Po drugiej stronie lustra: prawda o życiu psychoterapeutów

fot. Istock

Pomagają nam zrozumieć i zmienić siebie. Czy jednak sami wyzbyli się wad, słabości, nałogów? Czy psychoterapia pomogła im sięgnąć po miłość i szczęście?

Mówią psychoterapeuci: Robert Rutkowski, Katarzyna Miller, Maria Rotkiel, Wojciech Eichelberger.

Robert Rutkowski: Mięsień siły woli

Podwójne życie to lęk: gdzie mój telefon, czy żona nie odczyta SMS-ów, czy zmieniłem kod!?

Łatwiej mi czy trudniej? Kiedy człowiek tak jak ja przestanie ćpać heroinę, a potem pić, nabiera siły wewnętrznej, jakby mięśnie w charakterze wyćwiczył. I łatwiej mu to, co postanowi, zrealizować. A to potrzebne, bo między abstynencją a trzeźwością długa droga…

Odstawienie narkotyków, alkoholu to pikuś, co boję się powiedzieć pacjentom. Mówię im za to: „Chlanie, ćpanie jest fascynujące!” „Co pan gada?!– złoszczą się”. „Wiem, bo to robiłem”. „To czemu pan przestał?” „Bo mi się przestało kalkulować. Im człowiek bardziej przytomny, tym lepiej to widzi. Dlatego najpierw odwyk, potem psychoterapia i motywacje, a wtedy dopiero widzimy, co trzeźwość daje”. Ludziom, którzy kupują u mnie alibi, a nie chcą pracować, mówię: Proszę do mnie nie przychodzić. Kocham tę pracę, bo w moim gabinecie szukamy prawdy. Jadę po kaznodziejsku, ale tak to czuję. Unikam ludzi, którzy kłamią, chyba że widzę, że nie potrafią przestać. Próbuję im pomóc, bo prawdy można się nauczyć. Kocham grzeszników, bo sam nim byłem. Dziękuję tym, którzy do mnie przychodzą. Płacą mi, a nadają sens mojemu życiu. Jestem ich lustrem. A lustro nie może być brudne. Nie pozwolę więc sobie na to, żeby siedzieć w gabinecie przyprószony kacem dnia poprzedniego albo zdradą sprzed tygodnia. Mnie to motywuje. I to, że żona w sierpniu urodzi nam dziecko.

W latach 90. kopnęła mnie w tyłek kobieta, która była moją kochanką przez cztery lata. Rozsypała mi się rodzina, bo trudno, żeby nie, a później ona zrobiła to samo, czyli odeszła. Zostałem sam. Pustka. Bez narkotyków, które były kołderką. I wtedy do mnie dotarło, że nie wyobrażam sobie wieczoru bez alkoholu. To było tąpnięcie: ja tu taki dumny i blady, że się uwolniłem od heroiny?! Piję?! Wtedy trzeźwym jeszcze nie byłem, tylko abstynentem. Bardzo łatwo sobie życie zniszczyć. Jak się pojawia pokusa, to pomaga mi pokora: wiem, co będzie po. To się nie kalkuluje. Robię bilans: czy mi się to opłaca? Przyjemność składa się z etapów: przed, punkt i po. Żeby móc ją analizować, potrzebny jest jasny umysł. Im więcej czasu minęło od ostatniej zdrady, zapicia czy zażycia narkotyków, tym nam łatwiej zachować rozum.

Mam pacjentów, którzy przychodzą w przerwach między ciągami kokainowymi: „Panie Robercie, mam hazard, mam kokainę, nie potrafię bez nich żyć, proszę mi pomóc”. Mówię: „Proszę zapomnieć o kokainie, hazardzie i opowiedzieć mi coś o sobie”. A wtedy zawsze to samo: facet ma żonę, dzieci, które kocha, i kochankę od czterech lat. „Czym pan chce się zająć – pytam. – Kokainą? A co z kochanką? „Na to nie jestem gotów”. „To na nic pan nie jest gotów. Nie ma co mówić o kokainie, jak się nie uporządkuje życia. Pan ćpa, bo pan szuka ukojenia, żeby odpuściły te wszystkie ścięgna, mięśnie napięte. Podwójne życie to lęk: gdzie mój telefon, czy żona nie odczyta SMS-ów, czy hasło zmieniłem?

