Odkrywanie przeszłości: Jak naprawdę wygląda praca archeologa?

fot. iStock

Codzienność archeologa? Praca w błocie i wieczorne plotki. Z drugiej strony obcowanie z przeszłością uczy życia i uwalnia od lęku przed przyszłością. Marta Guzowska, archeolożka i autorka kryminałów z wykopaliskami w tle, mówi, ile ten zawód ma wspólnego z romantycznym wyobrażeniem rodem z filmów o Indianie Jonesie. I dlaczego tak wciąga

O swoim zawodzie opowiada pani jak o pracy marzeń. Zawsze tak było?

Większość osób ma wyobrażenie na temat archeologii, które nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Ze mną było podobnie, ale ta praca nigdy mnie nie rozczarowała, może dlatego, że przypomina mi dzieciństwo.

Jako dziecko sporo podróżowałam po basenie Morza Śródziemnego. Mój tata pracował wówczas w Libii jako geodeta, więc spędzaliśmy tam wakacje. Rodzicom zależało, żebyśmy poznali choć trochę kulturę i historię tego kraju, dlatego zamiast jedynie leżeć na plaży, zwiedzaliśmy stanowiska archeologiczne. A Libia pod tym względem jest bardzo bogata! I kiedy podczas pierwszych studenckich wykopalisk trafiłam na Cypr, czyli znowu w region basenu Morza Śródziemnego, poczułam, że wracam do własnej przeszłości. Zapachy, smaki, pogoda, to wszystko przypominało mi bardzo fajne dzieciństwo. A za chwilę okazało się, że ta praca to prawdziwa miłość, zupełnie pochłonęły mnie zagadki, odkopywanie, odszukiwanie. Archeologia jest jak nałóg, z tego nie można się wyzwolić.

Jak to się stało, że spełniona w swojej pracy pani archeolog zaczęła pisać kryminały?

Odpowiedź jest prosta: urodziłam syna. Z osoby aktywnej, która jeździ na wykopaliska i konferencje, zamieniłam się w mamę, która siedzi w domu z dzieckiem. To było dla mnie bardzo trudne i rodziło gigantyczne wyrzuty sumienia, bo z jednej strony czułam, że powinnam być z dzieckiem, a z drugiej – że za chwilę zwariuję, jeśli czegoś nie zmienię. A ponieważ zawsze lubiłam czytać kryminały, uznałam, że napiszę kryminał, gdzie te tzw. negatywne emocje znajdą ujście. Jednocześnie bardzo tęskniłam za wykopaliskami, zwłaszcza za Troją, która jest moim ukochanym stanowiskiem i gdzie pracowałam przez 15 lat. Dlatego postanowiłam te wykopaliska opisać i właśnie w Troi umieściłam akcję mojej pierwszej książki „Ofiara Polikseny”. Gdy syn podrósł, wróciłam na stanowisko, ale chwilę później urodziłam córkę. Dziś dzieci są już odchowane, a ja zaczynam rozglądać się za nowymi wykopaliskami.

W książkach codzienność archeologa przedstawia pani mało zachęcająco: podłe jedzenie, skwar, pot, brud, kurz, pył i mozolne zamiatanie szczoteczkami miejsc, w których może być coś cennego.

Bo tak to w praktyce wygląda, tyle że wszystko zależy od nastawienia. Po całym dniu na wykopie ma się ochotę kogoś zabić, a zaraz potem umrzeć. Jest się strasznie brudnym, spragnionym i zmęczonym, ma się wszystkiego dosyć. Ale weźmy poprawkę na to, że w moich książkach narratorem jest Mario Ybl, straszliwy malkontent, który na wszystko narzeka. Takiego bohatera stworzyłam i kocham go za to malkontenctwo, choć czasem nie ułatwia mi życia. Akcja trzeciej książki dzieje się na Krecie, a Kreta to moje ukochane miejsce na świecie. Miałam olbrzymi problem, jak ją pokazać oczami Maria, który potrafi zniechęcić do wszystkiego. Chowając się za Mariem, nie biorę odpowiedzialności za jego poglądy, ale prawda jest taka, że wszystko, co Maria w Krecie irytuje, ja kocham.

