnic. Dalszą drogę zagradzało zwarte rumowisko cuchnących odpadów wylewających się z wnętrza. Policja nowojorska stanęła twarzą w twarz z jednym z najbardziej dramatycznych i tragicznych przypadków syllogomanii, czyli zbieractwa kompulsywnego. Kilkupiętrowy budynek wypełniony szczelnie, po ostatnią kondygnację, makulaturą, śmieciami, odpadkami był własnością braci Homera i Langleya Collyerów, należących do jednego z najznamienitszych nowojorskich rodów.

Zamożni odludkowie

Dotknięci kompulsywnym zbieractwem gromadzą wszystko – stare gazety i pojemniczki po jogurcie. W ich mieszkaniach nie znajdziesz skrawka wolnej przestrzeni. Syllogomania atakuje więcej osób niż bylibyśmy skłonni podejrzewać. Jedyne do tej pory badania epidemiologiczne przeprowadzono w amerykańskim stanie Massachussets wykazały, że syndromem zbieractwa dotkniętych okazało się 26 na 1000 mieszkańców.

Jednym z nich jest Olga – profesor literatury, emerytowana nauczycielka akademicka z Bostonu. Kiedy przestała panować nad sytuacją i zadzwoniła po pomoc, drzwi do jej apartamentu nie sposób już było otworzyć. Blokowało je ponad sto ogromnych plastikowych worków wypełnionych notatkami, materiałami do wykładów z ostatnich 10 lat. Sterty ubrań, większość jeszcze z metką, po 10 sztuk takich samych – różniły się tylko kolorami. Mnóstwo butelek, spakowanych w torby i pudła. Starych listów, słoików, plastikowych toreb po zakupach, zepsutych zegarków... Rzeczy pokrywały podłogę grubą, ponadmetrową warstwą. W sypialni sięgały sufitu. Od kilku lat nie używała łóżka, bo nie można było się do niego dostać. Sypiała więc w kuchennym kąciku – jedynym wolnym jeszcze miejscu w jej mieszkaniu. Wiedziała, że nie sposób tak żyć, ale nie potrafiła niczego wyrzucić. Jej pasja gromadzenia nie wynikała ani z biedy, ani traumatycznych przeżyć młodości. Podobnie jak legendarne już zbieractwo braci Collyerów.

Homerowi i Langleyowi nigdy niczego nie brakowało. Obaj odebrali znakomite wykształcenie. Starszy, Homer, był prawnikiem. Młodszy ukończył studia na kierunkach mechanika stosowana oraz chemia, ale nie podjął pracy w zawodzie. Oddawał się swojej pasji muzycznej, wygrał nawet kilka prestiżowych konkursów pianistycznych. Bracia byli nieśmiali, uprzejmi i bardzo kulturalni. Ubierali się zwykle z wyszukaną, XIX-wieczną elegancją i przypominali dżentelmenów z epoki wiktoriańskiej. Nie mieli bliskich przyjaciół. Nie znano też nikogo, kto by kiedykolwiek przekroczył drzwi ich domu. „Zamożni odludkowie, ot co” – kwitowali sprawę sąsiedzi.

W 1933 roku Homer przeszedł udar, po którym stracił wzrok i został częściowo sparaliżowany. Langley porzucił koncertowanie i oddał się opiece nad bratem. Przekonał go, że jego oczy powinny być stale zamknięte, by mogły odpocząć, i że dla pokonania ślepoty trzeba jeść 100 pomarańczy dziennie. Po ojcu bracia odziedziczyli ogromną bibliotekę ksiąg medycznych, Langley zadecydował więc, że sam zajmie się rehabilitacją Homera.

Skarby śmietników

„Tajemniczy faceci z Harlemu” budzili niezdrową ciekawość i stali się tematem najbardziej niezwykłych opowieści. Wierzono, że ich dom kryje nieprzebrane skarby, a bracia sypiają na materacach wypchanych pieniędzmi. Ludzie usiłowali za wszelką cenę zajrzeć do środka, a okoliczne dzieci zabawiały się wybijaniem okien kamieniami. Langley nie wstawiał nowych szyb, a tylko zabijał kolejne otwory deskami i tekturą. W ten sposób izolacja braci pogłębiała się. Przestali płacić rachunki i podatki. Odłączono im gaz i elektryczność. Choć mieli spore oszczędności i nie cierpieli biedy, Langley całymi nocami przeszukiwał ulice miasta, wyciągając ze śmietników żywność i najprzeróżniejsze „skarby”, które gromadził w swojej posiadłości.

Typowe objawy syllogomanii obejmują nie tylko zbieranie wszystkich możliwych śmieci, ale również obsesyjne robienie zapasów. Niektórzy chorzy kupują niewiarygodne wręcz ilości dóbr wszelakich, w tym tony żywności. Zasoby ich spiżarek pozwoliłyby wykarmić kilka rodzin przez wiele lat. Zbieracz wykupuje na wyprzedaży „wyjątkowe okazje” – rzadko jednak zadowala się pojedynczą sztuką jakiegoś produktu, bierze od razu 30 czy 40. Nigdy niczego nie używa. Trzyma swoje skarby „na przyszłość”. Ma kłopoty z wyrzuceniem czegokolwiek, bo przecież zawsze kiedyś komuś do czegoś może się przydać. A nie daj Boże do śmieci trafi coś niezwykłego... Zbieractwo bywa też ściśle wyspecjalizowane. Jedni gromadzą zapasy jedzenia, inni otaczają się na przykład stadem zwierząt.

Ogólnie rzecz biorąc, ludzie dotknięci syllogomanią mają trudności z podejmowaniem decyzji i realizacją zamierzeń. Choroba może towarzyszyć zespołowi Diogenesa, czyli zaburzeniu osobowości, polegającym na skrajnym zaniedbywaniu higieny osobistej i stanu sanitarnego w mieszkaniu. Także unikaniu kontaktów z najbliższymi i towarzystwa innych ludzi. Ofiara zespołu Diogenesa przypomina niekiedy zaniedbanego, bezdomnego nędzarza, choć jej status materialny może być całkiem wysoki.

Pułapki na włamywaczy

Kiedy oficerowie policji wyważyli drzwi domu Collyerów, gromadzone latami śmieci dosłownie wylały się na ulicę. Wejście do środka było niemożliwe. Po kilku godzinach, za pomocą drabiny straży pożarnej, udało się sforsować jedno z okien. Funkcjonariusze z ogromnym trudem poruszali się w labiryncie wąskich korytarzy pomiędzy zwałami odpadków. W jednym z pokojów natknęli się na ciało siwego mężczyzny, który został zidentyfikowany jako Homer Collyer. Lekarz sądowy stwierdził, że śmierć nastąpiła około 10 godzin wcześniej – najprawdopodobniej na skutek odwodnienia i ogólnego wyniszczenia organizmu. Nikt nie miał pojęcia, gdzie był i co robił jego brat. Podejrzewano, że wyruszył na kolejną wyprawę zbieraczy. Nie było jasne, jakim sposobem wydostał się z domu, zważywszy kompletnie zawalony korytarz prowadzący do wyjścia.

Policjanci wyważyli jeszcze kilka okien na ostatniej kondygnacji i rozpoczęli odgruzowywanie posesji. Wyciągnięto stamtąd setki żyrandoli, kompletny szkielet wozu konnego, kozły do piłowania drewna, ramy materacy z uszkodzonymi sprężynami, wózki dziecięce, stołki, zepsute rowery, pudła z pocztówkami świątecznymi, kilka tysięcy książek i niezliczone ilości gazet. Wyniesiono z domu pięć pianin, mahoniowy kominek z ogromnym pękniętym lustrem, zielony zabawkowy autobus, skrzynkę pełną kółek z żabkami do wieszania zasłon, starą lodówkę i pudło połamanych zabawek. Labirynt tuneli wyryty w śmieciowisku Collyerów był naszpikowany licznymi pułapkami i przemyślnymi zapadniami, które miały ustrzec przed włamywaczami. 27 marca, po tygodniu sprzątania, natknięto się na skrzynkę po cygarach, a w niej cztery rewolwery, karabiny kalibru 22 i 30, bagnety, trzy szable, dubeltówkę i skrzyneczkę rozmaitej amunicji. Ogółem z 12 pokoi domu Collyerów wydobyto ponad 120 ton odpadków, śmieci i odchodów, 11 pianin i tyle części do samochodu, że można by z nich złożyć kompletnego Forda T.

To mój dom!

Zorganizowane akcje sprzątania podejmowane od czasu do czasu przez najbliższych, instytucje opieki czy służby miejskie na wiele się nie zdają. Wyczyszczona do cna posiadłość w ciągu kilku miesięcy znów obrasta w rozmaite dobra. Wystarczy pół roku, by sytuacja powróciła do poprzedniego stanu. Wszelkie próby pomocy w sprzątaniu są zresztą zwykle torpedowane przez zbieracza już w zarodku. Gazety? „Proszę ich nie wyrzucać. Mam zamiar w najbliższym czasie przejrzeć wszystkie i zachować tylko najważniejsze dla mnie wycinki”. Chory potrafi wytłumaczyć przydatność każdej rzeczy. Wszystko jest potrzebne i nie wolno uzbieranego zmarnować.

Bałagan? „No, mnie on nie przeszkadza, nie rozumiem więc, czemu by miał przeszkadzać tobie. W końcu to mój dom, a nie twój, nieprawdaż?” – słyszą niejednokrotnie dorosłe dzieci usiłujące zaprowadzić ład w mieszkaniu rodziców. Z powodu nałogowego zbieractwa cierpią nie tyle sami „kolekcjonerzy”, co członkowie ich rodzin. „Ojciec załatwiał się do nocnika, bo zbiory matki uniemożliwiały wejście do łazienki” – skarżyła się Angela na forum dla krewnych osób uzależnionych.

Podobnie było w przypadku Collyerów. Syllogomania dotyka często osoby bardzo inteligentne i wrażliwe, a to dlatego, że – jak próbują tłumaczyć psychologowie – widzą one więcej niż inni powiązań między rzeczami i to każe im bardziej je doceniać. Co charakterystyczne, nałogowi zbieracze kategoryzują swoje skarby wedle mocno niekonwencjonalnych kryteriów. Ot, na przykład rachunek za prąd szybciej wyląduje na stercie różnych kartek niż w szufladzie z innymi rachunkami.

Choć nie potrafimy jeszcze wyjaśnić mechanizmu narodzin tej obsesji, obserwacja braci Collyerów pozwala wierzyć, że źródło problemu przynajmniej częściowo tkwi w genach. Jeśli jedno z rodzeństwa odczuwa chorobliwą potrzebę kolekcjonowania, prawdopodobieństwo, że przymus ten dotknie również brata czy siostrę wynosi ok. 27 proc. U bliźniąt jednojajowych, które wyposażone są w ten sam garnitur genetyczny –ryzyko choroby rośnie dwukrotnie.

Leczenie osób dotkniętych syllogomanią jest trudne przede wszystkim dlatego, że sami chorzy nie wyrażają chęci podejmowania prób walki z tym problemem. Najczęściej stosuje się psychoterapię wspomaganą podawaniem antydepresantów, na przykład fluwoksaminy.

Zamknięcie królestwa

1 kwietnia odbył się pogrzeb Homera Collyera. Jego brat wciąż był nieobecny i stało się jasne, że najprawdopodobniej nie żyje. Jego ciało znaleziono tydzień później – o ironio! – w tym samym pokoju, w którym umarł Homer. Zginął przygnieciony przez stertę ciężkich przedmiotów. Medycy sądowi ustalili, że śmierć Langleya nastąpiła około miesiąca wcześniej niż zgon brata, którym się opiekował.

  1. Styl Życia

Jak rozbudzić w sobie energię do działania? 13 kroków

Energia śpi? Obudź ją! Czasem wystarczy kilka prostych metod. (Fot. iStock)
Energia śpi? Obudź ją! Czasem wystarczy kilka prostych metod. (Fot. iStock)
Pełni radości ludzie, żywe kolory - to wystarczający program energetyzujący. Nie ma na to lepszej pory niż późna wiosna!

Nic mi się nie chce! Za oknem piękna pogoda, a ja myślę tylko, by poleżeć w łóżku. Energia śpi? Obudź ją! Czasem wystarczy kilka prostych metod. Zacznij działać, uruchom wewnętrzną siłę! Oto szczęśliwa trzynastka sposobów na pobudkę.

1. Znajdź swój rytm! Zapisz się na zajęcia taneczne. Salsa, afro dance, rock and roll – zatańcz jak lubisz. Jeśli masz wątpliwości, co wybrać, idź na lekcję próbną. I wyciągnij ze sobą kogoś znajomego. Energetyzująca muzyka jest bardzo skuteczna!

2. Spacerując, staraj się co jakiś czas zmieniać rytm kroków – idź szybciej, potem wolniej i znów szybciej. Rozglądaj się uważnie. Dostrzegaj szczegóły, zatrzymuj wzrok na kolorach. Szukaj rzeczy śmiesznych lub zaskakujących.

3. Uprawiaj sport. Wybierz coś dla siebie: jogging, aerobic, pływanie, jogę…, każda z tych form ma swoje zalety i – jak każdy sport – pobudza wydzielanie endorfin, czyli tzw. hormonów szczęścia.

4. Zaplanuj przyjemne i aktywne popołudnie. Nie przed telewizorem czy komputerem. Twój kierunek to zieleń, majowa eksplozja. Przyroda doda ci sił. Wyjedź za miasto, idź do parku, wybierz się na spacer, na rowery z przyjaciółmi. Zwłaszcza teraz, późną wiosną, kiedy wszystko jest tak intensywne – zaczerpnij do woli energii od drzew i kwiatów, ich mocy i soczystych barw.

5. Podobnie jak w przypadku innych marzeń i potrzeb – wizualizuj swoją energię. Napisz wyraźnie: „Mam mnóstwo energii” i powieś sobie taki transparent nad biurkiem w pracy lub domu. Chodzi o to, żeby to zdanie towarzyszyło ci każdego dnia. Powtarzaj je w myślach, aż zaczniesz w nie wierzyć. Wtedy stanie się tak jak chcesz!

6. Otaczaj się ludźmi pełnymi energii, unikaj maruderów. Masz do tego prawo. Możesz nawet poprosić, żeby kolega w pracy nie narzekał w twojej obecności i nie marudził. To zatruwa i odbiera energię otoczeniu.

7. Nie żyj tęsknotą za weekendem! Potrzebujesz radości z każdej chwili, a nie męczarni od poniedziałku do piątku. Pomyśl, że każdy dzień niesie swoją własną porcję energii.

8. Nie daj sobie wmówić, że jesteś na coś za stary albo za młody, że pewnych rzeczy nie wypada. Jeśli masz nagłą chęć na lody albo taniec na placu zabaw, skakankę, zabójczą czerwoną apaszkę, głośny śmiech... Czemu nie? Rób to, co uważasz za dobre dla ciebie, czyli wszystko, co ładuje cię pozytywną energią!

9. Nie dziw się, że na nic nie masz siły, jeśli śpisz 5 godzin na dobę, a od rana pijesz litrami kawę, byle tylko się obudzić. Na śnie nie da się zaoszczędzić. Każdy dorosły człowiek potrzebuje przespać w nocy minimum 7–8 godzin. Zadbaj o tę podstawową potrzebę. Wyrzuć z sypialni laptop, telewizor, a kładąc się na odpoczynek, wyłącz telefon.

10. Przed tobą trudne lub nużące zadanie? Usiądź na chwilę, zamknij oczy i przywołaj wszystkie pozytywne emocje, które pojawią się, gdy będzie już zrobione. Ulga? Radość? Zaskoczenie, że nie było takie trudne? I zabierz się do pracy! Teraz pójdzie ci szybciej i łatwiej.

11. Na koniec każdego dnia zaplanuj sobie małą przyjemność: przeczytanie fragmentu książki, wieczorny spacer, obejrzenie zdjęć. Spraw, by ten wieczór był nazajutrz miłym wspomnieniem.

12. Weź telefon i zadzwoń do kogoś, kogo kochasz i powiedz mu o tym. Nie oczekuj odwdzięczenia się tym samym, po prostu ciesz się, że spotkałeś go na swojej drodze. Przywołaj wspólne, szczęśliwe chwile.

13. Jeśli mieszkasz z partnerem, umówcie się, że każdego dnia po pracy zafundujecie sobie niestresującą, przyjemną rozmowę, a raz w tygodniu wybierzecie się tam, gdzie panuje luźna atmosfera.

Julia Nowicka - trenerka umiejętności psychologicznych.

  1. Styl Życia

Ekologiczna higiena osobista. Jak o siebie dbać i wybierać artykuły higieniczne, aby nie szkodzić planecie?

Fot. materiał partnera
Fot. materiał partnera
W 2018 roku w Europie wyprodukowano 61,8 mln ton tworzyw sztucznych, na świecie - 359 mln ton. Tworzywa sztuczne w ostatnich kilkudziesięciu latach zdominowały nasze codzienne życie. Ze względu na swoją wszechstronność, trwałość, niską cenę i odporność znajdują niezliczoną ilość zastosowań, od opakowań, artykułów higieny osobistej i przedmiotów codziennego użytku, przez rolnictwo i budownictwo, po naukę, sprzęty medyczne i elektroniczne.

Tworzywa sztuczne. Czy można zminimalizować ich szkodliwość?

Tworzywa sztuczne ze względu na swoje unikalne cechy są w stanie zaspokoić mnóstwo potrzeb i wymagań człowieka, czynią życie łatwiejszym i bezpieczniejszym. Z tego względu nie sposób wyeliminować je z codziennego życia. Należy jednak zwrócić uwagę na pełne wykorzystanie potencjału tworzyw sztucznych oraz ich odpowiednie zagospodarowanie po zakończeniu użytkowania, jednocześnie pamiętając, że większość z nich jest obecnie produkowana, bazując na nieodnawialnych surowcach kopalnych – ropie naftowej i gazie ziemnym.

Tworzywa sztuczne mają ogromny potencjał. Choć w wielu przypadkach zastosowany materiał może być użyty ponownie, a żywotność wytworzonych z plastiku produktów to często dziesięciolecia, to wiele przedmiotów stworzonych z tworzyw sztucznych jest wykorzystywana jednokrotnie, często przez bardzo krótki czas. Według prognoz produkcja tworzyw sztucznych wciąż będzie rosnąć, dlatego konieczne jest zamknięcie obiegu plastiku, czego kluczem jest odejście od składowania tworzyw i skupienie się na recyklingu – ponownym wykorzystaniu zasobów. W Polsce większość, bo ponad 42% z zebranych w 2018 roku 1,9 mln ton odpadów z tworzyw sztucznych została poddana składowaniu, a jedynie 27,4% - recyklingowi.

Nie sposób nie wspomnieć tu o problemie śmieci trafiających na łono natury. Środowisko naturalne jest niedopuszczalnym miejscem dla tworzyw sztucznych, a co niepokojące okazuje się, że właśnie tam dostaje się część plastiku wytworzonego przez człowieka. Szacuje się, że do oceanów co roku trafia od 5 do nawet 13 milionów ton tworzyw sztucznych. Plastik trafia nawet do najbardziej niedostępnych miejsc na Ziemi. Plastikowe torebki odnaleziono nawet na dnie Rowu Mariańskiego – czyli prawie 11 km pod powierzchnią wody.

Tworzywa sztuczne a recyklingTworzywa sztuczne a recykling

Coraz bardziej rośnie potrzeba lepszego zagospodarowania odpadów z tworzyw sztucznych. Stopniowo wdrażane są odgórne regulacje, przedsiębiorstwa wprowadzają bardziej ekologiczne rozwiązania i produkty, a ekologiczny styl życia jest nie tylko modny, ale staje się powoli koniecznością. Każdego dnia możemy podejmować nawet drobne wybory, które będą korzystniejsze dla natury, zmniejszą ilość plastiku trafiającego do środowiska i ograniczą ilość produkowanych śmieci, w tym poprawią stopień ponownego wykorzystania odpadów z tworzyw sztucznych, zamykając ich obieg. Segregacja odpadów, wielorazowe torby na zakupy czy rezygnacja z jednorazowych opakowań foliowych do ważenia warzyw i owoców to podstawowe kroki, które wielu z nas wprowadziło już do swojego życia. Warto przyjrzeć się także artykułom higieny osobistej. Jak dbać o środowisko, jednocześnie dbając o higienę? Chcąc podejmować bardziej ekologiczne wybory w tym zakresie, warto przyjrzeć się sposobowi pakowania produktów do higieny osobistej oraz temu, z jakich materiałów je stworzono.

Jak dbać o ziemię wybierając artykuły higieny osobistej?

Głównym segmentem zastosowania tworzyw sztucznych w Europie są opakowania. W 2019 roku na ten cel zużyto niemal 40% wyprodukowanego plastiku. Chcąc więc dokonywać bardziej ekologicznych wyborów podczas zakupu artykułów higieny osobistej, warto zwrócić uwagę, w co są zapakowane. Zamiast produktów opakowanych w plastik, bardziej ekologicznym wyborem będzie biodegradowalne, papierowe pudełko. Jeszcze lepiej, jeśli użyty do produkcji takiego opakowania papier pochodzi z recyklingu. Przykładem ekologicznego rozwiązania w tej kwestii są szampony w kostce. Zamiast opakowanego w plastikową butelkę płynu, kostka szamponu znajduje się w papierowym kartoniku lub metalowej puszce. Niektórzy producenci zastępują plastikowo-kartonowe opakowania artykułów higienicznych takimi, wykonanymi w pełni z papieru. Plastikowe opakowanie szczoteczki do zębów Jordan Green Clean zastąpiono kartonikiem, wykonanym ze zrecyklingowanych włókien papierowych. W krótkim czasie pozwoliło to na zaoszczędzenie ponad 30 ton dziewiczego plastiku. Co ciekawe – również nić dentystyczna Jordan Green Clean jest zapakowana w tekturowe opakowanie wytworzone w pełni ze zrecyklingowanego papieru i służące jednocześnie jako pojemnik na nić. Ze względu na specyfikę produktu, opakowanie pasty do zębów nie może być papierowe, jednak i w tej kwestii możliwe są bardziej ekologiczne rozwiązania. W przypadku past do zębów Jordan Green Clean plastikowa tubka, zamiast z dziewiczego tworzywa sztucznego, wyprodukowana jest niemal w połowie z plastiku z recyklingu. Aby zaoszczędzić zasoby, pasty do zębów Jordan Green Clean nie są dodatkowo pakowane w kartonik, a umieszczony na tubce opis zachęca do rozcięcia opakowania i zużycia produktu do samego końca.

Jak dbać o Ziemię?Jak dbać o Ziemię?

Ekologiczna higiena osobista

Poza opakowaniem artykułów do higieny osobistej warto zwrócić uwagę na materiały, z jakich je wykonano. Papierowe lub drewniane trzonki patyczków do uszu, ekologiczne podpaski, wykonane z organicznej bawełny i biodegradowalnego ochronnego tworzywa, czy kompostowalne mokre chusteczki to przykłady artykułów do higieny osobistej, przy których tworzeniu wzięto pod uwagę wpływ na środowisko. Również wśród artykułów do higieny jamy ustnej można znaleźć ekologiczne rozwiązania. Szpulka, na którą nawinięto nić dentystyczną Jordan Green Clean w całości wykonana jest ze zrecyklingowanego, przetworzonego plastiku. Z kolei rączka szczoteczki do zębów Jordan Green Clean oraz flosser – uchwyt do nici dentystycznej tej marki wykonane są z przetworzonego plastiku z pojemników na żywność, m.in. z kubeczków po jogurtach. To rozwiązanie pozwoliło do lutego 2021 roku na zastąpienie ponad 80 ton dziewiczego plastiku tworzywem pochodzącym z recyklingu. W sumie aż 90% szczoteczki Jordan Green Clean wraz z opakowaniem jest wykonane z materiałów pochodzących z recyklingu. Dzięki temu zminimalizowano zużycie zasobów i w znacznym stopniu zamknięto ich obieg. Pozostałe 10% produktu to ekologiczne włosie, które do tej pory zastąpiło ponad 6 ton nylonowych nici, produkowanych z nieodnawialnych zasobów kopalnianych. W szczoteczkach Jordan Green Clean połączono trwałość i dbałość o zrównoważony rozwój z nowoczesnym i minimalistycznym skandynawskim designem. Szczoteczka dostępna jest w czterech różnych kolorach oraz w trzech wersjach twardości włosia.

Bibliografia

Jambeck, Jenna R., et al. "Plastic waste inputs from land into the ocean." Science 347.6223 (2015): 768-771.

„Jak odejść od jednorazowego plastiku? Poradnik, jak implementować dyrektywę w sprawie jednorazowych produktów z tworzyw sztucznych”, Rethink Plastic Alliance i Break Free From Plastic, 2019 https://www.greenpeace.org/static/planet4-poland-stateless/2020/02/b90b92b4-jak_odejsc_od_plastiku.pdf

Raport „Tworzywa – Fakty 2020. Analiza produkcji, zapotrzebowania oraz odzysku tworzyw sztucznych w Europie”, PlasticsEurope (Stowarzyszenie Producentów Tworzyw Sztucznych w Europie) https://www.plasticseurope.org/pl/resources/publications/4433-tworzywa-fakty-2020

„Plastic proliferates at the bottom of world's deepest ocean trench”, Sarah Gibbens

https://www.nationalgeographic.com/science/article/plastic-bag-mariana-trench-pollution-science-spd

  1. Styl Życia

Olga Bończyk o dzieciństwie pełnym miłości i traumy

„Bycie dzieckiem osób niesłyszących jest wyzwaniem. Dojrzewasz zdecydowanie szybciej, bo siłą rzeczy wprowadzana jesteś w sprawy dorosłych dużo wcześniej niż rówieśnicy”, mówi aktorka i wokalistka Olga Bończyk. I dodaje, że jako dziecko wielokrotnie występowała w bardzo trudnej roli łącznika między światem a niesłyszącymi rodzicami.

Mam dziesięć lat. Wracam ze szkoły do domu, dostałam kiepską ocenę, skarżę się mamie, że miałam zły dzień. Mama siada na kanapie, zawsze w tej samej pozycji, opiera się wygodnie i mówi: „Chodź, połóż się na mnie”. Siadam na niej okrakiem, nazywałam to „na żabkę”, wtulam się w nią bardzo mocno całym ciałem. Mama gładzi mnie po plecach, po głowie i spokojnym, kojącym głosem mówi: „Nic się nie martw, następnym razem będzie lepiej. Pamiętaj, na pewno dasz sobie radę”. To jest wspomnienie totalnego poczucia bezpieczeństwa. Ta scena powtarzała się wielokrotnie.

Wychowywałam się w rodzinie niesłyszącej, tata urodził się bez słuchu, mama straciła go, gdy miała kilkanaście lat, w wyniku wypadku. Oboje z bratem chodziliśmy do szkoły muzycznej, mama nie była więc w stanie pomagać nam w lekcjach, mam wrażenie, że te chwile w silnym uścisku były jej sposobem na okazanie oddania, wsparcia i wiary w moje siły, możliwości, w mój potencjał. Ten uścisk był dla mnie symbolem pewności, że niezależnie od wszystkiego ona zawsze będzie mnie kochać, że dla niej nie muszę zostać wirtuozem fortepianu, świetnym muzykiem, nie muszę zapracować sobie na jej uczucie. Nigdy nie cisnęła, wręcz podkreślała, że jeżeli tylko będziemy chcieli z bratem zrezygnować z nauki w dającej wycisk szkole muzycznej, ona nie ma nic przeciwko, w każdej chwili przeniesie nas do zwykłej rejonówki i absolutnie nie będzie rozczarowana.

Mama była boją, do której zawsze mogłam podpłynąć i się przytrzymać. Jej podejście, czułość, ciepło i bezwarunkowość jej miłości dały mi siłę na całe życie.

Mama wdrukowała mi też pewne zasady, ale muszę przyznać, że życie je zweryfikowało. Była idealistką, pamiętam, jak mi powtarzała: „Najważniejsze, żebyś żyła tak, by nikt przez ciebie nie płakał”. Zapomniała tylko dodać, że trzeba tę mądrość ostrożnie stosować, bo jak się przesadzi, to najpewniej samemu zapłacze się nieraz…

Rodzice Olgi Bończyk: Irena i Stefan Bockowie (1964). (Fot. archiwum prywatne)Rodzice Olgi Bończyk: Irena i Stefan Bockowie (1964). (Fot. archiwum prywatne)


Zazdrość i hormony

Mama zmarła, kiedy miałam 18 lat, nie zdążyłyśmy zaprzyjaźnić się ze sobą jak dwie dorosłe kobiety. Ale jestem prawie pewna, że gdyby żyła dłużej, zostałybyśmy bliskimi przyjaciółkami. Była niesamowicie otwarta, mimo swoich ograniczeń związanych z niesłyszeniem przyciągała moich znajomych jak magnes. Moje koleżanki i koledzy do niej lgnęli. Pamiętam wiele momentów, kiedy byłam wręcz zazdrosna. Z jednej strony o nią, a z drugiej – o moich znajomych. Tym bardziej że nie miałam ich wielu, szkoła i fortepian pochłaniały cały mój czas, na podwórko nie było miejsca. A kiedy już zdarzyło się, że ktoś do mnie przychodził, od drzwi wędrował prosto do kuchni, do mojej mamy… żeby choć przez chwilę z nią pobyć. Czasem byłam wściekła.

Wściekała mnie też nadopiekuńczość mamy. A ta wynikała przede wszystkim z jej ograniczeń, z niesłyszenia. Do szkoły miałam daleko, podróżowałam przez kawał miasta, mama zawsze się o mnie bardzo bała. Pamiętam, jak powtarzała: „Gdyby coś ci się stało, będę ostatnią osobą, która się o tym dowie”. Byłam więc pod kloszem, w reżimie wracania do domu o określonej porze. Aż w końcu zaczęłam się buntować; i te ostatnie lata życia mamy to był czas mojego rewolucyjnego myślenia i działania. Mama chorowała na raka, słabła, a jednocześnie nie mogła pogodzić się z brakiem kontroli nade mną. Ścierałyśmy się wtedy, czasem mocno, bo mimo ogromnej miłości do niej moje buzujące hormony nie chciały odpuścić. Kiedy mama zmarła, klosz się uchylił, „dorwałam się” do wolności, przez jakiś czas podejmowałam mocno kontrowersyjne, czasem niezbyt mądre decyzje, jakby bunt wciąż trwał, choć mamy już nie było…

Cisza i dźwięk

Moje dzieciństwo to była nieustająca „przepychanka” ciszy i dźwięków. Kiedy wracaliśmy z bratem do domu, rozkręcaliśmy wszystkie gałki: od telewizora, radia, wszystkich możliwych urządzeń. Brat ćwiczył grę na skrzypcach, ja siadałam do pianina, dom wtedy ożywał. A kiedy tylko kładliśmy się spać, mama wszystkie gałki skręcała do zera. Na wszelki wypadek, by przypadkiem, kiedy rano wyjdziemy do szkoły, a ona coś niechcący poruszy, nie zaczęło grać zbyt głośno, bo wtedy przeszkadzałoby sąsiadom. To były takie dwa rytuały – my wszystko rozkręcaliśmy, a mama zakręcała. W naszym domu cisza walczyła z dźwiękiem.

W domu osób niesłyszących zamiast dzwonka przy drzwiach zainstalowane jest światło, podłączone kablami w każdym pomieszczeniu tak, by mieszkańcy wiedzieli, że ktoś próbuje dostać się do mieszkania. U nas też tak było. Choć gdzieś podskórnie bardzo chcieliśmy z bratem, by nasz dom był zwyczajny, on taki nie był. Tak jak zwyczajne nie było nasze dzieciństwo. Mieliśmy swoje obowiązki, jak choćby ten, że codziennie wieczorem, kiedy w telewizorze były wiadomości, jedno z nas oglądało je z rodzicami, by im przekazywać treść. Mieliśmy takie dyżury, czy to lubiliśmy, czy nie, tak po prostu było. Pamiętam, że tłumaczyliśmy rodzicom czasem też filmy i wielką radością były dla nas dni, kiedy telewizja emitowała film radziecki, bo on zawsze był z napisami! Wtedy mówiłam sobie w myślach: „Hura, mam wolne!”.

Bycie dzieckiem osób niesłyszących jest wyzwaniem, ciężarem, nie da się tego ukryć. Dojrzewasz zdecydowanie szybciej, bo siłą rzeczy wprowadzana jesteś w świat dorosłych dużo wcześniej niż rówieśnicy. Kiedy rodzice musieli załatwić jakieś sprawy urzędowe, też zawsze potrzebowali jednego z nas w roli „tłumacza”. Pamiętam, jak strasznie trudne były dla mnie wizyty u lekarzy z chorującą na raka mamą. Nie dość, że musiałam bez żadnego filtra, który zwykle rodzice starają się nakładać na tego rodzaju informacje przekazywane dzieciom, usłyszeć diagnozę i rokowania, to musiałam jeszcze przekazać je mamie. To ja powiedziałam mojej mamie, że w każdej chwili może umrzeć. To z pewnością są zadania wykraczające poza to, co dzieciak może emocjonalnie udźwignąć.

Bycie słyszącym dzieckiem niesłyszącego rodzica czy rodziców to zjawisko, którym w pewnym momencie zajęli się psychologowie. Określili takie dzieci – dziećmi z syndromem CODA (z ang. child of deaf adult/s). Więc tak, jestem dzieckiem CODA. I bez wątpienia jest to rodzaj silnego naznaczenia. Muszę użyć mocnego słowa – w takie dzieciństwo wpisany jest pewien rodzaj traumy, niestety. Bo nie jest normalne, że dziecko występuje w roli dorosłego, jest opiekunem swoich rodziców. I żeby nie wiem, ile miłości, ciepła, czułości było w takim domu, a w moim było ich naprawdę bardzo dużo, nie ma szans, by uniknąć wspomnianej traumy.

Trzyletnia Olga ze starszym o cztery lata bratem Mirosławem (1972). (Fot. archiwum prywatne)Trzyletnia Olga ze starszym o cztery lata bratem Mirosławem (1972). (Fot. archiwum prywatne)

Ta najgorsza

Czas mojego dorastania naznaczony był także poczuciem bycia kimś gorszym od całej reszty. Jak masz „dziwny”, nienormalny, niepełnosprawny dom, to dla większości ty też jesteś nienormalna. I tak byłam traktowana przez dzieci. Bardzo z tego powodu cierpiałam. Moja codzienność pełna była też manifestów, ciągle wstawiałam się za rodzicami, broniłam ich jak lwica. Słyszałam, że jak mam głuchych rodziców, to znaczy, że mam też głupich rodziców. A przecież moi rodzice nie byli głupi, więc miałam w sobie ciągły przymus, by przekonywać świat o ich wartości.

Czułam się gorsza, bo tak traktowali mnie rówieśnicy, zawsze na szarym końcu, w ogonie, jako ta „wybrakowana”. Nigdy nie zapomnę sytuacji, kiedy doszłam do ściany, nie potrafiłam opanować emocji. Ból i wściekłość wzięły górę. To było w drugiej klasie szkoły podstawowej. Mama była wtedy pierwszy raz ze swoim rakiem w szpitalu, miała amputowaną pierś. Przeżywałam to bardzo. Jedna z koleżanek, zresztą córka lekarki, która leczyła moją mamę, czyli ta dziewczyna sporo o mamie i jej chorobie wiedziała, powiedziała na forum klasy, że moi rodzice są głusi, więc nie można się z nimi porozumieć. Użyła jeszcze kilku stereotypów zasłyszanych od dorosłych. A we mnie coś wtedy pękło. Namówiłam dwie koleżanki, żeby podczas długiej przerwy związać tę dziewczynkę skakanką w piwnicy i ją tam zostawić. Zrobiłyśmy to, a ja powtarzałam jej wciąż: „To za moich rodziców”. Oczywiście, nie było to dobre zachowanie, ale pamiętam, że czułam się tak zdesperowana i zrozpaczona, że uznałam, iż tylko przemocą mogę okazać, jak to oczernianie mojej mamy i mojego taty strasznie mi się nie podoba, strasznie mnie boli.

Wystąpiłam na apelu, dostałam burę od wychowawczyni, naganę, ale to wszystko nie była żadna cena, miałam przez moment poczucie, że dzięki mnie sprawiedliwości stało się zadość.

Wrocław i zapach krochmalu

Wychowałam się w moim ukochanym Wrocławiu, najpiękniejszym mieście świata. Kiedy było ciepło, uwielbiałam uczyć się nie w domu, ale w ogrodzie botanicznym. Przesiadywałam tam godzinami. Prawie zawsze sama. Bo byłam typem samotnika. Nie tylko z wyboru. Kiedy moje koleżanki chodziły na dyskoteki, ja… ćwiczyłam na fortepianie albo byłam opiekunem i tłumaczem. Kiedy rówieśnicy szaleli na podwórku, ja… ćwiczyłam na fortepianie albo byłam opiekunem i tłumaczem itd. Nawet moja pierwsza miłość wydarzyła się dopiero, gdy miałam 17 lat. Byłam dość nieśmiała, wycofana. Niewiele mam wspomnień związanych z tak zwanym wolnym czasem, z tym, co „po szkole”. Pamiętam, że kiedy pierwszy raz pojechałam na kolonie, moje koleżanki wiedziały już „wszystko” o miłości, o relacjach z chłopakami, ja byłam zupełnie zielona, znowu na końcu, w ogonie. Moje dzieciństwo, dorastanie były więc inne. Ale nigdy nie powiem, że nieszczęśliwe.

W naszym domu się nie przelewało, mama chorowała, więc tylko tata pracował i on nas utrzymywał. Jednak zawsze ja i brat byliśmy pierwsi na liście wszystkich potrzeb. Dla nas zawsze było wszystko, co tylko być mogło. Mama wybierała dla nas najlepsze kąski, sobie zostawiała, jak to mówił mój brat, „ochłapy”.

Prawie nic sobie nie kupowała, może raz w roku jakąś bluzkę czy sukienkę, ale zawsze była w niej klasa. Mogła mieć na sobie coś, co miało 20 lat, ale nosiła się w tym jak dama. Widziałam w niej królową. Siadała jak dama, miała gesty damy, w najlepszym tego słowa znaczeniu. Do dziś mam pewność, że nie jest ważne, co ma się na sobie, ale jak to się nosi. Metki nie mają dla mnie żadnego znaczenia. Taką lekcję kobiecości wyniosłam z domu. Mama nauczyła mnie także, że kobiecość to powściągliwość, ona zawsze czekała chwilę, nim coś powiedziała. Unosiła oczy, lekko przekrzywiała głowę, jakby zbierała myśli, dopiero potem mówiła. Nigdy nie paplała. Jestem taka sama.

Dom zawsze pachniał czystością, krochmalem, wszystko lśniło, wszystko miało swoje miejsce. Mama świetnie też gotowała, uwielbiałam jej rosół, pierogi ruskie czy mistrzowską zupę koperkową. Pamiętam, że kiedy wpadałam, jak to nastolatka, na pomysł, że będę się odchudzać, mama przygotowywała specjalnie swoje genialne ruskie pierogi i mówiła: „Tak mi szkoda, córeczko, że jesteś na diecie i nie możesz zjeść”. Miała wtedy sto procent pewności, że wcześniej czy później wpadnę do kuchni i rzucę się na ten przysmak! Zwykle nie trwało to dłużej niż 20 minut. Ruskie to bez wątpienia smak dzieciństwa!

Olga Bończyk, aktorka i wokalistka. Szerokiej publiczności znana z seriali: „Na dobre i na złe”, „Leśniczówka” i „Barwy szczęścia”. Gra na scenach wielu teatrów, ostatnio w spektaklach: „Za rok o tej samej porze”, „Atrakcyjna wdowa” czy „Kwartet”. Nagrała pięć solowych albumów. Najnowszy, „Ślady miłości”, miał premierę w marcu tego roku.