Co ma kochanka do heroiny? Trzeba stanąć w prawdzie, to jest trzeźwość. Wajcha, żeby zacząć nowe życie. Bez prawdy nie ma trzeźwości, tylko dupościsk, czyli abstynencja. Powiem z własnego doświadczenia: nie ma seksu bez zobowiązań. Próbowałem. W najmniej oczekiwanym momencie po takim czymś przychodzi wspomnienie zapachu, wilgotności, dotyku. W chemii to się nazywa pamięcią substratu, w fizyce pamięcią materiału, a w życiu? Tęsknotą… Mężczyźni myślą, że mogą bezkarnie bzykać, że nie będą tęsknić. I to jest brak pokory. Ja nieustannie uczę się pokory. Co to jest? Gotowość na to, by o każdej porze dnia i nocy powiedzieć do bliskich: Jestem w porządku. Co my dziś mamy, sobotę? We wtorek domykałem przeszłość. Co dwa lata jeżdżę na Wolską, odbieram trzęsącymi się rękami wyniki, czy nie ma progresji choroby. Taki link z przeszłością. Dostałem w pysk, kiedy już byłem zajebisty, kiedy już byłem wymoszczony, ale dalej zdradzałem, kłamałem, i nagle: wirusowe zapalenie wątroby. Lekarz pyta: „Kiedy pan miał ostatnio żółtaczkę? 20 lat temu? To już pan nie powinien żyć”. To ten moment, kiedy nagle takie: acha! Każdy dzień jest darem!? A to, że mam rodzinę – bazą. I mi się nie kalkuluje to zepsuć. Potwierdzeniem nas samych jest drugi człowiek. Jeśli jest kobieta, która mnie kocha i mi ufa, budzi się przy mnie i usypia spokojna – czy jest większa nagroda? Bycie skurwysynem nie jest fajne. Udało mi się wyjść z heroiny i z zapalenia wątroby i być uczciwym, a kłamstwo to też narkotyk. Próbujemy sobie kłamstwem coś wymościć, tak jak narkotykami i alkoholem.

Włącza się skrypt heroinowy? Pragniesz szybkiej rozkoszy, piku endorfinowo dopaminowego? Ty, facet w eleganckim garniturze, z tytułami naukowymi, z pozycją taką czy owaką, nagle stajesz się kim? Małpą. Ale! Możesz tę pierwotność uzyskać w inny sposób, zachowując moralność. Ja wsiadam na motocykl i jadę 200 km na Mazury, to moja heroina. Żona? Jest na plecaku! Są więc narzędzia. Tak, chcę być pantoflarzem. Wstawać rano i iść po bułeczki dla niej. Kocham to!

Robert Rutkowski psychoterapeuta, pedagog i trener umiejętności psychologicznych. W książce Ireny Stanisławskiej „Oswoić narkomana” opowiada o tym, jak pokonał uzależnienie od heroiny.

Katarzyna Miller Człowiek nadmiaru

Taki bachor krnąbrny jestem w sprawie ograniczania się, zabraniania sobie.

Widzisz obrazy na ścianach? Dużo. A moje ukochane różowe szkło? Karafki, kieliszki, patery? Dużo! Mam kłopot z ograniczaniem siebie, ale złe skutki ma to tylko w tym, że nie mogę schudnąć. W pozostałych sferach ta moja nadmiarowość daje niezłe rezultaty: setki warsztatów dla kobiet, pacjenci, którzy odzyskali radość życia. Kilkanaście książek, poezja, piosenki, dom, ogród, mój związek z Edkiem… Może więc to koszt? Nawet jak się rozwijam i coraz więcej rozumiem, nie będę żyć w nirwanie. Nie chcę! Postanowiłam: będę sobie pozwalała i nie ograniczała się. To była moja walka ze wszystkimi, najpierw z mamusią. Ona mówiła, że jestem gruba, kiedy miałam 20 lat i byłam fajną laską.

Dawno postanowiłam: nikt mi nie będzie mówić, jak mam wyglądać, żadne przemądrzałe osoby ani żadna moda, ani żaden patriarchalny wcisk. Całe noce tańczyłam, ruszałam się, jadłam bezkarnie. Kiedy zaczęłam pracować, siedząc w fotelu, utyłam. Teraz ratuje mnie płodozmian; kiedy mam dość mięsa, dwa tygodnie jem sałatki. Robię się lżejsza, lepiej mi się ruszać. Ale zaraz zaczyna mi się chcieć mięsa… Taki bachor jestem w tej sprawie krnąbrny. Niedawno z lekarzem homeopatą gadałam tak, że się poryczałam. Zeszliśmy do bólu związanego ze śmiercią mojej babci w Ravensbrück… O, widzisz, natychmiast chce mi się płakać. Jedna szamanka kiedyś powiedziała: „Pani je za babcię, która umarła z głodu”. Trzy tygodnie po rozmowie z homeopatą zmieniłam lodówkę: warzywa, kasze… Ale potem przyszły święta i dietę szlag trafił!

Z racji zawodu chadzałam regularnie na psychoterapię do różnych, często wybitnych profesjonalistów. Ostatnio byłam u kolegi i proszę go: „Pracując sama, dochodzę do pewnego punktu i dalej nie mogę ruszyć. Proszę, żebyśmy przeprowadzili taką prostą, gesztaltowską procedurę „hot dog” i „under dog” na dwóch krzesłach, żeby mój wewnętrzny rodzic spotkał się z wewnętrznym bachorem, bo sobie z nim nie radzi. Kocha, ale na zbyt dużo pozwala. No i słyszę: „Klient nie może dyktować, co robić”. No to sobie poszłam… U mnie klient może wszystko! Bo to on wie! Ma iść tam, gdzie znajdzie swoją prawdę, czyli gdzie są ślady. Terapia to wędrówka do prawdziwej siebie. Jeśli nie znajdę kogoś, kto pomoże mi tam dotrzeć, umrę uzależniona. Może sama dojdę…

Jedzenie? Koi głód uczuć. Nie będę ci opowiadać życia, ale jak byłam chora, to moja niedobra matka stawiała mi przy łóżku łakocie. Pamiętam też, kiedy i gdzie zaczęłam sięgać po jedzenie jako zagłuszacz. Na pierwszym roku studiów wynajęłam pokój u niemiłej pani. Pamiętam, siedzę w tym pokoju, jest mi samotnie, jest mi do dupy i myślę: „Pójdę do sklepu i kupię parówki, koncentrat pomidorowy i razowy chlebek”. Lubiłam razowiec posmarowany przecierem i grubo posypany szczypiorkiem. Taki trawniczek. No i jem te parówki i czuję: „O! Sposób na smutek”. Miałam pieniądze, rentę po tacie, który właśnie umarł. Nie miałam taty, miałam jedzenie za pieniądze po nim. Ekwiwalent bliskości. Zawsze o nią chodzi. O miłość. Nie o nadopiekuńczość, nie o poklask, ale o akceptację. Czy chcę schudnąć? Widzisz to jabłko? Wbijam zęby, słyszę ten trzask, czuję smak soku… Widzę beżowobiały miąższ. Mam to jabłko i w sobie, i na zewnątrz, i jestem w kosmosie… Budda też był gruby!

Katarzyna Miller psychoterapeutka, filozofka, poetka. Prowadzi terapie indywidualne oraz grupy dla kobiet. Autorka i współautorka poczytnych książek, m.in. „Być kobietą i nie zwariować…”, „Seksownik”, „Bez cukru, proszę”, „Bajki rozebrane”.

Maria Rotkiel: Dwa rytmy mamy

Robię wiele dla bliskich, by potwierdzić sens swojego istnienia.

Jesień w Warszawie, siedzę przy stole, mam ochotę spakować walizkę i uciec do lasu na kilka miesięcy, może na rok? Tak jak już kilka razy robiłam. Mój kot Duszek to czuje. Mieszkał ze mną na Mazurach w przyczepie kempingowej i drewnianej chacie w lesie. Po pół roku życia sama, tylko z moimi zwierzakami, blisko natury, mam zawsze tyle energii, że mogę wrócić do miasta. Do świata mediów, szkoleń biznesowych, pracy psychoterapeutki. I żyć tak w pędzie, aż poczuję, że znów muszę spakować się w jedną walizkę i pobyć w lesie… Jesienią chciałam wyjechać. Zostałam. I nie robiłam nic. Zapadłam się w sobie. Awizo z banku, pismo z sądu – do szuflady. Od dawna próbuję zrozumieć ten mój „rys dwubiegunowy”. Jako dziecko byłam przerażona emocjonalnością mojej mamy, a że mam po niej temperament, zaraz po studiach poszłam na terapię. I to była jedna z najlepszych decyzji w moim życiu. Bo teraz, kiedy mój synek pyta, czemu płaczę, koncentruję się na nim: „Mamusia jest trochę smutna. A jak jest nam smutno, to płaczemy…”. Moja mama, kiedy płakała, nie widziała mnie, jakbym nie istniała, albo płakała jeszcze głośniej. Byłam tym przerażona… Dumna jestem, że po latach pracy nad sobą mogę powiedzieć: „Czerpię z emocji siłę, są dla mnie jak deszcz czy burza. Nie boję się ich. Tak jak nie boję się: hu, hu w lesie w nocy. To na pewno sowa albo puchacz!”.

Nauczyłam się więc żyć dobrze z tą moją „dwubiegunowością”. Właśnie przechodząc płynnie od rytmu wiejskiego do miejskiego. Zarządzając energią, której mam ogrom, by nie wpadać w stany nadmiernego pobudzenia czy apatii. Kiedy czuję, że czas jechać, nie przyjmuję nowych pacjentów i kończę terapie, które prowadzę. Jak się siebie dobrze zna, a ja znam, to można wiele przewidzieć. Zapracowałam na życie wolnego ducha, latami pracy nad sobą i studiów. A teraz muszę znaleźć inny sposób, by zaopiekować się sobą, ale nie opuścić synka. Może Adaś nie pamiętałby, co się stało: „Szedłem do przedszkola, to było dla mnie trudne, a ty wyjechałaś do lasu”, ale emocjonalne opuszczenie nosiłby w sobie i może bałby się kochać? Psycholożce trudniej być mamą, bo zna konsekwencje. Żyjąc w niewiedzy, robisz głupotę, a kiedy doświadczasz konsekwencji, zwalasz winę na innych. Ja mam w głowie tysiące konsekwencji!

Wiosną dobrze się poczułam, bo zrozumiałam, że jedynie odraczam moje potrzeby. Teraz nie wezmę Adasia do lasu na rok, nie chciałby mieszkać tam, gdzie nie ma placu zabaw. Za parę lat jednak będzie mógł dojeżdżać do miasta. A dziś muszę mieć dwa domy, jeden w lesie. Pilnować spraw zawodowych, bo tam są na to pieniądze…

Pracę nad sobą prowadzę od 20 lat i czuję, że jestem w procesie ku coraz głębszym poziomom rzeczywistości, teraz tej związanej z losem rodziny i z duchowością. Ale w ostatnie święta – które sama zrobiłam, choć mam małe dziecko – poczułam się źle. To odczucie subiektywne. A obiektywnie – było źle, skoro znalazłam się na debecie w banku. Jedno z drugim stało się impulsem, bym znów poszła do psychoterapeuty. Po kilku spotkaniach wiedziałam: robię zbyt wiele dla bliskich, bo tak potwierdzam sens swojego istnienia. Urodzenie Adasia skonfrontowało mnie też z obserwacją, że natura, z której czerpię siły, jest częścią świata energii, świata duchowego. Zapragnęłam go poznać. Ten świat, którego nauka, a nią dotąd się zajmowałam, nie umie opisać.

Maria Rotkiel psychoterapeutka, specjalistka PR. Autorka książek: „Nas dwoje, czyli miłosna układanka”, „Wojowniczki, królowe, laleczki. Czy wiesz, jaką kobietą jesteś?”. Jedna z bohaterek zbioru wywiadów „Dekalog szczęścia”.

Wojciech Eichelberger Zbawczy narcyzm

Przy okazji owego „romansu z pacjentką” poczułem radość bycia równorzędnym partnerem i znalezienia kobiety, której nie będę musiał zbawiać.