Zawód archeologa wydaje się bardzo romantyczny, zwłaszcza jeśli mamy wyobrażenia pracy w stylu Indiany Jonesa albo profesora Schliemanna – odkrywcy Troi. Podejrzewam jednak, że często kończy się po kolana w błocie w jakiejś polskiej wiosce.

Zdarzyło mi się kopać w błocie, choć to była niemiecka wioska. A błoto było tak potworne, że buty w nim gubiliśmy. Cóż, to część naszej pracy, a jeśli ktoś już kończy studia, to chce pracować w zawodzie. Zawsze znajdzie się miejsce do pomocy przy wykopaliskach, natomiast znalezienie posady na uniwersytecie czy w instytucie badawczym jest znacznie trudniejsze. Często spotykam kolegów ze studiów w wydawnictwach, gdzie pracują jako redaktorzy czy dyrektorzy do spraw sprzedaży.

Czy w tym zawodzie człowieka potrafi dopaść rutyna albo frustracja?

Zdarza się, że kończą się pieniądze z grantu, a trzeba coś jeszcze przebadać albo skończyć. I to jest bardzo frustrujące. Rutyna też się zdarza, tak jak w zawodzie pisarza. Książkę, która ma się ukazać jesienią („Reguła nr 1”, Wydawnictwo Marginesy – przyp. red.), zaczęłam pisać zimą. W pewnym momencie utknęłam i dopiero pod koniec wiosny wymyśliłam coś, co pchnęło akcję do przodu. Z archeologią jest podobnie. Często jakiś projekt ciągnie się bardzo długo, bo coś nie wychodzi, a gratyfikacja w tym zawodzie jest bardzo ważna.

Pewnie nieczęsto dokonuje się ważnych odkryć, o których potem czytamy w mediach.

Wprost przeciwnie – wielkie odkrycia zdarzają się częściej niż piszą o tym media, ale rzadko są medialne. Archeolodzy wybierają stanowiska pod kątem problemów badawczych do rozwiązania. Na przykład wciąż niewiele wiemy o osadnictwie z końca epoki brązu na Krecie, więc archeolodzy szukają stanowisk z tego okresu, licząc, że wykopaliska uzupełnią ich wiedzę.

Miałam szczęście pracować na stanowisku sprzed około 1200 lat p.n.e. Odkopaliśmy osadę, w której znaleźliśmy masę ciekawej ceramiki, domy oraz wiejską świątynię. W pewnym momencie zorientowaliśmy się, że traf chciał, iż w czasie trzęsienia ziemi, które wówczas miało miejsce, mury świątyni zwaliły się, grzebiąc jej wnętrze. Na szczęście gdy podnieśliśmy ściany, ukazała się niemal nienaruszona świątynia z epoki brązu. Jasne, wszystko było potłuczone, ale w taki sposób, że dało się to w całości skleić.

Brzmi jak opis sceny z filmu przygodowego…

Z punktu widzenia badacza to było nieprawdopodobne odkrycie, ale też samo odkopywanie było niezwykłym przeżyciem. Czuliśmy się jak w kapsule czasu, bo oto leżał przed nami nie tylko znak historii, ale i najważniejsze miejsce – świątynia. Były tam posągi z gliny, wcześniej znano tylko trzy takie obiekty, a odkopaliśmy kilka razy tyle i znacząco zwiększyliśmy naszą wiedzę. To było naprawdę coś wielkiego! Na dodatek okazało się, że nigdzie nie można stanąć, wszystko leży na ziemi, więc we dwie z przyjaciółką, jako najmniejsze i najlżejsze z ekipy, zostałyśmy oddelegowane, by na bosaka, dzień w dzień, w szczerym polu, odkopywać świątynię. Gdy po południu wszyscy siedzieli już wykąpani w klimatyzowanych pomieszczeniach, my pracowałyśmy nadal w upale, brudzie i kurzu, a szefowa dowoziła nam pizzę. Przeżycie wspaniałe, ale to była potwornie ciężka praca fizyczna.

Wyobrażam sobie, że tak głębokie wchodzenie, czasem dosłownie, w historię, musi wpływać na samoświadomość samych archeologów.

Wpływa niesamowicie. Możliwość dotknięcia historii, a my przecież dosłownie dotykamy przeszłości, jest nieprawdopodobnym przeżyciem.

Jedno z moich ważniejszych przeżyć archeologicznych to urlop na wyspie Santorini, gdzie spędziłam kilka dni ze znajomą, która tam prowadziła wykopaliska. Podczas kolacji powiedziała, że ma klucze do muzeum i zapytała, czy chcę zajrzeć. Wybrałyśmy się tam późnym wieczorem. W jednej z zamkniętych dla zwiedzających sal, na podłodze leżały akurat freski przywiezione z Aten, które czekały na zamontowanie w gablotach. Liczyły sobie ok. 3,5 tysiąca lat, a znajoma pozwoliła mi ich dotknąć. Dotykanie, a właściwie dokładne wymacywanie czegoś tak starego i ważnego dla naszego dziedzictwa, było moim najsilniejszym archeologicznym przeżyciem. Do dziś, gdy to mówię, czuję dreszcze.

Czy taki silny kontakt z historią, z przeszłością rodzi dystans do teraźniejszości?

Z pewnością jako archeolodzy mamy spory dystans do tego, co dzieje się współcześnie. W swojej praktyce zajmowałam się różnymi okresami archeologicznymi, ale głównie rokiem 1200 p.n.e. Wtedy doszło do ogromnych migracji w basenie Morza Śródziemnego, wszyscy się przenosili i także bezskutecznie próbowano powstrzymać migrujących. Kiedy patrzę na próby powstrzymania fali emigracji z Syrii, chce mi się śmiać, bo takich okresów było już w historii wiele i wydarzą się jeszcze nieraz. Pewne zjawiska są nieuniknione, a my po prostu jesteśmy świadkami kolejnej fali, więc nie ma sensu się denerwować.

Czym dla pani jest praca archeologa teraz, gdy patrzy pani na nią już z perspektywy?

To trudne pytanie. Ta praca jest moją pasją. Brzmi jak banał, ale czy człowiek siedzi na wykopie, czy przygotowuje publikację i siedzi w bibliotece, by rozwikłać i zrozumieć to, co wykopał – niezwykle go to pochłania. Trudno wtedy myśleć o czymś innym. Archeolog zazwyczaj o niczym innym nie rozmawia, tylko o samej istocie tego, co właśnie robi.

Czy wy w ogóle myślicie o innych sprawach?

Archeolodzy na stanowiskach rozmawiają tylko na dwa tematy. Po pierwsze, plotkują, najchętniej o romansach, o tym, kto z kim i na jakim stanowisku… A po drugie, rozmawiają o swoich albo cudzych znaleziskach. Zdaję sobie sprawę, że dla osoby postronnej to może być strasznie nudne, ale nas po prostu pochłaniają opowieści o tym, kto, co i gdzie wykopał, do czego to może być podobne i kiedy to będzie można zobaczyć. Z archeologiem ciężko jest pogadać o czymkolwiek innym.

 

MARTA GUZOWSKA

doktor nauk humanistycznych, archeolożka, laureatka nagrody Wielkiego Kalibru za debiutancką „Ofiarę Polikseny”, autorka cyklu powieści kryminalnych o antropologu Mariu Yblu. Współprowadzi portal kryminalny „Zbrodnicze siostrzyczki”

 

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »