Podróżnik Grzegorz Kępski opowiada o miłości do Afryki i zdradza swój przepis na szczęście

Baobab Alley, Afryka (fot. iStock)

Kilkanaście lat temu przyjechał do Afryki i osiadł tu na dobre. Jak sam mówi, zyskał spokój, choć nie wyzbył się problemów. Teraz marzy o budowie domu z widokiem na Mount Kenia. Grzegorz Kępski, podróżnik i alpinista, opowiada o drodze, jaką przebył z Europy do Afryki, i zdradza nam swój przepis na szczęście.

Afryka to twoja miłość. Czy to uczucie po 18 latach jest nadal tak samo silne?
Według mnie w relacjach międzyludzkich obowiązuje sinusoida – partnerzy najpierw się w sobie zakochują, potem się kłócą, potem znowu jest uniesienie… A z Afryka łączy mnie wielkie stałe uczucie. Ten kontynent nigdy mnie nie znudzi. Czasami ludzie się pytają na safari: „Nie przejadło ci się jeździć w kółko do Serengeti, Masai Mary…?”. Nie. Bo chociaż odwiedziłem te miejsca już setki razy, jeśli nie tysiące, to nie było nigdy dwóch takich samych dni. Moje emocje do Afryki są nadal silne.

Co cię urzekło w tym kawałku świata?
Pierwszy raz przyjechałem tu na wyprawę wysokogórską. Egzotyczni ludzie i krajobrazy, aż wreszcie zobaczyłem ją – Mount Kenię. To było jak randka z piękną kobietą. Minęło 18 lat i będę budował dom z widokiem na tę górę. Już zawsze będziemy razem.

Podobno spędziłeś trzy miesiące w wiosce masajskiej. Jak do tego doszło?
Gdy pierwszy raz jechałem drogą z Kenii do Tanzanii, czyli z Nairobi do Aruszy, która wiedzie przez królestwo Masajów, ich widok wywołał we mnie dreszcz emocji. Milion ludzi w buszu – z dzidami, mieczami i pangami. Bardzo chciałem ich jeszcze zobaczyć. Więc szybko wróciłem do Kenii, ale słabo przygotowany – planowałem oglądać Masajów w parkach narodowych. Wydawało mi się, że oni tam żyją, jak w skansenie. W Aruszy okazało
się, że 500 dolarów, jakie miałem, to za mało na tygodniowe safari. Zdecydowałem się więc wrócić tą drogą pieszo: 260 km, przez busz, z własnym namiotem. To było piękne przeżycie. Dobrze pamiętam pierwszy nocleg. Z gałęzi zbudowałem sobie kraal wokół namiotu, bo bałem się dzikich zwierząt. Wieczór i poranek w buszu to nieprawdopodobna symfonia. Gigantyczna opera natury. Najpierw zaczyna się uwertura cykad – jakby się wszystkie z całej galaktyki zebrały w tym miejscu. A potem są arie. Hieny wyją przepięknym głosem, słychać odgłosy antylop, ryk lwa – to naprawdę cudowne. I warte każdego strachu. Do dzisiaj zostało mi zamiłowanie do nocowania w buszu. Namawiam ludzi na piesze safari i noce na kampach – małych miejscach, gdzie lepiej czuć naturę.

Trzeciego dnia marszu doszedłeś do wioski Longido i spotkałeś upragnionych Masajów.
Tak. „Jestem w domu”– pomyślałem. Zaprowadzili mnie do ich „teachera”. W domu z gliny i liści, na szpitalnym łóżku leżał człowiek podłączony do kroplówek. Masaj strzykawka podawał mu do kroplówki piwo. Ten ciężko chory zaczął ze mną rozmawiać po angielsku i niemiecku. Esto Molel – wykształcony Tanzańczyk, studiował w Australii, wrócił do Longido z misją edukowania dzieci. Tak niefortunnie potknął się o korzeń w buszu, że złamał kręgi szyjne. Leżał sparaliżowany. W wiosce otoczony był estymą. Stał się przywódcą duchowym tego regionu. Cały czas się uśmiechał. Zapytałem go, czy mógłbym gdzieś rozbić namiot. – Nie musisz. Dostaniesz dom obok szkoły – powiedział. I tam zamieszkałem. Na trzy miesiące.

Ta wyprawa zaowocowała niezwykłą przyjaźnią, która trwa do dziś.
W wiosce poznałem Kelembu – Masaja, który obudził mnie następnego dnia. Miał dolną część uszu nawleczoną na górną – to u nich element wyglądu zwiększający atrakcyjność. Dzięki niemu zrozumiałem, co mieli na myśli pisarze, którzy wspominali o przyjaźni białego człowieka z Afrykańczykiem. Jeśli jest prawdziwa, a nie będzie tylko zależnością, to ma ogromną wartość. Inną niż przyjaźń z Europejczykami. Wierzę, że to, co mnie łączy z Kelembu, nigdy nie ustanie. Tak mu ufam, że nie miałem oporów puścić z nim swojego 7-letniego syna na dwa dni do buszu. Jest jak Krokodyl Dundee – wie wszystko o tej okolicy. Bywało, że spędzaliśmy całe wakacje w jego wiosce. Dotąd wożę tam gości. Wracając do Longido – podczas tych trzech miesięcy cieszyłem się życiem i poznawałem Masajów. Zrozumiałem fenomen Afryki. I to, że już nie mogę bez niej żyć.

Narodowy Park w Kenii, Afryka (fot. iStock)

Kiedy zdecydowałeś się przenieść na stałe do Afryki?
Ta myśl pierwszy raz pojawiła się chyba na szczycie Mount Kenii. Już wtedy myślałem o przeprowadzce do Afryki. Po raz pierwszy przyjechałem tu w 1997 roku, od tego czasu przyjeżdżałem regularnie na pół roku. Przyjaciółka podpowiedziała mi: „Skoro tak kochasz ten kontynent, trochę go znasz, to spróbuj go pokazywać ludziom. Będziesz miał z tego pieniądze i powód, by tutaj wracać”. I tak założyłem biuro podróży. Bardzo szybko zdałem sobie sprawę, że nie wyobrażam sobie życia w Polsce. Nad Wisłą budziłem się z myślą, że już tam nie wrócę. Wtedy czułem cierpienie graniczące z bólem fizycznym. Dlatego decyzja była szybka.

Pierwsze trzy lata mieszkałeś w Nairobi, na kempingu słynnej tutaj Polki Mamy Rochi. Jak wspominasz ten okres?
Kemping Mamy Rochi to były piękne czasy. Janina Jurkowska – po mężu Goańczyku: Rochi – oferowała dość spartańskie warunki. Ja zamieszkałem w byłym kurniku. Każdego tygodnia coraz bardziej utwierdzałem się w tym, że to jest moje miejsce na ziemi. Wtedy nawet myślałem, że Rochi to moja afrykańska matka. Wszyscy mówili do niej „mama”. Tubylcy, bo w suahili to znaczy „pani”, turyści – bo była dla nich jak matka – jadała śniadanie z każdym, kto przyjechał na kemping. W Nairobi wszyscy ją znali. Miała ponad 70 lat, a paliła paczkę, dwie papierosów dziennie. Kaszlała od tego okrutnie, czasami wypiła za dużo whisky, ale to nie przeszkadzało jej, by wskoczyć do samochodu i pojechać na chicken curry do hinduskiej knajpy. Cudowna osoba, która potrafiła się śmiać ze wszystkiego, z siebie również. Jej piękno wewnętrzne było tak wielkie, że ludzie się w niej zakochiwali. Ten jej dobry duch dotąd krąży wokół mnie.

Afryka zbliża?
Tak, bo tu istotne są relacje międzyludzkie. Tu każdy ma telefon, ale on nie zabiera nam tego, co jest najważniejsze: spotkania z drugim człowiekiem. Cywilizacja nam spłyca te kontakty. Chyba każdy to już czuje. A jeśli nie, to znaczy, że za głęboko w to wszedł. W Afryce relacje są bardziej bezpośrednie. To się zmienia, ale – jak tutaj mówią: „pole, pole” – powoli. W Europie coraz częściej zapominamy o prostych rzeczach, które dają życiu wiele przyjemności. Sądzę, że niewielu ludzi w Polsce myśli rano o tym, że wschód słońca był dzisiaj piękny, a w Afryce – tak. Gdy jadę moim Defenderem w busz, to widzę po horyzont nieograniczone przestrzenie. Skręcę w prawo i znowu przestrzeń po horyzont. Tu można mieć to poczucie wolności znane choćby z westernów. A w Polsce? Już nawet w górach ciężko znaleźć miejsce, w którym nie widać świateł. Tutaj godzinę od Nairobi nie zobaczysz żadnego. To jest piękne.

Co jeszcze daje ci Afryka, a czego nie dałaby Europa?
Proste rzeczy – zieleń, wieczne lato i słońce. Od tego poprawia się humor, nic dziwnego, że Afrykańczycy mają niesamowicie dobre usposobienie. Gdy na pytanie: „Jak leci?”, ktoś odpowiada: „Nie jest źle”, to znaczy, że musi być u niego bardzo kiepsko. Uczę się tu pozytywnego patrzenia na świat. Szukania w niepowodzeniach pozytywnych aspektów, zadowolenia z życia. Oni szanują to, co posiadają. My gromadzimy mnóstwo niepotrzebnych rzeczy. Mamy trzy telewizory, dwa samochody, ale nie widzimy wschodu słońca, nie cieszymy się z tego, że jesteśmy zdrowi. Zatracamy się w szalonym tańcu konsumpcji. To zabija relacje międzyludzkie. Zauważam to, bo przebywam więcej czasu w Kenii niż w Europie. Prostota Afrykańczyków jest fascynująca i powinniśmy się jej od nich uczyć.

A pamiętasz jeszcze siebie „sprzed” Afryki?
Pamiętam. To miejsce mnie przeobraziło. Jestem teraz spokojniejszy. Mam mniej stresu, ale niekoniecznie mniej problemów. Zupełnie nie zauważam u siebie charakterystycznej dla Europejczyków potrzeby posiadania. Mam Land Rovera, by jeździć nim w busz, ale osobówki już nie. Ani telewizora czy radia. Odciąłem się od doniesień medialnych, co podziałało na mnie oczyszczająco. Dzięki temu mam więcej czasu na czytanie książek i dla siebie. Jeśli chcę się dowiedzieć o tym, co się dzieje na świecie, zaglądam do Internetu. Jestem też bliżej przyrody i mam poczucie wolności także w kwestii ubioru. Kiedyś w latach 90. z Niemiec przywiozłem sobie do Polski pstrokate ciuchy, bo takie lubię. Na Nowej Hucie w Krakowie gdzieś za plecami usłyszałem: „Patrz, jaka papuga idzie…”. Tutaj to byłoby nie do pomyślenia – panuje pełna swoboda. Tych zmian we mnie jest cała masa…

Czy przez ten cały czas nie miałeś momentów przesytu, zwątpienia, kryzysów?
Bywają takie chwile. Ale to jest spowodowane tym, że zaczyna tu przychodzić to, przed czym uciekłem z Europy. Okrutna polityka i biurokracja. Akurat teraz zmęczył mnie obecny rząd kenijski. Myślę, by sobie zrobić dwumiesięczne wakacje. Ale nie planuje stad wyjeżdżać. Ooo, popatrz, popatrz (siedzimy w knajpce na molo nad oceanem i rozmówca wskazuje ogromne ławice ryb wyskakujące akurat w powietrze z turkusowej wody). Powiedz mi, i jak tu nie kochać Afryki?