Mam wiele wad jak każdy. Opowiem o jednej, która stała się przyczyną mojego osobistego kryzysu i cierpienia wielu ludzi. Zawsze miałem potrzebę spotkania kogoś bez skazy. Ustawiałem więc na piedestałach różnych ludzi po to tylko, by nieuchronnie się nimi rozczarowywać.

Gdy w końcu pojąłem, że nikt nie dorówna mojemu wytęsknionemu ideałowi, zacząłem go szukać w sobie. Zaowocowało to ostrą praktyką zen i wieloletnim okresem entuzjastycznego i oddanego pomagania innym. Ale okazało się, że w neofickim zapale sam nieopatrznie wykreowałem się na pomnikową postać i że mój upadek też był nieunikniony. Przybrał on postać publicznego ujawnienia pozamałżeńskiego związku z kobietą, która na dodatek, ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu, ogłosiła się moją pacjentką. Dla mnie to nie była pacjentka, lecz zawodowa partnerka i pokrewna dusza, z którą długo wędrowaliśmy tą samą ścieżką dojrzewania i której przez lata pomagałem w zdobyciu terapeutycznych szlifów. Nie miałem więc wyjścia i przyjąłem na klatę to, że publicznie rzuciła moją głowę pod nogi męża, ratując swoją reputację i swoje małżeństwo.

Kiedy po krótkiej i bezowocnej walce o mój zawodowy wizerunek poddałem się w końcu swobodnemu spadaniu, poczułem wielką ulgę. Nareszcie inni ludzie – a szczególnie moi synowie – dowiedzieli się, że nie jestem pomnikiem, lecz żywym człowiekiem, który także popełnia błędy, który także wstydzi się i który cierpi.

Upadek wiele mnie nauczył i przewietrzył moje życie. Ale najpierw bolał i zmusił do refleksji. Zawodowi koledzy szybko pomogli mi wtedy zrozumieć, że mechanizm, który wpakował mnie na piedestał, nazywa się „zbawczym narcyzmem”. Przyplątał się do mnie wcześnie. Brak ojca, chorujący starszy brat i wygnanie z rodzinnych stron sprawiły, że zbyt szybko stałem się dla matki ważnym wsparciem. To wyniesienie zbudowało w mojej dziecięcej psychice narcystyczne poczucie mocy oraz gotowość do oddawania się ryzykownym, opiekuńczym misjom. Prześladowało mnie to potem również w moich dorosłych związkach z kobietami. Bo zbawczy narcyzm polega z grubsza na tym, że uznaje się siebie za kogoś powołanego do zbawiania wszystkich, zawsze i na wszelkie możliwe sposoby, także te wynikające z nieuświadomionych kompleksów i ograniczeń.

Słowem woda sodowa uderzyła mi wtedy do głowy. Niewątpliwie przyczyniło się do tego też to, że w tamtej neofickiej, niemalże maniakalnej fazie życia i pracy, byłem zawodowo zadziwiająco skuteczny. Ale też przyszło mi przepraszać wielu ludzi, którzy na skutek mojego ślepego zapału jednak ucierpieli.

Dodam jeszcze, że przy okazji mojego „romansu z pacjentką” poczułem, jak bardzo w związkach zmęczyło mnie etatowe ratownictwo i jak wielką mam potrzebę spotkania kobiety, której zbawiać już nie będę musiał. Kilka lat po tym upadku, gdy rozpadło się moje małżeństwo, spotkałem wreszcie taką kobietę, której moje zbawcze zapędy nie są do niczego potrzebne. Staram się też od tego czasu chodzić po ziemi, a też nabawiłem się alergii na wszelkie podwyższenia. Ale jak wszyscy grzesznicy daję sobie prawo do uczenia się na własnych błędach, bo to też najskuteczniej pozbawia nas złudzeń na nasz własny temat.

Wojciech Eichelberger psychoterapeuta, autor m.in. „Kobieta bez winy i wstdu”, „Zdradzony przez ojca”, współautor m.in. „Siedmiu boskich pomyłek”, „Życie w micie”. Odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.

 

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »